Anna Poszytek
Psycholog, feministka, pożeraczka filmów i książek oraz miłośniczka teatru. To tak w bardzo dużym skrócie. :)
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 14
-
- Zakochany Szekspir (Kolekcja Festiwalowa)
- John Madden
- (towar niedostępny)
Anna Poszytek 2008-09-23
Pochwała teatru (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Przypomniałam sobie niedawno, po kilku latach, "Zakochanego Szekspira". I muszę przyznać, że zupełnie nie rozumiem skrajnie krytycznych opinii. Komedii romantycznych raczej unikam, ale jeśli już coś na kształt owych, to właśnie w takim wydaniu. Bo to urocza mieszanka humoru, wzruszeń (prostych, zgoda) i porozrzucanych aluzji do sztuk Szekspira. Choćby w scenie, gdy Will leży na kozetce u swojego astrologa i wzdycha "słowa, słowa, słowa". Świetne aktorstwo i nie mam tu na myśli Paltrow; raczej role pomniejsze - Afflecka, Rusha, Firtha, Everetta, Wilkinsona, którego bohater pod wpływem sztuki przechodzi spektakularną przemianę - od nieokrzesanego ignoranta po zaangażowanego aktora (ach, to przejmowanie się epizodzikiem scenicznym!), a dla mnie bonus wyjątkowy - apoteoza teatru. I pochwała Szekspira jako dramaturga ponadczasowego. Poza tym wszelkie drobiazgi historyczne, pomysłowo strawestowane - śmierć Marlowe'a, Ned Alleyn i jego trupa, John Webster jako "straszny dzieciak". Ten obraz jest najeżony aluzjami i odwołaniami, tylko trzeba je wychwycić, a wówczas film zyskuje drugie dno i przestaje być jedynie błahym kostiumowym romansem. Zresztą takim też nie jest, głównie dzięki Fiennesowi, który swoją mimiką czyni cuda i uwiarygadnia najbardziej wyświechtane miłosne frazesy. Śliczny wizualnie i dobry muzycznie, rewelacyjnie zagrany, pogodny, dopracowany w szczegółach film, który dla miłośników teatru musi być wyjątkową gratką. Jest kilka scen, przy których trudno powstrzymać emocje, np. gdy jąkający się protegowany Henslowe'a staje przed publicznością, William spodziewa się katastrofy, tymczasem narrator płynnie i czysto recytuje tekst. Bardziej niż historia miłosna (też przecież ujmująca) ważne są dla mnie wątki okołoteatralne. I, nawiązując do powtarzanego uparcie przez Henslowe'a komentarza do wszelkich cudów i fortunnych zrządzeń losu - "It's a mystery", mogłabym powiedzieć, że rozwiązaniem owej "mystery" jest "the power of art". -
- Gospel [Digipack]
- Lao Che
- cena: 31,49 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Anna Poszytek 2008-04-27
Muzyczna ekstaza (4 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)
Zwykle staram się jakoś uzasadnić moje oceny, napisać coś więcej niż "świetne!", "rewelacyjne!" etc. Ale w tym przypadku chyba nie potrafię. Trochę dlatego, że nie umiem pisać o muzyce (w większości moje recenzje to recenzje filmów i książek), a trochę dlatego, że oniemiałam z zachwytu. Może tylko taka refleksja: niech mi nikt więcej nie mówi, kiedy zarzucam czemukolwiek (filmowi, książce, piosence) banalność i schematyczność, że to zarzut-wytrych, ponieważ wszystko już było, zatem do banału wszystko się sprowadza. Bo to, co robi Lao Che z czymś tak kulturowo przemacerowanym jak biblijne przypowieści, ociera się moim zdaniem o geniusz. -
- Pachnidło (wydanie deluxe)
- Tom Tykwer
- cena: 28,49 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Anna Poszytek 2007-08-24
Iluzja doskonałości (11 z 14 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oj, różnych złych rzeczy nasłuchałam się o tym filmie, a dodatkowo podchodziłam sceptycznie, jak do każdej ekranizacji dobrej książki. Tymczasem oglądałam z wielką przyjemnością, pochłonięta historią (mimo, że przecież znam książkę!), atmosferą, estetyką. Tykwerowi udało się uniknąć tego, czego najbardziej się obawiałam - spłycenia fabuły i przytłoczenia jej wizualnym rozbuchaniem. Owszem, zdjęcia są bajeczne, opowieść siłą rzeczy uboższa jest w detale niż pierwowzór, ale nie traci na tym tok narracji; fabuła jest zwarta, przejrzysta i konsekwentna. Postacie są barwne, ale nie przejaskrawione, film mocno przesycony jest specyficznym niepokojącym klimatem, ale przezeń niezdominowany. Tykwerowi udała się sztuka balansowania na granicy realizmu i widowiskowości. Mnie urzekł. Tak samo zresztą jak w "Księżniczce i wojowniku", gdzie również idealnie odmierzył proporcje. Słów kilka o aktorstwie. Dustin Hoffman pozytywnie mnie zaskoczył w roli Baldiniego. Wprawdzie nigdy nie wątpiłam w jego talent, ale jakoś nie umiałam go sobie wyobrazić w tym filmie. Tymczasem zagrał przekonująco i wyraziście. Nie mam pojęcia, skąd zarzuty pod adresem Whishawa; był dokładnie taki, jaki powinien być - nieokazujący emocji, wyciszony, opanowany, sprawiający wrażenie nieobecnego. Grał głównie mimiką, spojrzeniem, ale grał przecież dobrze. Kiedy przez przypadek zabija rudowłosą dziewczynę, na jego twarzy doskonale odmalowuje się zawód, ale to nie jest rozpacz czy przerażenie, lecz coś na kształt żalu z powodu straty spowodowanej własnym niedbalstwem. To żal po utraconej zabawce, a nie wyrzuty sumienia po zamordowaniu człowieka. I Whishaw doskonale to oddał. "Pachnidło" to ilustracja obsesji poszukiwania zapachu doskonałego, obsesji tak wielkiej, że przesłaniającej wszystko i każącej dążyć do jej realizacji bez względu na wszystko. Jednocześnie ta obsesja jest nieuświadamianą przez Grenouille'a potrzebą zaistnienia (przecież, pozbawiony własnego zapachu, był przezroczysty, niewidzialny, był nikim), akceptacji i miłości. Potrzebą, z której sam nie zdawał sobie sprawy. Nie tylko nie zaznał miłości, ale nie umiał też sam pokochać, był wyjałowiony z uczuć i do nich kompletnie niezdolny. Stępiony emocjonalnie, tylko rozumem pojmował świat i ludzi. Miał nadzieję, że wypełnieniem tej uczuciowej pustki będzie odnalezienie idealnych perfum, ale to co odnalazł, okazało się tylko marną błyskotką, chwilową ułudą, snem, po którym rzeczywistość wydaje się jeszcze gorsza. Poszukując sensu, znalazł jego nietrwałą iluzję. Osiągnął wreszcie cel, który sobie wyznaczył, ale ze szczytu nie rozciągał się wyczekiwany z nadzieją widok. Grenouille to postać tragiczna, bo wyzuta z człowieczeństwa. To nie boskości poszukiwał Grenouille, lecz właśnie człowieczeństwa, i dopiero osiągnąwszy zamierzoną boskość, zrozumiał, że nie o nią chodziło. -
- Dziecko Rosemary
- Roman Polański
- (towar niedostępny)
Anna Poszytek 2007-07-14
Diabły umysłu (1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Ze starszymi filmami mam pewien problem. Sposób filmowania, maniera gry aktorskiej czy ogólnie specyficzna stylistyka sprawiają, że nie potrafię odbierać tego kina poważnie. Choćby "Piękność dnia": wychodząca spod prysznica perfekcyjnie wymalowana Deneuve lub budząca się nad ranem z równie idealnym makijażem. Do tego sztuczność gestów, jakaś ich mechaniczność, popadająca w śmieszność. Tym większy mój podziw i respekt dla Polańskiego. Na tle filmu Bunuela zrobione zaledwie o rok później "Dziecko Rosemary" zaskakuje autentyzmem. Żadnego wystudiowania, przerostu formy, nadmiernej teatralności. Gdy przyjaciele mówią Rosemary, że źle wygląda, że jest blada, tę bladość daje się łatwo zauważyć. Kiedy budzi się po porodzie, jej twarzy nie zdobi kilogram tapety. Aktorzy grają wiarygodnie, naturalnie, zwłaszcza doskonały John Cassavetes. Zupełnie nie miałam poczucia, że oglądam film sprzed 40 lat! Był nie tylko aktualny w temacie, ale także ani trochę nie raził formalnym anachronizmem. W moim odbiorze "Dziecko Rosemary" to żaden horror, lecz studium schizofrenii paranoidalnej. Świetne studium zresztą. Ja, zaprzysięgła scjentystka po prostu nie mogę zinterpretować rojeń głównej bohaterki inaczej niż jako choroby psychicznej. I tylko żal mi było Rosemary, że nikt nie przejął się jej stanem na tyle, by coś z tym zrobić. Zdobyli się ledwie na próby przemawiania jej do rozsądku, co oczywiście efekty daje zerowe, bo schizofrenik widzi i słyszy to, w co wierzy, a jakże przestać wierzyć własnym zmysłom? Schizofrenia z poznawczego punktu widzenia jest fascynująca. "Piękny umysł" też był niezwykle sugestywnym obrazem, zwłaszcza, że unaoczniał widzom, jak może się czuć chory - w końcu przez połowę filmu widzowie wierzą w to, w co wierzy Nash; przyjmują jego perspektywę, która - jeśli jest jedyną perspektywą - jest nie do odróżnienia od perspektywy właściwej, obiektywnie istniejącej. W "Dziecku Rosemary" świetny jest też umiar. Wszystkiego jest dokładnie tyle, ile trzeba. Skoki czasowe, nawet kilkumiesięczne, nie dezorientują, bo nie implikują zmian poza percepcją widza. I sprawa równie istotna - brak dosłowności. Poza pociętymi kawałkami sennych majaczeń Rosemary, gdzie widać fragmenty kosmatego ciała spółkującego z nią diabła (cóż, tak sobie wyobraża to Rosemary), nie ma żadnych zmaterializowanych strachów. Tytułowego dziecka przecież nie widzimy. Wszystko pozostaje w sferze wyobraźni, domysłów, a w pamięć wgryza się tylko posępny, przejmujący widok spowitej czarnymi zasłonami kołyski z wiszącym u góry odwróconym krzyżem. -
- Monachium
- Steven Spielberg
- (towar niedostępny)
Anna Poszytek 2007-07-05
Zemsta jest gorzka
Nie wiem naprawdę skąd kontrowersje wokół filmu i podejrzenia o antyżydowską wymowę. Czy wszędzie tam, gdzie ktoś dostrzega złożoność problemu, z jednej lub drugiej strony barykady muszą posypać się gromy? Czy sam czas trwania żydowsko-palestyńskiego konfliktu nie udowadnia nader jasno, że czarno-białe rozwiązania nie przynoszą spodziewanego efektu? Że prowadzą albo do impasu, albo do eskalacji agresji? Spielberg pokazał bezsens i w gruncie rzeczy bezcelowość jednej z tajnych operacji Mossadu. Likwidowanych przywódców palestyńskich organizacji zastępowali kolejni. Jeszcze bardziej zdeterminowani i zdecydowani na odwet. Zabójstwa wywołały falę zamachów terrorystycznych. Prawdopodobnie większą niż gdyby izraelscy agenci nie przeprowadzali akcji. Poniesiono więc koszty, nie tylko finansowe. A zyski? Absolutnie żadne. To fakt, a nie skutek antyżydowskiej nagonki. Jakiekolwiek działanie zaradcze czy naprawcze ma sens, jeśli jest skuteczne. Ponoszenie ogromnych finansowych, psychicznych i społecznych nakładów po to, by niczego nie osiągnąć, jest po prostu kompletnie nieracjonalne ekonomicznie. I nie chodzi tu tylko o odwetową operację Mossadu; dotyczyć to może czegokolwiek. W tym sensie obraz Spielberga jest uniwersalny i dający materiał do refleksji. A teraz zarzuty. To nie jest drugie niejednoznaczne i stawiające pytania "Miasto gniewu". Spielberg często (za często) mówi wprost, o co chodzi. Ustami swoich bohaterów wyraża wątpliwości, formułuje wnioski, przekazuje swoje idee. Nie ma miejsca na niedopowiedzenia i na interpretację własną widza. Wszystkie myśli i reżyserskie intencje zostają kilkakrotnie jasno zwerablizowane. To stwarza wrażenie sztuczności. Zresztą w ogóle bohaterowie to słaby punkt filmu. Nie są przekonujący. Jakby byli ledwie naszkicowanymi archetypami pewnych typów osobowości. Nie jestem w stanie spojrzeć na nich jak na żywych ludzi, mają dla mnie rację bytu o tyle, o ile biorą udział w wydarzeniach. Film na pewno warto zobaczyć, ale jednak nie jest pozbawiony dość wyraźnych mankamentów. -
- Maria Antonina
- Sofia Coppola
- (towar niedostępny)
Anna Poszytek 2007-07-01
Władza i różowe koronki (5 z 7 uznało tę recenzję za pomocną.)
Całe szczęście, że w obecnych czasach możemy wybierać! Że nikt (zazwyczaj) nie decyduje za nas, a na pewno nikt nie każe nam rządzić krajem wbrew naszej woli. Nie każe nam brać na barki odpowiedzialności, której nie chcemy, obowiązków wielkiego kalibru, do których się nie nadajemy. W wieku 14 czy 16 lat jesteśmy wciąż jeszcze dziećmi i z przywilejów dzieciństwa możemy korzystać. 14-letnia Maria Antonina i 16-letni Ludwik nie mogli. Ich życie intymne było sprawą wagi państwowej - wydanie na świat potomka podtrzymywało sojusze, stabilizowało sytuację wewnętrzną, zapobiegało wojnom. A jeśli jest się osobą zupełnie władzy niepragnącą i nieinteresującą się polityką? Jeśli wszystko, czego oczekuje się od życia, to bezbolesne, przyjemne przejście przez nie w atmosferze zabawy, romansu i rozrywki? Czy to grzech? Może w pewnym sensie egoizm, na pewno hedonizm, ale póki nie robisz komuś krzywdy... Problem w tym, że jak się jest królową, już sam fakt braku zainteresowania sprawami wagi państwowej jest przewinieniem. Maria Antonina miała pecha, była niewłaściwym człowiekiem na niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym czasie. Ja ją rozumiem bardzo dobrze. Cóż by to było, gdyby mnie nagle wysłali do obcego kraju, pozbawili wszystkiego, do czego tu przywykłam i kazali rządzić, planować, decydować i współodpowiadać za sytuację polityczną i gospodarczą państwa! Tak przedstawiła to Sofia Coppola w "Marii Antoninie". I chociaż - jak sądzę - właściwie odebrałam sens obrazu, to film jest niezbyt udany. Czytając wcześniej recenzje, sądziłam, że są trochę przesadzone. Niestety, czegoś faktycznie w filmie zabrakło, choć nie wiem do końca czego. Był ładny wizualnie, przełamanie konwencji kina kostiumowego muzyką współczesną było jednym z elementów, który się świetnie Coppoli udał; nowoczesna muzyka zaskakująco dobrze komponowała się z poszczególnymi scenami, tworząc znakomite ich dopełnienie. Może zabrakło emocji. I spoiwa, które złączyłoby tę feerię barwnych obrazków, bo miałam chwilami wrażenie oglądania niesamowicie długiego teledysku, który wprawdzie jakąś historię opowiada, ale bardzo powierzchownie, skupiając się głównie na stronie wizualnej. Czasem nie potrafiłam zorientować się z czego wynika dana scena, w żaden sposób nie umiejąc jej połączyć z poprzednią. Narracja rozmywała się, przeskoki były zbyt duże, przez co nie udało się stworzyć więzi pomiędzy widzem a tym, co na ekranie. Trochę szkoda, bo materiał był przedni. -
- Vinci (Hity na lata)
- Juliusz Machulski
- (towar niedostępny)
Anna Poszytek 2007-06-10
Kraków Vincim malowany (7 z 7 uznało tę recenzję za pomocną.)
Zajawki są zazwyczaj lepsze niż sam film. Mamią oczy szybkim montażem, bombardują słuch co bardziej intrygującymi tekstami, zaciekawiają tym, co z rozmysłem jest skrzętnie ukryte. Ale bywa, że zajawki trywializują i komercjalizują film, który w rzeczywistości okazuje się bardziej interesujący niż reklamująca go zbitka ujęć. Tak właśnie było w przypadku "Vinciego". Oglądając przez bity tydzień zapowiedzi filmu w TV, wyobraziłam sobie, że to kolejna pusta, obliczona na zaspokojenie gustu masowego odbiorcy produkcja, z wydumaną fabułą i drętwymi rolami, a zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona. Oczywiście ten film należy oceniać w zupełnie innych kategoriach niż obrazy, które zazwyczaj zaliczam do ulubionych. To nie jest przecież żaden ambitny tytuł, nic, nad czym można by w nieskończoność dyskutować, co skłaniałoby do refleksji. Ale na tle miernych polskich produkcji, z jednej strony przeintelektualizowanych, stylizujących się na ambitne kino (a w efekcie zwyczajnie nudnych), a z drugiej komercyjnych sztamp, to wręcz gwiazda na firmamencie polskiej kinematografii. Ciekawy pomysł, umiejętnie poprowadzona intryga, ale nie to jest najważniejsze. Przede wszystkim świetne aktorstwo! Bardzo dobrzy Szyc i Dorociński. Rola kobieca też nieźle zagrana. Aktorzy wreszcie ożywili grane przez siebie postacie. Podczas oglądania ostatnich polskich filmów aż twarz wykręca, kiedy się słucha tych sztucznych, wydumanych dialogów recytowanych drewnianym głosem przez marionetki na sznurkach. W "Vincim" wszystko żyje, czasem można wręcz zapomnieć, że to tylko seans filmowy. No i jeszcze ten ślicznie sfilmowany Kraków, aż chce się tam pojechać. Brawa dla pana Machulskiego. Oby dalej w tym kierunku. I jak najdalej od stylu "Kilerów 2-óch". -
- C.R.A.Z.Y.
- Jean-Marc Vallée
- cena: 18,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Anna Poszytek 2007-04-11
Portret rodzinny (6 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)
Mam pewien kłopot z tym filmem. Początkowe sekwencje, ukazujące Zaca jako dziecko, są majstersztykiem. Szybkie ujęcia, pomysłowe triki, zgrabne koncepty. A potem film gubi rytm, potyka się o powtórzenia albo banały, drepcze w miejscu i kręci się w kółko. Niektóre ze scen wydają się wklejone niepotrzebnie, nic do historii nie wnosząc, np. podróż Zaca do Jerozolimy. Druga połowa filmu, w której obserwujemy Zaca jako nastolatka jest tylko mieleniem schematów. Na wyższy poziom wynosi te schematy świetna gra Marca-Andre Grondina, tudzież bardzo dobre role towarzyszące. Film o trudnej drodze do akceptacji własnej odmienności w środowisku (tym najbliższym), które tej odmienności zaakceptować nie chce. Zac ukrywa swój homoseksualizm nie tylko przed ojcem, ale przede wszystkim przed samym sobą. Przez długi czas nie jest w stanie dopuścić tej wiedzy o sobie do świadomości. Jego tożsamość jest rozbita, niepełna. Brakuje tego drobnego fragmentu, który z biegiem lat staje się coraz istotniejszy dla integralnego obrazu własnego "ja", a któremu Zac uparcie nie pozwala przyjąć kształtu niezgodnego ze społecznymi oczekiwaniami. Za ten stan rzeczy na pewno winę ponosi ojciec, który w synu chce widzieć silnego faceta, a odpowiedzialność za jego "zniewieścienie" przenosi na żonę, która jego zdaniem rozpieszczała Zaca w dzieciństwie, pozwalając na mało męskie zachowania. A ojciec to bardzo ważna dla Zaca osoba; za nic nie chce go zawieść, choć buntuje się od czasu do czasu, bo niezmiernie ciężko jest przeciwstawiać się ciągle swojej naturze. Film poruszający istotne kwestie, ale... jakoś zbyt przesłodzony, przeestetyzowany. Trochę jak "Zło", które - choć to kino skandynawskie - posypane jest hollywoodzkim lukrem. W przypadku "C.R.A.Z.Y" mam identyczne odczucia. Jak na mój gust, film jest dopracowany i dopieszczony wręcz przesadnie, do poziomu, na którym forma nabiera zbyt ekspansywnych cech. Za to właśnie i za wspomnianą na początku nadmierną szablonowość zabieram jedną gwiazdkę, choć jako całość film polecam - mimo wszystko pozostają miłe wrażenia. -
- Jedna ręka nie klaszcze
- David Ondříček
- (towar niedostępny)
Anna Poszytek 2007-02-23
O szaleństwie i innych demonach (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
"Jedna ręka nie klaszcze" to barwny i dynamiczny festiwal zwariowanych pomysłów. Ja ten typ absurdu lubię. Nie jest to absurd wkomponowany w osnowę świata, którego obecność jest prawami tego świata usprawiedliwiona. Przejawy nonsensu wywołują konsternację otoczenia. To, co się dzieje, jest absurdalne nie tylko dla widza, ale także dla postronnych postaci filmowej rzeczywistości, a właśnie skontrastowanie normalności i szaleństwa jest tym, co bardzo często budzi mój śmiech. Jedna z przeczytanych przeze mnie recenzji tego obrazu przywołuje rodzaj humoru Rolanda Topora i uważam to za bardzo trafne odniesienie. Sama przez cały film miałam poczucie czegoś znajomego. Najpierw przyszło skojarzenie z kryminałami Joanny Chmielewskiej (połączenie sensacji i dowcipu), potem z "Delicatessen" Jeuneta, w którym też obecne były smakowicie wymieszane elementy czarnego humoru, groteski i kryminału. Postacie zaludniające ten film są jak ich własne odbicia w krzywym zwierciadle. Jednocześnie reżyser nie pozwala nam przejść nad tym do porządku dziennego, cały czas, przez osadzenie ich w normalnym świecie, każąc pamiętać, że to ekstrema, ewenement, niepasujący do reszty. Dlatego właśnie przyjmuję te dziwactwa bez zastrzeżeń. Więcej - daję się wciągać bez protestu coraz głębiej w tę paranoiczną grę. Ivan Trojan jest cudownie demoniczny w roli opętanego szalonymi ideami przedstawiciela czeskiej klasy średniej, a im dalej, tym wyraźniej widzimy jego obsesję, aż do wspaniałego finału, gdy upajając się własnymi słowami, wpada w manierę Hitlera. Zebranie tajnego bractwa przypomniało mi elitarystyczną lożę pracowników szpitala "Królestwo" z filmu von Triera i ich równie podniosłe, ryzykowne, lecz śmieszne w swojej daremności rytuały. Dzieci Zdenka to małe potwory, które zdają się być idealnym spełnieniem marzeń ich ojca. Świetna jest scena, gdy pierwszym obrazem, jaki widzi w telewizji przebierający się w ubrania swojej siostry David (co oczywiście budzi przerażenie matki, za wszelką cenę usiłującej zachować nieskażoną cywilizacją normalność) są popisy aktora w damskich ciuchach. Każdy z bohaterów to osobny, indywidualny i niezwykle ciekawy byt: obie lekko oderwane od rzeczywistości dziewczyny, poczciwy Standa, zdeterminowany, choć fajtłapowaty Ondrej, który zawalając misterne plany uważa, że jest szalenie przebiegły ("O orłach też pan nie słyszał?"), a na dodatek zupełnie się w swoich gafach nie orientuje. Świetne kino, które wprawiło mnie w doskonały nastrój. -
- Po godzinach
- Martin Scorsese
- (towar niedostępny)
Anna Poszytek 2007-01-13
Sny czasami się spełniają (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Znów jestem pozytywnie zaskoczona filmem, który obejrzałam właściwie przez przypadek. Film świetny! Przywodzi na myśl prozę Austera, w której Nowy Jork, a zwłaszcza jego odkrywane przez bohaterów mroczne drugie dno, odgrywa zawsze niebanalną rolę (szczególnie w "Trylogii nowojorskiej"), a także "Nigdziebądź" Gaimana i jego koncepcję Londynu Pod. Świat znany na co dzień, przyjazny, przewidywalny i solidnie osadzony na fundamentach praw fizycznych, obraca się nagle o 180 stopni, ukazując swój rewers. Jak królicza nora, prowadząca w głąb umysłu szaleńca, jak druga strona lustra, gdzie znane nam prawa przestają mieć rację bytu. Rzeczywistość odkształca się pod dziwnymi kątami i wypacza, przypadek swoją nachalną powtarzalnością udowadnia, że nie istnieje, a najprostsze rozwiązania okazują się nierozwiązywalnymi paradoksami. Uwielbiam fantasy, określoną przez Sapkowskiego w jego leksykonie mianem "jednorożec w ogrodzie" - w stabilnej rzeczywistości tworzy się nagle wyrwa, z której na światło dzienne wydostają się rzeczy i zjawiska, podważające naszą wiarę w zdrowy rozsądek. Lubię konsternację bohatera i jego dalsze, często wbrew jego woli, uwikłanie w zdarzenia. Zarówno "Nigdziebądź", jak i "Gwiezdny pył" czytałam z wypiekami na twarzy. Wielkie metropolie nowoczesnego świata mają w ogóle w sobie jakąś magię, fakt ich rozległości już sam w sobie niesie pierwiastek tajemnicy, bo nie da się zwiedzić i zobaczyć wszystkiego, a to, co niepoznane, zawsze kusi, przyciąga i pobudza wyobraźnię. I w takich właśnie miastach molochach przeciętny mieszkaniec wpada w wir przekraczających jego pojmowanie zdarzeń. Trafia wreszcie na jedno z takich miejsc, których istnienie uzasadniają tylko miejskie legendy i mity. Wpada i nie może się wydostać. W filmie "Po godzinach" takim miejscem jest SoHo, dzielnica Manhattanu, ale bardziej niż miejsce, znaczenie ma pora. Jest "po godzinach", noc, czas, kiedy wszystko jest inne, mroczne, nasze dziecięce upiory wychodzą zza szafy i rzucają nam w twarz całkiem dorosłe już lęki. Upiory Paula Hacketta przybierają postać dziwacznych, absurdalnych i groteskowych zdarzeń, nad którymi nie jest w stanie przejąć kontroli, nonsensy mnożą się i zazębiają, a każdy następny spycha go coraz głębiej w absurd, jak gdyby zbliżając do granicy, po której przekroczeniu wręczają (pośmiertnie) nagrody Darwina. Cudowny niepokojący, paranoiczny obraz. I jeszcze kilka słów o odtwórcy głównej roli, Griffinie Dunne. Jest to przykład świetnego aktorstwa z mnóstwem drobnych gestów i min, które Dunne dodaje absolutnie od siebie, które są jego własnymi autorskimi pomysłami. Jest niezwykle przekonujący - widzimy i czujemy jego rozterki, złość, konsternację, rezygnację, zniecierpliwienie. Dziesiątki ledwie zauważalnych grymasów i gestów: przesunięcie rękami po włosach, przygryzienie wargi, skierowanie wzroku w inną stronę, pokręcenie głową z niedowierzaniem. Podziwianie jego warsztatu to dodatkowa, płynąca z seansu przyjemność.
- 1
- 2






Merlin in English






![Myśliwiecka [Digipack] - Artur Andrus](/Mysliwiecka_Artur-Andrus,images_small,4,MYSTCD188.jpg)













