stały recenzent  Jan Stradowski

Sporo piszę, dużo czytam, czasem oceniam. Więcej o mnie: http://www.stradowski.net

Rekomendacje:

  1. Upadek
  2. Muzykofilia. Opowieści o muzyce i mózgu
  3. Śmierć można uleczyć
  4. Dlaczego pingwinom nie zamarzają stopy?
  5. Zakupologia. Prawdy i kłamstwa o tym, dlaczego kupujemy

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 44

  • Frankenstein. Syn marnotrawny

    Jan Stradowski 2006-08-10

    Naprawdę straszna książka...   (5 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)

    ... ale z powodów innych, niż by chcieli autorzy czy wydawcy. Jest po prostu fatalnie napisana. Słabe tempo akcji czy mizernie zarysowane postaci można by jeszcze było wybaczyć. Nowy "Frankenstein" jest jednak obarczony znacznie poważniejszymi "wadami wrodzonymi". Podobnie jak Umberto Eco, mam uczulenie na tandetne metafory ("czmychnęli niczym konie spłoszone grzmotem pioruna") i nadużywanie trzykropków ("a mimo to... masz duszę? Dał ci ją... tamten piorun?"). Organicznie nie znoszę pseudonaukowej paplaniny, od której w tej książce się roi. Począwszy od bzdurnych mechanizmów długowieczności (w ciele Frankensteina elektryczność zamieniana jest "w inną energię, zapewniającą jego komórkom młodość i zatrzymującą tykanie zegara biologicznego", a psychopatyczny 38-letni morderca myśli, że pijąc owczy mocz i łykając garści witamin może wrócić do stadium 12-latka!). Skończywszy na absurdalnych nawiązaniach do autyzmu (szkoda cytować). Dean Koontz i spółka najwyraźniej nie zrozumieli, że XXI-wieczny dr Frankenstein powinien być choć trochę wiarygodny, a to wymaga porządnego researchu i odrobiny szacunku dla czytelnika. Gdy autorzy piszą "cienka linia dzieliła poważne mordercze działania od zwyczajnej błazenady" (sic!), powinni mieć świadomość, że takiego "Frankensteina" lata świetlne dzielą od thrillerów Crichtona czy fantastyki Pratchetta. I na koniec zła wiadomość - to dopiero początek trylogii. Strach się bać, co będzie dalej.
  • Wilt w drodze donikąd

    Jan Stradowski 2006-08-09

    Wiek średni według Wilta   (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Na kolejną porcję przygód angielskiego nauczyciela świat czekał prawie 20 lat (jak ten czas leci!). W pierwszej chwili - czyli na pierwszych stronach powieści - pomyślałem, że źle się dzieje. Sharpe jakby stał się nieco mniej cięty: Wiltowi niezgorzej się powodzi (gdzie te czasy, gdy niósł kaganiec oświaty chłopakom z klasy pierwszej mięsnej...), jest w stanie przeżyć pod jednym dachem ze swymi nastoletnimi już czworaczkami, a nawet skutecznie wyprowadzić w pole żonę Evę (która, wskutek jakiejś niesłychanej małżeńskiej osmozy zdołała sobie przyswoić zdolność do logicznego myślenia, przynajmniej w pewnym zakresie). Niedobrze, niedobrze... a im dalej w las, tym gorzej. Wilt rusza na nostalgiczną wędrówkę po angielskiej prowincji, Eva z potomstwem leci za Atlantyk w celu robienia dobrego wrażenia na bogatych krewnych. Czyżby bohater - a więc i autor, dla którego Wilt jest bezsprzecznie alter ego - cierpiał na jakąś formę kryzysu wieku średniego? Nic z tych rzeczy. Charakterystyczna Sharpe'owska masakra każe na siebie długo czekać - może nawet trochę zbyt długo - ale gdy już się rozkręci, jest jak za dawnych lat. Strasznie i śmiesznie, pokracznie i slapstikowo, bo autor nawet z trzecioplanowego wypadku samochodowego potrafi zrobić coś, co trąci perwersją. Masakra w wersji angielskiej nie oszczędza nikogo: zdegenerowanej arystokracji, nieudolnych polityków, zarozumiałych policjantów, bezwzględnych dziennikarzy, zaniedbanej służby zdrowia... Wersja amerykańska dokłada do tego zdrową dawkę pogardy dla bufonady i dwulicowości jankesów. Rodzina Wiltów przechodzi przez to piekiełko w zadziwiająco dobrej kondycji, nie licząc paru nieprzyjemności czy pobytu na oddziale psychiatrycznym. Wieńczący dzieło happy end jest niemal zupełnie pozbawiony ironii, co ponownie mnie zaniepokoiło: czy autor traci pazury, czy po prostu kpi sobie ze mnie? Odpowiedź przyniesie zapewne kolejna książka, na którą będę cierpliwie czekał. Póki co Sharpe ma u mnie zagwarantowane miejsce na regale - tuż obok Terry'ego Pratchetta i Douglasa Adamsa.
  • Jan Stradowski 2006-08-01

    Przewidywalna   (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Pierwszym tomem naprawdę się zachłysnąłem, drugi przeczytałem z rozpędu, ale przepowiednia wyroczni popsuła mi przyjemność z lektury trzeciego... zwłaszcza, że do końca historii jeszcze dwie książki. Niebezpiecznie zaczyna to przypominać Harry'ego Pottera, któremu odwlekanie finału znacznie zaszkodziło. "W blasku księżyca" niczym nie zasakauje, baśniowy japoński świat jest już znany i "oswojony", wątek zmierza w kierunku happy endu... Miło, ale - już - żadna rewelacja.
  • Po słowiczej podłodze

    Jan Stradowski 2006-08-01

    Odświeżająca!   (1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Siłą tej książki jest wyjście z ciasnych schematów książek "japońskich", "o Japonii", "orientalnych" etc. Budując własny, wymyślony świat, jedynie przypominający Japonię, autorka potrafiła połączyć rozmach trącący nieco Tolkienem (oczywiście przy zachowaniu proporcji) z młodzieżową przygodówką nie gorszą od Pottera czy Eragona. Sprytnie wymieszane echa buddyzmu, chrześcijaństwa, bushido, nin-jitsu przemawiają do wyobraźni, a akcja - choć często przewidywalna - trzyma w napięciu. Czyta się jednym tchem, ale następne tomy niestety nie spełniają już oczekiwań rozbudzonych przez "Słowiczą podłogę".
  • Zanim Cię znajdę

    Jan Stradowski 2006-08-01

    Gniot   (2 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Trudno mi samemu w to uwierzyć, ale odpadłem po jakichś stu stronach. Irving wyraźnie traci formę i oby to było twarde dno. Narracja naszpikowana drobiazgami, akcja ślimaczy się niemiłosiernie, pisanie z perspektywy dziecka zupełnie nieprzekonywające. I do tego ta szarobura, depresyjna atmosfera północnej Europy. Szkoda mi nawet miejsca na regale - "Zanim Cię znajdę" wkrótce znajdzie się... na Allegro.
  • Carpe Jugulum
    • Carpe Jugulum
    • Terry Pratchett
    • (towar niedostępny)

    Jan Stradowski 2006-08-01

    Mrocznie

    Książka zaskakująco poważna - jak na Pratchetta, rzecz jasna, bo bez potężnej garści humoru się nie obyło. Babcia Weatherwax po raz pierwszy wydaje się zagubiona i bezbronna, zło zaczyna triumfować i kusić... A do tego sporo przemyśleń na temat wiary, niewiary, grzechu i dobroci, więcej nawet niż w "Pomniejszych bóstwach". Dlatego - mimo rubasznych historyjek Niani Ogg i krwawego happy endu - "Carpe Jugulum" skłania do refleksji i to nie zawsze wesołych. Wielkim plusem jest tłumaczenie Piotra Cholewy, który potrafił nadać Nac Mac Feegle'om niesłychany charakter - coś pomiędzy Szkotami, krasnoludami a naszymi góralami, a wszystko z dużą domieszką ADHD.
  • Ostatni kontynent
    • Ostatni kontynent
    • Terry Pratchett
    • (towar niedostępny)

    Jan Stradowski 2006-08-01

    Zabawy z ewolucją   (1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Pratchett nieodmiennie mnie fascynuje swym twórczym podejściem do teorii naukowych, które w jego powieściach - szczególnie w wątku Niewidocznego Uniwersytetu - przerabiane są w historie tyleż fantastyczne, co pouczające. W "Ostatnim kontynencie" króluje ewolucjonizm, ekologia i - jakżeby inaczej - wszechświaty równoległe. Tym razem autor doprawił całość sosem z antypodów, który czasem bywa ciężkostrawny (ostatecznie nie każdy wie, kim był Ned Kelly...), ale też zbytnio nie przeszkadza. I choć to (chyba) koniec przygód Rincewinda, to mam nadzieję, że przygody innych magów znajdą godziwą kontynuację w następnych tomach.
  • Skok w dobrą książkę

    Jan Stradowski 2006-03-09

    W oczekiwaniu na finał   (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    "Skok w dobrą książkę" niewątpliwie jest dobrą książką, ale cierpi na coś, co nazywam "syndromem drugiego tomu". Fforde trzyma wysoki poziom, do którego przyzwyczaił nas w "Porwaniu Jane E.". Alternatywny świat jest barwny, wciągający (ach, żeby i w naszej rzeczywistości literatura była tak ważna...) i - jak się okazuje - ma więcej niż jeden wariant. Drugą część przygód Thursday Next zdominowana jest przez podróże w czasie, paradoksy pradziadka i wszechświaty równoległe, choć wątek wchodzenia do książek też ma się dobrze - na tyle dobrze, że dowiadujemy się o istnieniu jeszcze jednej jednostki policyjnej, tym razem działającej w wirtualnym świecie literatury. Problem ze "Skokiem" polega jednak na tym, że jest on łącznikiem między pierwszą książką - gdzie świat został przedstawiony, a akcja efektownie zawiązana - a trzecią, w której zapewne dojdzie do finałowego starcia z arcyzbrodniarką, odzyskania męża Thursday etc. W rezultacie nie mamy zbyt dynamicznej akcji i dramatycznych kulminacji, bo przecież wiemy, że w tym tomie nie dojdzie do żadnych ostatecznych rozstrzygnięć. Pozostaje nam czekać na finał i zgrzytać zębami na nieliczne, ale denerwujące potknięcia korekty (pardon - skutki żerowania książkowych pasożytów korekcyjnych).
  • Imprimatur + płyta CD z muzyką

    Jan Stradowski 2006-01-12

    Mdławe "rokokoko"   (1 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Różnica między "Imieniem róży" a "Imprimatur" jest mniej więcej taka, jak między gotykiem a barokiem. Eco potrafi zbudować nastrój bez uciekania się do tanich sztuczek, naciąganych teorii spiskowych i pseudonaukowych bzdur. W porównaniu z tym gotyckim majestatem produkt tandemu Monaldi&Sorti przypomina ołtarzyk upstrzony tandetnymi złoceniami i aniołkami o kretyńskich minkach. Autorzy zapomnieli, że w przypadku powieści - nie tylko historycznych - sztuką jest powstrzymywanie się od zalewania czytelnika masą niepotrzebnych szczegółów. Postępują dokładnie tak, jak ich główny bohater, który przyprawiał mieszkańców gospody o mdłości, hojnie dodając do każdej potrawy cynamon. Raczą nas szczegółowymi opisami potraw, wyliczają składniki wielu dziwacznych lekarstw, wdają w niezliczone dygresje tudzież drobiazgowo kreślą postaci, które potem nie wnoszą nic do głównej akcji i zostają po jakimś czasie beztrosko porzucone. Absolutnym hitem jest leczenie dżumy przy pomocy muzyki gitarowej - rewelacja nadająca się raczej do miesięcznika "Wróżka" niż książki, która próbuje trzymać się realiów epoki (pomijam już to, że za epidemię Czarnej Śmierci prawdopodobnie wcale nie była odpowiedzialna żadna bakteria, którą dałoby się dojrzeć pod mikroskopem). Finał okazuje się miałki, a dodatkowa obudowa, mająca zapewne wzmocnić wiarygodność tej historii, zwyczajnie nuży. Powieść być może obroniłaby się, gdyby została gruntownie przeredagowana i skondensowana. Do tego trzeba jednak trochę gotyckiej dyscypliny, a nie barokowej beztroski w stylu "późnego rokokoko". Dla porównania proponuję przeczytać "Żywe srebro" Stephensona - niby też barok i powieść historyczna, a o dwie klasy wyżej.
  • Której imię wymazano

    Jan Stradowski 2006-01-11

    Rasowa...

    ... powieść historyczna, nie ustępująca w niczym klasyce takiej, jak "Królowie przeklęci" czy "Egipcjanin Sinuhe". Choć bazuje w dużej mierze na spekulacjach, to czyta się ją znakomicie i nie nuży nadmiarem szczegółów. Autorka zadbała nie tylko o oddanie klimatu epoki, ale również - co wcale nie jest takie częste - o wiarygodność psychologiczną bohaterów. Feministyczny wydźwięk nie przeszkadza, lecz przeciwnie - dodaje smaku tej opowieści o miłości, wierze, pasji naukowej i trudnych zakrętach historii chrześcijaństwa.
(Stron: 5)

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Promocje - kupuj i oszczędzaj!