stały recenzent  Paulina Pachulska

Rekomendacje:

  1. Tango kameleon [Digipack]

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 87

  • Fałszywa ścieżka

    Paulina Pachulska 2007-09-28

    Głos rozsądku w sprawie feminizmu   (1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Mamy przed sobą błyskotliwy esej francuskiej myślicielki, badaczki historii kobiet i rzeczniczki liberalnego feminizmu - Elisabeth Badinter. To pozycja niecierpliwie oczekiwana. Gdy ukazała się we Francji w 2003 roku, w naszych mediach publikowano jej fragmenty zapowiadające prawdziwą burzę mentalną oraz przełom w dyskursie na temat równouprawnienia. Tymczasem, gdy emocje już opadły, a książka ta w naturalny sposób straciła status gorącej nowości, można obiektywnie ocenić jej wagę. Gdyby chcieć określić ją w kilku słowach, należałoby nazwać ją głosem rozsądku w kwestii feminizmu. I to głosem mądrym, rzeczowym, wartym wysłuchania. Badinter słynie ze stawiania kłopotliwych pytań, rozbijania myślowych schematów, dekonstruowania stereotypów, piętnowania przesady. Również tu, korzystając z wyostrzonego zmysłu obserwacji i ciętego języka, uświadamia, że feminizm wstąpił na tytułową fałszywą ścieżkę. Szczególnie dokładnie przypatruje się jego wiktymistycznej odmianie, w obrębie której kreuje się przerysowany wizerunek kobiety-ofiary i mężczyzny-ciemiężyciela. Sporo miejsca poświęca analizie pojęcia męskiej dominacji, by dla przeciwwagi zakwestionować mit kobiecej niewinności. Fragmenty dotyczące przemocy wśród kobiet (kobiety-hitlerowcy, znaczący udział kobiet w masowych mordach w Ruandzie) zdumiewają, bo godzą w nietyklaność portretu kobiety-ofiary w świadomości kulturowej. Autorka, patrząc na konflikt płci niejako z dystansu, zauważa wewnętrzne sprzeczności, paradoksy a nawet seksistowski wymiar feministycznego ruchu. Te śmiałe, kontrowersyjne tezy nie są bynajmniej wymierzone w kobiety. Nie miały też na celu stać się tarczą ochronną dla mężczyzn. Badinter po prostu dostrzegła potrzebę ponownego zdefiniowania relacji między kobietami i mężczyznami (niekoniecznie w oparciu o mocno nadużywaną kategorię przemocy). Występując przeciw dychotomicznej wizji ludzkości podzielonej na dwa wrogie obozy dowodzi, że błędna diagnoza problemu nie sprzyja ustanowieniu nowego porządku. Czytając o absurdalnych sondażach przeprowadzanych wśród kobiet na temat różnych form męskiej przemocy, trudno pozbyć się wrażenia, iż - w ferworze walki - zatracono granice pomiędzy tym, co obiektywne a subiektywne, faktami a odczuciem, rzeczywistością a fantazją. Badaczka stara się przywrócić właściwe proporcje w społecznej dyskusji. Jej alarm ma zwrócić uwagę na fakt, iż obecnie feminizm zaczyna propagować idee sprzeczne z interesem kobiet. Ta niewielka objętościowo publikacja przynosi zaskakująco celne spostrzeżenia, prowadzi do konstruktywnych wniosków, pogłębia refleksję dotyczącą kwestii równouprawnienia. Pozwala ponownie wstąpić na właściwą ścieżkę w feministycznym dyskursie.
  • Konie narowiste

    Paulina Pachulska 2007-09-16

    Wysocki siedemnastokrotnie   (4 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Niejednokrotnie po obejrzeniu spektaklu muzycznego, który wywarł na nas duże wrażenie, pozostaje niedosyt i żal, że nie będzie już możliwości ponownego wysłuchania utworów. Tak było również w lipcu 2005 roku, kiedy w ramach XXXII Ogólnopolskich Spotkań Zamkowych "Śpiewajmy Poezję" odbył się koncert "Konie narowiste", poświęcony pamięci Włodzimierza Wysockiego w 25 rocznicę śmierci. Można go było jeszcze zobaczyć, w nieco zmienionym kształcie, w Teatrze na Woli i rok później przy okazji Lata Teatralnego w sopockim Teatrze Atelier. I oto po dwóch latach ukazuje się płyta z zapisem tego emocjonującego wieczoru. A na niej plejada profesjonalnych wykonawców opowiada o Wysockim, opowiada Wysockim. Na maleńkiej scence przy nieistniejącej już rozłozystej wierzbie płaczącej na dziedzińcu olsztyńskiego zamku Jerzy Satanowski - reżyser spektaklu - zgromadził artystów prezentujących znakomity poziom wykonawczy, co jest głównym atutem tego materiału. Każdy z nich odczytał słowa rosyjskiego barda w indywidualny sposób, filtrując je przez swą wrażliwość. Efekt tych twórczych zmagań to 17 zamieszczonych na płycie pieśni w doskonałych przekładach (m.in. Romana Kołakowskiego), świetnie zharmonizowanych z muzyczną frazą. Co do interpretacji, to mamy tu szkołę piosenki aktorskiej w wydaniu Artura Żmijewskiego oraz Barcisia. Wykonane przez tego pierwszego pieśni, jakkolwiek perfekcyjne pod względem technicznym, pobrzmiewają chłodem. Dystans i opanowanie raczej nie kojarzą się z ekspresywną, tętniącą emocjami twórczością Wysockiego, wobec czego propozycja Żmijewskiego jest tu dość nowatorska. Z kolei interpretacje Artura Barcisia wnoszą trochę światła w dość mroczny świat Wysockiego. Dowcipnie podany "Miszka Szyfman" faktycznie bawi, będąc swoistym interludium w układzie pieśni o sporym ładunku melancholii. Konwencję żartobliwą wybrał też aktor Mariusz Kiljan w "Gimnastyce" czy "Trójkącie bermudzkim" - utworach o skądinąd groźnym wydźwięku. Mirosław Baka uderza w zabarwione goryczą tony i trudno oprzeć się wrażeniu, że aktor ten gra niezmiennie tę samą postać, niezależnie od tego, czy śpiewa Brela ("Wyspa Brel"), Kaczmarskiego ("Tunel") czy właśnie Wysockiego. Jest jeszcze nienachalny Adam Nowak - lider zespołu Raz Dwa Trzy w typowym dla siebie balladowym enourage`u. Ale po wysłuchaniu całej płyty pozostają w nas przede wszystkim 2 utwory zaśpiewane przez Mirosława Czyżykiewicza: "Moja Cygańska" i tytułowe "Konie...". Bez wątpienia właśnie ten artysta przywołuje w spektaklu ducha Wysockiego, śpiewając do ostatniej struny głosowej, do zatracenia. Tylko w jego interpretacjach odnajdujemy dramat rosyjskiego barda, właściwy ciężar jego poezji, siłę wyrazu i głębię świadomości. W tę bolesną a nawet brutalną, można by powiedzieć "męską" rzeczywistość, Satanowski wprowadził jednak kobiece głosy. Momentami liryczne ("Piosenka o zabitych łabędziach"), tylko pozornie wabią ciepłą, subtelną barwą. Przekornie bowiem reżyser wybrał dla młodych artystek utwory dosadne, zawierające elementy groteski ("Piosenka o nieboszczyku"), stojące w wyraźnej opozycji do ich scenicznego wizerunku, co tylko wzmaga gorzką wymowę tych utworów. Cały ten, kultowy już w pewnych kręgach, spektakl mamy zatem na płycie. Włącznie z dwoma bisami. Teraz nareszcie można bisować do woli...
  • Pachnidło
    • Pachnidło
    • Tom Tykwer
    • cena: 18,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 7 dni)

    Paulina Pachulska 2007-08-23

    Zobaczyć zapach   (21 z 23 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Tom Tykwer ("Niebo", "Zakochany Paryż") postawił sobie ambitny cel: przenieść na ekran światowy bestseller, książkę tyleż kultową, co niefilmową, jaką jest "Pachnidło" Patricka Suskinda. Dlaczego niefilmową, skoro mowa o jednej z najbardziej oryginalnych i pomysłowych fabuł w historii światowej literatury? Po pierwsze, narracja prowadzona jest w mowie pozornie zależnej przy prawie zupełnej nieobecności dialogów, stanowiących narzędzie rozwoju akcji w kinie. Po drugie, stworzony przez pisarza świat to genialnie wykreowana przestrzeń zmysłów, niezwykle trudna do przełożenia na język filmu. Jak bowiem zobaczyć zapach? Reżyserowi jednak udało się dokonać owej transpozycji wrażeń, a jego blisko trzygodzinny obraz urzeka pięknem i precyzją. Kto spodziewa się jatki, ociekajacych przemocą scen czy krzyku przerażonych ofiar, będzie zawiedziony. Śmierć u Tykwera podlega świadomej estetyzacji. Zatem martwe, upozowane ciała zachwycają, przypominając raczej pogrążone we śnie modelki z sesji zdjęciowych w ekskluzywnych magazynach niż bliskie rozkładu zwłoki. Grenouille to nie odstręczający pokurcz z twarzą naznaczoną wynaturzeniem, lecz delikatny młodzieniec o regularnych rysach i opalizującej skórze. Jednym z bohaterów swego filmu reżyser uczynił muzykę doskonale harmonizującą z obrazem. Rezygnując z nadmiaru słów (konstrukcja opiera się na skromnych partiach dialogowych oraz trzecioosobowym narratorze pilnującym przyczynowo - skutkowego porządku zdarzeń) w pewnym stopniu jej powierzył obowiązek snucia opowieści. Odtwórca postaci Grenouille`a musiał natomiast skorzystać z pozawerbalnych środków aktorskiej ekspresji przy budowaniu roli.Zagranie tak skomplikowanej, wyrazistej osobowości za pomocą niemal wyłącznie mimiki wydaje się niemożliwe. A jednak zobaczyliśmy okrucieństwo i tragizm, smutek i rozkosz, pragnienie i pychę w pozornie niewinnej twarzy Jana Baptysty. By przybliżyć widzowi siłę jego obsesji, kamera nie waha się wniknąć do jego nosa, co narzuca skojarzenie z penetrowanym w podobny sposób uchem Fryderyka w ekranizacji "Pornografii" J.J.Kolskiego. Wychodząc z kina, długo mamy w pamięci ciepłą żółć soczystych renklod, parzącą czerwień loków Laury czy zdumiewającą niemą scenę zbiorowej orgii. Mówi się, że są filmy, które należy smakować. Ten doskonale nadaje się również do wąchania. Warto zaangażować wszystkie zmysły, by w pełni odczuć synestetyczną poezję tego obrazu.
  • Bez piór

    Paulina Pachulska 2007-08-22

    Intelektualna rozrywka i zbiór ćwiczeń na przeponę w jednym   (1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    "Bez piór" to jeden z trzech tomików opowiadań, który ukazał się na naszym rynku wydawniczym po raz pierwszy w 1992 roku - 18 lat po swej amerykańskiej premierze. Podobnie jak w dwóch pozostałych - "Wyrównać rachunki" i "Skutkach ubocznych" - znajdziemy w nim znakomite humoreski dostarczające intelektualnej rozrywki i ćwiczeń na przeponę. Niedoścignione wyczucie parodii czy pastiszu pozwala Allenowi wyśmiać manierę diarystyczną w przezabawnej stylizacji własnego domniemanego dziennika, historyczno-literackie kwerendy dotyczące autorstwa dzieł Szekspira, eseistyczny ton, konwencję powieści detektywistycznych czy też modę na publikowanie korespondencji wielkich (interesująca wariacja na temat listów Van Gogha do jego brata przy założeniu, że ów najsłynniejszy impresjonista byłby dentystą). Małe formy prozatorskie ujawniające niewyczerpany i absurdalny humor Allena znany już ze wspomnianych publikacji. Tym, co wyróżnia zbiorek "Bez piór" są dwie jednoaktówki "Śmierć" oraz "Bóg", będące inspiracją do późniejszych filmów Allena - "Purpurowej róży z Kairu" a także "Cieni i mgły". To właśnie w owych sztukach komik objawia się nam jako filozof, snując refleksje na temat problemu współczesnego człowieka. Z kwestią nieautentyczności istnienia, utraty tożsamości, granic rzeczywistości boryka się główny bohater "Śmierci" - Kleinman. Ten "mały człowiek" (znaczące nazwisko) nie potrafi sam się określić, oczekując od innych wyznaczenia mu jego roli. Problemy egzystencjalne pojawiają się też w sztuce "Bóg" opartej na toposie świata jako teatru i, zarazem, na chwycie teatru w teatrze. Twórczo czerpiąc z tradycji antycznej tragedii (protagoniści noszą imiona będące greckimi nazwami pewnych przypadłości, np. cukrzyca, włośnica, zapalenie wątroby), prowadzi jednocześnie intertekstualną grę, zaludniając swój tekst postaciami z klasyki światowego dramatu. Parodystyczne zabiegi formalne nie przesłaniają jednak czytelnikowi istoty Allenowskich rozważań: niedorzeczności istnienia, poczucia absurdu i konieczności jego przezwyciężenia. W jaki sposób? Otóż humanistyczny heroizm w ujęciu pisarza zasadza się na śmiechu - po prostu (tu odnajdujemy duchowe pokrewieństwo z Rolandem Toporem). Zatem śmiejmy się z wielkim komikiem - jak zachęca wydawca.
  • Aforyzmy - Witold Gombrowicz

    Paulina Pachulska 2007-08-08

    Gombrowicz aforysta   (3 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)

    "Nie szydźcie ze mnie/ja z was szydzę" - zapowiada Gombrowicz - jeden z czołowych przedstawicieli literackiej awangardy XX wieku, postać, która nie wymaga szczególnej prezentacji. Nie dajmy się jednak zwieść tej groźbie. Konsekwentnie badając i wcielając w życie w procesie autokreacji strategię gry, pisarz tylko pozornie przyjmuje romantyczną postawę wyalienowanego artysty, sytuującego się ponad szarym tłumem. Ale nawet pobieżnie kartkując tomik z wyborem autorstwa Włodzimierza Boleckiego, trudno nie zauważyć, że w większości aforyzmów mamy do czynienia z jednorodnym podmiotem "my", nie zaś z opozycją "ja" - "wy". Jakkolwiek Gombrowicz nigdy nie uprawiał aforystyki jako osobnego gatunku, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jego twórczość nasycona jest wypowiedziami o charakterze sentencjonalnym - wyrazistymi, trafnymi, bogatymi w znaczenia, zapadającymi w pamięć. Właściwie stały się one sposobem formułowania myśli przez pisarza i kształtem, w jakim wyrażał swoją filozofię. Zgromadzone w tym wydawnictwie maksymy, myśli i sentencje pochodzą zarówno z powieści, opowiadań, dramatów, jak i dzienników, wspomnień czy publicystyki. Zamieszczenie ich w tematycznych minirozdziałach (np. między ludźmi, życie, idee, religia, człowiek) pozwala lepiej wniknąć w Gombrowiczowski kosmos. Autor raz po raz udowadnia, że nie brak mu dystansu do siebie oraz autoironii będących wynikiem głębokiej samoświadomości i znamionujących wielkie umysły. Jawi się nam jako istota poszukująca ("Być kimś to dowiadywać się nieustannie, kim się jest, a nie - wiedzieć z góry"), ale jednocześnie silnie ukonstytuowana w sensie aksjologicznym ("W każdej sekundzie mogę postawić sobie hamletowskie pytanie: być albo nie być? - i swobodnie na nie odpowiedzieć"). Widzimy go przede wszystkim jako humanistę skupionego na jednostce, uważnego obserwatora społecznych mechanizmów, wytrawnego analityka relacji międzyludzkich. Jest oczywiście przekorny, dosadny, bywa kokieteryjny. Nie sposób nie wspomnieć o formie, gdy mowa o twórcy, który temu zagadnieniu poświęcił tyle uwagi. Zebrane aforyzmy są bowiem przykładem specyficznej, spiętrzonej Gombrowiczowskiej frazy, szczególnej melodii opartej na szyku przestawnym czy szalonych enumeracjach. Czytajmy Gombrowicza, słuchajmy Gombrowicza, wracajmy do niego - nawet na przekór jego własnym słowom: "Niech nikt do niczego nie wraca".
  • Rozstania i powroty
    • Rozstania i powroty
    • Anthony Minghella
    • (towar niedostępny)

    Paulina Pachulska 2007-07-19

    Poruszająca opowieść Anthony`ego Minghelli o niejednoznaczności ludzkich losów   (6 z 7 uznało tę recenzję za pomocną.)

    "Rozstania i powroty" to film niezwykle gęsty, pełen napięć, o misternie utkanej sieci znaczeń, które widz odkrywa jeszcze wiele dni po jego obejrzeniu. Trudny do streszczenia, bo dowodzący, że słowa nie wystarczą do porozumienia. Główny bohater Will Frances - architekt krajobrazu - sam o sobie mówi, że lubi metafory. W kulurze mężczyznom patronuje Merkury - bóg słów i mówców, ale także oszustów. Postępowanie Willa, oparte na owym mówieniu nie wprost, wpisuje się w próbę racjonalizowania własnych uczuć i jego relacji z kobietami. Stara się zbudować je na słowie, ale jak widać, słowa nie niosą porozumienia. "Rozstania i powroty" to obraz właśnie o jego braku, o kryzysie komunikacji międzyludzkiej na rozmaitych poziomach (społecznym, kulturowym, jednostkowym). Minghella pokazuje jakże odmienny sposób myślenia kobiet i mężczyzn - jakby celowo podkreślając ich nieprzystawalność, różną optykę, inne percypowanie znaczeń. Doskonale obrazuje to scena powrotu samochodem do domu Willa i jego wieloletniej partnerki Liv. Męski punkt widzenia ma charakter ogólny, racjonalizujący, niejako zewnętrzny, podczas gdy kobieta postrzega rzeczywistość i działa instynktownie, w oparciu o emocje, jakby z wewnątrz. Dzięki zastosowaniu subtelnych środków aktorskiego wyrazu w przejmujących kreacjach Law, Binoche i Wright Penn, powstał na wskroś autentyczny obraz o pogubionych ludziach. Nie ma tu bohaterów. Liv, która z pokorą przyjęła swój los matki chorego dziecka, rezygnującej z własnych ambicji przeciwstawiona została postaci Amiry - bośniackiej emigrantki, która również nie cofnie się przed niczym, by ochronić swego syna. "Rozstania i powroty" to nie historia trójkąta z komplikacjami, ale opowieść o zawikłanych losach. Tak zawikłanych, że mogłoby się wydawać, iż nieprawdopodobnych, gdyby nie to, że życie sankcjonuje każdą nieprawdopodobną sytuację. Konstrukcja tego filmu, w którym stopniowo poznajemy postaci, ich historię, wzajemne relacje i powiązania, a także wolny od patosu i nieznośnego dydaktyzmu czy moralizowania sposób ich ukazywania - przypomina przejmujące opowieści Alejandro Inarritu. Podobnie jak meksykański reżyser, Minghella patrzy na ludzi z czułością. Właśnie to czułe spojrzenie, w którym współuczestniczymy, nie pozwala nam potępić żadnego z tych ułomnych, dokonujących niewłaściwych wyborów bohaterów. Najbardziej poruszający wydaje się być psychologiczny aspekt tego obrazu. Niemniej jednak ważki - jak podkreślał twórca - jest jego społeczny wymiar. Nieprzypadkowo bowiem akcja rozgrywa się w wielonarodowościowym, multikulturowym Londynie, którego relatywne oblicze jest zdeterminowane rasą, religią i klasą społeczną jego mieszkańców. "Rozstania i powroty" stawiają ważne pytania, przynoszą katartyczne przeżycie, a po rozstaniu z tym filmem pewność, że jeszcze się do niego wróci.
  • Piotr
    • Piotr
    • Joanna Olczak-Ronikier
    • (towar niedostępny)

    Paulina Pachulska 2007-07-01

    Nadworna kronikarka Piwnicy pod Baranami czule o Piotrze Skrzyneckim   (3 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Wspaniała wiadomość dla wielbicieli twórczości Joanny Olczak-Ronikier i Piwnicy pod Baranami - wreszcie ukazało się wznowienie biografii Piotra Skrzyneckiego jej pióra. Książka ta, wydana już po piwnicznej księdze - "Koncercie ambitnych samouków" (1997), a przed nagrodzoną Nike "W ogrodzie pamięci" (2001 - od lat była nieobecna na księgarskich półkach. Siła kronikarskiego pisarstwa Olczak-Ronikier zasadza się pełnym oddania i dyskrecji pochyleniu się nad opisywanymi ludźmi. Tak było we wspomnieniach dotyczących krakowskiego kabaretu, w opowieści o losach własnej rodziny, tak jest w bardzo osobistej książce poświęconej Piotrowi S. - legendzie Krakowa. Ów intymny ton narracji był możliwy nie tylko dzięki temu, że autorka znała Piotra od czasów współtworzenia scenki w pałacyku Potockich, ale przede wszystkim dzięki wspólnemu doświadczeniu o wymiarze pokoleniowym. Oboje urodzeni w latach 30., pozbawieni dzieciństwa, którego nie mogli właściwie przeżyć z powodu wojny, pragnęli na zawsze pozostać młodzi i wolni. Cechujący ich "syndrom nieważkości", jak to określa pisarka, objawiający się w niemożności odnalezienia swego miejsca na świecie i nieukojonej tęsknocie za dzieciństwem ukształtował ich stosunek do rzeczywistości. Tak autorka uzasadnia niezwykłość, wręcz bajkowość egzystencji Piotra, jego funkcjonowanie właściwie wyłącznie w przestrzeni kabaretu: "(...)nie mam domu, nie mam własnej rodziny, nie mam samochodu, nie mam lodówki, nie mam telefonu. Więc jestem skazany na Piwnicę. Może to moje przeznaczenie?". Kreowanie świata na fundamentach beztroskiej zabawy, ocalającego śmiechu i wiecznego święta stało się sposobem na życie człowieka, który zawsze otoczony ludźmi - paradoksalnie - był bardzo samotny. Pod maską sepleniącego wesołka w kapeluszu z piórkiem i pelerynie - jak na maga przystało - krył się smutek i bolesne wspomnienia dzieciństwa spędzonego z dala od matki i brata, z którymi nawet po wojnie nie dane mu było się połączyć. Książka Olczak-Ronikier przynosi przejmujący portret człowieka niestrudzenie stwarzającego na własny użytek nową rzeczywistość (negującą tę obowiązującą oficjalnie) opartą na konstruktywnej, afirmatywnej filozofii. Podczas lektury mamy poczucie obcowania z postacią wyjątkową. Typowe dla tego typu literatury pomnikotwórcze gesty i patetyczny ton zostały zastąpione głęboko empatyczną perspektywą. Autorka podkreśla, iż jedną z osobliwości Piotra było to, że każdy, kto się z nim zetknął, miał własną wizję jego osoby, własną o nim opowieść. Stąd też z przytaczanych wypowiedzi wyłania się proteuszowa postać - o kształcie zmiennym, nieprzewidywalnym, trudnym do zdefiniowania. A to z kolei oznacza, ze termin "biografia" w odniesieniu do tej książki ma jedynie charakter pomocniczy, roboczy. Należy ją raczej potraktować jako jedną z opowieści o Piotrze, jedną z prób uchwycenia fenomenu jego osobowości. W każdym razie bez wątpienia rzetelną, bogatą i pięknie wydaną. Zarówno treść, jak i forma tej pozycji sprawiają, że trudno przejść obok niej obojętnie.
  • Kwiat mego sekretu

    Paulina Pachulska 2007-06-26

    Wczesny Almodovar w najlepszej formie   (4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    "Kwiat mego sekretu" z 1995 roku nie należy do najgłośniejszych filmów Almodovara, choć jest zapowiedzią dojrzałego okresu jego twórczości i antycypuje wątki rozwnięte w późniejszych obrazach, jak choćby we "Wszystko o mojej matce" czy ostatnim "Volver". Pod względem formy natomiast jest już silnie ugruntowany w autorskim kinie hiszpańskiego reżysera, co niewątpliwie spodoba się zwolennikom sztuki postmodernistycznej. Twórczość Almodovara należy bowiem czytać właśnie w kontekście postmodernistycznej gry konwencji, stylistycznego koktailu, krzyżówek cytatów. Tylko stosując taki klucz interpretacyjny, można zobaczyć w tej przypominającej klimatem telenowelę historii głębsze pokłady. Pozornie banalna opowieść o autorce romansów piszącej pod pseudonimem, zdradzanej przez męża, skonfliktowanej z matką i nieradzącej sobie z alkoholem, stawia fundamentalne dla egzystencji człowieka pytania. Pod kiczowatym sztafażem z jaskrawych kolorów i tkliwej muzyki kryje się ludzki dramat. Trud stawienia czoła prawdzie i niemożność życia w fikcji, bolesna konfrontacja z rzeczywistością i przemożna potrzeba iluzji. Film skonstruowany jest na wzór pisanych przez główną bohaterkę melodramatów, w których miłość plus przeszkoda nie do pokonania powodują cierpienie, a więc wymagają ofiary. Patetyczno-sentymentalne efekty, hiperbola, groteska. Granatowe rajstopy i tandetna fototapeta z palmami. A jednak to wszystko jest mocno osadzone w prawdziwym życiu, które przecież jest przedziwną mieszanką tragizmu i komizmu. Dla mnie to obraz o dojrzewaniu do mentalnej niezależności, uwolnieniu świadomości i rekonstrukcji tożsamości. Tę karkołomną pracę nad sobą wykonuje kobieta, będąca w świecie Almodovara jednostką silną, predystynowaną do wprowadzania zmian i docierania do prawdy, a także mająca największą moc kreacyjną - stwarzania życia. "Kwiat mego sekretu" to również hołd złożony macierzyństwu, ostatecznie uświęconemu we "Wszystko o mojej matce". Tu pojawiają się aż cztery ujęcia relacji matka - dziecko ukazanej jako specyficzna, ocalająca więź. Do obejrzenia w skupieniu i długich przemyśleń.
  • Marlene Dietrich With The Burt Bacharach Orchestra [Digipack]
    • Marlene Dietrich With The Burt Bacharach Orchestra [Digipack]
    • Marlene Dietrich
    • (towar niedostępny)

    Paulina Pachulska 2007-06-17

    Klasa sama dla siebie   (4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Glamour - tym jednym, bardzo modnym dziś słowem - można określić ekskluzywną płytę, będącą świadectwem twórczego współistnienia legendy światowego kina - Marleny Dietrich i kultowego kompozytora Ameryki - Burta Bacharacha. Podejmując się prowadzenia zespołu artystki w latach 50., Bacharach stał się jednocześnie jej nadwornym kompozytorem i ostatnią wielką miłością. Jego muzyka, klasyfikowana jako easy listening, czyli połączenie przyjemnej melodyjności z wyrafinowanym stylem, stała się dla aktorki szansą na wykreowanie estradowego wizerunku w oparciu o chłodną elegancję - jej znaku rozpoznawczego. Znana ze swej obsesji - perfekcjonizmu, odnalazła w twórczości Amerykanina doskonałą harmonię i to właśnie w latch 50., kiedy to jej świetność w filmie już minęła. Kolejne 20 lat na estradzie pozwoliło jej utrwalić ideał wiecznej kobiecości, zapoczątkowany rolą Błękitnego Anioła. Jak to się stało, że aktorka, która faktycznie nie dysponowała nadzwyczajnymi możliwościami wokalnymi, uwodziła swoim śpiewem? Kto raz słyszał głos dojrzałej Marleny, o głębokiej, nieco szorstkiej barwie, zrozumie. Niski, zmysłowy wokal zapowiadał tajemnicę, wprowadzał melancholię, ciągnął w mrok, za którym czaił się blask - tyle oślepiający, co niedostępny. Śmiem twierdzić, że dziś też tak jest, bo pasja i charyzma nie podlegają destruktywnemu działaniu czasu. Co do konwencji - absolutne pierwowzory, będące już klasyką muzyki rozrywkowej, są nieprzebranym zbiorem dla artystów interpretujących je w różnych językach. Zresztą Dietrich piosenkarka też była wielojęzyczna. W utworach wykonywanych po niemiecku jest rasowa i chłodna, wersje anglojęzyczne zawierają lżejszą nutę, ujawniają dowcip czy frywolność, francuskie zaś uderzają liryzmem i czułością. I choć Marleny nigdy nie określono mianem wybitnej aktorki, a swą legendę zawdzięcza pozawarsztatowym zabiegom, to tu jawi się jako wytrawna artystka. Słuchając tej płyty, niemal widzimy ją w słynnej cielistej sukni wyszywanej cekinami. Wyfraczona orkiestra przy nakrytych czerwonymi obrusami stolikach z dyskretnymi lampkami, obyta widownia. Leniwa atmosfera egzystencji, w której smakuje się każdy ton, gest, odcień. Szyk i czar. Podarujmy sobie odrobinę luksusu.
  • Następny
    • Następny
    • Jacek Bończyk
    • cena: 33,49 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 7 dni)

    Paulina Pachulska 2007-06-12

    Znad Sekwany nad Wisłę z Jackiem Bończykiem   (4 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)

    "Następny" to pierwsza płyta Jacka Bończyka, wydana przez wrocławskie Studio k2 specjalizujące się w promowaniu muzyki teatralnej, po tym jak został on laureatem Przeglądu Piosenki Aktorskiej w 2000 roku. Zgromadzony na niej materiał jest zapisem recitalu, który przyniósł aktorowi entuzjastyczne recenzje i ugruntował jego pozycję w teatrze piosenki. Na płytę składa się klasyka piosenki francuskiej - 16 utworów Brela, Brassensa, Nougaro, Becaud plus na finał nowatorsko potraktowany przebój Wojciecha Młynarskiego "Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę". To ukłon w stronę mistrza, który patronował debiutowi Bończyka. Można się zastanawiać, czym różni się ten krążek od innych, zawierających polskie wersje chansons interpretowanych przez rodzimych wykonawców. Przede wszystkim jest on spójny, to zaleta nie tak znów wielu wydawnictw o charakterze kompilacyjnym. Francuskie standardy z lat 50. i 60. w przekładach Jeremiego Przybory, Wojciecha Młynarskiego, Jerzego Bielunasa śpiewane, a właściwie "odgrywane" przez Bończyka zyskują wspólny wyrazisty rys. Artysta świetnie radzi sobie zarówno z lirycznymi, dramatycznymi, jak i zabawnymi piosenkami. Aktorski talent, wrażliwość i poczucie humoru pozwalają mu ze znanych utworów wydobyć zupełnie nowe, nieraz zaskakujące akcenty. Swobodnie operując np. ironią czy pastiszem, przechodząc z nastroju w nastrój, korzystając z rozmaitych środków ekspresji, tworzy teatr piosenki na wysokim poziomie. Te kilkuminutowe prezentacje to osobne role - imponujące miniatury składające się na wysmakowaną i jednocześnie lekką całość. Wspiera go w tym znakomity zespół pod kierunkiem charyzmatycznego Hadriana Filipa Tabęckiego. A kiedy dodam, że w książeczce znajduje się rekomendacja Młynarskiego, to entuzjaści harmonii słowno-muzycznej nie będą potrzebować niczego więcej.

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Promocje - kupuj i oszczędzaj!