vrediana
Rekomendacje:
- Ewolucja teorii dedukcyjnej
- Zaproszenie Do Podróży
- Kapelusz z zielonymi jaszczurkami
- Czat
- Dzień dobry... i co dalej? Jak zmienić swój scenariusz życiowy, aby być szczęśliwym
- Interwencja kryzysowa
- Rameau: Une Symphonie Imaginaire
- Pożądanie
- Koncepcje "ja"
- To, co zostaje
- Lapidarium VI
- Xavras Wyżryn
- Mnemosyne. Rzecz o powinowactwie literatury i sztuk plastycznych
- Niezwykli
- Na imię mam Jestem
- Reporterka. Rozmowy z Hanną Krall
- Historie z lewej ręki
- Pies. 100 sposobów na jego poznanie
- Kabała
- Maski Pana Boga
- Impotent
- Zachwyt i logika czynu. Portret intelektualny Tadeusza Tomaszewskiego
- Dobry pies
- Sekret
- Doktor Jekyll i pan Hyde
- Nauki mistrzów
- Aria, do mnie! skuteczna nauka przywołania
- Szekspir i uzurpator. Z Krzysztofem Warlikowskim rozmawia Piotr Gruszczyński
- Skafander i motyl
- Spalone Lato
- Psi rok
- Dziwniejsze brzegi. Eseje literackie 1986-1999
- Jan Paweł II. Analiza Krytyczna
- Niepełnosprawność
- Omnis Moriar
- Kruchy absolut
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 143
-
- Wióry
- Krystyna Kofta
- (towar niedostępny)
vrediana 2006-05-31
Całkiem subiektywnie
Czy pamiętacie swoje podwórkowe gry i zabawy z dzieciństwa? Grę w piłkę odbijaną kolanem albo w Żydala? Za moich czasów to się nazywało pomidor. Wierzyć mi się nie chce, że przez lata zmieniły się tylko nazwy zabaw, a one same pozostały niezmienione. Bo "Wióry" opowiadają o dorastaniu Czerwca 1956, a więc pokolenia moich rodziców, nie mojego. Ale czy naprawdę tak bardzo się różnimy? Bawiliśmy się tak samo, śmialiśmy się tak samo, rzeczywistość podwórkowa moja i rodziców była niemal taka sama, nawet dialogi – tak fenomenalnie przez Krystynę Koftę odpomniane (właśnie tak: odpomniane, bo przecież z jej własnego dzieciństwa) – były mi znajome. A podkradanie węgla z piwnicy opisane w książce pamiętam jeszcze z lat osiemdziesiątych, z Zagłębia, z podwórka u moich dziadków. Pokolenie moich rodziców i moje dzieliło niemal 30 lat – to prawie nic! Moje dzieciństwo w stanie wojennym, parówki na kartki, kolejki po cukier, książki spod lady wspominam lepiej, niż gdybym wspominała dzieciństwo teraz. Co będą wspominały dzisiejsze dzieci, które mają wszystko? Gry komputerowe? Między moim i ich pokoleniem jest już technologiczna przepaść. Czy ktoś teraz jeszcze bawi się w klasy, w kapsle, skacze w gumę? Nigdy nie przypuszczałam, że zabawy tak mogą zbliżać, jeśli są podobne, i tak oddalać, jeśli są inne. Bohaterami "Wiórów" są dzieciaki, wszystkie w wieku mniej więcej 10 lat, a jednak nie jest to książka dla dzieci. Myślę, że w wieku 10 lat nie doceniłabym ani czasów, w których żyłam, ani ich odzwierciedlenia w choćby najlepszej powieści. To książka dla dziesięciolatków, ale o co najmniej 10 lat starszych. Jak pięknie kalkuje Kofta ówczesną rzeczywistość! Ten "schizofreniczny świat, w którym, kiedy ktoś znikał, mówiło się, że wyjechał, a wiadomo było, że siedzi w więzieniu" (WAB 1996). Te hermetyczne podwórka poznańskich kamienic, które wszędzie były jednakowo szare. I dialogi, jeszcze raz wspomnę dialogi – cudowne, żywe, prawdziwe dialogi obrazujące ludzką nieufność, złośliwość, fałsz, ale też troskę i solidarność. Tę solidarność czują nawet dzieci, poważniejące nagle w obliczu śmierci ich sąsiadki, Starej Pani Człowieku, dojrzewające w mgnieniu oka. Wspaniała książka, przywołująca wspomnienia, nawet jeśli o nich nie opowiada. Można by wiele o niej napisać, ale po co? Lepiej przeczytać. -
- Ćwiczenia stylistyczne
- Raymond Queneau
- cena: 18,49 zł
- (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)
vrediana 2006-03-19
Aby język giętki... (6 z 8 uznało tę recenzję za pomocną.)
Niewielka książeczka, a takie nastręczyła problemy tłumaczom, że dopiero Jan Gondowicz przetłumaczył to, co przez lata uchodziło za nieprzetłumaczalne. Queneau, wielki językowy eksperymentator, podobnie jak Calvino czy Perec, należał do eksperymentalnej Grupy OuLiPo (Warsztatu Literatury Potencjalnej). „Ćwiczenia stylistyczne” są dokładnie tym, czym się wydają – ćwiczeniami stylistycznymi, które mogą być śmiało wykonane na kursie nauki pisania. Queneau opowiada czytelnikowi jedno niewielkie zdarzenie na 99 sposobów. Niektóre sposoby są absurdalne, niektóre zabawne, a niektóre nie do przeczytania. Wytrwałym polecam wersję apokopaiczną albo aferetyczną. Miłośnikom poezji – trzynastozgłoskową. Rozkochanym w zwiewnej i onirycznej prozie – uroczą wersję emfatyczną. Matematykom – analitycznie-logiczną. Itd. Każdy znajdzie coś dla siebie. Nie znam wersji francuskiej tej książki i nie poznam jej, bo francuski jest mi obcy, ale z łatwością mogę sobie wyobrazić trudności tłumacza. Doceniam jego pracę – stworzył rzecz świetną, osobną, samodzielną, którą zapewne powinno się czytać nie zamiast, a obok oryginału. -
- Poczucie własnej wartości. Jak pokochać siebie
- Sharon Wegscheider-Cruse
- (towar niedostępny)
vrediana 2006-03-06
Jak nad sobą pracować (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
GWP wydaje serię "Zadbaj o siebie", która uczy, co możemy zrobić dla siebie sami, bez pomocy psychoterapeuty czy innych specjalistów. To ważna seria. Sporo w niej poradników pisanych na modłę amerykańską – wykładanie kawy na ławę jak krowie na miedzy, trochę chybionych, prostackich metafor (np. porównanie psychiki ludzkiej do samochodu), wiele przykładów, bez których z powodzeniem można się obejść – ale za tą całą napuszoną otoczką, jak już się do niej przyzwyczaimy, przełkniemy ją i oswoimy się z nią, kryje się ogrom samowiedzy, wiele cennych wskazówek, takich wskazań paluszkiem, gdzie mamy dotknąć, żeby poruszyć w sobie konkretną strunę, i co zrobić, żeby zmienić to, co zmienić chcemy i co da się zmienić. "Poczucie własnej wartości" to niewielka książeczka właśnie z tej serii. Początek – nazbyt amerykański właśnie – trochę zniechęca, ale nie dajmy się zwieść! Wewnątrz znajdziemy cenną wiedzę. Dowiemy się, jakie są objawy poczucia niskiej wartości, skąd się biorą, jak je leczyć. Wrócimy też do korzeni, czyli do momentu, w którym poczucie własnej wartości się kształtuje, co pomoże nam uzmysłowić sobie i zrozumieć, co i dlaczego nasze poczucie wartości ukształtowało. Autorka prowadzi nas za rękę przez budowanie własnej wartości. Pociesza, że nie jest ono wrodzone, tylko nabyte, a więc można je kształtować. W książeczce znajdziemy też informacje o roli rodziców w kształtowaniu naszego poczucia własnej wartości, o jego wrogach i sprzymierzeńcach, o podwójnym wiązaniu, o uczuciach i ich wpływie, o tym, jakimi ludźmi się otaczać, a jakich unikać. A na koniec bardzo ładny rozdział o przyjaźni. To wszystko w formie skondensowanej, bez lania wody i owijania w bawełnę, napisane prostym językiem. To dobra baza dla podjęcia wysiłków i ciężkiej pracy nad sobą. -
- Przecieki niekontrolowane. Stan przejściowy 1992-2001
- Mariusz Urbanek
- cena: 25,49 zł
- (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)
vrediana 2006-03-06
Zaskakuje pozytywnie (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oglądając tę książkę w katalogu wydawnictwa, miałam o niej zgoła inne zdanie niż teraz. Przeczytawszy, że „Przecieki” to jedna z moich ulubionych form literackich (felietony), w dodatku rekomendowane przez Lema, spodziewałam się czegoś zupełnie innego, niż dostałam. A dostałam felietony o naturze polityczno(sic!)-społecznej. Czyli coś, za czym nie przepadam. Ale książkę miałam już w rękach, więc zajrzałam, przeczytałam pierwszy tekst, drugi, potem trzeci... i nagle się okazało, że już po lekturze! Urzekł mnie gorzki, czarny, nieco zgryźliwy humor Urbanka ilustrowany zręcznie przez Sawkę. Urzekło mnie obśmiewanie i wyszydzanie wszystkich opcji politycznych bez wyjątku. Urzekła mnie „bystra inteligencja i suwerenna pomysłowość”, jak to określił Lem. Do lektury też przyciąga fakt, że - nawet nie interesując się zbytnio polityką – można nadążyć za tematyką felietonów, bo zdarzenia i ludzie opisywani nie są zbyt odlegli w czasie i wszystkich pamięta czytelnik, który się urodził przed latami osiemdziesiątymi. -
- The Eight
- Katherine Neville
- (towar niedostępny)
vrediana 2006-03-06
Świetna rozrywka
"Ósemka" to – jak czytany na okładce – "feministyczna odpowiedź na "Poszukiwaczy zaginionej arki"". To powieść stricte przygodowa, ale kojarząca się raczej z "Indianą Jonesem" niż z jakimkolwiek feminizmem. Bo przecież nie każda powieść, w której kobieta jest główną bohaterką, jest feministyczna, litości! A tutaj nie ma głębokich analiz stanów psychicznych, nie wiemy nic o skrywanych emocjach bohaterów, mamy do wglądu tylko ich działania, a o stanie ducha wnioskujemy sami. Nawet miłość jest tu potraktowana po macoszemu i marginalnie, ale tak potraktowany jest każdy wątek, nie będący głównym. Książka ma dwie równoległe płaszczyzny. Część akcji rozgrywa się w XVIII wieku we Francji, a jego bohaterką jest nowicjuszka we właśnie zlikwidowanym opactwie Montglane, Mireille. W opactwie tym ukryte są figury szachowe, których zgromadzenie da znalazcy absolutną władzę nad światem. W wątku równoległym tych samych figur szachowych poszukuje Catherine Velis, specjalistka od komputerów w latach 70 poprzedniego stulecia. Catherine podąża za nimi do Algierii i to tam rozgrywa się część najbardziej przygodowa. Losy Mireille i Catherine splatają się ze sobą i przeplatają, obie dziewczyny są w śmiertelnym zagrożeniu, obie są ścigane przez czarne charaktery, obie desperacko próbują ocalić siebie przed śmiercią i komplet szachów przed trafieniem w niepowołane ręce. Obie krok po kroku rozgryzają zagadkę. Na koniec książki zaglądać nie trzeba, zakończenie i tak wiadome jest od początku, ale to w niczym nie umniejsza radości czytania. To wartko napisana przygodówka, bez dłużyzn i nudy, precyzyjnie rozplanowana i wciągająca od początku do końca. -
- Bezradnik. O kobietach, mężczyznach, miłości, seksie i zdradzie
- Zofia Milska-Wrzosińska
- (towar niedostępny)
vrediana 2006-03-06
O kobietach, mężczyznach, miłości i zdradzie (14 z 14 uznało tę recenzję za pomocną.)
Podtytuł tej książki jest równie trafny co tytuł, książka jest właśnie o tym: o kobietach, mężczyznach, miłości, seksie i zdradzie. A także o kilku najpopularniejszych schematach, które stosujemy w relacjach z płcią przeciwną, o tym, skąd się biorą i dlaczego można w te schematy wpaść. Wszystko okraszone przykładami z życia wziętymi. Eichelberger (jak czytamy na wewnętrznej stronie okładki) uważa, że te demaskowane przez Milską-Wrzosińską obszary niedojrzałości dotyczą głównie mężczyzn, "którym autorka niczego nie oszczędza", mnie jednak się wydawało, że przeciwnie, jest to książka, która nie oszczędza niczego kobietom okrutnie wytykająca im, jakich nieodpowiednich mężczyzn sobie wybierają raz po raz i jakie schematy powielają, zamiast przerwać ten pozorny ciąg przypadków. Bardzo przydatna książeczka - i dla kobiet, i dla mężczyzn, i dla tych z kłopotami w związku, i dla tych bez kłopotów. Ale jeśli ktoś się spodziewa w książeczce psychoterapii i gotowych rozwiązań, to się zawiedzie. -
- Conversation
- Michel Petrucciani, Tony Petrucciani
- (towar niedostępny)
vrediana 2006-02-27
A to wszystko z miłości
Michel Petrucciani urodził się w 1962 we Francji w rodzinie muzyków – jego ojciec był gitarzystą, bracia basistami, a on sam odkrył pianino w wieku lat czterech, i to po obejrzeniu w telewizji Duke’a Ellingtona. Pianista cierpiał na chorobę kości, która sprawiła, że był karłem. Nie sięgał do pedałów przy fortepianie, trzeba było je specjalnie wydłużać. Był malutkim człowieczkiem o nieproporcjonalnie dużych dłoniach, które i tak były mniejsze niż u przeciętnego mężczyzny. I tymi dłońmi wyprawiał nieprawdopodobne rzeczy na klawiaturze! Jego dłonie śmigały tak szybko i sprawnie, że nadążyć za nimi nie sposób. Petrucciani bawił się brzmieniem, a sposób, w jaki frazował, sprawił, że jego granie jest rozpoznawalne, a muzyka nieprawdopodobnie żywa, pełna pasji, wibrująca od emocji. I to wszystko możemy podziwiać na płycie „Conversation”, która zawiera standardy jazzowe. Michel nagrał ją ze swoim ojcem Tonym i jest to zjawisko niezwykłe, bo wzmocnione jeszcze więzami rodzinnymi, miłością ojca i syna oraz ich obu – do muzyki. Ci dwaj razem z instrumentami tworzą jedno ciało. Petrucciani własną wirtuozerią i ciężką pracą stał się bohaterem w stylu iście amerykańskim – „był skazany na sukces”. Cudowne dzieci rzadko wyrastają na cudownych dorosłych – jemu się to udało. Nagrał kilkadziesiąt perfekcyjnych płyt i to wszystko, co nam po nim zostało... Michel zmarł w 1999 w wieku 36 lat. -
- Dom dusz
- Bille August
- (towar niedostępny)
vrediana 2006-02-06
Koniecznie trzeba znać! (3 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)
"Dom dusz" powstał na podstawie książki Isabel Allende "Dom duchów". Książka rewelacyjna, więc obawiałam się, że po raz kolejny potwierdzi się zasada: dobra książka – zła ekranizacja, zła książka – dobra ekranizacja. Zaskoczenie było jednak pozytywne. „Dom dusz” to zrealizowany przepięknie obraz. Wspaniałe role Ironsa i Winony Ryder. Jedynie Meryl Streep, choć uważana za doskonałą aktorkę, nie poradziła sobie z rolą Klary. Książkowa Klara to byt efemeryczny - Streep to kobieta z krwi i kości. Rozwiany włos i zwiewne stroje nie wystarczyły, żeby ukazać choć część tej efemeryczności. Za to Glenn Close odtwórczyni Feruli do swojej roli pasowała idealnie: wspaniale 'grała twarzą', to emocjonalna rola kobiety z syndromem ofiary, a Close ma twarz stworzoną do takich ról! Poza Klarą, aktorzy dobrani byli wręcz idealnie. Wszystkie dziewczynki - mała Klara, mała Blanca, Alba, Pedro, ojciec Pedra, syn Estebana zagrali doskonale. Reżyser się spisał już od pierwszych kadrów, które natychmiast przywołały obrazy z książki – wszystkie wspomnienia i emocje czytelnicze; splotły się pięknie z tym, co nam pokazał reżyser, jakby były jednym. Rzadko się zdarza, żeby film aż tak przystawał do książki, bez żadnej szkody. Może to zasługa tego, że książki Allende są niezwykle filmowe? Z przyjemnością obejrzę ekranizacje innych jej książek, szczególnie zaś „Ewy Luny”. -
- Róża i wieprz
- Anne Provoost
- (towar niedostępny)
vrediana 2006-01-31
Piękna i Bestia (4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
W małej wiosce niedaleko Antwerpii, w mrokach średniowiecza, rodzi się dziewczynka. Nie jest zdeformowana, jak informuje okładka książki, jest... przezroczysta. Przez jej sino-białą skórę widać pulsujące serce, płynącą krew. Dziewczynka jest przejrzysta jak szklana figurka, jak szkło delikatna i krucha. Nikt nie wierzy, że przeżyje. Nikt nie rozmyśla o jej przyszłości i na nią nie czeka. Nikt nie nadaje jej nawet imienia. Wołają na nią Dziewczynka-ze-Szkła i nie wierzą, że dożyje wiosny. Kiedy ojciec postanawia podarować swoim córkom zwierzątka, Dziewczynka nie dostaje złotej rybki ani rajskiego ptaka. Dostaje małego wieprzka, który balansuje na granicy śmierci. Przeżywa cudem, może dzięki nadaniu imienia, Zoran? W każdym razie to sprawia, że ojciec nadaje imię także swojej „szklanej” córce: Rozalinda. Także jej przeznaczone jest życie... To nie Zoran jednak jest książkową Bestią. To sama Rozalinda, która z Bestii na oczach wszystkich przemienia się w Piękną. Proza Provoost pełna jest znaków, ukrytych znaczeń, metafor i porównań. Można oczywiście odbierać ją wprost, tak jak dzieci odbierają bajki, ale szkoda byłoby stracić te wszystkie analogie i odwołania. Według samej autorki ta książeczka jest „metaforą inicjacji seksualnej” (z okładki), a ja powiedziałabym, że metaforą poszukiwania i odnajdywania siebie, w głębszym i szerszym sensie. To nie sprośne elfy i nie złośliwe anioły obdarowują Różę pięknem – to ona sama odnajduje je w sobie w miarę, jak siebie poznaje. Wszystko tu jest metaforą – Zorian, który swoją zewnętrzną brzydotą kontrastuje z wewnętrznym pięknem; Róża, która sama dla siebie stanowi kontrast w miarę, jak Dziewczynka-ze-Szkła przekształca się w Piękną; ojciec, który jako Sprawiedliwy przypomina Boga; „złe siostry Kopciuszka”, które – jak ludzkość – tępią powierzchowną szpetotę, nie dostrzegając wnętrza (cóż za stereotyp!) i tak dalej... Czyta się błyskawicznie – na dwóch poziomach: na poziomie fabuły, która wciąga, ciekawi, zmusza do lubienia Pięknej, współ-czucia z nią, solidaryzowania się; i na poziomie znaków – to kapitalna zabawa w zgadywanie, co jest czym, przy czym pomysłowy czytelnik znajdzie tam pewnie więcej znaków, niż ich tam umieściła sama Autorka. „Róża i wieprz” to wyzwanie dla wyobraźni, sposób na oderwanie się od dosłownej rzeczywistości. A czytać należy ją wieczorami, najlepiej przy muzyce Mozarta. -
- Wbrew regułom
- Lasse Hallstrom
- (towar niedostępny)
vrediana 2006-01-31
Rozczarowanie miesiąca (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Teoretycznie „Wbrew regułom” to adaptacja książki Irvinga – „Regulamin tłoczni win”. Ale tylko teoretycznie, bo praktycznie nic z książki w sobie nie zawiera, co dziwi tym bardziej, że scenariusz napisał sam Irving, a szokuje, że dostał za niego Oscara! Film pomija wszystko to, co najważniejsze: całe dzieciństwo Homera w sierocińcu (a ono przecież go ukształtowało!), więź Homera z Wilburem Larchem, w ogóle jakiekolwiek więzi między postaciami, które w książce się zawiązywały, rozwijały, były uzasadnione i wytłumaczone logicznie i psychologicznie – tego w filmie nie ma, wszystkie postacie zostały wyrwane z ich środowiska, odcięte od korzeni, a relacje między nimi są ledwie zarysowane i niezrozumiałe. Cały film to chaos. Bez książki nie byłoby wiadomo, o co chodzi – wygląda to jak streszczenie, jak bryk szkolny, ale – niestety – źle napisany bryk, bo pomija to, co najistotniejsze, a to z kolei sprawia, że ukazane zdarzenia w żaden sposób się nie łączą i do siebie nie przystają. Nie ma w ogóle głównego wątku – film skupia się na wszystkich bohaterach jednocześnie, więc nie skupia się na żadnym i tak naprawdę o nikim nic nie wiemy. Ogromnych, wyciętych partii książki bardzo brakuje. A zabieg, który czyni Rose Rose równolatką Homera, podczas gdy w rzeczywistości była równolatką jego dziecka, nie pasuje zupełnie i jest nieuzasadniony. W ogóle zamknięcie kilkunastu lat pobytu Homera w tłoczni win w jeden rok jest niedopuszczalne. Usunięcie narzeczonego, a potem męża Candy, Wally’ego, z filmu to kolejny zabieg, którego nie sposób zaakceptować. Zwłaszcza, że usuwając go, zaniechano pokazania przyjaźni między nim a Homerem, a to przecież z niej wynikało późniejsze zachowanie Homera i Candy wobec Wally’ego. Dla mnie ten film to chaotyczny wybór mało istotnych scen z książki, trailer do filmu właściwego, który powinien być dłuższy i skupiony na czymś zupełnie innym. Nie rozumiem, dlaczego Irving tak zmasakrował własne dzieło! Toż to rzeź niewiniątek! Ślizganie się po powierzchni i staranne unikanie tego, co ważne. Rozumiem, że to adaptacja i realizacja może być dowolna. Ale przecież nawet nie realizując książki dokładnie, inspirując się nią zaledwie, można napisać dobry scenariusz i zrobić świetny film – przykładem niech będzie choćby „Nieznośna lekkość bytu”, od książki odległa i inna, a jako samodzielny filmowy utwór bardzo ładna. „Wbrew regułom” niestety nie może istnieć samodzielnie, bez książki, a z kolei istnienie z książką jest dla niego śmiercią. Nie rozumiem celu powstania tego filmu, który nie stanowi ani samodzielnego utworu, ani ekranizacji książki. Nie uzupełnia i nie rozszerza jej także. Jedyny plus: Erykah Badu w roli Rose Rose. Pozbawiona swojej gigantycznej czupryny, spod której prawie jej nie widać, zdawała się kimś innym. To dla niej trzeba zobaczyć ten film.






Merlin in English






![Myśliwiecka [Digipack] - Artur Andrus](/Mysliwiecka_Artur-Andrus,images_small,4,MYSTCD188.jpg)













