MŁG
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 10
-
- Chopin Koncerty Fortepianowe [Polska cena]
- Rafał Blechacz, Royal Concertgebouw Orchestra
- cena: 35,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
MŁG 2010-09-23
Spodziewałem się czegoś więcej (3 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)
Trzecia płyta Rafała Blechacza dla niemieckiej wytwórni wypełnia zobowiązania pianisty zawarte w kontrakcie. Od dawna było wiadomo, że znajdą się na niej oba koncerty fortepianowe Chopina, długo zaś utrzymywano w tajemnicy nazwę akompaniującej Polakowi orkiestry. Royal Concertgebouw to zespół najwyższej klasy, przez wielu stawiany wyżej niż Berlińscy Filharmonicy. Jerzy Semkow to dyrygent ceniony za swoje symfoniczne interpretacje. Kłopot w tym, że koncertom Chopina potężne, nasycone, głośne i ciężkie brzmienie dużego zespołu po prostu szkodzi. Na szczęście Holendrzy pokazali, że poza grzmiącymi akordami potrafią fantastycznie prowadzić dialog z solistą na poziomie pojedynczych instrumentów. Takie melodyjne konwersacje stanowią jedną z największych zalet tego wykonania. Rafał Blechacz przyzwyczaił nas już do swojego stylu. Wiadomo, że pracuje nad detalami i bardzo się stara, aby być perfekcyjnym technicznie. Gdzieś w tym wszystkim zaczyna się jednak coraz mocniej oddalać od spontaniczności i szczerości emocji. Zachowanie równowagi pomiędzy profesjonalizmem a żywym przekazem łatwe nie jest, ale wyróżnia największych pianistów świata. Blechacz profesjonalistą jest już na pewno. Teraz ważną sprawą pozostaje nauczyć się, że w muzyce nie zawsze i nie tylko chodzi o zagranie wszystkiego wyraźnie, dokładnie, o dopieszczenie mordentów, tryli czy biegników. Omawiane wykonanie jest dobre, ale nie ponadczasowe; perfekcyjne technicznie, ale nie porywa. Wreszcie – jest indywidualne, ale nie przekonuje. Od Rafała można oczekiwać więcej. -
- Brahms: Violin Concerto, Double Concerto
- Vadim Repin
- cena: 35,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 14 dni )
MŁG 2009-05-14
Pastoralny Brahms Rosjanina
W pochodzie najnowszych interpretacji słynnych koncertów na skrzypce tym razem znalazło się miejsce dla kompozycji Brahmsa. Na szczęście obok niej pojawił się nieco mniej znany koncert podwójny na skrzypce i wiolonczelę. Interpretacja rosyjskiego artysty ukazuje poetycką stronę dzieła. We fragmentach piano, jego zabytkowy instrument Guarneri del Gesu gra dźwiękiem niezwykle delikatnym, niemal szepcząc. Skrzypce te są przy tym fantastycznie miękkie i łagodne. W wirtuozowskich popisach śpiewają czysto i donośnie niczym skowronek, ale brakuje im przez to nieco drapieżności. Poetyckość Repina umiejętnie podchwyciła także lipska orkiestra pod dyrekcją Riccardo Chailly. Szczególnie początek utworu to iście sielska atmosfera wiejskiego poranka. Na tym tle solista-skorwonek staje się nierozerwalną częścią muzycznego pejzażu. Delikatność Repina zostaje zestawiona dość drastycznie z chropowatym, nosowym dźwiękiem Trulsa Mørka w koncercie podwójnym. Jeśli ktoś lubi kontrasty rodem z filmów z Flipem i Flapem, powinen tę wersję zaakceptować. Osobiście wolałbym bardziej ujednolicone brzmienie obu instrumentów. Wtedy ich dialogi byłyby rozmowami kochanków, a nie wnuczka z dziadkiem, a czasem żony z teściową. Niemniej nagranie warte jest uwagi. Warto także podkreślić naprawdę dobrą jakość techniczną. Bliskie plany, dokładność oddania brzmienia instrumentów i ich namacalność to nieczęsta cecha płyt wydawanych przez duże koncerny. -
- Mendelssohn: Violin Concerto [Polska cena]
- Gewandhausorchester Leipzig, Lynn Harrell, Anne Sophie Mutter
- cena: 42,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
MŁG 2009-05-14
Diabeł tkwi w triu (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Trudno byłoby znaleźć koncertującego skrzypka, który w repertuarze nie ma Koncertu skrzypcowego e-moll Mendelssohna. Obok utworów Brahmsa, Beethovena czy Brucha, dzieło to stanowi absolutny kanon literatury dla każdego solisty. Nie jest więc zaskoczeniem, że Anne Sophie Mutter, po wielu latach wykonywania tego koncertu przed publicznością, postanowiła go teraz nagrać. Uczyniła to wspólnie z orkiestrą lipskiego Gewandhausu pod dyrekcją Kurta Masura. Jej interpretacja jest wyważona i subtelna. Artystka porusza się w przestrzeni pomiędzy błyskotliwą wirtuozerią a liryzmem znanym z „Pieśńi bez słów”. To jak najbardziej słuszne podejście, choć niekiedy chciałoby się usłyszeć nieco więcej ekspresji. Orkiestra została w nagraniu schowana za solistkę i mocno spłycona w brzmieniu, co utrudnia odbiór detali akompaniamentu. Jednak to wcale nie to słynne dzieło jest na płycie najciekawsze. Gwóźdź programu stanowi Trio fortepianowe d-moll, które Mutter wykonuje z Andre Previnem i Lynnem Harrellem. Cała trójka to doskonali muzycy i świetni kameraliści. Ich Mendelssohn okazał się natchnionym romantykiem w każdym calu. Nie brak tu wielkich uniesień, nagłych zwrotów akcji, wspaniale prowadzonej dramaturgii. Soczyste, głębokie i skupione brzmienie zespołu sprawia, że ciarki chodzą po plecach. Te trzy instrumenty wykrzesały z siebie większą dawkę emocji niż cała orkiestra i solistka w koncercie skrzypcowym. Na deser pozostaje jeszcze Sonata F-dur, gdzie Mutter z Previnem prowadzą dialog tyleż rozważny co romantyczny. Wszystkiego posłuchać warto, tym bardziej, że płyta jest w „polskiej cenie”. -
- Chopin - Utwory na fortepian i orkiestrę
- Nelson Goerner, Orkiestra XVIII
- (towar niedostępny)
MŁG 2008-12-21
Chopin na sto dwa
Chopin był kompozytorem silnie skoncentrowanym na jednym tylko instrumencie. Solowy fortepian stał się dla niego przedłużeniem duszy. Popełnił jednak w młodości nieco eksperymentów łączących brzmienie jego ukochanego Pleyela czy Erarda z orkiestrą. Kulminacją tych prób są oczywiście koncerty fortepianowe, lecz powstało też kilka mniejszych utworów. To właśnie te fortepianowo-orkiestrowe perełki postanowili zebrać na jednej płycie muzycy zaproszeni przez dyrektora NIFC. Nelson Goerner zasiadł przy zabytkowym Erardzie z roku 1849, czyli zbudowanym w roku śmierci naszego kompozytora. Na równie zabytkowych instrumentach towarzyszył mu zespół F. Brüggena. Na płycie znalazła się Fantazja A-dur na tematy polskie, Wariacje B-dur na temat z Mozarta, Rondo a la Krakowiak i Andante spianato z Wielkim Polonezem Es-dur. A zatem muzyka z jednej strony pogodna, lekka, niekiedy sentymentalna, a z drugiej już mocno nacechowana narodową dumą i patriotycznymi gestami. Brzmienie dawnego fortepianu znakomicie sprawdziło się w lirycznych tematach, jak choćby „Laura i Filon” z Fantazji czy w Mozartowskim „La ci darem la mano”. Goerner sprawnie operował brzmieniem instrumentu, wydobywając z niego szeroką paletę barw i udanie stopniując dynamikę. Trudne, etiudowe niemal Wariacje op. 2 wykonał bardzo błyskotliwie, dokładnie i ciekawie. W Rondzie zabrakło może jeszcze nieco więcej krakowiakowej zadziorności, ale charakter taneczny z pewnością udało się oddać. Na koniec sama orkiestra zagrała Mazurka Dąbrowskiego, ale traktując go właśnie i li tylko jako opracowanie tańca, a nie hymn narodowy. Wyszło to pięknie i po raz kolejny udowodniło, że Polacy nie gęsi i hymnu inne narody mogą nam zazdrościć. -
- Messiah
- Freiburger Barockorchester
- (towar niedostępny)
MŁG 2008-12-21
Teatralne misterium (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Stojąc na granicy pomiędzy dostarczaniem ludziom szlachetnej rozrywki a czynieniem ich lepszymi, Jacobs wybrał możliwość pierwszą. I choć Haendel miał kiedyś powiedzieć, że jest mu przykro, jeśli jego dzieło stało się jedynie rozrywką, to przecież sam miał wpływ na to, że premiera odbyła się nie gdzie indziej, jak w teatrze. Choć libretto przenosi słuchacza w świat duchowej zadumy, to muzyka i jej ilustracyjny charakter, oraz wpadające w ucho melodie, mocno trzymają "Mesjasza" na ziemskim padole. Jacobsowi się to spodobało. Jego soliści i chór znakomicie korzystają z każdej okazji, by słuchacza poruszyć, pokazać muzycznymi gestami tkwiące w tekście emocje. Niekiedy ich westchnienia, zaśpiewy i okrzyki mogą się wydać nawet przesadne, ale efektem jest wykonanie, które przykuwa uwagę i trzyma w napięciu. Mamy tu niezwykle sugestywnie trzęsącego ziemią w posadach basa, lirycznie nabożnego tenora, jasny i ciepły sopran, lekko zmatowiony lecz wyrazisty alt oraz fantastycznie miękkiego i ruchliwego kontratenora. Chór brzmi zaskakująco precyzyjnie i spójnie, choć to wcale nie Monteverdi Choir ani Gabrieli Consort. Brzmienie orkiestry jest przejrzyste, pełne i stylowe. Nie zabrakło ani odpowiednio dobranego dynamizmu, ani subtelnej miękkości, a ponadto bardzo dobrze wykorzystano tajemny eliksir każdego wybitnego nagrania - ciszę. Ona mówi czasem więcej niż dźwięk. Mnie powiedziała, że to najlepszy "Mesjasz", jakiego ostatnio słyszałem. I choć najlepszy pozostaje Paul McCreesh, tej wersji warto dać pięć gwiazdek, także za realizację. -
- Handel: Messiah [Hybrid SACD]
- Arnold Schoenberg Chor, Concentus Musicus Wien
- (towar niedostępny)
MŁG 2007-01-28
Osobiste i pełne dramaturgii (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oto interpretacja skrajnie indywidualna pod każdym względem. Nikolaus Harnoncourt słynie z iście naukowego podejścia do muzyki. Dziesiątki godzin spędzone na analizowaniu najdrobniejszych szczegółów partytury oraz wszelakich dokumentów źródłowych to sprawdzona metoda na wydobycie z dzieła tego, co inni przeoczyli i stworzenie jego nowej, doskonalszej inkarnacji. W tym wypadku nadrzędnym celem, przyświecającym wykonaniu, jest, jak się zdaje, sugestywne przekazanie dramaturgii Haendlowskiego arcydzieła. Bez kostiumów, scenografii i akcji scenicznej Harnoncourt przenosi słuchacza w czasy chrześcijańskiego Mesjasza i opowiada o jego dramatycznych losach tak, jakby sam był ich naocznym świadkiem. Nie czyni tego jednak sam. Tłem opowieści, ale również jej równoprawnym narratorem, jest wspaniale zgrany, doskonały technicznie i stylowy zespół instrumentalny. Ostateczny efekt nie byłby tak przejmujący, gdyby nie zasługa niewielkiego chóru, który sprawia, że do tego nagrania na pewno będę często wracał. Wśród solistów największy aplauz należy się G. Finleyowi. Jego głęboki, donośny bas niejednokrotnie zaskakiwał ruchliwością i fantastyczną wprost ekspresją. Jedna z najlepszych partii basowych w "Mesjaszu", jakie dotąd słyszałem. Trochę czasu trzeba, by przywyknąć do matowej barwy głosu A. Larsson oraz jej dość specyficznego vibrato. Od razu za to olśniewa jasny, pełen liryzmu i lekkości głos Ch. Schäfer. M. Schade sprawił się dobrze, ale nic ponadto. Na koniec trzeba jeszcze podkreślić bardzo naturalne brzmienie oraz dobrą przestrzenność nagrania, co trochę zaskakuje, bo realizowano je na żywo. Brawa dla zdyscyplinowanej publiczności, dzięki której tak mało jest tu pozamuzycznych elementów dźwiękowych. -
- Spór o granice poznania dzieła muzycznego
- Maciej Gołąb
- (towar niedostępny)
MŁG 2006-10-12
Poznać, znaczy zrozumieć (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Poznałem pana profesowa, kiedy miałem u niego wykłady z wstępu do muzykologii, a potem z metodologii. Byłem świadkiem powstawania tej książki i jednym z pierwszych, którzy mogli ją czytać, jeszcze w maszynopisie. To nie jest łatwa lektura nawet dla kogoś, kto kilka lat studiował muzykologię i operuje większością pojęć, których używa pan profesor. Dla niego ten język jest tak samo prosty jak dla większości z nas instrukcja obsługi czajnika elektrycznego. Niestety zawsze miałem wrażenie, że profesor nie brał nigdy pod uwagę, że nie każdy student, a w tym wypadku czytelnik, musi równie bezbłędnie operować stricte naukowym językiem. Toteż, jeśli ktoś planuje przeczytanie tej książki, radzę mu najpierw zaopatrzyć się w "Słownik wyrazów obcych" i mieć go pod ręką. Niemniej jednak jest to lektura fascynująca. Książka, która pokazuje bardzo różne perspektywy i elementy poznania muzyki oraz pozwala czytelnikowi na własne wnioski. Czym jest muzyka? - to pytanie nie będzie aż tak wielką zagadką, gdy zrozumie się sens książki Macieja Gołąba. -
- Altowiolista / The Violist
- Stefan Kamasa
- (towar niedostępny)
MŁG 2006-10-12
Spotkanie z mistrzem (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Stefan Kamasa od ponad 50 lat jest postacią stale obecną w polskim i międzynarodowym życiu muzycznym. W naszym kraju, kiedy myślimy o altówce, przychodzi nam na myśl praktycznie tylko to jedno nazwisko. To dla niego nasi najwięksi XX-wieczni kompozytorzy - Tadeusz Baird, Roman Palester, Krzysztof Penderecki - pisali swoje koncerty na altówkę. To on po raz pierwszy nagrał najdawniejszy w dziejach polskiej muzyki koncert altówkowy autorstwa Aleksandra Tansmana. To o nim w 1988 roku słynny Jan Weber powiedział na antenie Polskiego Radia: "Stefan Kamasa należy do nielicznych muzyków, których nazwałbym totalnymi. Znaczy to, że gotów jest zagrać wszystko po krótkim czasie przygotowania. Wynika to przede wszystkim z temperamentu urodzonego muzyka. Krew w żyłach takich ludzi zmieszana jest z muzyką". W istocie mimo swych 76 lat Stefan Kamasa wciąż potrafi zachwycać pięknym dźwiękiem i zaskakująco dobrą sprawnością techniczną, a do tego temperamentem, którego mógłby mu pozazdrościć niejeden student Akademii Muzycznej. Trzypłytowy album wydany w tym roku przez Polskie Radio jest próbą przekrojowego i bardzo skrótowego przedstawienia dorobku twórczego Stefana Kamasy. Po zapoznaniu się z repertuarem umieszczonym w tym wydaniu od razu chciałoby się zapytać - kiedy następna część? Zabrakło bowiem tej części twórczości, którą sam Kamasa ceni sobie najbardziej - kameralistyki. Lecz nawet mimo tej luki, przesłuchanie płyt to fascynujące spotkanie z wybitnym artystą w trzech odsłonach. Pierwsza płyta to repertuar najlżejszy. Miniatury autorstwa różnych kompozytorów od Rameau (w aranżacji Kreislera) poprzez Beethovena, Schumanna, Wieniawskiego, Liszta, Debussy'ego, aż po Kodálya, Villa-Lobosa czy Bacewicz. Już tutaj dostrzec można bez trudu wielką różnorodność brzmieniową, którą Stefan Kamasa stwarza z absolutną łatwością i fascynującą pomysłowością. Od miękkiego barytonowego dźwięku, którym śpiewa niczym najlepszej klasy śpiewak operowy, poprzez brzmienie lekkie, zwiewne, pełne pogody oraz tanecznego charakteru, do subtelnej, eleganckiej barwy koniecznej, by stylowo wykonać utwory doby romantyzmu. Nagrania pochodzą z różnych okresów kariery artysty, od roku 1958 po rok 1980, a akompaniują mu znakomici pianiści? Władysław Szpilman, Jerzy Lefeld i Jerzy Marchwiński. Ale to dopiero pierwszy akt. Druga płyta to spotkanie ze Stefanem Kamasą oraz jego synem, grającymi dwie sonaty na altówkę i fortepian oraz Scherzo c-moll Johannesa Brahmsa. Tutaj słyszymy artystę jako kreatora nastrojów i wrażeń. Ponownie udowadnia on, że altówka to instrument, na którym można grać równie pięknie i fascynująco jak na skrzypcach, a w rejestrach niższych nic nie odbierze jej charakterystycznej bogatej barwy i męskiego charakteru. Znakomita współpraca rodzinnego duetu sprawia, że sonaty są w istocie dialogiem dwóch rozumiejących się bez słów ludzi i artystów. Trzecia płyta zawiera trzy koncerty skrzypcowe. Pierwszy z nich to ów wspomniany już najdawniejszy koncert altówkowy w historii muzyki polskiej, pochodzący z 1937 roku utwór autorstwa Aleksandra Tansmana. Druga kompozycja to koncert Grażyny Bacewicz z 1968 roku. Trzeci, najnowszy, powstał w 1983 roku i został dedykowany Stefanowi Kamasie, a jego autor to Krzysztof Penderecki. Trzy koncerty powstałe w trzech różnych etapach XX-wiecznej twórczości dają kolejną szansę na pokazanie potencjału i klasy polskiego altowiolisty, ale także ukazują go w roli solisty i umożliwiają prześledzenie trzech różnych spojrzeń na jego instrument na przestrzeni półwiecza. Po przesłuchaniu tego albumu altówka nie będzie już dla nikogo instrumentem li tylko związanym z orkiestrowym tłem dla skrzypcowych popisów. Odkryje swój potencjał, swoje piękno i swoje możliwości brzmieniowe. A to wszystko dzięki artyście, którego wciąż jeszcze możemy podziwiać. Oby jak najdłużej! -
- Miles. Autobiografia
- Miles Davis, Quincy Troupe
- (towar niedostępny)
MŁG 2006-09-29
Autentyzm w czystej formie (6 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)
Autobiografia Milesa Davisa to książka opowiadająca o człowieku, świecie w którym przyszło mu żyć, jego cechach, poglądach, radościach i problemach. Wszystko to opowiedziane dosadnym, bardzo emocjonalnym językiem, właściwym raczej rozmowie dwóch przyjaciół przy wódce, niż formom literackim. Niech czytelnika nie zdziwią takie wspomnienia: "Pamiętam zajęcia z historii muzyki, prowadziła biała kobieta. Stała przed nami na środku i gadała, że czarni zaczęli grać bluesa, ponieważ byli biedni i musieli zbierać bawełnę. (...) Moja ręka natychmiast poszybowała w górę, wstałem i mówię 'Ja jestem z East St. Louis, mój ojciec jest bogaty, pracuje jako dentysta, a ja gram bluesa. Mój ojciec nigdy nie zbierał bawełny, ja nie obudziłem się rano smutny i nie zacząłem grać bluesa. To wszystko jest bardziej skomplikowane'. Ta suka aż zzieleniała i nic nie powiedziała. Rany, uczyła jakichś bzdur z podręcznika, który napisał ktoś, kto zasranego pojęcia nie miał o niczym. Faszerowali nas takimi gównami w Juilliard, więc szybko miałem dość.". Davis mówi otwarcie o swoich przekonaniach, o problemach rasowych ówczesnej Ameryki, o pierwszych doświadczeniach seksualnych, o narkotykach, nocnych klubach itd. Jest człowiekiem równie ostrym i krytycznym wobec siebie samego co wobec innych. Posiada dar autoironii, ma żelazną wolę i rzadką pokorę w kwestii własnego wkładu w historię współczesnego jazzu. Choć książka ta nie jest nowością na polskim rynku księgarskim - ukazała się po raz pierwszy w 1992 roku pod tytułem "Ja, Miles" - to właśnie nowe tłumaczenie sprawia, że stała się jeszcze bardziej fascynująca, wciągająca i prawdziwa. Filip Łobodziński nie boi się wulgaryzmów, nie próbuje łagodzić języka słynnego jazzmana. Wręcz przeciwnie, pokazuje to wszystko zupełnie bez ogródek. To sprawia, że po pierwszym szoku czytelnik zaczyna odbierać opowieść Milesa Davisa bardziej jak rozmowę z dobrym, zaufanym przyjacielem, niż kimś obcym, odległym i sławnym. To książka dla dorosłych, dla fanów Davisa, dla ludzi chcących go poznać, ale i dla wszystkich, którzy lubią autentyczność w czystej formie. -
- Requiem
- Jean-Claude Malgoire
- (towar niedostępny)
MŁG 2006-05-29
Ciekawostka i nic ponadto (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Requiem Mozarta, jak wszyscy wiedzą, nie zostało dokończone przez kompozytora, który zmarł niedługo po napisaniu ósmego taktu części Lacrimosa. Wersja, której dziś najczęściej słuchamy, powstała na prośbę żony Mozarta i jest wspólnym dziełem dwóch jego uczniów - Eyblera i Süssmayera. Panowie bardzo się starali, ale do dziś słychać krytyczne głosy na temat ich pracy. Szczerze mówiąc trudno się dziwić, bo kończyć coś po największym muzycznym geniuszu wszech czasów, nawet gdy było się jego uczniem, jest rzeczą niewdzięczną i z góry skazaną na porażkę. Ale dopisanie swego nazwiska obok Mozarta jest także niezwykle kuszące dla twórców mniej skromnych, a także chcących choć na chwilę zabłysnąć w glorii jego sławy. Oto mamy nagranie, w którym wykorzystano partyturę "Requiem" znalezioną w dalekim Rio de Janeiro. Autorem dopisanego zakończenia jest niejaki Sigismund Neukomm, którego największy związek z Mozartem to fakt, że urodził się w 1778 roku w domu sąsiadującym z domem Mozartów. Jean-Claude Malgoire w płytowej książeczce zachwyca się podobieństwem stylu dopisanego przez Neukomma "Libera me", do oryginalnych części utworu. Byłbym bardziej powściągliwy w tej ocenie. Jest to jedynie jeszcze jedna próba muzycznego naśladownictwa i choć trzeba zaznaczyć, że dość udana, nie stawiałbym jej wyżej ponad znane powszechnie zakończenie. Całość wykonana jest z dużą energią, ale mimo że dodaje to muzyce dynamizmu, niekiedy jakoś nie przystoi do tematyki utworu i podniosłości chwili. Wielkie brawa jedynie dla partii basowej, w której Alain Buet pokazał najwyższą klasę. Czy warto kupować tę płytę? Tak, jeśli ktoś kolekcjonuje muzyczne ciekawostki. Nie, jeśli ktoś szuka dobrego wykonania "Requiem" Mozarta.






Merlin in English














![To co dobre [Digipack] - Andrzej Piaseczny](/To-co-dobre_Andrzej-Piaseczny,images_small,11,88697994862.jpg)





