stały recenzent  Marta Sarwińska

Bałkanofilka i miłośniczka krajów tzw. bloku wschodniego. Ciągle brakuje mi czasu na czytanie!

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 19

  • Zebra
    • Zebra
    • Kayah
    • cena: 19,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu 24 godz.)

    Marta Sarwińska 2006-03-18

    Nic się nie skończyło!   (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Aż chce się zasiąść w babcinym fotelu, położyć kłębek wełny na kolanach i zawołać "Ho, ho, ho, kto by pomyślał?!". Dawno, dawno temu mało znana wokalistka chórkowa Katarzyna Szczot wydała pierwszą płytę, za którą dostała Fryderyka, dobrze się zapowiadała, ale wiadomo, jak to jest z artystami, a nuż obrałaby jakiś mainstreamowy kierunek i nic by z jej kariery nie wyszło. Tymczasem "Szczotka" wydała drugą płyte, drugą - najważniejszą w karierze każdego artysty i ... potwierdziła swoją klasę. Wdarła się przebojowo na listy z numerem "Na językach", który chyba tylko dzięki jej charyzmie rozkołysał tłumy na parkietach od Bałtyku po Tatry, bo ani tekst, ani muzyka same w sobie nie rzucały na kolana. Tymczasem Kayah rzuciła na kolana reszta płyty - są tu ballady, śpiewane jej przejmującym, jazzowym glosem (Uratujcie Go, Cicho Tu); są piosenki pełne energii, do śpiewania na całe gardło (Supermenka); są covery, wcale nie gorsze niż oryginały (no, może tylko trochę gorsze, jedyne i słuszne wykonanie "Light my fire" nagrali sto lat temu The Doors i z tym się nie będzie sprzeczać chyba sama Kayah). Zupełnie na przekór tytułowi ostatniego kawałka - Wszystko Się Skończyło, ta płyta to był faktyczny początek kariery najpopularniejszej polskiej wokalistki, początek bardzo dobry, porywający, pozostawiający ogromny niedosyt. To płyta, którą trzeba pokochać od pierwszego przesłuchania. I zgodnie z tekstem "wszystko się skończyło, choć dzień się nie skończył jeszcze"- wracać do niej i słuchac tak długo, aż dzień się skończy, żeby potem móc włączyć ją na nowo. W nocy.
  • Jadąc do Babadag
    • Jadąc do Babadag
    • Andrzej Stasiuk
    • (towar niedostępny)

    Marta Sarwińska 2006-03-11

    A miało być tak pięknie...   (5 z 14 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Bardzo się ucieszyłam, kiedy Stasiuk dostał Nike za tę książkę. Był to dla mnie ostatni impuls do tego, żeby ją kupić i pochłonąć jednym tchem. Pomyślałam sobie, że, kurczę, nadszedł czas na nagradzanie książek przybliżających inne narody, kultury, światy. Niestety, była to radość przedwczesna, bo po przeczytaniu "Drogi..." zaczęłam żałować, że nadszedł taki czas. Pomijam już język używany przez autora - to nie są płynne frazy, ale zdania pełne muld i padołów. Czytelnik ma wrażenie, że na jednym słowie się ślizga, o drugie się potyka i poleci zaraz na łeb, na szyję. Stasiuk w pisaniu skupił się nie na pięknie odwiedzanych miejsc, ale na ich brzydocie, przez co czytelnik może odnosić wrażenie, że tak na dobrą sprawę w całej Stasiukowej Europie nie ma nic ładnego. Zamiast zwiedzać wąskie uliczki i podziwiać widoki, autor prowadzi nas od knajpy do knajpy, gdzie upadla się dowolną regionalną wódką i wciąga czytelnika do swojej libacji. Chętnie wzięłabym udział w tego typu imprezie, gdybym miała świadomość, że czeka mnie przy okazji piękny widok na morze lub góry. Tymczasem jestem zmuszona pić ze Stasiukiem w obrzydliwej, zadymionej spelunie, co nie należy do najprzyjemniejszych sytuacji, a poza tym... nie lubię wódki.
  • Nasze dziecko. Album

    Marta Sarwińska 2006-03-11

    Liczy się i ilość, i jakość!   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Współcześnie wybór tego typu pozycji jest naprawdę bardzo spory, moja mama mówiła, że ponad 20 lat temu miała naprawdę niezły problem ze znalezieniem książki, w której mogłaby z kronikarskim obowiązkiem odnotowywać moje dzieje. Dzisiaj, w dobie kapitalizmu i konkurencji, wydawnictwa kuszą kolorowymi okładkami, a w środku - pięknymi rysunkami, wierszykami, ciekawostkami, sporą ilością miejsca dla rozpisanych rodziców, cioć, babć, przyjaciół i znajomych Królika. Ze wszystkich książek tego typu ta ma najwięcej stron i w tym przypadku ilość przekłada się na jakość. Rodzice od razu po poczęciu mogą zacząć zapisywać dzieje swojego maleństwa, przejrzyste strony, kolorowe malunki i przyświecająca wszędzie idea "Ku potomności", wręcz zachęcają do opisywania kolejnych dni zarówno ciąży, jak i tych już po urodzeniu. Szczerze mówiąc - mając przed sobą dziewiczą jeszcze książkę, aż chce się rodzić dzieci, byleby tylko ją zapisać i za dwadzieścia lat przy kolacji wspominać pierwsze ząbki i włoski.
  • Marta Sarwińska 2006-01-29

    A miało być tak pięknie...   (6 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Bardzo długo czekałam na polski, porządny przewodnik po Bałkanach, taki, który nie skupi się tylko na popularnej Chorwacji, ale pozwoli podróżnikom odkryć inne kraje byłej Jugosławii i sąsiadów. Mając w pamięci świetny przewodnik Bezdroży po Bułgarii, trochę słabszy po Czarnogórze, przygotowałam się na kolejny, przynajmniej na przyzwoitym poziomie i z niecierpliwością czekałam na przesyłkę. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po przeczytaniu okazało się, że ta książka to jakiś dziwny 'bezdrożowy' gniot, który z kanonu ich przewodników powinien zostać usunięty lub co najmniej mocno poprawiony, przynajmniej pod względem przydatności w terenie. Historyczne i ogólne wiadomości są bowiem opisane w sposób wyczerpujący, któremu nic nie można zarzucić. W rzeczywistości jednak o wiele bardziej przydatne są wiadomości praktyczne, każdy kogo interesują dzieje średniowiecza, może przecież zajrzeć do innej książki, przewodnik ma przewodzić, wskazywać, kierować, pomagać, a nie prowadzić poglądowe lekcje historii. Przewodnik owszem - kieruje i pomaga, ale na zasadzie "Poznaj cztery stolice w dwa dni", a jak wiadomo - takie zwiedzanie, to nie zwiedzanie, żeby poznać kraj i ludzi trzeba zaszyć się w gąszczu miejskich uliczek - dobry przewodnik to taki, który nas w tym gąszczu pokieruje w odpowiednią stronę. Teoretycznie w przewodniku opisane są cztery kraje - Bośnia i Hercegowina, Serbia, Macedonia i Albania. Piszę 'teoretycznie', bo w rzeczywistości dwa ostatnie są potraktowane wyjątkowo "po łebkach", zupełnie jakby były książkową "zapchajdziurą" stron w przewodniku, tak, jakby nie było, o czym pisać w ich przypadku. A przecież Macedonia to nie tylko Ochryda i święty Naum, Albania to nie tylko Tirana i Skanderbeg. Gdzie te wszystkie osobliwości, cuda, wąskie uliczki, małe cerkiewki i meczety, gdzie zapachy, smaki, widoki? Przewodnik jest smutny, napisany w jakiś taki szaro-bury sposób, zupełnie, jakby autorzy byli do jego pisania zmuszani. Brak fascynacji, zauroczenia, brak w przewodniku ochoty do dzielenia się pięknem wcześniej obejrzanych miejsc. Kraje Bałkanów, opisywane w przewodniku, są w rzeczywistości kolorowe, radosne, pełne cudów, naprawdę niejeden tamtejszy Mickiewicz mógłby rozpisywać się nad pięknem bałkańskiej gryki, tymczasem przewodnik Bezdroży skupia się na pozbawionych uczuć opisach, gdzieniegdzie wplatając coś o bałkańskiej wódce i winogronach. Bardzo długo czekałam na polski porządny przewodnik po Bałkanach i najwidoczniej poczekać muszę jeszcze trochę. Brakuje w przewodniku ducha Bałkanów i nawet cytowany we wstępie Emir Kusturica niewiele tu pomógł.
  • Dobrzy ludzie w czasach zła

    Marta Sarwińska 2006-01-29

    Człowiek człowiekowi wilkiem

    Sama idea książki jest piękna i heroiczna - autorka, umiłowana córka piewcy jugosłowiańskiej jedności Josipa Broz Tito - Svetlana Broz, znana bałkańska lekarka, po wojnie rzuca swoje ciepłe gniazdko i jeździ po Bośni w poszukiwaniu ludzi, którzy o swoich przeżyciach wojennych jej opowiedzą, wracając wiarę w miłość i jedność narodu. Wojna ledwo minęła, wspomnienia jeszcze świeże, a ona opowiadania łączy w jedną całość i wydaje pod własnym nazwiskiem, zastrzegając jednak, że to nie ona jest ich twórcą. Trzy nacje, z każdej po 30 relacji, żeby było po równo, by nie faworyzować i nie obwiniać żadnej ze stron. Svetlana jeździła, szukała, nagrywała, a potem przepisala i wydała, nie komentując tego w żaden sposób. Dostajemy więc jakby 90 suchych, niezależnych opowiadań, z których dowiadujemy się, że "człowiek człowiekowi wilkiem", ale nawet wśród tych wilków pojawia się czasem jakaś dobrotliwa postać, która pomoże, zawiezie, przyniesie, uleczy i przy okazji nie zapyta o narodowość. Po przeczytaniu książki, nasuwa się z pewnością proste pytanie o jej celowość. Jeśli miała uświadomić innym, że nawet w czasie wojny znajdują się ludzie dobrzy - powinny zostać w niej pominięte fragmenty o gwałtach, morderstwach, rabunkach. Jeśli miała uświadomić, że podczas wojny wszyscy ludzie są źli - odwrotnie - Broz powinna wyciąć fragmenty o ludziach dobrych, uczynnych. Tymczasem czytelnik dostaje pomieszaną pustą paplaninę, opowiedzianą w większości chłopskim, prostym językiem, a po dziesiątej relacji przestaje zwracać uwagę na te wszystkie podłości i, uodparniając się, zaczyna czytać coś na zasadzie bzdurnych opowiadań. Brakuje w książce realizmu, pomysł w rzeczywistości wydawał się dobry - stworzyć książkę dla potomnych, by wiedzieli, czego w przyszłości się ustrzec, by zdawali sobie sprawę, że wojna, nawet w imię najsłuszniejszych idei, to największe zło, jakie człowiek może uczynić innemu. By nikt nigdy nie zapomniał o tej strasznej wojnie XX wieku, największej, od czasów II wojny światowej, tak często ledwo wspominanej w podręcznikach. I nie wiadomo, czy to zły dobór wypowiedzi, czy zły pomysł na książkę, czy może w ogóle sposób przedstawienia postaci i wydarzeń, powoduje, że książkę czyta się ciężko i topornie. To nie jest Harry Potter, którego można "łyknąć" w jeden wieczór. To raczej ciężki, nudny leksykon, który trzeba męczyć miesiącami tylko po to, żeby nic z niego nie zapamiętać, mimo, że wymyślony został naprawdę przednio. Pomysł na piątkę, wykonanie na dwójkę.
  • Bułgaria. Pejzaż słońcem pisany
    • Bułgaria. Pejzaż słońcem pisany
    • Danuta Matysiak-Najdenowa, Robert Sendek
    • (towar niedostępny)

    Marta Sarwińska 2006-01-21

    Polak, Bułgar dwa bratanki

    Zdaje sobie sprawę, że ciężko jest pisać o ukochanym kraju w sposób, którego czytelnik nie odbierze jako pompatycznych, ckliwych wyznań młodego Wertera. Jednocześnie trzeba chyba stanąć na głowie, żeby przypomnieć Polakom ten, niegdyś wymarzony kraj, który dziś kojarzy się z przaśnymi hotelami pamiętającymi czasy towarzysza Żiwkowa. Jeszcze 30 lat temu na dźwięk słów "Złote Piaski" każdy statystyczny Polak dostawał wypieków. Wystarczy przypomnieć szpiegów z serialu "Alternatywy 4", którzy właśnie dla wczasów w Bułgarii dzielnie szpiegowali profesora. Dzisiaj Bułgaria to po części kraj klockowatych hotelowych molochów, a po części - rozbudowujący się kraj ze sporymi możliwosciami turystycznymi, z pięknymi cerkwiami i klasztorami, i z niepowtarzalnymi górami, na których widok braknie tchu w piersiach nawet górskim sceptykom. Przewodnik Bezdroży napisany jest raczej dla tych, którzy Bułgarie odkrywają po raz pierwszy, choć i stali bywalcy znajdą dla siebie kilka ciekawych, do tej pory nieodkrytych miejsc. Bezdroża tradycyjnie witają czytelników wiadomościami praktyczno - historycznymi. Dowiadujemy się na przykład, jak najszybciej do Bułgarii dojechać, co pić, co śpiewać i co zwiedzać. Jest trochę o dziedzictwie UNESCO, trochę o jezyku, trochę o walucie, odnoszę jednak wrażenie, że to 'trochę' to za mało, że można było napisać więcej i bardziej wyczerpać temat. Później pojawiają się dwa rodzaje tras - jedna część to trasy dla tych, którzy wolą poruszać się dowolnie wybranym transportem kołowym, druga - dla piechurów. Ważniejsze nazwy własne napisane są bułgarską cyrylicą, szkoda, że tłumaczenie nie dotyczy mniej ważnych wiosek, osoba nie znająca cyrylicy może mieć kłopot z określeniem własnej lokalizacji. Trasy scharakteryzowane dobrze, można kierować się tylko nimi i właściwie na ślepo dojechać do upatrzonych miejsc. Opisy zabytków i miejscowości z kolei krótkie i lakoniczne. Zwięzłe, ale jednak mogłoby być ich więcej. Co komu po krótkiej zachęcie, jeśli nie do konca wie, co będzie oglądał? Duży plus za godziny otwarcia, ceny przejazdów, adresy hoteli i gospod (w większości aktualne). Trochę jednak brak w przewodniku romantycznego ducha zachęty, jest jakby smutny. Na pewno jest to lepszy i bardziej porywający przewodnik niż ten z Bezdroży po Bałkanach, ale jednocześniej słabszy niż ten po samej Czarnogórze. To przewodnik konkretny, ale smutny, a przecież Bułgarzy to bardzo radosny, pogodny naród.
  • Albania
    • Albania
    • Tadeusz Czekalski
    • (towar niedostępny)

    Marta Sarwińska 2006-01-11

    Przyjemne z pozytecznym   (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Po słabej "Jugosławii" wydawnictwo Trio zafundowało miłośnikom Bałkanów nie lada gratkę w postaci "Albanii", która napisana jest genialnie. Autor - specjalista od południowych Bałkanów - Tadeusz Czekalski, chyba pierwszy raz w swojej karierze napisał książkę dostępną dla każdego i dla każdego zrozumiałą. Nie jest to monotonny wywód znawcy, nie ma to nic wspólnego z uniwersyteckim wykładem - czytelnik dostaje do ręki książkę niby-naukową, ale jednak napisaną jak przystępna książka obyczajowa, na dodatek z obrazkami. Taką, którą czyta się jednym tchem, zupełnie, jakby nie była to książka historyczno - naukowa. Pojawiają się elementy kryminału czy romansu, sporo jest danych gospodarczych, ale przedstawionych nie przez nudne tabelki, lecz wplecionych w tekst, a przez to łatwo przyswajalnych. XX wiek w Albanii opisany jest dokładnie, bez pomijania nawet drobnych faktów i dat, ale jednocześnie w taki sposób, że czytelnik nie do końca w temat wtajemniczony, nie zacznie ziewać w połowie, ale z zainteresowaniem będzie czytać dalej. Cytaty z różnych dokumentów i pism, które posłużyły Czekalskiemu jako tytuły rozdziałów, idealnie wpasowują się w poszczególne lata XX wieku, dodają też ksiązce literackiego smaczku. Autor z gracją rozwiązuje różne skomplikowane kwestie, wyjaśnia, prostuje i uaktualnia te, które już wcześniej się pojawiły. Życzyłabym sobie i innym, by "Historia Państw Świata XX wieku - Albania" stała się matrycą, na której opierać będą się twórcy następnych książek naukowych. Życie stanie się wtedy o wiele prostsze, a zarazem bardzo przyjemne...
  • Marta Sarwińska 2006-01-07

    Raczej dla albanofilów

    Gdyby poprosić szarego człowieka o wymienienie przynajmniej jednego nazwiska współczesnego albańskiego pisarza, zapewne odpowiedziałby nam milczeniem lub krótkim "Nie wiem". Albańczycy stale pozostają w tyle i oglądają ogonek literackiej sztafety, choć tak naprawdę oglądają ogonki wielu sztafet, nie tylko literackiej. Tymczasem Albania, mały kraj na południu Europy, wydał na świat przynajmniej trzy ważne postacie z literackiego świata. Są to Ismail Kadare, Ylljet Alicka i Fatos Lubonja. Fatos Lubonja nie jest jednak postacią, którą koniecznie trzeba poznać, bo nie wnosi on do literatury jakichś specjalnych nowinek, książki Lubonji nie są tak porywające, jak książki Kadarego, brak w nich też poczucia humoru, który obecny jest w książkach Alicki. Trudno jest pisać o tak trudnym temacie, jakim są losy współczesnej Albanii w sposób mrożący krew w żyłach czy z wybitnym poczuciem humoru, nie należy więc mieć pretensji do Lubonji, że tak właśnie nie pisze, bo zapewne jest to po prostu niewykonalne. Ale niewątpliwie tę jego książkę warto przeczytać, sam Lubonja napiętnowany przez reżim Hodży, spędził wiele lat w więzieniu z powodu głoszenia poglądów niezbyt zbieżnych z poglądami "Wielkiego Envera" i właśnie o latach więziennych pisze w swoich felietonach. Pisze płynnie, sprawnie, chwilami zaskakująco i mimo wszystko zbyt krótko. A że Albania to kraj górski - jego pisanie można przyrównać do dzikiej górskiej rzeki, która spokojnie płynąc, nagle zupełnie niespodziewanie zmienia bieg. Czytelnika może zmęczyć jednak spora liczba opisów, porównań i przymiotników. Może zmęczyć zwłaszcza takiego czytelnika, który o Albanii wie niewiele i chciałby swoje horyzonty poszerzyć. To nie jest miły przewodnik po kraju, z którego podróżnik dowiaduje się o miejsach, które trzeba odwiedzić, by liznąć trochę albańskiej kultury i historii. To nie są dobroduszne wspomnienia komunistycznego reżimu, w książce Lubonji nie znajdziemy zdań wypowiadanych z ciepłem i łezką kręcącą się w oku, tak często spotykanych w polskich książkach opisujących pocieszne czasy PRL'u. Nie jest to też czysto historyczny opis albańskich tradycji, zarezerwowanych chyba dla Kadarego, ani podręcznik stricte historyczny - studenci bałkanistyki nie będą się uczyć z niego historii najnowszej, bo za mało tu dat, nazwisk i suchych faktów, za dużo z kolei emocji, żalu i dziwnej, smutnej rezygnacji. "Wolność zagrożona" to niewesoły zapis umęczonego człowieka, zapis o minionych, ale niedawnych przecież czasach. Lubonja pisze o ludzkich cierpieniach i o łatwości zadawania tych cierpień. Nadal pozostało wiele bezimiennych ofiar, w imieniu których Lubonja pisze i głośno domaga się sprawiedliwości, pozostało równie wielu bezimiennych oprawców, do których Lubonja nawiązuje. Do dziś setki ludzi kipi złością - wciekłość tę ma sobie również Lubonja, są to jednak wspomnienia ugładzone, takie, które nie mają szokować, a jedynie przypominać, że ludzie pozwolili na zło. Lubonja nie chce się mścić. Jednocześnie wskazuje drogę do 'europeizacji', do unormowania stosunków politycznych wewnątrz kraju, do powrotu na arenę międzynarodową. Jak długo nad albańskim narodem wisieć będzie wspomnienie Envera Hodży, który uczynił wiele zła, ale jego śmierć wróciła nadzieję na czynienie dobra? Książka Lubonji jest bardzo prawdziwa, co może być jednak ciężkie do zrozumienia przez kogoś, kto albańskiej rzeczywistości nie widział na własne oczy. Nie sposób wyobrazić sobie biedy, która tam spogląda na przechodnia nie tylko z zaułków i ciemnych zakamarków - tam bieda uderza nawet na głównej ulicy Tirany. Z drugiej strony - wielką zaletą tej książki jest spory dystans Lubonji. Jak to możliwe, że człowiek, który przeszedł przez tyle cierpienia, potrafi już dziś wyciągnąć z tego wnioski i nie zionie złością ani chęcią odwetu? Czytałam tę książkę po powrocie z Albanii i była ona rzeczywistym przedłużeniem tej podróży. Jednak dla ludzi niewtajemniczonych, może być to nudną fantastyką, za którą nie warto w ogóle się zabierać.
  • Muminki - tom 1. Nowy dom Muminka

    Marta Sarwińska 2005-12-29

    Powrót do czasów dzieciństwa   (8 z 8 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Jak to jest, że na niektóre pozycje z księgarni czeka się tak długo, a później czyta tak szybko i bardzo żałuje, że już się skończyły? I jak to się dzieje, że poważni dorośli na kilka chwil z wielką radością wracają do czasów dzieciństwa tylko dlatego, że przed laty jakaś pani z dalekiej północy wymyśliła i narysowała historyjki o stworzonkach z wyglądu zbliżonych do poczciwych hipopotamów, a z charakteru - do dobrych ludzi? "Matka Muminków" - Tove Jansson, ma niewątpliwie talent do tworzenia książek tego typu. Po całej serii Muminków wydanych w formie książek z obrazkami przez "Naszą Księgarnię", na polski rynek w końcu trafiły muminkowe komiksy, rysowane przez samą Tove Jansson. Postacie więc dobrze są znane czytelnikom z poprzednich książek, choć same komiksy nie są raczej ich kontynuacją - opisane są trzy, bardzo zabawne i niepowiązane ze sobą historie. Niby te same żyjątka, niby nic nie może zaskoczyć, a jednak - okazuje się, że nagle w Dolinie Muminków pojawia się tajemniczy szaman, który na złą drogę sprowadza nawet stanowczą Mamę Muminka, a Mimbla i Migotka zakochują się w specu od sportów zimowych. Oczywiście powoduje to sporo komplikacji, Muminki prawie łamią sobie nogi na nartach i o mały włos Dolina Muminków zostaje opętana przez szaleństwo i rozpustę, ostatecznie wszystko kończy się dobrze i tylko Migotka w formie protestu postanawia pozbyć się grzywki. Tove Jansson wszystkie postacie rysowała tak, by nadać im w gruncie rzeczy pozytywne usposobienie, ale jednocześnie wyraźnie nakreślić ich charaktery, nawet głupawy Bobek przedstawiony jest w książce w sposób dobroduszny i taki, że nie można nie poczuć do niego sympatii. Trudno nie lubić też kłótliwych Paszczaków czy tradycyjnie złośliwej Małej Mi, która w komiksach również namiętnie uprzykrza życie innym mieszkańcom Doliny. Ktoś mógłby rzec, że to tylko głupawe rysuneczki dla dzieciaków, tymczasem przekaz jest o niebo ważniejszy- owszem, to tylko rysuneczki, ale takie, z których bije mądrość, dobroć i łatwy do zrozumienia morał. Historyjki opowiedziane płynnie, z dużym poczuciem humoru i świetnymi odnośnikami do życia codziennego, przez co bardziej chyba przeznaczone dla dzieci starszych niż dla tych malutkich. Nie każdy maluch bowiem pojmie wyświewanie się autorki ze zwykłych, ludzkich przywar, a pokrętne powiązania w Muminkowej rodzinie mogą być trudne do zrozumienia. Rysunki czarno - białe, proste, ale dopracowane w szczegółach, żywcem przeniesione z książek Pani Jansson. Warto było czekać na komiksowe Muminki, ciepło bijące z historii o nich pozwala na (niestety) krótki czas oderwać się od smutków dnia codziennego. Obudziła się we mnie mała dziewczynka, spragniona dobroci i miłości, a nie zła, o którym tyle się czyta w gazetach. Niestety powrót do życia codziennego zapewnił wiele raczej smutnych wrażeń, w związku z czym czekam na kolejne części komiksów, żeby móc sie oderwać od rzeczywistości.
(Stron: 2)

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Promocje - kupuj i oszczędzaj!