stały recenzent  Marta Sarwińska

Bałkanofilka i miłośniczka krajów tzw. bloku wschodniego. Ciągle brakuje mi czasu na czytanie!

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 19

  • Bałkany wyobrażone

    Marta Sarwińska 2009-01-29

    Nie dla każdego   (7 z 8 uznało tę recenzję za pomocną.)

    "Bałkany wyobrażone" to książka, na którą polski czytelnik musiał czekać ponad 10 lat, lecz mimo upływu czasu i wielu zmian geopolitycznych na Bałkanach w tym czasie, nadal jest to książka aktualna. Nie jest to jednak uniwersalne lekkie czytadełko do poduszki, wiec jeśli sięgasz po nią, czytelniku, w ramach przygotowań do krajoznawczej podroży, a wiesz tylko, że Bałkany ciągną się od Słowenii do Grecji - odradzam, kup sobie po prostu przewodnik Pascala. "Bałkany wyobrażone" to książka dla wtajemniczonych, dla tych, którzy znają bałkańską, jakże zagmatwana, historię; którzy wiedza nieco o charakterach ludzi tam mieszkających, o ich miłości do Półwyspu i nienawiści do wrogów. Pani Maria Todorova, wybitny historyk, z socjologicznym zacięciem zabiera Czytelnika w długą podróż poprzez meandry historii i geografii, od Adriatyku po Morze Czarne, pokazując Półwysep oczyma obcokrajowców z Ameryki czy Europy. Dla zwykłego "zjadacza chleba" książka może być przytłaczająca, utkana szczegółami, dla bałkanisty z kolei niektóre watki są zbyt mało rozwinięte. Warto jednak po nią sięgnąć, bo dawno na naszym rynku nie było książki, która - przy niezbyt dużej objętości - miałaby w sobie tyle treści. Mądrej treści.
  • Życie jest cudem

    Marta Sarwińska 2009-01-19

    Kusturica w czystej formie

    Większość filmów Kusturicy opowiada o jego wielkiej tęsknocie do ukochanej, zniszczonej Jugosławii. Mamy piękne krajobrazy, zniszczone domy i szalonych bohaterów. Wszystkie filmy Kusturicy są jak fabularyzowana bajka - niby gdzieś w tle toczy się jakaś wojna, ale w rzeczywistości wszystko ma tajemniczą, bajkową oprawę, ludzie się śmieją i są szczęśliwi. W "Zivot je cudo" mamy mężczyznę, ogarniętego miłością do torów i kolei; jego zwariowaną, głupiutką żonę - śpiewaczkę; syna uprowadzonego przez wroga; drezyny, mosty, góry i... zakochaną oślicę. Żeby w filmie o wojnie nie pokazać ofiar, rannych i bomb, a pokazać zakochanego osła, trzeba albo najeść się sporo halucynogennych specyfików albo mieć przebogata fantazje. Kusturica nie raz pokazał, że fantazje bogatą ma, a "Zivot je cudo" to - moim zdaniem - jego najlepszy, najbardziej optymistyczny film. Taki, po którym człowiek uśmiecha się sam do siebie bo przecież życie jest piękne, nawet jeżeli w okolicy nie ma żadnego osła.
  • Jhoom Barabar Jhoom (2 DVD)

    Marta Sarwińska 2008-10-23

    Gdyby w Polsce były takie dworce...   (11 z 14 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Nie odkryję Ameryki mówiąc, że najbardziej interesują filmy, których zakończenie jest zaskakujące, najlepsze są filmy z zagadką, zwłaszcza, gdy nie są to kryminały ani filmy o detektywach. Bollywood w takich filmach nie jest mocny - zwykle po pierwszych dziesięciu minutach widać już kto z kim, a kto będzie płakał i miał złamane serce, tym bardziej, jeśli film zapowiadany jest jako komedia romantyczna. Bo czy może być coś bardziej tendencyjnego niż bollywoodzka komedia romantyczna z dwójką czołowych aktorów Preity Zinta i Abhishekiem Bachchanem w rolach głównych? A tu proszę, ku mojemu zdziwieniu Jhoom Barabar Jhoom łamie schemat głupiutkich hinduskich komedii na całej linii! Mamy dwójkę młodych i pięknych osób, które spotykają się na dworcu przy kawie i opowiadają sobie historie swoich miłości. I kiedy widzowi zdaje się, że już wszystko wie i nie musi dalej oglądać, akcja zmienia się o 360 stopni! Nagle pojawia się wymieniona na wstępie zagadka i niespodzianka, która zmienia cały dalszy ciąg zdarzeń. Film jest bardzo dynamiczny i żywy, Preity Zinta gra zadziorną, ba - pyskatą - młodą Pakistankę (oh, ona jest świetna w takich rolach!), Abhishek Bachchan "niegrzecznego chłopca", oj, kłócą się, krzyczą, no, ale kto się lubi, ten się czubi... Jeśli dołożymy jeszcze dziewczynę bohatera i chłopaka bohaterki - mamy mieszankę wybuchową, która trzyma w napięciu przez ponad dwie godziny filmu. Film byłby rewelacyjny, gdyby nie jedna niepotrzebna rysa - rola Amitabha Bachchana, grającego dworcowego śpiewaka w głupiutkim kapeluszu z piórkiem - panie Bachchan w pana wieku nie wypada już robić z siebie idioty.
  • Guru
    • Guru
    • Mani Ratnam
    • (towar niedostępny)

    Marta Sarwińska 2008-10-13

    Kręcą biodrami w rytm dźwięków fabryki   (6 z 7 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Kiedyś myślałam, że Bollywood już mnie niczym nie zaskoczy - nakręcili filmy historyczne, wojenne, psychologiczne, a nawet horrory, w których ponętne hinduski w rytm muzyki i kłapiących zębów potworów kręciły biodrami na prawo i lewo. Oglądając Guru spodziewałam się kolejnej roli Abhisheka Bachchana, w której rzuca powłóczyste spojrzenia wszystkim niewiastom dookoła i uwodzi oczywiście tę najpiękniejszą i najmądrzejszą. A tu proszę - Abishek potrafi grać nie tylko amanta czy złego policjanta, ale też postać prawie że historyczną, ciężko pracującego człowieka, który marzy o pieniądzach i sławie, a którego - jak na złość - po jednym sukcesie trapi 10 porażek. Gurukant grany przez młodego Bachchana, to postać tak prawdziwa, że ma się wrażenie, iż wyjdzie zaraz z ekranu i usiądzie koło nas na kanapie. Jest bezczelny i nieokrzesany, chamski i nieustępliwy, ale właśnie dlatego osiąga sukces i wkrótce zarządza jedną z największych firm w Indiach. Po wielu perypetiach jest nie tylko bogaty, ale ma też szczęśliwe życie uczuciowe i rodzinne. Okazuje się, że popularne amerykańskie powiedzenie - "od pucybuta do milionera" ma swoje przełożenie również na ubogie, hinduskie realia. Jeden z najlepszych bollywoodzkich filmów, które widziałam, świetna rola Bachchana, trochę mniej udana mimozowatej Aishwaryi Rai. Warto obejrzeć, choćby po to, by przekonać się, że Bollywood potrafi być nie tylko śmieszny - bywa też pouczający.
  • Koczownicy
    • Koczownicy
    • Nenad Velickovic
    • (towar niedostępny)

    Marta Sarwińska 2007-12-29

    Po prostu zdziwiona   (1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Biorąc do ręki tę książkę, spodziewałam się, że może być nieco inna, niż reszta książek o wojnie na Bałkanach. Że może będzie bardziej lekka, mniej przerażająca i dosłowna. Ani razu nie przeszło mi jednak przez myśl, że będzie to książka... trywialna, bo nigdy w życiu nie przypuszczałabym, że o wojnie można mówić w taki sposób. Autor wciela się w postać nastoletniej dziewczyny i zamiast pisać o trudach wojny językiem poważnym i tragicznym - pisze o wojnie językiem komediowym i zupełnie niepoważnym. Główna bohaterka powieści opisuje w swoim pamiętniku zdarzenia związane z wojną w Sarajewie. Ukrywa się w muzeum, którego kustoszem był przed wojną jej ojciec. Wojna widziana oczami nastolatki przypomina bardziej kłótnie dwóch koleżanek z ławki o kolorowe kredki, niż międzynarodową batalię kilku, do tej pory, bratnich narodów. I tak - atakujący Serbowie właściwie nie są źli, tylko "nieudaczni". Głód nie jest wcale doskwierający, tylko groteskowy, bo wszystko co było do zjedzenia wcześniej zjadła babcia i nie można mieć do niej pretensji, bo właściwie jest nie tylko bezzębna, ale też przygłucha, a jedyne, co się do jedzenia nadawało to budyń, którego i tak nikt nie żałuje. Matka zamiast zajmować się opieką nad ukrywającą się rodziną, oddaje się różnym modłom i jodze, ojciec zamiast bliskich chroni muzealne ikony, bratowa jest w ostatnim miesiącu ciąży, a psa dalmatyńczyka Serbowie chcą wcielić do policji. Jeśli dołożymy do tego innych mieszkańców muzeum, z których jeden chce okraść babcię, drugi za pierwszego siedział kiedyś w więzieniu; dodamy sąsiadkę z niezliczoną liczbą dzieci i ludzką stopę, przyniesioną przez dalmatyńczyka, zaczynamy odnosić wrażenie, że wojna jest fajna i czemu by tu się z niej nie pośmiać. Ale wojny nigdy nie były śmieszne i choćby z szacunku dla zmarłych należałoby pisać o nich z nieco większą rezerwą. Jestem książką zdziwiona i - muszę przyznać - odrobinę zniesmaczona. Brakuje w niej głębszych przemyśleń i mądrych wniosków. Być może Velickovic opisał wojnę oczami nastolatki dla nastolatek, szkoda tylko, że książka znajduje się w dziale "Proza obca", a nie w "Dla młodzieży". Gdyby było odwrotnie, zapewne bym ją ominęła, nic nie tracąc.
  • Czarna polewka
    • Czarna polewka
    • Małgorzata Musierowicz
    • (towar niedostępny)

    Marta Sarwińska 2006-09-24

    "Czarna polewka" tradycyjnie pełna kolorów.   (53 z 60 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Przy okazji poprzedniej książki z serii "Jeżycjada" moja przyjaciółka rzuciła złotą myśl, która pewnie przyświecać mi będzie do końca poznańskiej serii - "Jak to jest, że na książki Musierowicz czeka się tak długo, a jak już są, to się czyta tak szybko?". Kiedy kilka lat temu w wakacje sięgnęłam zupełnie przypadkiem po "Opium w rosole", nie przypuszczałam, że ciurkiem przeczytam wszystkie dostępne książki z serii. "Czarna polewka" to siedemnasty tom, a ja wcale nie czuję przesytu, nie mam dość, ba - powiedziałabym nawet, że chcę więcej! Spędziłam nad "Polewką" półtorej godziny, podniosłam głowę znad ksiązki i ze smutkiem zapytałam "Już koniec?". Cóż - jestem wybitnie nieobiektywnym czytelnikiem, panią Musierowicz hołubię już długi czas i musiałaby napisać naprawdę potworny gniot, żebym mogła w końcu do czegoś się przyczepić. Rodzina Borejków jest tradycyjnie rodziną tak nierealnie idealną, że z przyjemnością sięgam po kolejną książkę pani Małgorzaty - nie tylko po to, żeby usiąść z Borejkami przy stole, nie tylko po to, żeby śledzić randki i trwogi ich przyjaciół i dalszej i bliższej rodziny, ale też po to, żeby przez moment uciec od szarości i potworności za oknem. Na ulicach gwatły, morderstwa i kradzieże, a u Borejków spokój, cisza i błogość - nawet potrącenie przez samochód można przyrównać do żartu. Niepotrzebne antydepresyjne konsultacje u psychologa - za każdym razem kiedy czujesz żal i złość na otaczający Cię ponury świat, sięgnij po Musierowicz, a przez moment poczujesz cudowną błogość i nawet szare mury bloków staną się na moment mniej szare. Fabuły nie zdradzę, nie po to jest recenzja, żeby streszczać, kto z kim, dlaczego, po co i co na to Mila Borejko. Musierowicz pisze tak, jak wcześniej - po raz kolejny swoich miłośników raczy świetnie "skrojoną", przyjazną książką, sceptycy znowu zarzucą jej sztuczne dialogi i archaiczne słownictwo, którym nie posługuje się młodzież. Sceptycy znowu napiszą o niezrozumiałej Jeżycjomanii, o tym, że nie wiedzieć czemu, czytelnicy organizują sobie wycieczki po Poznaniu trasami Musierowicz. Sceptycy wspomną o tym, że ta książka to tak naprawdę bajeczka dla dzieci, ciągnąca się jak krówka - ciągutka saga niemająca końca, na której można zbijać kokosy jeszcze pewnie przez 30 lat. Ja osobiście wolałabym, żeby Ci wszyscy sceptycy choć raz wczytali się w Musierowicz nieco głębiej i odkryli, że chce ona pokazać nam wszystkim, że są na tym łez padole ludzie szczerzy, dobroduszni, pomocni i , oh to już doprawdy przeżytek - bezinteresowni.
  • Pałac Snów

    Marta Sarwińska 2006-09-21

    I chciałabym i boję się   (0 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Ismail Kadare dopiero teraz pokazał się polskim czytelnikom. Pisarzem jest świetnym, wielokrotnie wymienianym wśród kandydatów do literackiej Nagrody Nobla, jednym z niewielu albańskich autorów znanych na świecie. Jego wcześniejsze, tłumaczone na polski książki, jakoś przeminęły bez echa, nie są wznawiane, można je kupić za grosze na targach używanej ksiązki. A szkoda, bo Kadare to pisarz z bogatym dorobkiem, autor pasjonujących książek, które czyta się jednym tchem. Autor swego czasu opiewający reżim Hodży, teraz zrobił zwrot o 360 stopni i pisze książkę, która całkowicie zaprzecza jego poglądom sprzed kilkudziesięciu lat. Kadare ma świetny warsztat, tworzy porywającą fabułę, balansującą na granicy rzeczywistości, faktu i fantazji, umiejętnie żongluje słowem, ale jednak czegoś brak w tym "Pałacu". To nie jest fantastyczna "Kto przyprowadził Doruntinę", to nie jest świetna "Krew za krew", to tylko książka dobra, nie zasługująca na przysłowek "bardzo". Brakuje mi w niej zwrotów akcji, błyskotliwych dialogów. Warto ją przeczytać i pozastanawiać się nad złem tego świata, bo zapewne taki był zamiar Kadarego, warto rozmyślać nad tym, co jedni ludzie wyrządzili innym, ale warto też czekać na kolejny, prawdziwy literacki popis tego pisarza. Warto czekać na popis na 5, a nie tylko na 4 z minusem.
  • Pałac Snów

    Marta Sarwińska 2006-09-21

    I chciałabym i boję się   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Ismail Kadare dopiero teraz pokazał się polskim czytelnikom. Pisarzem jest świetnym, wielokrotnie wymienianym wśród kandydatów do literackiej Nagrody Nobla, jednym z niewielu albańskich autorów znanych na świecie. Jego wcześniejsze, tłumaczone na polski książki, jakoś przeminęły bez echa, nie są wznawiane, można je kupić za grosze na targach używanej ksiązki. A szkoda, bo Kadare to pisarz z bogatym dorobkiem, autor pasjonujących książek, które czyta się jednym tchem. Autor swego czasu opiewający reżim Hodży, teraz zrobił zwrot o 360 stopni i pisze książkę, która całkowicie zaprzecza jego poglądom sprzed kilkudziesięciu lat. Kadare ma świetny warsztat, tworzy porywającą fabułę, balansującą na granicy rzeczywistości, faktu i fantazji, umiejętnie żongluje słowem, ale jednak czegoś brak w tym "Pałacu". To nie jest fantastyczna "Kto przyprowadził Doruntinę", to nie jest świetna "Krew za krew", to tylko książka dobra, nie zasługująca na przysłowek "bardzo". Brakuje mi w niej zwrotów akcji, błyskotliwych dialogów. Warto ją przeczytać i pozastanawiać się nad złem tego świata, bo zapewne taki był zamiar Kadarego, warto rozmyślać nad tym, co jedni ludzie wyrządzili innym, ale warto też czekać na kolejny, prawdziwy literacki popis tego pisarza. Warto czekać na popis na 5, a nie tylko na 4 z minusem.
  • Rok w Prowansji (wersja kieszonkowa)

    Marta Sarwińska 2006-06-04

    Anglik we Francji - to się musi źle skończyć!   (5 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Typowy Anglik to smutny, szary facet, pijący o 17-tej swoją ulubioną herbatę i kulinarnie nie wychylający się ponad poranne tosty z dżemem. Typowy Francuz - roześmiany, żywo gestykulujący, jedzący żabie nogi, trufle, niezliczone rodzaje serów i inne cuda niewidy. Spotkanie Anglika i Francuza mogłoby wywołać burzę, co więc się dzieje, kiedy ten smutny, standardowy Anglik postanawia przeprowadzić się do Francji na stałe?! Dzieje się niesamowita przygoda, którą Peter Mayle skrupulatnie opisuje w swoich książkach. Mayle okazuje się być Anglikiem tylko trochę odróżniającym się od stereotypowego smutasa, bo ma niesamowite poczucie humoru, którym zaraża czytelnika. Opowiada o swoich spotkaniach z kuchnią francuską tak wyraziście, że czytelnik czasami sam czuje zapach dojrzewających serów czy smak wina z najlepszych francuskich winnic. Czytelnik sam uczestniczy w zbieraniu trufli, sam dyskutuje z Francuzami przy stole i jednocześnie permanentnie się dziwi, bo to wręcz niemożliwe, żeby cały kraj tak fanatycznie ubóstwiał jedzenie. Mayle również się dziwi - niby już tyle wie, niby już tyle poznał, a jednak nadal zastanawia go ten kraj pełen bagietek, rogalików i dojrzałych pomidorów. Gdybym chciała uprościć mogłabym napisać, że książka Petera Mayle'a to nieco zmodyfikowana wyrafinowana książka kucharska. Tymczasem nie ma tam żadnych przepisów, a czytelnik dostaje rewelacyjny obraz kuchni i życia Francuzów, napisany zgrabnym, pełnym humoru językiem.
  • Rumunia
    • Rumunia
    • Małgorzata Willaume
    • (towar niedostępny)

    Marta Sarwińska 2006-06-04

    Odkryjmy Rumunię!   (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Co przeciętny Polak wie na temat Rumunii? Pewnie tylko tyle, że to biedny kraj, gdzieś daleko w Europie. Bardziej ambitny słyszał coś o Drakuli, Ceausescu, o tym, że stolicą jest Bukareszt a flaga ma trzy kolory. Tymczasem okazuje się, że Rumunia nie leży wcale tak daleko, że jej historia to coś więcej niż komunistyczny reżim, a na dodatek Rumunia wejdzie niedługo do Unii Europejskiej, czas wziąć się do książek i poznać najnowszą historię tego pięknego, tajemniczego kraju. Książka Małgorzaty Wilaume z serii "Historia państw świata w XX wieku" może śmiało rywalizować o palmę pierwszeństwa z inną doskonałą książką z tej serii - mianowicie z książką Tadeusza Czekalskiego o Albanii. Napisana jest świetnie, zwięzłym zgrabnym językiem, autorka umiejętnie przeplata wątki historyczno-polityczne ze społecznymi, do tego stopnia, że może to być książka czytana do poduszki przez każdego, nie tylko przez romanistów. Autorka pisze o poważnych rzeczach swobodnym, acz nielekceważącym językiem, co podkreśla wagę wydarzeń. Wystarczy tylko odrobinę orientować się w temacie, a autorka poprowadzi przez meandry rumuńskiej historii, tłumacząc po drodze wszystko, co niezrozumiałe. Rewelacyjna książka, obowiązkowa dla miłośników wschodniej Europy. Warto sięgnąć po nią również nie mając wcześniej takich zainteresowań, po to, aby je w sobie rozbudzić.
(Stron 2)

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Wszystkie zapowiedzi w Merlinie >>

Promocje - kupuj i oszczędzaj!