Marcin Kubicki
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 128
-
- Sound Of Silver
- Lcd Soundsystem
- (towar niedostępny)
Marcin Kubicki 2007-03-14
"Ale to już było" (1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Debiut zespołu LCD Soundsystem zebrał całkiem niezłe noty w prasie. Nic dziwnego, bo choć płyta nie zachwycała na całej długości, to singel "Yeah" wystarczył żeby przesłonić wielu pewne niedoskonałości całego krążka. W ostatecznym rozrachunku jednak, trzeba przyznać, że był to przyzwoity materiał, którego teraz, dwa lata po premierze, nadal słucha się z bardzo dużą przyjemnością. Jednakże przewidywania wielu, że będzie to dzieło kultowe, okazało się grubą przesadą. "Sound Of Silver" mogło pójść w wiele, bardzo różnych kierunków. Poszło jednak w najgorszy - jest przewidywalne tak bardzo, że aż boli. Początek w postaci "Get Innocuous" już ktoś zdążył nazwać spotkaniem Davida Bowiego z Talking Heads. "Ale to już było i nie wróci więcej" - słowa piosenki absolutnie nie odnoszą się do poczynań LCD Soundsystem. Pamiętacie "Daft Punk Is Playing At My House" i "Movement" z debiutu? Posłuchajcie "Watch The Tapes" i "North American Scum". Autoplagiat? W takim przekonaniu utwierdzają nas kolejne porównania. To electro-pop, który razi strasznym powtarzaniem się. Nie zabrakło również elementów, które wydadzą się dziwnie znajome osobom, które zaznajomiły się z mini-projektem "45:33". Zauważyłem, że wśród znajomych, którzy nie znali do tej pory LCD Soundsystem, większość z nich była zachwycona "Sound Of Silver", jednak jego fani, byli niesamowicie zawiedzeni, wręcz zażenowani nowym materiałem. Są tu jednak dwa utwory, które są nawet lepsze niż hity z "self-titled". Mam tu na myśli "All My Friends" i przede wszystkim "Someone Great" - poruszające kawałki, które dają nadzieję na to, że LCD Soundsystem jeszcze w przyszłości zaskoczy twórczym longplayem. To jak w końcu - słuchać czy nie słuchać? Jeśli komuś jeszcze się nie przejadła pierwsza płyta zespołu, niech może nie sięga po drugą. Jeśli ktoś ma dość debiutu, tym bardziej nie będzie mu się chciało słuchać drugiego krążka. Wychodzi na to, że utwory nadają się najbardziej dla osób, które jeszcze grupy nie poznały, a jeśli spodoba im się "Sound Of Silver" to będą mogły sięgnąć po wcześniejsze nagrania. Szkoda, że tylko oni nie zawiodą się na tym materiale, bo nie biorąc pod uwagę roku 2005, to wcale nie jest to zła płyta. -
- Neon Bible
- Arcade Fire
- (towar niedostępny)
Marcin Kubicki 2007-03-10
Płyta o końcu świata (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Śmierć. To ona jest muzą zespołu Arcade Fire. Mogliśmy to powiedzieć po debiutanckim albumie grupy "Funeral", a teraz utwierdza nas w tym przekonaniu "Neon Bible". Pierwsza płyta kanadyjskiego zespołu pokazała, że na temat jedynej ze stuprocentowo pewnych rzeczy w życiu, mają wiele do powiedzenia. Czy ciągnięcie tego tematu oznacza, że Arcade Fire się powtarza? Niekoniecznie. "Pogrzeb" bowiem był surrealistyczną wizją końca życia, a "Neonowa Biblia" jest historią o końcu świata. Choć drugi krążek zespołu, trwa mniej więcej tyle samo, co poprzedni, czyli około 45 minut, nie można nie nazwać go epickim. Muzyka na nim jest bardzo złożona, bujna i soczysta. Pięknie brzmią organy kościelne w "Intervention" i przede wszystkim w "My Body Is A Cage". Niesamowite wrażenie robi wstęp i zakończenie do "Ocean Of Noise". Zaskakujące jest szybkie "Keep The Car Running". Mało konkretów? To prawda. Ciężko jednak jest opisać dźwięki zawarte na "Neon Bible". To niewątpliwie muzyka rockowa, jednak doprawiona w ten sposób, że z miejsca staje się klasyką. Jednocześnie usuwa w cień bardzo dobre "Funeral". Stało się to za sprawą tego, że pierwszy album był czymś, co wiele osób podziwiało z pewnego dystansu. Dopiero teraz, z perspektywy drugiej płyty, można zauważyć, że było to wydawnictwo, które wszyscy podziwiali z daleka. Nowy materiał natomiast, zbliża się do słuchacza na nieporównywalnie mniejszą odległość, prawie się do niego przytulając. Niezwykłe, biorąc pod uwagę tematykę "Neon Bible". Jest tu o wiele więcej emocji i pasji, które porażają swoją mocą i pobudzają do działania - do zrobienia czegoś ze swoim życiem. Do tej pory mogliśmy słuchać muzyki dobiegającej z zamkniętej skrzyni ze skarbami, teraz skrzynia otworzyła się. Trudno się czemuś takiemu oprzeć. Zwłaszcza, że do niesamowitej muzyki dochodzą teksty, zupełnie inne niż te, z którymi obcowaliśmy do tej pory. Każdy z utworów opowiada oddzielną historię, prawdę, z którą zmierzamy się każdego dnia, ale także taką, która dzisiaj jest tylko fantazją jej autorów, a jutro może stać się rzeczywistością nas wszystkich. "Neon Bible" jest naprawdę wspaniałym wydaniem. Jeśli brzmię w tym momencie jak fan grupy, wiedzcie, że nim nie jestem. Tak, doceniałem Arcade Fire pod względem artystycznym. Mogłem im wystawiać najwyższe noty i chwalić, tak jak zrobiłem to choćby w tej recenzji, pisząc, że "Funeral" było bardzo dobrą płytą. Cóż jednak z tego, skoro ten materiał nie wyzwalał we mnie emocji? Te dopiero obudziły się po kontakcie z nowymi utworami, które od pierwszego spotkania z moimi uszami, zagnieździły się nie tylko w nich, ale i w reszcie mojego ciała i umysłu. Drugi kandydat do płyty roku obok "Scarsick" Pain Of Salvation. -
- Demonologic
- Homo Twist
- cena: 34,49 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Marcin Kubicki 2006-04-21
Przekombinowanie (2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Mnogością swoich projektów, pomijając nieuzasadnioną obecność w jury programu - wiadomo jakiego może niedługo prześcignąć Kazika. Tym razem reanimował Homo Twist, ale karcić go za to nie będę. Maciej Maleńczuk, krakowski artysta, czerpie swoje inspiracje na "Demonologic" ze wszystkich stron świata. Riffy gitarowe w "Me" przypominają klimaty brazylijskiego, plemiennego thrash metalu. "Antoni Radwan" to już Ameryka Północna, a dokładniej metallikowy "Unforgiven" w maleńczukowej wersji, który zresztą kojarzy się bardziej z projektem solowym wokalisty. Z "Lwem Szablastym" kierujemy się na inny kontynent, bo to NWOBHM (New Wave Of BRITISH Heavy Metal). "Poeta" funkuje, "Dama Prosi Sama" jazzuje, a "Poeta" jest po prostu klasyczny. Zważywszy na fakt, że teksty to jedna z mocniejszych stron Pana MM, żal, że niecała połowa tekstów na płycie jest jego autorstwa. Z drugiej strony, te które wyszły spod jego pióra, nie są tym razem zbyt interesujące. Jeśli ktoś liczy na coś odkrywczego i dowcipnego zarazem, może poczuć się zawiedziony. Staropolszczyzna też już zaczyna nieco nudzić. Reszta tekstów jest przyzwoita, zwłaszcza trzy, bardzo ładne wiersze Emily Dickinson, zawarte w dwóch utworach. Sam wokal należy uznać za poprawny. Maleńczuk bez względu na stylistykę utworu i to jak posługuje się swoim głosem, wypada dobrze i słucha się go z przyjemnością. Pod tym względem próżno szukać potknięć. Ponownie, jak to w przypadku polskich wydawnictw, nie zachwyca produkcja, stojąca poniżej przeciętnej. Zespół stawiając na, mimo różnorodności gatunkowej, mocniejsze brzmienia, nie postanowił pójść za ciosem i wydać album stricte metalowy. "Demonologic" to raczej zabawa dźwiękami, w której zawarta jest sugestia, że zamierzeniem było nagranie czegoś potężnego. Zabrakło odwagi? Oprawie graficznej nie można nic zarzucić, ale to w końcu Beksiński, więc chyba niczego złego nie można się było spodziewać. W książeczce roi się od błędów w tekstach, ale to też nic nowego w polskim przemyśle muzycznym. Nowa płyta Homo Twist, wśród wielu małych plusów i minusów, razi najbardziej jedną rzeczą. Maleńczuk, prawdopodobnie zmęczony "Wolnością Słowa" Pudelsów, popadł w drugą skrajność, tworząc album, który momentami, całkiem zresztą niepotrzebnie, jest przekombinowany. Uciekając od prostoty, zamiast stworzyć album inteligentny, postawił na szalony, ale to szaleństwo dalekie jest od encyklopedycznych przykładów szaleńców-geniuszy. Może następnym razem. -
- Finally Woken
- Jem
- (towar niedostępny)
Marcin Kubicki 2006-04-21
Obiecujący debiut (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Pierwsze przesłuchanie i wrażenie, że to jedenaście wersji tego samego motywu. Przy drugim, do którego coś ciągnie, jest już znacznie lepiej, bo wychwytuje się urozmaicenia i zmiany, które przykuwają uwagę. Optymistyczne dźwięki i słowa to tylko wierzchołek góry lodowej, więc zagłębmy się w "Finally Woken" Jem. Jeśli ktoś lubi klimaty reggae, na pewno od razu mu się spodoba "Save Me". Nie jest to jednak typowy utwór dla wokalistki, choć jest to kierunek, w którym być może będzie chciała podążyć w przyszłości. Słuchając natomiast "Come On Closer", mam wrażenie, że trochę mniej udziału producenta przydałoby się, żeby uchwycić czyste, niczym nie skalane emocje wydobywające się z gardła Griffith. Inne jest nieco "24". Dźwięki smyczków mieszają się z trzaskającą gitarą elektryczną. Ponownie szkoda, że tyle pracy włożono aby komputerowo "upiększyć" głos wokalistki. Wolałbym usłyszeć ją w bardziej naturalnej formie. Identyczny problem pojawia się w "Falling For You", choć tu uwagę bardziej skupia gitara akustyczna i słodka melodia prowadząca całą piosenkę, doskonale wpasowywująca się w tekst mówiący o silnych uczuciach, które targają wokalistką, a w konsekwencji mogą doprowadzić ją do bólu i rozpaczy. Klimat ten zmienia "Wish I", nadające się bardziej na plażę niż do poduszki, jak poprzednio omawiany utwór. Zdecydowany faworyt do słuchania na delikatnie kołyszącym się hamaku. Jednym z najszybciej wpadających w ucho utworów jest "Just A Ride". Składa się na to bardzo łatwy tekst i banalny rytm, ale nie od dziś wiadomo, że to co najprostsze okazuje się najbardziej chwytliwe. Obiecujący debiut kończy piosenka "Flying High", czyli ponowne wyciszenie. Słodka piosenka, która jeśli zostanie zauważona, bez wątpienia pojawi się w jakiejś komedii romantycznej. Przy okazji jest to mój faworyt na płycie, głównie ze względu na tekst i przenikliwy, całkiem naturalny wokal. Nigdy nie lubiłem Dido, Beth Orton drażniła mnie od samego początku, natomiast Jem Griffith mimo początkowego sceptycznego podejścia, zapowiada się na artystkę przynajmniej dobrą. Jej anielski głos unoszący się nad trip-hopowymi beatami opowiada o miłości i wszystkim, co jest z nią związane, co daje duże pole do popisu w tym nigdy nie kończącym się temacie. Jednocześnie, mimo że teksty są dobre, nie są niczym wybitnym. W ogólnym jednak rozrachunku jest to płyta, której warto posłuchać, gdyż potencjał jaki drzemie w jej autorce jest godny odnotowania. -
- London Calling
- The Clash
- cena: 37,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Marcin Kubicki 2006-04-14
25 lat minęło jak jeden dzień... (9 z 9 uznało tę recenzję za pomocną.)
Gdy tematem rozmowy są korzenie punka, na warsztat musi pójść parę standardowych nazw. Sex Pistols było technicznie kiepskie, choć faktycznie byli doszczętnie punkowi. Ramonesi byli wspaniali z wielu powodów. Błyskotliwi, choć przecież grający bardzo prosto. Nie można zapominać o wkładzie w gatunek, jaki poczynili Black Flag czy Iggy Pop, jakikolwiek miałoby się stosunek do ich twórczości. Brakuje tu jeszcze kogoś. Przemówię słowami Grabaża z Pidżamy Porno: "Dalej kocham Clash, ciągle lubię Ramones" (cyt. z piosenki "Styropian). I wszystko jasne... W sprawie The Clash cała ironia polega na tym, że wcale nie umocnili pozycji punka. Oni rozbili go na różne style, które do dzisiaj ewoluują w różnych kierunkach. To właśnie sprawiło, że zespół często był nazywany jedyną grupą mającą znaczenie. "London Calling" to trzecia propozycja Brytyjczyków. 19 bardzo zróżnicowanych kompozycji, w których zapomniano o punkowych korzeniach na rzecz romansowania z jazzem, popem, reggae, rockiem i ska. Efekt nie mógł być lepszy. Jest tu oczywiście utwór tytułowy, z powalającym, jednym z najlepszych w historii, antywojennym lirykiem. Mamy także "Train In Vain (Stand By Me)", chyba największy przebój zespołu do "Should I Stay Or Should I Go?". Nie można również zapominać o "Rudie Can't Fail", najbardziej inspirującym utworze dla grup grających ska aż po dziś dzień. Zresztą, któż mógłby odmówić uroku tym trąbkom? A solo na saksofonie w "The Right Profile"? Czysta poezja. I tak można mnożyć i mnożyć superlatywy związane z tą płytą, do wszystkich pozytywnych przymiotników dodając przedrostek "naj". To oczywiście tylko wycinek z tego, co dzieje się na tym albumie. Można by o nim opowiadać bardzo długo, bo każdy utwór to całkiem inna historia, której warto poświęcić choć parę zdań i wiele godzin słuchania, nawet teraz, ponad ćwierć wieku po premierze. I nie wątpię, że za kolejne tyle, nadal będzie warto. -
- Violator
- Depeche Mode
- (towar niedostępny)
Marcin Kubicki 2006-04-14
Pozwól, że pokażę Ci świat moimi oczami (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Nie zauważyłem tego za pierwszym razem, ale album ten nie jest typowym zestawem piosenek, a prawdziwym albumem konceptualnym. Zazwyczaj w takim przypadku zauważam to od razu, tutaj nie było to jednak tak oczywiste. Piosenki są ze sobą powiązane, ustawione w odpowiedniej kolejności i stworzone by słuchać ich razem, co jest dosyć przewrotne, zważywszy na fakt, że z tego krążka pochodzi duża liczba najlepszych singli Depeche Mode w ich karierze. Już od pierwszego wersu "Violator" zwraca się osobiście do słuchacza: "Pozwól, że zabiorę Cię w podróż, dookoła świata i z powrotem... nie będziesz musiał się ruszać, tylko siedzieć spokojnie." Innymi słowy-zrelaksuj się i skup na słuchaniu. W podróż, o której była mowa, najlepiej wybierać się w nocy, gdyż uważam, że w świetle dziennym, płyta wiele traci ze swej jakości. Nie mam zamiaru przybliżać po kolei wszystkich kawałków, gdyż jest to bezcelowe. Mogę jedynie powiedzieć, że jednym z najbardziej niedocenianych utworów jest "Halo", czwarty kawałek na płycie. Poza tym "Violator" jest pełny najlepszych tekstów Depeche Mode w karierze, zwłaszcza w hitach "radiowych"-"Personal Jesus", "Policy Of Truth" i "Enjoy The Silence" (nawiasem mówiąc, mój ulubiony kawałek na płycie). Album i podróż kończy "Clean", które podsumowuje te 47 minut, pokazując, że zespół osiągnął swój cel, prezentując słuchaczowi to, co chciał, aby ujrzał i dowiedział się o sobie samym. I nawet nie musiałeś się ruszać, tylko siedzieć i słuchać. -
- I'm Wide Awake It's Morning
- Bright Eyes
- (towar niedostępny)
Marcin Kubicki 2006-04-07
Alternatywne i niebanalne country? (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Zaczyna się dosyć niespodziewanie, od historii, której narratorem jest Connor Oberst, czyli bohater tej recenzji, znany również jako Bright Eyes. Kobieta lecąca samolotem pasażerskim, gdy ten zaczyna z powodu awarii spadać, pyta mężczyznę siedzącego obok: "dokąd zmierzamy?". Ten odpowiada jej: "na przyjęcie, na urodzinowe przyjęcie, Twoje urodzinowe przyjęcie..." i zaczyna nucić. Później też nie jest tak zwyczajnie, bo przecież nie na co dzień spotykamy się z krążkiem, którego zawartość można by określić alternatywną muzyką country. Bright Eyes uraczyło nas właśnie takim materiałem. To co jest najbardziej charakterystyczne na tej płycie, to jej niebanalne teksty. Szczególnie ciekawy jest singlowy "Lua", który mimo melodii, która wydaje się zmierzać donikąd, prezentuje się całkiem interesująco, właśnie przez warstwę liryczną. W dalszej części albumu nie porwał mnie jeszcze "Landlocked Blues" i nieco za długo rozkręcający się "Train Under Water". Poza tymi drobnymi wpadkami, jest dobrze, a nawet bardzo dobrze. Nie sposób np. nie wspomnieć o "We Are Nowhere And It's Now", kawałku o ponownie wspaniałym tekście, w którym należycie została też zastosowana trąbka i mandolina. Cudownie skonstruowano "Road To Joy" i całkiem niepotrzebnie aranżacja czerpie inspiracje z "Ody Do Radości" Beethovena; Oberst poradziłby sobie sam. Album "I'm Wide Awake, It's Morning" jest bardzo upolityczniony, co najlepiej widać w zamykającym go kawałku. Z każdym kolejnym przesłuchaniem czuć wyraźniej złowieszczość i grozę wylewającą się z tej płyty, tak trudno dostrzegalną za pierwszym razem, przez styl, jakim posługuje się artysta. Jednocześnie Oberst udowadnia na kolejnym krążku, że potrafi również poruszyć najbardziej skamieniałe serce. Doskonałym przykładem na pokazanie jego uczuciowej strony jest "First Day Of My Life". Bright Eyes to przykład kogoś, kto mimo posiadania już paru płyt w swojej dyskografii, ciągle się rozwija i idzie do przodu. Regres dla niego jest czymś zupełnie obcym. Jednocześnie jego dość duża płodność muzyczna każe nam, abyśmy spodziewali się kolejnego albumu, który może być już połączeniem jego alt-rock-country brzmienia z elementami elektroniki. Ja bym tego nie ryzykował, ale patrząc na "I'm Wide Awake, It's Morning", stwierdzam ze spokojem, że można mu dać szansę na robienie tego, czego tylko sobie życzy. -
- Solid Gold Hits
- Beastie Boys
- (towar niedostępny)
Marcin Kubicki 2006-03-27
Nie dla każdego coś miłego (4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
Będzie krótko i na temat: tytuł mówi wszystko. I gdyby nie pewne zasady, które rządzą światem, a właściwie nie tyle światem, co recenzentem, mógłbym spokojnie na tym zdaniu się zatrzymać. Postaram się jednak parę osób namówić do zaopatrzenia się w tę płytę, a parę od tego pomysłu odwieść. Do której grupy zaliczasz się czytelniku, zaraz się dowiesz. Więc, pomijając fakt niezaczynania zdania od słowa "więc", lubisz muzykę (a kto nie lubi?). Nigdy nie byłeś fanem Beastie Boysów. Jednocześnie kiedy w radiu leciało "Sabotage", dziarsko śpiewałeś razem z członkami zespołu tytuł, mając problemy z rozszyfrowaniem reszty tekstu. Do dzisiaj zresztą cieszy Cię możliwość usłyszenia tego kawałka, choć wiesz, że Twoje życie byłoby tak samo piękne i szczęśliwe, gdyby ta piosenka nigdy nie powstała. W zasadzie, poza momentami, gdy słyszałeś ten kawałek, raczej nie myślałeś o Beastie Boys, no może do momentu, kiedy w telewizji zobaczyłeś teledysk do "Intergalactic", które też Ci się spodobało. Pewnego dnia słysząc u znajomego "Fight For Your Right", "Body Movin'" czy "Brass Monkey", stwierdziłeś, że to całkiem fajne kawałki, a gdy spytałeś gospodarza o wykonawcę tych kompozycji, on uświadomił Cię, że to Ci, którzy nagrali "Sabotage". W tym wypadku "Solid Gold Hits" może być dobrym pomysłem na jeszcze bliższe zapoznanie się z przebojami Beastie Boysów i ewentualne dalsze rozeznanie się w temacie. Jednakże skoro do tej pory tego nie zrobiłeś, ta płyta faktycznie powinna Ci wystarczyć. A może jesteś fanem grupy? Zbierasz ich wszystkie płyty i nie możesz żyć bez ich muzyki. Cóż, wobec tego masz problem. Zapewne już kupiłeś to wydawnictwo i wiesz już, że poza tym, że z okazji 24 rocznicy istnienia zespołu, dałeś mu zarobić parę groszy, dostałeś zestaw piosenek, które znasz od dawna i w zasadzie będzie to jedynie płyta, z której pudełka będziesz mógł ścierać kurz. Jedynym ratunkiem dla Ciebie jest sprawdzenie, czy aby nie kupiłeś wersji CD+DVD. Jeśli tak, możesz rozkoszować się teledyskami zespołu. Aaa, chciałeś powiedzieć, że od lat bardzo ich lubisz, ale jakoś nie było okazji do zakupu? To zupełnie inna sytuacja, ale nadal nie powinieneś kupować tej płyty. Jednakże masz w tym momencie dwie możliwości. Jeśli chciałeś kiedykolwiek nazwać swojego potomka Adam lub Michał, tylko ze względu na imiona członków grupy, idź do sklepu i kup pierwsze cztery albumy Beastie Boys. Nie pożałujesz tego. Jeśli nie, zaopatrz się w wydane w 1999 roku "Sounds Of Science (Anthology)". Co prawda nie zawiera ona najnowszych dokonań grupy, ale niczego nie stracisz. Zwłaszcza, że zamiast 15 utworów, z jakich składa się "Solid Gold Hits", otrzymasz 42 na dwóch płytach, i w tym wypadku ilość idzie w parze z jakością. Właśnie otrzymałeś czytelniku odpowiedź na pytanie: czy warto kupić tę płytę? Ja natomiast pozostaję z pytaniem: jak mam owe wydawnictwo ocenić? No to będzie tak jak zwykle-subiektywnie. -
- A Bigger Bang
- The Rolling Stones
- (towar niedostępny)
Marcin Kubicki 2005-09-10
Nieśmiertelni (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że Pink Floyd odrzuciło propozycję otrzymania 135 milionów funtów za kolejną trasę koncertową. Najwyraźniej niektórzy wiedzą, kiedy przestać i nieomal jak w piosence Perfectu "zejść ze sceny niepokonanym". The Rolling Stones najprawdopodobniej tej piosenki nie znają, tak samo jak Grzegorza Markowskiego. Ta opinia, którą wystawiłem przed posłuchaniem nowego dokonania Jaggera, a może raczej Jaggera, Richardsa i spółki, nie pokryła się całkowicie z rzeczywistością. Okazało się bowiem, że może i Stonesi nic nowego już nie mają do powiedzenia w świecie muzycznym, ale grać potrafią i to tak, że ciągle mogą doprowadzić do wstydu większość młodych, tak wiekowo, jak i stażowo zespołów. Oto bowiem "A Bigger Bang", pierwszy studyjny krążek od czasów "Bridges To Babylon" (1998), ma szansę uzyskania wysokich not, tak u dziennikarzy, jak i u słuchaczy. Zaczyna się solidnie, nieco niegrzecznie, z charakterystycznym dla nich, bardzo rytmicznym beatem. Uwagę zwraca duży nacisk położony na bas w "Rain Fall Down", który zresztą, absolutnie nie siejąc herezji, nadaje się doskonale do tańczenia. Z tonu spuszcza "Streets Of Love". Prosty rytm opowiada historię utraconej miłości. Ale już następny "Back Of My Hand" jest utrzymanym w starym stylu, bluesowym kawałkiem z harmonijką i drobnymi elementami gospel. Hipokryzja i nieumiejętność władania krajem, to główny temat "Sweet Neo Con", kontrowersyjnego utworu o obecnym prezydencie Stanów Zjednoczonych. Stonesom zdarzało się nagrywanie piosenek o polityce, ale zawsze byli w pewien sposób stonowani, tym razem postanowili nie owijać w bawełnę i nie pozostawiać suchej nitki na Bushu. Album kończy się standardowo, jak to u Stonesów od dłuższego czasu-od kolejnej próby wokalnej Keitha, w bluesowej balladzie "Infamy". Szesnaście kawałków to całkiem sporo, a weźmy pod uwagę fakt, że to najdłuższy album studyjny zespołu od czasów "Exile On Main Street" z 1972 roku. To solidna mieszanka rock'n'rolla i bluesa. Ta sama zresztą, która pozwoliła zespołowi wypłynąć na początku lat 60-tych. Blues, o którym tak ciągle wspominam, jest najwyraźniejszy w "Back Of My Hand", gdzie brzmi nieco jak Muddy Waters. Innym przykładem może być "Biggest Mistake", który nieodparcie przypomina mi ich własny kawałek z 1971 roku pt. "Dead Flowers". Szczególną uwagę zwraca fakt braku potencjalnych singli. W przeszłości, grupa starała się zawrzeć na albumach, choć jeden utwór, który miałby nieco bardziej popowy wydźwięk, by zainteresować szerszą publiczność (jakże ja uwielbiam "Love Is Strong" z krążka "Voodoo Lounge"). Podejrzewam, że próżno będzie szukać nowych utworów Stonesów w radiach prezentujących ogólnie pojętą muzykę popularną. Wątpliwe jest również, że któryś z kawałków stanie się międzynarodowym hitem. Nie oznacza to, że piosenki są złe. Wcale nie. W zasadzie to cieszy mnie, że zespół mając ugruntowaną pozycję, postanowił po prostu zrobić swoje i nie starać się udowadniać nikomu nic na siłę. No bo czy taka nazwa jak The Rolling Stones potrzebuje podbijać Billboard? Dla przypomnienia, zaznaczę również, że na klasykach z przeszłości, takich jak "Let It Bleed" czy "Beggar's Banquet" nie było ani jednego singla, który naprawdę zawojowałby listy przebojów, a przecież były to płyty z topowym, według wielu, materiałem. Słuchając tych szesnastu kompozycji, starałem się wyłowić te najlepsze, jednak okazało się, że jest to bardzo trudne, a może nawet niemożliwe. Materiał jest bardzo równy i z jednej strony można to odbierać jako niekwestionowany plus wydawnictwa, którego słucha się z taką samą przyjemnością od początku do końca. Druga strona medalu to oczywiście niedosyt, że po siedmiu latach czekania nie otrzymujemy, pomijając brak przeboju, żadnej kompozycji która zachwycałaby i z miejsca mogłaby trafić do kanonu muzyki rockowej. Nie ma jednak na co narzekać... no może poza jednym... szkoda, że Pink Floyd nie zagra tej trasy. -
- Playboy
- Hedone
- (towar niedostępny)
Marcin Kubicki 2005-09-02
Pozytywne zaskoczenie
Gdy zespół nie wydaje przez parę lat nowego materiału, można spodziewać się wszystkiego. Czasami bywa to szok pozytywny, związany z wieloma innowacjami technicznymi zaaplikowanymi w muzyce, np. Sweet Noise "Czas Ludzi Cienia". Czasami jest to nużący twór, którego autorzy rzadko bywają skarceni ze względu na ślepą wierność fanów, np. Tool "Lateralus". Ciekawe jak po... trzech, pięciu, siedmiu, jedenastu... chyba dobrze liczę, latach, będzie wyglądać nowa płyta zespołu Guns N' Roses "Chinese Democracy". Ale to nie o nich dzisiaj miała być mowa. Bowiem siedem lat po wydaniu płyty "SancTVarium" rodzima formacja Hedone postanowiła wydać nowy album o tytule "Playboy". I można by tu oskarżyć Macieja Werka o reklamowanie skądinąd znanego czasopisma, jednakże jak sam lider zespołu mówi, tytułowa postać jest to ktoś, kto szuka miłości, czyli zupełnie inna postać niż mogłoby się każdemu po pierwszym usłyszeniu tytułu wydawać. Zmiany, jakie przeszedł zespół przez te kilka lat, są bardzo wyraźne. Zapewne jest to kwestia przemodelowania składu, ale być może również innych, dotąd mi nieznanych czynników. Faktem jednak jest, że jeżeli jesteście zagorzałymi miłośnikami Hedone w wersji elektronicznej, skłaniającej się w stronę industrialu, możecie spokojnie zapomnieć o "Playboyu". Płyta jest przede wszystkim bardzo spokojna i rzadko pokazuje prawdziwy pazur. Delikatny rock przeplata się momentami z elementami trip hopu, a nawet jazzu, głównie dzięki gościnnym instrumentom w postaci wiolonczeli czy skrzypiec. Do tego dochodzą jeszcze rzadziej używane narzędzia na czele z pianinem, mandoliną, tamburynem czy organami. Tego jeszcze u Hedone nie było. O ile utwory promowane w taki czy inny sposób przez zespół wypadają średnio, o tyle połączenie sił z Izą Lach czy Joanną Prykowską jest strzałem w dziesiątkę. Bez żeńskich wokaliz ta płyta byłaby jakaś niepełna. Jak na polskie warunki krążek jest naprawdę bardzo dobry. No właśnie, jak na polskie warunki. Bo jednak do ligi światowej brakuje tu tej grupie jeszcze trochę. Obawiam się, że podzieli ona los takich zespołów jak Ocean, wobec których miałem pewne nadzieje, na których wszystko się skończyło. Oby najlepsze jak do tej pory wydawnictwo Hedone nie pozwoliło im spocząć na laurach, czego wszystkim słuchaczom szczerze życzę.






Merlin in English














![To co dobre [Digipack] - Andrzej Piaseczny](/To-co-dobre_Andrzej-Piaseczny,images_small,11,88697994862.jpg)





