Dorota Szeliga
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 34
-
- Siły rynku
- Richard Morgan
- cena: 39,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)
Dorota Szeliga 2007-05-18
"Jeśli kogoś wyzywasz, nie zabierasz go potem do szpitala. Idziesz i kończysz sprawę" (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Proszę sobie wyobrazić najtwardszego współczesnego faceta, jakiego pomieści fantazja, zachowując jednak pewien realizm. A teraz proszę sobie wyobrazić rekina finansjery w eleganckim i drogim garniturze, dyrektora w wielkiej korporacji, który w ramach pracy handluje bronią dla patyzantów oraz rozjeżdża swoich konkurentów do stanowiska w legalnych pojedynkach na drodze, przy użyciu wzmacnianych bojowych bmw czy audi. Nieźle pomyślane, prawda? Mamy rok 2049, rynki finansowe nie mają już granic, wolno właściwie wszystko. Nikogo nie dziwi firma o nazwie "Inwestycje Konfliktowe Shorn", która finansowo wspiera lokalne wojenki, dbając o to, by wygrana strona przyniosła im następnie zysk. Nikogo też nie dziwią regularne pojedynki drogowe w drodze po kontrakt czy awans. Chris Faulkner jest nowym nabytkiem w tej właśnie firmie. Na powitanie dostaje biuro, laptopa i pistolet maszynowy, standardowe wyposażenie pracowników korporacji. Dostałby również specjalnie wzmocnione bmw, ale woli swojego saaba, zrobionego specjalnie dla niego przez kochającą żonę, która jest mechanikiem samochodowym. Tak mniej więcej to się zaczyna, a potem już zupełnie nie można się oderwać od tych 420 stron pełnych strzelanin, efektownych pościgów samochodowych i coraz gęściej ścielących się trupów. Morgan jeszcze raz udowodnił swój warsztat literacki, tworząc niewiarygodnie prawdopodobny świat. To prawie nasza rzeczywistość, odrobinę bardziej brutalna, z jedną granicą dalej przekroczoną. A przy tym mamy tu rzeczywiście pełnokrwistych bohaterów. Chris Faulkner nie jest ani archetypowym zabijaką ze złamanym sercem, ani jeszcze bardziej archetypowym kuszonym przez zło młodzieńcem pełnym rozterek. Owszem, ma rozterki, bez nich ta powieść przecież w ogóle nie byłaby ciekawa. I będzie dokonywał wyborów. Niekoniecznie takich, jakie nadawałyby się do umoralniających powieści dla młodzieży. Morgan stworzył niemal gotowy scenariusz filmu sensacyjnego. Te wszystkie potyczki drogowe będą świetnie wyglądać na ekranie. Szkoda tylko, że w takim filmie pewnie zupełnie zginie głębszy sens tej powieści, wszystkie pytania o to, jak się właściwie ma moralność do konieczności zarabiania pieniędzy. I czy we współczesnym świecie rządzonym przez korporacje i powiązania giełdowe jest jeszcze miejsce na jakąś moralność. -
- Wariatki
- Chantal Delson
- (towar niedostępny)
Dorota Szeliga 2004-08-23
Błąd w nazwisku (0 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Autorka ma na nazwisko Delsol przez L. L, nie N. Przepisujcie raczej z okładki, a nie ze stron kkkk, którzy z przepisywaniem z okładki sobie wyraźnie nie radzą. -
- Rytuały morza
- William Golding
- (towar niedostępny)
Dorota Szeliga 2004-05-01
Nie tylko dla marynarzy (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Pod wrażeniem ponownej lektury gorąco zachęcam wszystkich czytelników do sięgnięcia po ten tom. Doskonale napisana książka w formie dziennika, prowadzonego przez młodego Edmunda Talbota, wstępującego na pokład statku płynącego do Australii, by tam rozpocząć karierę polityczną. Jest początek wieku XIX. Gra niuansów i konwenansów jest równie ważna, jak sam narrator, którego arogancki charakter poznajemy, czytając między wierszami. Golding pokazuje tutaj też swoje niezrównane poczucie humoru. Ta książka ma z pewnością więcej niż dwa dna. Przyjemność lektury wynika też ze znakomitego tłumaczenia Arkadiusza Nakoniecznika. Nie należy natomiast wierzyć w notatkę z okładki (pojawia się ona w wydaniu Amberu 1994, nie wiem, czy również w nowszym) twierdzącą, że za ten właśnie tytuł autor otrzymał Nagrodę Nobla, bo to nieprawda. Otrzymał ją za całokszałt twórczości, ale "Rytuały morza" zdobyły Booker Prize i są jedną z moich ulubionych książek tego ogromnie ciekawego autora. Mam nadzieję, że uda mi się zdobyć jej jeszcze paru wielbicieli. -
- Twarz
- Dean Koontz
- (towar niedostępny)
Dorota Szeliga 2004-04-26
Koontz tym razem o duchach i nie tylko...
Właścicielem tytułowej Twarzy jest Channing Manheim, amerykański aktor, którego popularność zdecydowanie przewyższa talent. Dzięki wyjątkowo czarującemu sposobowi bycia i niebagatelnej urodzie jest wielbiony przez rzesze fanów, a za każdy film dostaje miliony dolarów, wydawane między innymi na olbrzymi dom, który będzie stanowił centralne miejsce akcji najnowszej powieści Koontza. Dom jest nie tylko niewiarygodnie luksusowy, jest również prawdziwą fortecą przygotowaną na wszelkie możliwe kataklizmy i parę niemożliwych. Łatwo się jednak domyślić, że autor wprowadzi do akcji czarny charakter w roli kataklizmu, jakiego nikt nie przewidział. Corky Laputa jest Złym typowym dla thrillerów tego autora, znakomicie przygotowanym do realizowania swoich misji, które przeważnie polegają na mordowaniu oraz dręczeniu niewinnych ludzi (oraz, gwoli ścisłości, niektórych nie tak całkiem niewinnych, ale nie jest to żadne usprawiedliwienie dla jego postępków). Czyni to w imię chaosu, którego jest wiernym wyznawcą i który jego zdaniem należy szerzyć na całym świecie. Trzeba przyznać, że stosowane przez niego metody, drobiazgowo opisywane, robią wrażenie. Choćby to, że we własnym domu przetrzymuje profesora wyższej uczelni, swego znienawidzonego kolegę po fachu i głodzi go na śmierć, przezornie jednak podając mu kroplówki, aby nie dopuścić do przedwczesnej śmierci. Celem życiowym Laputy jest jednak porwanie syna Twarzy, dziesięcioletniego Aelfrica Manheima, by zgotować mu los znacznie gorszy od śmierci. Aelfric wraz z domem swego ojca jest pod znakomitą opieką, szefem prywatnej ochrony jest tam bowiem Ethan Truman, były policjant i człowiek bezsprzecznie godny zaufania. Po śmierci ukochanej żony 5 lat wcześniej Ethan poświęcił się całkowicie swojej pracy. Czy jednak uda mu się wyjść zwycięsko ze starcia z siłami Zła? Jak na tę rozgrywkę wpłyną jego związki ze światem umarłych, które po śmierci dawnego przyjaciela zaczynają przybierać wymiar niepokojąco wykraczający poza granice racjonalizmu? Koontz w świetnej formie, chociaż właściwie nie raczy nas żadnym nowym pomysłem. "Twarz" to thriller najklasyczniejszy z klasycznych, wszelkie zastosowane tu chwyty są nam doskonale znane, a przecież do końca nie mamy pewności, czy niektóre tajemnicze postaci, przemawiające z zaświatów, grają po stronie dobra czy zła. Trzyma w napięciu do ostatniej strony i szczęśliwie zwięzłego zakończenia. Tym razem nie ma żadnego wątku romansowego, chociaż autor nie traci okazji, by dydaktycznie przypomnieć o zaletach życia rodzinnego i konieczności dawania dzieciom czegoś więcej niż tylko bogactw materialnych. A może nawet o nieszczęściach, sprowadzanych na własne dzieci przez rodziców wolących karierę i duże pieniądze od wychowywania potomstwa. -
- Zadziwiający Maurycy
- Terry Pratchett
- (towar niedostępny)
Dorota Szeliga 2004-04-26
Dla dzieci czy nie dla dzieci, przeczytać trzeba (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Spoglądam na okładkę, a z niej krzyczy informacja, że powieść została nagrodzona Carnegie Medal za najlepszą książkę dla młodych czytelników. Cóż, nie wybieram się wprawdzie jeszcze na emeryturę, ale młodym czytelnikiem jednak już dość dawno byłam i są to czasy bezpowrotnie minione... Z drugiej strony widniejące tuż pod tą informacją nazwisko Terry Pratchett gwarantuje, że gdyby nawet sygnowana nim była książka telefoniczna, lektura byłaby niepowtarzalnym przeżyciem. Nie zwlekając więc dłużej otwieram książkę, a tam czeka na mnie kot Maurycy. I nie jest to bynajmniej zwyczajny puszysty czworonóg. Maurycy mówi i myśli, przy czym nie jest jasne, w jaki sposób uzyskał samoświadomość. Na pewno nie obyło się bez jakiejś czarodziejskiej mikstury, ponieważ rzecz cała dzieje się w Świecie Dysku, na którym magia jest integralną częścią rzeczywistości. Po chwili okazuje się, że nie tylko Maurycy został dotknięty taką przemianą swego jestestwa. Towarzyszą mu równie inteligentne szczury. Nasz koci bohater podjął postanowienie, że nie wypada zjadać niczego co mówi, zaprzyjaźnił się zatem ze szczurzym klanem i wpadł na pomysł zrobienia z nimi wspólnego biznesu. Plan obmyślił starannie. Szczury, jak wiadomo, nie są gatunkiem szczególnie lubianym przez większość ludzi, zatem w mieście najpierw pojawia się szczurza plaga (niektóre osobniki nawet tańczą i stepują), której wytępić nijak się nie da, skoro zwierzaki są równie bystre, jak ludzie (obraziłyby się wprawdzie za takie porównanie). Potem zaś nadchodzi Maurycy ze swoim ludzkim towarzyszem, nie za mądrze wyglądającym chłopcem, potrafiącym znakomicie grać na flecie, który wyprowadza niepożądanych lokatorów z miasta, inkasując sowitą zapłatę (jeśli to brzmi znajomo, to właśnie tak ma być). I cała zgraja udaje się w dalszą drogę. Sprytnie wymyślone. Nie może być inaczej, skoro wymyślał to Maurycy, którego umysł zadziwia wszystkich, a najbardziej właściciela. Jednak kiedy całe to towarzystwo trafia na miasteczko Lśniący Zdrój, zaczynają się kłopoty. Jeśli ktoś sądzi, że jest to jeszcze jedna bajka dla dzieci, to jest w całkowitym błędzie. Pratchett bardzo wyraźnie podkreśla swój stosunek do literatury, w której występują gadające zwierzęta noszące ubranka. Szczury mianowicie ciągną ze sobą "Przygodę pana Królika", jedną z klasycznych bajek dla dzieci i dyskutują o niej zawzięcie. Mają wiele wątpliwości - "czy książkę napisali ludzie? To prawda, że sklep był dla ludzi, ale przecież nawet ludzie nie mogli jednocześnie pisać książki o szczurku Szymonie, który nosił kapelusz i rozsypywać trutki na szczury. A może? Jak trzeba być szalonym, żeby jedno z drugim pogodzić?" Szczurza filozofia w ujęciu Pratchetta nie stawia gatunku homo sapiens zbyt wysoko: "mówią, że gdzieś pod ziemią żyje Wielki Szczur, który wszystko stworzył. I co, może stworzył także ludzi? Słabo o nas dba, jeśli dzięki niemu powstał też człowiek". Poza takimi typowo pratchettowskimi wstawkami, inteligentnymi i sarkastycznymi, mimochodem zmuszającymi do zastanowienia się nad ludzkością, mamy tu dużo trzymającej w napięciu akcji. Bohaterowie, mimo że większość z nich ma cztery łapy i futro, mają znakomicie zarysowane charaktery. Autor nie zostawia żadnych niedopowiedzeń, wyjaśnia nawet w końcu, po co właściwie kotu pieniądze, ale nie zamierzam zdradzać tego sekretu, najlepiej uczyni to Maurycy osobiście. Książka wydana prześlicznie, doskonała twarda oprawa, na każdej stronie pojawiają się maleńkie kocie główki, a obok numerów stron wędrują szczury. Tłumaczenie poprawne (nazwisko tłumacza z niewiadomych przyczyn nie zostało ujawnione), chociaż szczurze imiona, wywiedzione ze znalezisk w ludzkich śmietnikach, dawały nie do końca wykorzystane pole do popisu. Nie mam pojęcia, czy ta książka spodoba się dzieciom, ale dorośli z pewnością nie powinni odmawiać sobie przyjemności jej przeczytania. Nawet ci, którzy jeszcze nie mieli do czynienia z Pratchettem, a przed szczurami uciekają z piskiem. -
- Modyfikowany Węgiel
- Richard Morgan
- cena: 26,49 zł
- (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)
Dorota Szeliga 2003-11-23
Lektura na jeden długi wieczór (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Nie wiem, czy Richard Morgan jest wielbicielem filmów Alfreda Hitchcocka, ale na pewno w swojej książce zastosował znaną zasadę wielkiego reżysera, mówiącą, że dobry film zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie rośnie. "Modyfikowany węgiel" zaczyna się krótkim i bardzo dynamicznym prologiem, w którym efektownie ginie główny bohater i zarazem narrator. W większości powieści takie wydarzenie stanowiłoby raczej okazję do zakończenia akcji, niż do jej rozpoczynania, sęk jednak w tym, że w świecie wykreowanym przez Morgana śmierć przestała być już nieodwracalna. Ludziom wszczepia się w rdzeń kręgowy stosy korowe, które przechowują ich osobowość i doświadczenie. Po śmierci wystarczy ten stos wyciągnąć, wsadzić w nowe ciało (czy też, jak to określają oswojeni z tą możliwością ludzie, powłokę) i gotowe. Oczywiście nadal można zadać Prawdziwą Śmierć, tę nieodwracalną, jeśli mianowicie przy pomocy odpowiedniej broni zniszczy się stos korowy. Niektórzy co bogatsi obywatele świata radzą sobie i z tą przykrą ewentualnością,mają mianowicie starannie zabezpieczone i aktualizowane kopie swych osobowości oraz klony swych ciał. Tak na przykład czyni Laurens Bancroft, wpływowy ziemski biznesmen, którego niedawno ktoś zabił i to zadając mu Prawdziwą Śmierć. Dzięki temu narrator Takeshi Kovacs, były Emisariusz (czyli ktoś w rodzaju komandosa, tylko bardziej) zamiast odbywać karę za napad na rodzimym Świecie Harlana, zostaje po śmierci ściągnięty na Ziemię, upowłokowiony w ciele tamtejszego policjanta i ma znaleźć zabójcę Bancrofta. Bancroft oczywiście nadal cieszy się życiem i zdrowiem, jako swoja kopia, ale ze zrozumiałych powodów (kopia nie jest aktualizowana na bieżąco, tylko co jakiś czas) nie ma pojęcia, kto mógł go zabić. Tymczasem okazuje się, jak to zwykle bywa, że jego zabójstwo jest tylko wierzchołkiem góry lodowej, ta zaś skrywa w sobie nieźle skomplikowany labirynt tajemniczych powiązań. Autor ani na chwilę nie pozwala swojemu bohaterowi zwolnić tempa, ani czytelnikom zrobić przerwę na herbatę. Doskonałe smaczki tej powieści: katolicy, którzy przetrwali jako marginalna sekta na Ziemi, sprzeciwiają się upowłokowianiu, czyli ich zdaniem „zmartwychwstaniu”, rejestrują się jako wyznawcy tej religii i nie wolno ich ożywiać, mimo że mają stosy korowe. Jak łatwo zgadnąć, utrudnia to pracę policji, a przy okazji umożliwia pewne nadużycia. Jeśli przypadkowo kogoś się zamordowało, a ma się możliwość sfałszowania danych tej osoby tak aby wyglądała ona na katolika, to policja musi poprzestać na starodawnych metodach dochodzenia. Kolejna pełna wdzięku scena to wcielenie mężczyzny w ciało kobiety, bardzo ładnie rozegrane, chociaż w samych okolicznościach nie ma niczego ładnego. Zachwycona byłam również scenami erotycznymi, zdecydowanie jedne z najlepszych w fantastyce. Nastrój powieści przypomina mi nieco Gibsona z bardzo żywą akcją i bohaterem rodem z Chandlera. To zdecydowanie cyberpunk z całym koniecznym sztafażem – mamy oczywiście i wirtual (gdzie można sobie pogadać, i nie tylko pogadać, z nieupowłokowionymi osobowościami) i całą gamę narkotyków o ciekawym działaniu i jeszcze ciekawszych możliwościach zastosowania. Powłoki z kolei miewają wspomaganie neurochemiczne, które daje na przykład większą szybkość i celność w walce. Jedyne niewielkie zastrzeżenie, jaki przyszło mi do głowy, to niefrasobliwe pominięcie faktu, że kopia naszej osobowości nie jest już nami. Książka bardzo starannie wydana (do nieszczęsnej strużki, czyli małej strugi, uparcie pisanej przez ó – to już trzecia z rzędu powieść, która kaleczy moje oczy czymś takim - będę chyba zwyczajnie musiała przywyknąć), okładka dobrze dobrana. Rzecz należy koniecznie przeczytać w jeden długi zimowy wieczór. Jestem gotowa się założyć, że wcześniej czy później na jej podstawie nakręcony zostanie film, bo to jest gotowy materiał na scenariusz. -
- Praxis tom 1 Upadek imperium strachu
- Walter Jon Williams
- (towar niedostępny)
Dorota Szeliga 2003-10-13
Przyjemny wstęp do space opery (1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Przez pierwsze 200 stron miałam nawracające wrażenie, że pomyliłam się i czytam coś w rodzaju powieści Jane Austen, tyle napotykałam szczegółowych opisów strojów, ceremonii i rozważań, kogo powinna poślubić siostra głównego bohatera, porucznika Martineza, i jakie kto może czerpać z tego korzyści. Spojrzawszy jednak na okładkę przekonywałam się, że nadal czytam pierwszy tom zapowiadanej trylogii "Upadek imperium strachu", bez wątpienia zaliczanej do gatunku space opery. Cóż, u Wiliamsa w roku 12481 mamy do czynienia ze społeczeństwem silnie zhierarchizowanym. Ludzie dzielą się na parów tworzących klany ("nie wystarczyło po prostu być parem – trzeba być właściwym rodzajem para" -cytat z powieści) i na resztę, której przedstawicielką jest główna bohaterka, kadet Sula, przy czym wszyscy sądzą, że również ona należy do pewnego nieistniejącego już klanu, i tylko my – czytelnicy znamy jej prawdziwą niewesołą przeszłość z toczonego równolegle wątku. Swoją drogą ten wątek jest nieco przydługi i robi wrażenie żywcem wyciętego z jakiegoś harlequina, gdzie piękna, młoda, mądra, lecz nieszczęśliwa i bardzo krzywdzona przez los dziewczyna po serii nieprzyjemnych perypetii spełnia w końcu swoje marzenia i zaciąga się do Floty. Ponarzekawszy jednak na tę metodę przydania objętości powieści muszę przyznać, że takie zabiegi dają pełnowymiarowość bohaterom. Autorowi udaje się też wprowadzić szczyptę komizmu dzięki takim smaczkom, jak nieustanne narzekania "prawdziwych" arystokratów na okropny akcent Martineza. Czytelnika powinna ucieszyć również informacja, że za 10 tysięcy lat ludzie nadal będą pić wino, piwo i wódkę (a niektórzy nawet będą jej nadużywać). Moją uwagę zwrócił też przedziwny dualizm, jeśli chodzi o traktowanie kobiet – w jednych dziedzinach są prawie całkiem zdane na łaskę mężczyzn (siostry Martineza są tu dobrym przykładem); natomiast te, które wstąpiły do Floty, są z kolei traktowane na równi z mężczyznami. Zaczęłam od drobiazgów tworzących klimat, pora przedstawić wątek główny. Właśnie umarł, a właściwie popełnił samobójstwo, Wielki Pan - ostatni przedstawiciel rasy rządzącej Shaa, tej rasy, która stworzyła Imperium rządzone zasadami Praxis (Praxis opiera się na ślepym posłuszeństwie zwierzchnikowi i na przyznaniu zwierzchnikom nieograniczonych praw do decydowania o losie swoich podwładnych, ustanawia także nieproporcjonalnie surowe kary za wszelkie przestępstwa. Zabrania również manipulacji genetycznych i rozwijania wszelkich form sztucznych inteligencji). W Imperium rozciągającym się na wiele planet (podróże między nimi możliwe są dzięki rozwijaniu prędkości przyświetlnych oraz dzięki wormholom) współistnieją ludzie, a raczej Terranie, włochaci Torminele, ptasiopodobni Lai-owni i pochodzący od drapieżników centauroidalni Naksydzi. Współistnieją zgodnie... do czasu. Dość szybko bowiem Naksydzi dochodzą do wniosku, że jako pierwsi podbici przez Shaa mają prawo przejąć ich rolę i rządzić Imperium. W tym celu próbują opanować Flotę, ale oczywiście inne rasy też czegoś się nauczyły przez wieki. Dzięki Martinezowi Naksydom nie udaje się aksamitna rewolucja. Rozpoczyna się prawdziwa wojna, a książka się kończy, właśnie w tym miejscu, gdzie rzecz zaczyna się robić niezwykle ciekawa. Wiliams wykazuje się przy opisywaniu bitew, manewrów, manipulowania przyspieszeniami i fizyki wormholi równą sprawnością, co przy opisywaniu różnych odmian tradycyjnych strojów i zawiązywaniu rozmaitych intryg. Kolejne tomy powinny być bardzo interesującą lekturą, szkoda tylko, że trzeba będzie na nie jeszcze trochę poczekać. Książka wydana jest bardzo starannie, proszę tylko zauważyć – aby nikomu nie utrwaliła się błędna pisownia - że słowo "strużka", gdy pochodzi od strugi cieczy, pisze się przez "u". -
- Księga Krótkiego Słońca - tom 1. Na wodach Błękitu
- Gene Wolfe
- (towar niedostępny)
Dorota Szeliga 2003-09-26
Lektura warta włożenia w nią wysiłku (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
"Na wodach Błękitu" stanowi kontynuację zdarzeń opisanych w cyklu Długiego Słońca, zatem ci, którzy już znają ten cykl, bez czytania niniejszej recenzji natychmiast zamawiają książkę i oddają się pasjonującej lekturze. Pozostali jednak nie powinni w żadnym wypadku się zniechęcać. Wystarczy ze dwa razy uważnie przeczytać umieszczony na początku spis postaci i miejsc, by mniej więcej zorientować się w fabule, która za chwilę roztoczy się przed naszymi oczami i nie odczuwać braku znajomości tetralogii Długiego Słońca. Szerokie tło powieści jest pozornie bardzo typowe dla science fiction – dawno temu ludzie wyruszyli na podbój nowych planet w ogromnym wielopokoleniowym statku zwanym whorlem. Wydarzenia opisane w księdze Długiego Słońca działy się właśnie w jego wnętrzu, natomiast fabuła "Na wodach Błękitu" toczy się już na powierzchni jednej z dwóch nadającej się do zamieszkania planet układu, do którego statek przybył. Drugą jest Zieleń. Narratorem opowieści jest Róg, który w poprzednim cyklu był młodzieńcem, i który potem wraz ze swoją żoną Pokrzywą spisał księgę Długiego Słońca, traktującą o patere Jedwabiu. W obecnym cyklu już jako dojrzały człowiek opisuje retrospektywnie swoją wyprawę na whorl w celu odnalezienia Jedwabia. "Na wodach Błękitu" zawiera zresztą tylko tę część opowieści, która rozgrywa się na Błękicie, bowiem Róg musi najpierw odnaleźć odległe miasto Pajarocu, skąd ma wystartować lądownik na whorl. Ta relacja przeplata się z pisanym na bieżąco, już po powrocie z tej wyprawy, dziennikiem wydarzeń toczących się w mieście Gaon, którego Róg jest zarządcą – nie wiemy, jak to się stało, że nim został i dlaczego nie wrócił do ukochanej Pokrzywy. Nowy świat, w którym przyszło żyć ludziom, nie jest dla nich szczególnie przyjazny. Cywilizacja ludzka znajduje się na poziomie mniej więcej początku wieku XIX (poza lądownikiem, który służy do komunikacji z macierzystym whorlem i poza tajemniczą metodą naprawiania ludzkich organizmów, która powoduje, że niektórzy ludzie są "sztuczni", ale która z braku części i umiejętności również zanika) – bez żadnych nowoczesnych technik, wykorzystuje raczej zwierzęta niż maszyny. Ludzie żyją na Błękicie w kilku odseparowanych od siebie miastach. W dodatku atakowani są przez inną rasę rozumną, wywodzących się z Zieleni - Inhumich, którzy potrafią latać, przybierać ludzką postać i jak wampiry karmią się ludzką krwią. Szalenie trudno ich zabić, nawet zakopani żywcem nie umierają. Tubylcza rasa z Błękitu określana jest mianem Sąsiadów, ale spotkanie tych jest prawie niemożliwe, toteż i wiadomo o nich niewiele. Niewiarygodną siłą pisarstwa Wolfe’a, i zarazem chyba powodem, dla którego nie jest pisarzem szalenie popularnym, jest jego niesłychana wieloznaczność i komplikacja psychologiczna. Powoli zaczynamy sobie zdawać sprawę z tego, że Róg w żadnym wypadku nie jest obiektywnym narratorem. Całkowicie normalne w codziennym życiu; ale w literaturze rzadko doświadczamy takiego uczucia, przywykliśmy przecież wierzyć narratorowi bez zastrzeżeń. Róg często przelewa na papier swoje rozterki i wątpliwości, wybiega chwilami myślą w przyszłość, czyni mętne aluzje do wydarzeń, które on zna, a czytelnicy jeszcze nie. Dzięki temu Wolfe potrafi jak nikt rozbudzić ciekawość czytelnika i uprawdopodobnić swój świat. Jego nadrzędnym celem jest, mimo sztafażu fantastycznego, zadawanie pytań o granice człowieczeństwa i pokazywanie, jak powstają mity i religie. Przy tym autor ma tak doskonały warsztat, że "Na wodach Błękitu" można spokojnie czytać jak typową powieść fantastyczną, skupiając się wyłącznie na przygodach Roga i jego towarzyszy. Duże brawa dla wydawcy za okładkę – z całą pewnością rysował ją ktoś znający fabułę, bo przedstawia dokładnie to, co powinna przedstawiać, miła niespodzianka. Nie mogę się doczekać kolejnych tomów. Ma to swoją dobrą stronę - w czasie oczekiwania sięgnę w końcu po księgę Długiego Słońca. -
- Otchłań w niebie
- Vernor Vinge
- (towar niedostępny)
Dorota Szeliga 2003-09-08
Doskonała space opera (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Do lektury „Otchłani w niebie” należy podejść z pełną świadomością tego, że jest to twarda fantastyka. Jeśli kogoś przerażają sformułowania takie jak egzotermy, demarchia konsensualna itd., to lepiej niech sięgnie po inne książki. Jednak i tym, których mój wstęp nie przeraził, przyda się krótkie wprowadzenie w akcję, ponieważ ta u Vinge’a rozwija się bardzo powoli i opornie. Z powodu wielości wątków, osób, i szczegółowości opisu, która jest znakiem firmowym Vinge’a, przez pierwsze 50 stron nie wiedziałam, o co właściwie chodzi i kto jest głównym bohaterem. Potem jednak lektura zaczyna sprawiać prawdziwą przyjemność. W odległej przyszłości istnieją w kosmosie dwie cywilizacje ludzkie, z których jedna to Queng Ho, czyli Kupcy, wędrujący między gwiazdami i zajmujący się handlem. Ich cywilizacja oparta jest na rodzinnym posiadaniu dóbr. Dzięki hibernacji przeżywają tysiąclecia i mogą podróżować we wszechświecie. W pewnym momencie odkrywają, że na planecie krążącej wokół gwiazdy OnOff rozwinęło się rozumne życie. Gwiazda ma tę szczególną cechę, że świeci normalnie przez jakieś 30 lat z każdych 250. Przez pozostałe jest „wyłączona”, a na powierzchni planety zapada wieczna Ciemność i absolutna zima. Kupcy decydują się wysłać tam flotę pięciu okrętów. W pobliżu OnOff odkrywają, że druga cywilizacja ludzka – Emergenci – również wpadli na ten sam pomysł. O Emergentach nie wiemy praktycznie nic, Queng Ho zresztą też nie, poza tym, że najprawdopodobniej kierują się w życiu zupełnie innymi zasadami postępowania niż etyczni i moralni Kupcy. Rywalizacja między nimi i odkrywanie mrocznych tajemnic Emergentów to jeden z dwóch głównych wątków książki. Drugim jest życie na planecie gwiazdy OnOff, Arachnie - nazwanej tak, ponieważ jej mieszkańcy przypominają olbrzymie pająki. Wbrew początkowym oczekiwaniom ludzi, Pająki nie giną, gdy ich słońce gaśnie, lecz schodzą do otchłani, czyli zapadają w coś, co przypomina stan hibernacji. Po ponownym wybuchnięciu słońca wybudzają się i kontynuują życie. Tak w każdym razie było, dopóki nie pojawił się wśród nich szalony wynalazca –wizjoner, Sherkaner Underhill (jednym z najzabawniejszych pomysłów autora jest nadanie ludziom dość egzotycznie brzmiących imion i nazwisk, natomiast Pająkom klasycznie angielskich – ma to zresztą swoje uzasadnienie w dalszym ciągu akcji). Sherkaner wymyśla, jak pod osłoną Ciemności zniszczyć główne kwatery wojskowe Tiefstadtu, pająki bowiem prowadzą między sobą wojnę. Jest to pierwsze przebudzenie Pająków w Ciemności. Sherkaner idzie dalej, chce by Pająki, korzystając z jego wynalazków żyły nawet w Ciemności, by już nie schodziły do otchłani. Wierząc mocno w swoje ideały łamie jedno z najsilniejszych tabu pajęczych (bardzo mocna strona powieści, zresztą w ogóle Pająki są znakomicie przemyślane przez autora i opisane z całą perfekcją warszatową). Uff. A to dopiero wstępne wprowadzenie w całe bogactwo świata Vinge’a. Drobiazgowość autora może drażnić osoby przywykłe do szybkiej akcji, ale naprawdę warto poświęcić trochę trudu, żeby zagłębić się w ten świat. Akcję toczącą się wśród ludzi oglądamy przeważnie oczami Ezra, kadeta i potomka rodziny Vinh posiadającej dwa okręty spośród pięciu należących do Kupców. Akcja wśród Pająków skupia się z kolei na osobie Sherkanera Underhilla i jego rodzinie. Vinge jednak daje szerokie tło socjologiczne z mnóstwem analiz i doskonałym prawdopodobieństwem psychologicznym. Trzeba przywyknąć do specyficznego sposobu wtrącania kursywą myśli postaci, na której aktualnie skupia się akcja, ale to pogłębia jeszcze wrażenie, że znajdujemy się tam razem z nią. Mam tylko pretensję o okładkę, która oczywiście nijak nie przystaje do zawartości. Poza tym szkoda, że książka nie została jakoś szerzej rozreklamowana. Gdyby nie namowa koleżanki, nigdy w życiu bym po nią nie sięgnęła – i miałabym czego żałować. -
- Kuzynki
- Andrzej Pilipiuk
- (towar niedostępny)
Dorota Szeliga 2003-07-28
Urocze czytadło... dla pań i panów :)
Dość typowa reakcja na informację o nowej książce Pilipiuka to "aha, znów Wędrowycz"? Po wzięciu do ręki szybko przekonujemy się jednak, że szeroko znany bohater wielu opowiadań Jakub Wędrowycz nie ma z "Kuzynkami" zupełnie nic wspólnego (odradzam jednak wnikliwe czytanie informacji umieszczonej na tylnej stronie okładki, bo niestety pozbawia pewnego elementu zaskoczenia). Jeśli pisarstwem Pilipiuka interesujemy się nie od dziś, to możemy też odkryć, że główne bohaterki powieści są nam dobrze znane - pojawiły się bowiem w opowiadaniu pod tym samym tytułem (nominowanym zresztą do nagrody im. Zajdla za ubiegły rok). Początek powieści pokrywa się dość dokładnie z akcją opowiadania: młoda pracownica Centralnego Biura Śledczego Katarzyna Kruszewska kierując się rodzinną legendą śledzi losy swojej podejrzanie długowiecznej kuzynki Stanisławy, podczas gdy ta w poszukiwaniu kamienia filozoficznego przedłużającego jej życie pojawia się w Krakowie i zatrudnia się w szkole żeńskiej jako nauczycielka francuskiego. Panie szybko się zaprzyjaźniają, a my równie szybko odkrywamy tajemnicę długowieczności Stanisławy, ale za chwilę pojawia się kolejna tajemnicza istota płci żeńskiej wieku nieprzyzwoicie młodego i urody nieprzeciętnej, która również pod żadnym względem nie przypomina typowej nastolatki (i całkiem słusznie, jest bowiem księżniczką serbską, a przy okazji posiada pewne inne ciekawe cechy). Pilipiuk pisze po męsku. Krótkimi żołnierskimi zdaniami. Opisom urody kobiecej oddaje się z lubością. Dla wzbogacenia swej prozy często używa wielokropków... Dobrze, wyzłośliwiam się, ale z sympatią, prozę tego autora czyta się świetnie i lekko. Jeśli naprawdę miałabym się do czegoś przyczepić, to do tego, że w świecie Pilipiuka wszyscy najwyraźniej mają wiek wypisany wołami na czole. Jeśli kobieta wygląda na 20, to z pewnością równo 20 ma. I pal diabli nieprawdopodobieństwo, że dwudziestoletnia dziewczyna została zatrudniona w CBŚ do poważnej pracy. I nieistotne, że do szkoły zatrudniają Stanisławę, która twierdzi, że lat ma 21, a przeszłość niezwykle bogatą. Czy naprawdę tak wiele by się zmieniło dla akcji, gdyby obie panie miały lat powiedzmy 25 (co naprawdę nie przeszkadza w wyglądaniu na mniej)? Mnie by to zdecydowanie pomogło odwiesić niewiarę na kołek. Zaintrygowało mnie, że mimo wyrażanych dość otwarcie poglądów prawicowych i sympatii dla polskiej tradycji szlacheckiej, autor uczynił bohaterkami bardzo samodzielne kobiety, władające rozmaitą bronią i doskonale radzące sobie z zagrożeniami bez męskiego wsparcia. Ogromnie podobało mi się też nowatorskie rozwiązanie biologii wampirów. Autor kokieteryjnie umieścił w powieści samego siebie, występującego w paru epizodach jako Wielki Grafoman. Sympatyczne urozmaicenie. Szkoda, że pod koniec wyraźnie zabrakło mu pomysłu na akcję, która toczy się właściwie rozpędem - na kilkunastu ostatnich stronach nic się nie dzieje. Chociaż nie można tego zwalać na brak pomysłu, bo druga część powieści już się pisze. Mimo zarzutów ja na pewno po nią sięgnę, polubiłam te jego dziewczyny, które nigdy nie tracą zimnej krwi i z równą swobodą władają mieczem, garnkami kuchennymi, sztyletem i komputerem.






Merlin in English






![Myśliwiecka [Digipack] - Artur Andrus](/Mysliwiecka_Artur-Andrus,images_small,4,MYSTCD188.jpg)













