Marcin Kubicki
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 128
-
- Smells Like Children
- Marilyn Manson
- cena: 34,49 zł
- (wysyłamy w ciągu: 14 dni )
Marcin Kubicki 2005-05-07
No i po co ten cyrk? (2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Shock-rock - tego chcieliście i to dostajecie. Drugi pełnoprawny album grupy Marilyn Manson (informacja dla niektórych, którzy do dzisiaj uważają te dwa człony jedynie za nazwę własną solisty) został wydany w 1995 roku, więc jedynie rok po "Portrait Of An American Family". Idąc za książką "Dysekcja Marilyn Manson" Gavina Baddeley'ego cytuję słowa wokalisty: "album złożony z remiksów, coverów i eksperymentów dźwiękowych, wyrażający nasze ciemne, chaotyczne i otępiałe przez narkotyki myśli... Było to trochę podobne do robienia na drutach skomplikowanego stroju na przyjęcie i bezradnego przyglądania się, jak po zetknięciu rąbka z wystającym gwoździem praca rozpada się na kawałki.". Na dobrą sprawę niecała połowa z 15 kompozycji to pełnoprawne utwory (covery: "Sweet Dreams (Are Made Of This)", "I Put A Spell On You", "Rock 'N' Roll Nigger"; remixy kawałków z "Portrait Of An American Family": "Kiddie Grinder", "Dance Of The Dope Hats", "Everlasting Cocksucker" "White Trash"). Reszta tracków to zlepek przeróżnych dźwięków i przerywników, które nasuwają na myśl tylko jedno anglojęzyczne skojarzenie: "creepy". Mają one za zadanie szokować, wprowadzać w obrzydzanie i pokazywać jak bardzo chore może być wydawnictwo muzyczne w połowie lat 90'. Oczywiście najbardziej niezapomnianym kawałkiem z krążka jest cover piosenki Eurythmics pt. "Sweet Dreams (Are Made Of This)". Annie Lennox śpiewała z manierą, Marilyn Manson z taką siłą przebicia, że praktycznie każdy słuchacz czuje, że przekaz ten jest bezpośrednio skierowany do niego. Za każdym kolejnym przesłuchaniem słyszymy, ile werwy włożył w tę piosenkę MM. Jest na płycie jeszcze jeden świetny utwór i również jest to przeróbka. Tym razem na warsztat poszedł Screamin' Jay Hawkins z "I Put A Spell On You". Rok później utwór ukazał się również na ścieżce dźwiękowej do filmu "Zagubiona Autostrada" ("Lost Highway"), przez co uwielbiam go po dziś jeszcze bardziej. Swoją drogą covery to jedna z najmocniejszych stron Wielebnego, więc dziwić się chyba nikt nie powinien. Porażką jest natomiast "Rock 'N' Roll Nigger". Piosenka wcześniej wykonywana przez Patti Smith jest w nowej aranżacji wstrętna, odpychająca i przykra. Przejdźmy do remiksów. Tutaj niestety nic godnego uwagi znaleźć nie mogłem. Na siłę mógłbym wskazać "Kiddie Grinder", który jest bardzo industrialny, choć prawie niesłyszalny tekst nie spełnia zamierzonej roli. "Dance Of The Dope Hats" przypomina po trosze White Zombie, jednak porównanie to jest wielce wyolbrzymione i ma na celu jedynie częśćiowe przybliżenie klimatu utworu. Krótko mówiąc, nie ma na czym oka, a właściwie ucha zawiesić. Dziwi trochę wydanie takiego krążka zaraz po debiucie i bardzo możliwe, że gdyby nie sukces "Sweet Dreams (Are Made Of This)", wybicie się grupy byłoby mało realne. Tym niemniej ja bym z tego nie zrobił nawet EPki, a co najwyżej maksisingel. -
- Neon Ballroom
- Silverchair
- cena: 37,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Marcin Kubicki 2005-04-29
Doskonałe, szokujące połączenie gitary elektrycznej i wiolonczeli (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Co prawda trudno zaprzeczyć, że gitara elektryczna i wiolonczela rzadko współpracują ze sobą dobrze, jednakże wyjątki od reguły zawsze istnieją i trzeci album grupy Silverchair jest tego namacalnym dowodem. W pierwszym utworze z krążka "Neon Ballroom" nie tylko widać, że ten zabieg po prostu "działa", ale także że jest uzasadniony i że użyję tego pospolitego wyrazu-piękny. A to dopiero początek. Transformacja australijskiego bandu jest naprawdę godna podziwu, a zawartość recenzowanego materiału mamy właściwie w samym tytule, bowiem "Neon Ballroom" to nic innego jak współczesne spojrzenie na klasyczny styl grania. Album jest kreatywną fuzją sztuki i emocji wymieszaną z pomysłami i technikami, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się ryzykowne, jednak po wysłuchaniu piosenek zmuszają tylko do powiedzenia: "to naprawdę jest niezłe". Dzieło Silverchair to nie tylko muzyka, ale także teksty i tutaj należą się również pochwały. Takie kawałki jak "Ana's Song" czy "Miss You Love" przepełnione są metaforami i artystycznymi zwodami, przez co czasami po n-tym przesłuchaniu można znaleźć ich zupełnie nowe znaczenie. Temat pierwszego mógłby wydawać się banalny jak na balladę-anoreksja. Jednakże sposób operowania głosem Daniela nie pozostawia złudzeń, że nie jest to przeciętna jednorazówka. "Miss You Love"-piosenka o kimś, kto nie wie, co to jest miłość, a jednak za nią tęskni-zdecydowanie do usłyszenia. Nie mamy tu jednak samych utworów opartych na przyciszonym lamencie wokalisty. Większość utworów bazuje na mocnej dawce złości, co widać najlepiej w bardzo znanym większości "Anthem For The Year 2000". Ta piosenka to rebelia, inspiracja dla młodych ludzi, sumująca ich odczucia wobec represywnch, nieomalże faszystowskich rządów naszych czasów. Czwarty track na płycie-"Spawn Again" powiewa punkiem i jest odpowiednikiem znanego z wcześniejszych dokonań grupy "Israel's Son". Podobnym kawałkiem jest jeszcze znajdujący się na "Neon Ballroom"-"Satin Sheets", w którym również szybkość i moc są głównym przekaźnikiem ekspresji, nie ujmując nic tekstowi, który wielu osobom wydaje się empatyczny-możecie powiedzieć tym ludziom, że mówią bzdury. Wszystko co zotało napisane przewija się na całej rozciągłości płyty. Więc mamy co jakiś czas idealnie wplecione partie orkiestrowe, szczyptę ckliwego wokalu, nieco młodzieńczego buntu i agresji i... voila! Krótko mówiąc, chłopaki z Silverchair dojrzali-lirycznie, emocjonalnie i muzycznie. Wielu może być zaskoczonych wygładzeniem ich stylu, wielu może szykanować ich i porównywać ich trzeci longplay do rozpoczęcia grania dla większego audytorium przez Nirvanę (vide proges od "Bleach" do "Nevermind"), ale taka krytyka jest co najmniej nieuzasadniona i zbędna, i głęboko wierzę, że jeśli każdy posłucha tego albumu uważnie, zgodzi się ze mną. Wierzę również, że jeśli posiadasz dwie pierwsze płyty Silverchair, masz również "Neon Ballroom", cieszysz się dobrą płytą, bo wiesz że taka właśnie jest. Tak czy inaczej, wcale nie musisz być fanem tego zespołu, żeby być nim w pełni usatysfakcjonowany. Jest to z pewnością ich zdecydowane odejście od grunge'u początku lat '90, jednak nadal w wielu przypadkach trzymają się blisko swoich korzeni ("Spawn Again" czy "Dearest Helpless"). Więc, jakiegokolwiek stylu nie byłbyś fanem, spróbuj "Neon Ballroom" i daj mu się pozytywnie zaskoczyć, tak jak i ja mu na to pozwoliłem. -
- Prophecy
- Soulfly
- (towar niedostępny)
Marcin Kubicki 2005-04-29
Zaskoczenie
No, Panie Cavalera, zwracam panu honor! Tego się po panu nie spodziewałem, wprost przeciwnie... Naprawdę, odsłuchując po raz pierwszy nowe dzieło Soulfly byłem w lekkim szoku. Szok już ustąpił, zaś jego miejsce zajęła nieopisana radość, że oto okazało się, że ów pan udowodnił, że wcale się nie wypalił, że potrafi jeszcze nagrać porządny album, zaś ostatnie jak dotąd jego dokonanie, "3" było jedynie wypadkiem przy pracy. Oczywiście, o żadnej stylistycznej rewolucji nie ma mowy, jednak Max chyba wziął sobie do serca niezbyt ciepłe opinie, jakie spotkały go po premierze poprzedniego albumu i postanowił nieco przewietrzyć w pokoju, w którym powietrze zdawało się być już nieco nieświeże... Prawdą jest, że sensowność istnienia Soulfly po premierze "3" stanęła pod znakiem zapytania. Ciągłe odgrzewanie tych samych patentów, pachnące rażącym epigoństwem wobec samego siebie, niektóre fatalne, kompletnie nieprzemyślane i niespójne kompozycje oraz nużący obraz całości nakazywały skłaniać się ku stwierdzeniu, że Max skończył się jako kompozytor i nie ma już nic ciekawego do powiedzenia. W tej sytuacji wiadomo było, że czwarty album Soulfly będzie dla zespołu swoistym "być albo nie być". Pierwszym sygnałem była kompletna wymiana nieco zmanierowanego, a przy okazji wybitnie mało kreatywnego składu na zupełnie nową załogę. Tradycyjnie już Cavalera pospraszał trochę gości, jednak dało się zauważyć, że nie były to żadne gwiazdy światowego formatu, co pozwalało mieć nadzieję, że muzyka obędzie się bez nadmiernego eksponowania ich udziału. Tak więc mając świadomość tych dobrych zwiastunów przystąpiłem do odsłuchiwania. Tytułowy "Prophecy" nie zapowiada jeszcze rewelacji- ot, typowy dla Soulfly kawałek, z charakterystycznym rytmem i brzmieniem, które usiłuje naśladować tak wielu wykonawców. Podobnie niczego niezwykłego nie zwiastuje "Living Sacrifice", choć już tutaj rzuca się w uszy, że album będzie miał więcej wspólnego z thrashowym wymiataniem niż poprzednie płyty Soulfly. Prawdziwa jazda zaczyna się dopiero od trzeciego kawałka: "Execution Style" miażdży już na całego. Ostra jak brzytwa i ciężka jak mechaniczny słoń thrashcore'owa nawalanka już po chwili zmusza do machania głową. Zaskoczenia dopełnia kapitalna solówka oraz... brzmienie. Szorstkie, brudne i niemające nic wspólnego z jakimkolwiek stopniem wypieszczenia. Na początku myślałem, że to pewnie tylko wyjątek, jednak jeszcze przyjemniej zaskoczył mnie króciutki "Defeat U". No proszę, Max Cavalera przypomniał sobie, jak grać muzykę, która nie nudzi, a wprost przeciwnie-od pierwszych taktów wciąga i fascynuje. Oba te kawałki, podobnie jak późniejszy utwór "Porrada" z powodzeniem mogłyby się znaleźć na nagraniach Nailbomb, to jest dokładnie ten sam styl! "Mars" jest już bardziej typowym przedstawicielem nowoczesnego grania, do jakiego bohater tej recenzji zdążył nas ostatnio przyzwyczaić. Utwór jednak zaskakuje: w połowie czadowe dźwięki ulegają wyciszeniu i uszu naszych dochodzi... kapitalne flamenco! No, kto by się spodziewał... I właśnie ta niezwykła, największa chyba spośród wszystkich płyt Soulfly różnorodność absolutnie nierozbijająca spójności stanowi o sile "Prophecy". Pamiętam, jak denerwowała mnie monotonia i niedopracowanie "3", tutaj o czymś podobnym nie ma mowy. Wszystkie te pozornie niespójne elementy układanki (np. zamykający album "Wings" kończy się koncertem jakiejś orkiestry dętej) tworzą zaskakująco harmonijną całość. Nie denerwują też etniczno-folkowe elementy wplecione w metalowo-hardcore'owy rdzeń muzyki, gdyż ich umiejscowienie dawno nie było poprowadzone tak inteligentnie. A co najważniejsze ze wszystkiego, album nawet po wielokrotnym przesłuchaniu się nie nudzi, za każdym razem odkrywa się w nim coraz więcej uroku. -
- Lost And Found
- Mudvayne
- (towar niedostępny)
Marcin Kubicki 2005-04-23
Are you feeling happy? No! (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
15 czerwca Mudvayne będzie promować w naszym kraju swój najnowszy krążek pt. "Lost And Found". Zespół nie jest za dobrze znany nad Wisłą, czemu się jednak za bardzo nie dziwię. Gdy wydali swój debiut "L.D. 50" w 2000 roku, na topie był Slipknot, który tak samo szokował szalonym make-upem i chęcią grania mainstreamowej, ale jednak nadal naprawdę głośnej-muzyki. Z cienia mogli wyjść dwa lata później. "The End Of All Things To Come" do dzisiaj jest częstym gościem w moim odtwarzaczu. Promocja jednak nie zadziałała na tyle dobrze, by ktoś spoza kręgu osób zainteresowanych dowiedział się o tym naprawdę porządnym wydawnictwie. A skoro już piszę o promocji, "Lost And Found" doczekało się w końcu takiej, o jakiej zespół zapewne cichaczem marzył od dawna. I co? Niestety niewiele. Mudvayne wyprodukowało najgorszy swój album do tej pory, choć nadal prezentujący dobry poziom techniczny okraszony mnóstwem agresji i ponadprzeciętnych liryków. Co się wobec tego stało? Dlaczego czuję, że grupa przestała być tak pewna siebie i konsekwentna w swoich poczynaniach jak jeszcze parę lat temu? Album zaczyna się naprawdę dobrze. "Determined" niewątpliwie będzie hitem koncertowym. Nadal wspaniałe wokalizy Chada Graya oscylują gdzieś między krzykami, rykami, a... bardzo melodyjnymi dźwiękami. "Happy?" to najbardziej singlowy kawałek w historii zespołu. Delikatna jak na ten gatunek melodia budowana jest bardzo mądrze, a adekwatne do niej liryki Graya o zdradzie i wykorzystywaniu ludzkich uczuć powodują, że nastrój jest utrzymany i fani zespołu nie muszą się wstydzić, że kawałek często pojawia się na kanałach muzycznych. Wkrótce potem pojawiają się problemy i zgrzyty. "IMN" nie ma już tej dynamiki i pewnego rodzaju złożoności, która oddzielała zespół od dziesiątek innych na rynku muzycznym. Chęć eksperymentowania w środku wydawnictwa, nie wyszła grupie na dobre. Ośmiominutowe "Choices" rozpoczyna się od mało interesujących wokaliz pojawiających się w tle, a ustąpienie miejsca Grayowi, który stara się dać komentarz społeczny, zamieniający się w przewlekły antypolityczny patos, nie poprawia wcale sytuacji. Co prawda pojawia się parę ciekawych przejść, z żalem jednak stwierdzam, że nie są one na tak wysokim poziomie jak chociażby te w "(Per)Version Of A Truth" z krążka "The End Of All Things To Come". Natomiast "TV Radio" dołącza do legionu piosenek przeciwko mediom, które nadają się w sam raz do grania na antenach. Ta próba najzwyczajniej w świecie prosi się o przeskoczenie. I tak właśnie przeskakując dalej trafiamy mimo wszystko na parę wyczynów, które muszą się podobać fanom ciężkiej muzyki i które przypominają o tym, co Mudvayne robi najlepiej, czyli krąży między ciężkimi momentami, a przeszywającymi, melodyjnymi przejściami. Najlepszym przykładem na to jest "All That You Are", w którym spożytkowany jest ten rodzaj mieszanki dźwiękowej. Jest delikatnie i czysto, ale czuje się, że coś wisi w powietrzu. Tym czymś jest pokręcona sekcja metalowa, która nadaje kompozycji porażający wydźwięk. Nieomal tak samo solidne jest "Fall Into Sleep", które skłania się nieco ku cięższej stronie, jednakże nadal znajduje poprawną drogę do tego przyjemnego, nawet dla lubujących się tylko w mocnym uderzeniu, kompromisu. "Rain. Sun. Gone." ma zapadający w pamięć bridge, a prawie balladowy "Forget To Remember" mimo wstawienia między dwa najsłabsze kawałki na płycie, jest łatwy i zapewnia krążkowi minimalnie, ale zawsze, urozmaicenia. Prawdziwym problemem "Lost And Found" nie są drobne wpadki, a brak przełomowych momentów. Poza dobrym początkiem i paroma wzniesieniami ponad przeciętność większość materiału nuży. 100 tysięcy sprzedanych egzemplarzy w Stanach Zjednoczonych w ciągu tygodnia może jeszcze ulec powiększeniu, jednak po paru tygodniach płyta odejdzie w zapomnienie dla słuchaczy metalu, natomiast fanów Mudvayne'a pozostawi z niedosytem i uczuciem zawiedzenia. -
- Frances The Mute
- The Mars Volta
- cena: 34,49 zł
- (wysyłamy w ciągu: 14 dni )
Marcin Kubicki 2005-04-23
Nie ma innych słów, nie ma innych słów...! (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Poligrafia to na pierwszy rzut oka wytwór Salvadora Dali na haju. Ludzie jeżdżący samochodami z czerwonymi workami na głowach, manekin prosto z wystawy, stojący na środku ulicy naprzeciwko lustra, w którym widać odbicie prawdziwego już mężczyzny, gapiącego się cynicznie, a gdzieś z boku dziecko na rowerze "patrzące się", być może, z niedowierzaniem. Tak, to Mars Volta. Płyta jest o wiele bardziej przejrzysta muzycznie niż jej poprzedniczka "De-Loused In Comatorium". Oryginalnie wydawnictwo składało się z pięciu kawałków, niestety nie mogło zostać tak wydane, gdyż oficjalnie zostałoby uznane za EPkę, więc kawałki zostały podzielone na "przejścia". Przykre to, ale takie widocznie są prawa rynku. Bardzo mnie to nie ubodło, zważywszy fakt, że nie rekomenduję nikomu słuchania fragmentów płyty oddzielnie. Ta 77 minutowa podróż nie zasługuje na dzielenie jej na jakiekolwiek fragmenty. Przejdźmy do konkretów. "Cygnus... Vismund Cygnus" rozpoczyna się spokojnie, akustycznie. Gdy już przyzwyczaimy się do tego rytmu, dostajemy od "Frances The Mute" cios prosto między oczy. Wszystko eksploduje i dźwięk zaczyna wydobywać się z wszystkich instrumentów, które pojawiły się praktycznie znikąd. Dysharmonia? Chaos? Absolutnie tak, ale w jakim stylu! Nie mija parę minut, a już mamy do czynienia (tylko i wyłącznie!) z cichą gitarą w stylu funky. Dochodzi perkusja, gdzieś smyczki, trudno powiedzieć na czym najlepiej byłoby się skoncentrować, zwłaszcza, że na pierwszym planie Cedric wyrzuca ze swojego gardła masę trudnych do opisania dla jakiegokolwiek recenzenta na świecie uczuć. A jeszcze te cymbałki, a jeszcze bas, a jeszcze efekty ambientowe, o kolejnym przejściu w tekście nie wspominając. Alter ego Cygnusa, o imieniu Vismund, gwałci i morduje własną matkę, by po chwili ponownie jako ten pierwszy, nieświadomy swoich czynów, szukać przestępców, którzy zakończyli żywot jego rodzicielki. A to dopiero początek tej historii... "The Widow"-drugi w kolejności utwór, promuje krążek w radiu i telewizji. To najłatwiejsza do przyswojenia piosenka na płycie. Ani jednak przez to lepsza, ani gorsza, po prostu tak samo powalająca. Do znanego nam wcześniej instrumentarium dołącza trąbka, a na plecach ciarki. "L' Via L'Viaquez"-rozpoczynamy salsę i to tą najprawdziwszą, bo po hiszpańsku. Utwór w ciągu 12 minut przechodzi różne metamorfozy, które wprost pieszczą uszy. Nuda nam nie grozi, wręcz przeciwnie, będziemy prosić o drobny odpoczynek i w tym momencie pojawi się "Miranda, That Ghost Just Isn't Holy Anymore". Długi, akustyczny wstęp, doprawdy nawiedzony, gdzieś chyba słychać ptaki. Jest wolno, smutno i melancholijnie. Pojawia się też posępna gitara, a skrzypce płaczą, ja natomiast przy podniosłym refrenie zostaję wbity w fotel. Gdy pojawia się "Cassandra Geminni"-poddaję się. Z taką ilością emocji nie da się walczyć, zwłaszcza że zamykający się w 32 minutach monument w postaci tego utworu to prawdziwie genialny zlepek tego, co jest esencją muzyki, a przecież ja nawet nie jestem fanem progressywnego rocka. Wokalizy zmieniają się jak w kalejdoskopie, jedna z nich spowoduje, że wielu z Was już nigdy nie sięgnie w życiu po papierosa. Wydawać by się mogło, że zespół kompletnie nie panuje nad tym, co się dzieje, to zbyt szalone, żeby mogło być czymś więcej niż wytworem wyobraźni. A jednak, wygląda na to, że wszystko jest tu idealnie dopracowane. Końcowe zatrzymanie i zakończenie płyty dźwiękami, które ją rozpoczynały pozwalają sądzić, że historia zatoczyła swoiste koło. Możemy zacząć jeszcze raz. Fascynujące i frustrujące zarazem... zupełnie, jakbym patrzył na głuchoniemą Franceskę, która nie chce niczego poza usłyszeniem jej. -
- Live At The Grand Olympic Auditorium
- Rage Against The Machine
- cena: 24,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Marcin Kubicki 2005-04-15
To naprawdę już koniec (4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
Można powiedzieć, że w muzyką Rage Against The Machine zacząłem zasłuchiwać się od samego początku ich kariery. Mimo wszystko zanim zdążyłem na dobre rozkręcić się z szaleństwem na ich punkcie-już zakończyli karierę. Nie da się jednak zapomnieć tych poranków, kiedy Zack de la Rocha subtelnie budził mnie wrzaskiem "Wake up!"-trzeba przyznać, iż z bólem serca żegnałem muzyków. Po trzech latach ciszy i niewielkich przebłysków w postaci np. Audioslave, w które to zagłębiać się nie będę, koncertowa płyta, zarejestrowana w dwa wieczory-12 i 13 września 2000 roku w Los Angeles, będąca jednocześnie drugim tego typu wydawnictwem w historii grupy, wywołała na mojej twarzy wyraz ogromnego i pozytywnego zaskoczenia. Początkowo album miał zostać wydany jako dodatkowy krążek do "Renegades" (czyli ostatniej pełnej płytki RATM), jednak-jak widać-zmieniono ten zamiar. Zawarte na nim utwory to w większości kawałki pochodzące ze starszych płyt, co przeze mnie odbierane jest bardzo źle. Takie perełki, jak "Killing In The Name Of" czy "Know Your Enemy" w wersji na żywo brzmią jeszcze bardziej soczyście, ogniście, a moc, która z nich płynie jest wręcz porażająca. Jakkolwiek inne zespoły mogłyby sobie odpuścić wydawanie tzw. "oficjalnych bootlegów", tak w przypadku Rage Against The Machine krok ten był dobrym posunięciem. Co prawda szkoda mi trochę, iż utwory od wersji albumowych nieszczególnie się różnią-przynajmniej w sekcji instrumentalnej, bo Zack jako wokalista w zasadzie siłą rzeczy musiał z czegoś zrezygnować, coś dodać nowego- ot, chociażby dlatego, że dość często pozwala on publiczności przejąć pałeczkę. Poza tym nie da się ukryć, że sposób, w jaki Rocha wydobywa z siebie dźwięki może być nieco męczący dla gardła - i to czasem słychać. Jednak gitary działają praktycznie bez zmian, tak samo jak perkusja. Ciekawym momentem jest wykonanie "I'm housin'"-wśród słuchających z jakiegoś powodu przez większą część utworu panuje... cisza. Poza tym mamy jeszcze możliwość usłyszeć "Kick Out The Jams"-koncertowy utwór, wcześniej możliwy do dostania tylko na nieoficjalnych (i co za tym idzie-kiepskich jakościowo) bootlegach. Summa summarum-z czystym sumieniem mogę polecić krążek każdemu, kto RATM lubił i darzy grupę tym uczuciem w dalszym ciągu, jak i wszystkim ciekawym koncertowych wersji ich ulubionych kawałków. Warto, bo materiał nagrany jest czysto, bez zakłóceń, a to, co sobą prezentuje to towar z najwyższej półki. Nie tylko jest dowodem na to, iż Rage Against The Machine to wiecznie żywa kapela, ale umożliwia także poznanie-chociaż w namiastce-atmosfery, jaka panuje na koncertach przesączonych po prostu niesamowitymi pokładami energii. -
- Revolta
- Sweet Noise
- (towar niedostępny)
Marcin Kubicki 2005-04-15
Wszystko w jednym to nie wszystko
Trzy z czterech dotychczasowych płyt Sweet Noise oceniam bardzo wysoko, więc czekałem na coś naprawdę dorodnego i satysfackonującego mnie w pełnym tego słowa znaczeniu. (...) Do dzisiaj pamiętam Glacę-wokalistę zespołu, siedzącego w moim domu, dzierżącego w dłoniach płytę "Reanimation" Linkin Park. Czy błysk w jego oku był tylko moim złudzeniem czy może to był właśnie ten pierwszy moment, w którym zdałem sobie sprawę, że on również chce, tak jak amerykańska grupa crossoverowa nagrać płytę z nowymi wersjami własnych piosenek? Wspomniane wydawnictwo można by nazwać zbiorem remiksów, których istotą było dodanie do podstawowych wersji utworów domieszki techno i hip-hopu. Nawet, o wiele bardziej metalowy remiks Marilyna Mansona nie wszedł tu w ogóle. Sweet Noise jednak się nie przeraziło braku spójności. I w ten oto sposób obok piosenki z raperem Peją ("Jeden Taki Dzień"), mamy kawałek z pop-gwiazdką Edytą Górniak ("Nie Było"), by raptem parę minut później posłuchać Docenta i Nergala,którzy pomagali w nagraniu nowej wersji "NUERHY" (Death RMX). Wymienione utwory to oczywiście największe skrajności, jakie można było znaleźć na płycie, jednakże dobrze pokazują co właściwie dzieje się na wydawnictwie. Wszystko zaczyna się od średniego "Preludium", gdzie oczywiście największy popis daje DJ Kostek, choć nie ma co ukrywać, że stać go na więcej i jest to intro jedynie przyzwoite. Następny, tytułowy kawałek to nowy tekst do starego podkładu. Liryk traktujący o artystach pojawia się zresztą jeszcze raz w wersji z łódzkim hiphopowcem-OSTRym, który jednak nie pokazuje swojej zwyczajowej, wysokiej formy. Promujący płytę "Jeden Taki Dzień" to znane z poprzedniego krążka "Wszystko" z dodatkowymi tekstami Pei. Muzyka to już zdecydowane odejście w stronę brzmień nieomalże dyskotekowych, co zresztą ma jeszcze swoje ujście w kolejnym "Nie Było" z Edytą Górniak. Jest wolno i pachnie elektro-popem na kilometr. W przedsięwzięciu również postanowiła wziąć udział Agressiva69. Prawie 8-minutowy remiks "Ostatniego Dnia" może momentami nużyć, jest jednak ciekawą wersją już interesującego utworu. Z cyklu hip-hopowych potyczek na najlepszą reinterpretację wyrasta "W Tobie (L.A. RMX)". W prostocie podkładu i mocy słów tkwi siła tego kawałka. Tuż po nim mamy drugi już remiks "Nie Było", tym razem w wykonaniu Saint'n, zwycięzcy konkursu, który odbywał się na łamach strony internetowej Sweet Noise, na najlepsza przeróbkę tej piosenki. Całości dopełnia psychodeliczne "Patch V2.03 Deadbambi RMX (Tod And Rogalewicz)". Nie sposób jest nie pochwalić zespołu i to nie tylko za odwagę, ale i za pomysły wykonania piosenek w kompletnie kontrastujących ze sobą stylistykach. Z drugiej strony nie sposób jest na tyle umiejętnie operować swoim nastrojem by nagle od razu dopasowywać się i co parę minut znajdować się w oddalonym o setki lat świetlnych od danego miejsca świecie. Ktoś uzna, że przecież to cały czas Sweet Noise, te same teksty, które łączą te światy, jednakże Sweet Noise to również muzyka, w tym przypadku nie tylko ich, także gości. Niby każdy element jest na swoim miejscu, ale na poszczególnych piętrach ambiwalentne uczucia wdają się we znaki. Jedna rasa-ludzka rasa? Tak, ale to jest wyjątek i "tylko" makysmalnie dopieszczona pod względem wykonania ciekawostka. -
- Shadow Zone (U.S. Version)
- Static-X
- cena: 60,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Marcin Kubicki 2005-04-09
Na zawsze druga liga (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Static-X nigdy nie mogło być uważane za zespół, który wywarł szczególny wpływ na rozwój jakiegokolwiek gatunku czy też za grupę bardzo zwartą i konsekwentną w swoich poczynaniach artystycznych. Jednakże przez "szalony" wokal Wayne'a Statica i ogólną umiejętność chłopaków do zaskakiwania słuchaczy przez, średnio, parę dźwięków na album, można mówić o nich, że zdarzało im się urozmaicić nieco gatunek, który umownie nazwę industrial metalem. "Death Trip" i "Machine" co prawda kazały oczekiwać, że członkowie grupy pozostaną na zawsze średniakami, ale jeszcze parę tygodni przed premierą "Shadow Zone"-wiele osób pokładało w tym krążku spore nadzieje. Niestety, oprócz bagażu energii, który noszą ze sobą od początku istnienia, nic tutaj nazbyt ciekawego nie uświadczymy. Na początku nie jest tak źle. "Destroy All" może się zdecydowanie podobać. Jest ciężko, chropowato i industrialowo-fani odnajdą się w nowym materiale bez problemu. Po raptem 138 sekundach wchodzi "Control It". W przerwach między kolejnymi linijkami tekstu, słyszymy prosty riff. Adrenalina w żyłach nadal pulsuje, choć zdecydowanie słabiej... by już przy następnym "New Pain" opuscić je kompletnie. Zwrotki zaśpiewane są zbyt sucho, a refren powtarza te same patenty, które pojawiły się w poprzednich kawałkach - tym razem jednak, zaczyna to już męczyć. I dalej już przestaję liczyć na poprawę. "Dead World" jest bardzo monotonne, a wokal atonalny. "All In Wait" to słaba melodia, zerowa dynamiki i kompletnie (KOMPLETNIE) niechwytliwa gra instrumentów. "Otsegolectric" to oczywista zrzyna z samych siebie ("Otsego Undead" z płyty "Machine"). Sytuację ratuje trochę końcówka krążka. "So" mogłoby spróbować powtórzyć sukces "Cold". Pojawia się w nim w końcu jakiś w miarę ciekawy tekst i urozmaicenie wprowadza delikatna (uwaga: w końcu pasująca!) elektronika, na którą upiera się ostatnio tyle zespołów. Pozytywne wrażenie pozostawia również, utrzymana w tym samym stylu, "Transmission" -krótki, industrialny kawałek instrumentalny. Album kończy "Invincible", które to nazywane jest przez fanów Static-X najdojrzalszym ich dziełem. W zamierzeniach możliwe, że miało to tak brzmieć, w efekcie jedynie da się tego od biedy słuchać. I tak oto wygląda "Strefa Cienia". Wokal, który był najmocniejszym atutem zespołu, został stłumiony do granicy przy której stracił on swoją naturalną moc. Teksty pozostawiają wiele do życzenia. -
- Greatest Hits
- Red Hot Chili Peppers
- cena: 33,49 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Marcin Kubicki 2005-04-09
Warto sięgnąć, ale..... (2 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
Fakt, że ostatnimi czasy wychodzi bardzo dużo podsumowań działalności różnych grup, jest dla mnie dosyć smutny. Jeszcze smutniejszy jest fakt, że te ostatnie czasy można liczyć już w wielu miesiącach. O ile większość wykonawców, decydujących się na ten krok ma na swoim koncie mało wydawnictw, o tyle uzasadnionym, mogłoby się wydawać, posunięciem ze strony Red Hot Chili Peppers wypuszczenie na rynek krążka "Greatest Hits". Okładka kiepska, jednak czułem, że wydanie co najmniej przyzwoitej składanki takiej zasłużonej grupy będzie zadaniem raczej łatwym. 66-minutowe nagranie zawiera 16 utworów w tym dwa całkowicie nowe. Mamy tutaj zupełnie oczywiste "Under The Bridge", "Give It Away" czy "Californication" i to już od samego początku. Dostajemy przekrój przez praktycznie całą historię Papryczek, co jednak nie jest równoznaczne z otrzymaniem wszystkich hitów, więc może trzeba było nazwać płytę "Red Hot Past & Present"? Tak czy inaczej, nazwa jest jaka jest i w związku z tym niewybaczalnym dla wielu posunięciem, może się okazać brak takich utworów jak "Aeroplane" czy "The Zephyr Song". Ja również mocno ubolewam nad tym, że nie ma "Fire", "Can't Stop", a także raczej niedocenianego singla "Around The World". Skoro już jednak pokuszono się o nie załączenie tych piosenek, może trzeba było wprowadzić jakieś urozmaicenia do wydawnictwa? Co prawda nigdy nie uważałem Red Hotów za zespół, na wieść o którego koncercie zacząłbym dziękować istotom wyższym za to, że sprawiły, że grupa zasczyci swoją obecnością nasz kraj, jednakże umieszczenie chociażby "Fire" z koncertu Woodstock '99 byłoby na pewno ciekawostką wartą odnotowania. Podejrzewam, że remiksy byłyby złym pomysłem, ale zastanówmy się nad akustycznymi wersjami niektórych kawałków-od razu lepiej, prawda? Oczami wyobraźni widzę "Under The Bridge" odegrane na gitarze akustycznej z wieloosobowym chórkiem w tle. Zespół jednak postanowił pójść po mniejszej linii oporu, choć patrząc na sytuację, która ostatnio się ukształtowała na rynku, nie można nie brać pod uwagę możliwości, że i krążek unplugged pojawi się w dorobku grupy. Tymczasem jednak czas powiedzieć chociaż po zdaniu o nowych utworach. Ciekawszy z nich "Fortune Faded" promuje "Greatest Hits". Łatwo wpadająca melodia, szybko zagnieździ się w głowie: jest lekka, przyjemna i na krótką metę uzależniająca. Z drugiej strony kolejny "Save The Population" to jakieś nieporozumienie. Kompletnie niespójna kompozycja i dobrze, że znajduje się na końcu płyty, choć tym bardziej uświadamia, że po jego wyrzuceniu i dodaniu reszty wolnej przestrzeni zmieściłyby się 2-3 piosenki których mi, i zapewnie nie tylko mi, bardzo tutaj brakuje. Aż 4-ka za to co jest, czyli największe z największych przebojów, i tylko 4-ka za odpuszczenie sobie odrobiny pomyślenia przy składaniu "Greatest Hits" do przysłowiowej kupy. -
- Indestructible
- Rancid
- cena: 45,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Marcin Kubicki 2005-04-05
Zasadniczo to punk umarł...
Minęło dziewięć lat, od kiedy Rancid wraz z "And Out Come The Wolves" zawładnęło sercami wielu punkowców. Czas to dosyć długi, a oczekiwania co do nowej płyty propocjonalnie duże, zwłaszcza że "Life Won't Wait" z 1997 roku już tak bardzo fanom nie przypadła do gustu. Różnice między tymi dwoma wydawnictwami były widoczne na pierwszy rzut ucha: album z 1994 roku nawiązywał działań The Clash, natomiast CD'ek wydany trzy lata później był bardziej kopią idoli Rancid. Później już tylko "Rancid", które kompletnie przeszło bez echa i... w końcu dzień dzisiejszy. "Indestructible" miało spowodować, że zespół powróci na szczyty alternatywnych list przebojów w glorii chwały, co już należy zaznaczyć na wstępie, na pewno się nie stanie. Od samego początku zostałem przytłoczony jego - wręcz miernotą, w dodatku miernotą, która na siłę chce być medialna. Już rozpoczynający zabawę tytułowy kawałek jest za mało intensywny, gniewny i głośny. Następnie mamy jeden z nielicznych znośnych utworów. "Fall Back Down" zawiera trochę zapożyczeń z muzyki reggae i bardzo dobrą, wiecznie niedocenianą grę na basie Matta Freemana. Najlepszym utworem na płycie jest "Red Hot Moon", cóż jednak z tego, jeśli jest on praktycznie kopią jednego z kawałków na "And Out Come The Wolves"? "Indestructible" ma przebłyski, jednakże za każdym razem giną one w obliczu przesłodzonych, wręcz popowych kawałków, które na myśl przywodzą mi Jimmy'ego Buffetta (a kto nie zna tego pana, niech mi wierzy, że nie jest to pochlebstwo). Nosowy sposób śpiewania, a czasem skowyt Tima Armstronga nie poprawia sytuacji. Kiedy już jest punkowo, okazuje się, że to wszystko już było i to setki razy w innych produkcjach punkowych (wystarczy posłuchać np. "Spirit Of '87" czy "Out Of Control"). Przekleństwa, będące stałym elementem takich produkcji, jednocześnie potęgującym siłę przekazu, tutaj przyćmiły wszelkie idee, rządzące anarchistycznym światkiem. Jest ich zwyczajnie za dużo i momentami można się zastanawiać, czy słuchamy weteranów punk rocka czy może tej niesławnej piosenki Limp Bizkit "Hot Dog". Podsumowując, ponownie trafiłem na powrót gwiazdy w kiepskim stylu. Patrząc na ostatnią płytę NOFX, widzę, że gatunek mimo wszystko się nie wyczerpał, z tego wnioskuję, że to Rancid już praktycznie wypaliło się... większych nadziei na przyszłość nie widzę i na kolejne ich wydawnictwa nie czekam.






Merlin in English






![Myśliwiecka [Digipack] - Artur Andrus](/Mysliwiecka_Artur-Andrus,images_small,4,MYSTCD188.jpg)













