stały recenzent  Piotr Brencz

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 4

  • Piotr Brencz 2007-01-17

    Coś wspaniałego!   (4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Czasami idąc do księgarni z tytułem napisanym na karteczce, mając to przeczucie, że kupujemy wielkie arcydzieło, kupujemy gniota. Innym zaś razem, odkrywając jakąś książkę przypadkowo odkrywamy prawdziwe dzieło, książkę prawie doskonałą. Dawno, dawno temu kupiłem czasopismo "Lampa" i odkryłem tam recenzję książki Dany'ego Laferriere'a pod tytułem "Jak bez wysiłku kochać się z Murzynem?". Po raz kolejny sprawdza się przysłowie, które mówi, by nie oceniać książki po okładce. Gdybym bowiem zobaczył okładkę, a na niej taki tytuł to w życiu nie kupiłbym książki. A wtedy popełniłbym największy błąd i uszczuplił moją bibliotekę o taką książkę! Recenzja w "Lampie" mówiła: "To historia jakby wzięta z (...) Henry'ego Millera czy Bukowskiego". Czyli kolejna książka ucznia, który spijał każdą literę z dzieł mistrzów? Mistrzów uwielbiam, chciałem sprawdzić ucznia. Nie zawiodłem się. Laferriere napisał krótką i wspaniale "czytającą się" książkę. Ten człowiek zna swoich mistrzów doskonale. Widzimy, jak miejscami autor oddaje hołd swoim ulubionym pisarzom. Autor po uszy siedzi w swojej fascynacji do literatury i pisarstwa. Dzięki temu mógł pozwolić sobie na pozostawienie pewnego dystansu między swoim pisarstwem a pisarstwem, które kocha, co pozwoliło mu na pewną zabawę z konwencją, która w książkach, dających mu inspirację obowiązuje od wielu, wielu lat. Bohater książki potrafi być momentami bardziej autentyczny niż Chinaski u Bukowskiego! Nie sposób go odróżnić od prawdziwego autora, są jednością. Jednak książka nie opowiada tylko o pisarstwie i czytaniu książek. Tak zwany podmiot liryczny nie pisałby swojego dzieła, gdyby nie liczne przygody z kobietami. Prze całą książkę podrywa on różne kobiety. Raz jest to kobieta opętana miłością do literatury, innym razem zacięta buntowniczka. Ułożona miłośniczka kotów, dosypująca kokę nawet do naleśników też się znajdzie. Tę rewię kobiet łączy jedno, każda jest biała, a nie jedna jest zdrowo przekoloryzowana. Takie stereotypowe, białe kobiety. Trudno je opisać, lepiej przeczytać. Bohater żyje w mieszkaniu ze swoim przyjacielem - Bubą. Ten też interesuje się kobietami, ale dla odmiany ma fioła na punkcie jazzu i islamu. Całe dnie spędza na sofie, jedząc, pijąc, czytając i śpiąc tam. I co dalej? Ano nic, książka sama z tym wszystkim idzie do przodu. Z pozoru niewiele się tam dzieje, ale czytanie tego wszystkiego sprawia dużą przyjemność. Fragment, w którym autor śni o spotkaniu Millera i Cendrarsa pijących piwko na ławce i spoglądających na zakrwawionego Bukowskiego jest świetna. I właśnie takich krótkich epizodów jest w książce pełno. Do tego kobiety, jazz i pozorna nuda. Coś pięknego. Nie stać mnie aż na wielkie kwieciste zdania, bo trudno rozpisać się o książce. Recenzja tej książki powinna być jak ona sama - krótka. Lecz po przeczytaniu człowiek żałuje, że książka nie jest dłuższa. Póki co z niecierpliwością czekam na kolejną książkę Dany'ego Laferriere'a i gorzko żałuję, że nie przeczytałem na czas informacji o jego wizycie w Polsce (było to w październiku 2006). Jedyne co mogę zrobić to postawić na półce ucznia w towarzystwie mistrzów…
  • Piękni przegrani

    Piotr Brencz 2007-01-11

    Efekt udaru słonecznego (jak sam przyznał kiedyś Cohen)...   (0 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Kiedy człowiek czyta opis na okładce, to ma ochotę książkę zwyczajnie odłożyć, bo wydawca napisał to tak, że wyszedł bełkot, którym zachwycają się niesamowicie oświeceni literaci. Jam jest zwykły chłop i chcę czegoś normalnego. Wyszło kiedyś tak, że koniecznie chciałem przeczytać coś Cohena i z braku wolnej kasy zaproponowałem jakąś jego książkę mojej mamie na prezent gwiazdkowy, wybrała "Pięknych przegranych". Po przeczytaniu już wiem, że nie warto wierzyć ani krytykom, ani opisom z okładki. Podobieństwa do Kerouaca nijak nie da się znaleźć. A jeżeli ktoś znajdzie, to znaczy, że szukał bardzo na siłę. Joyce'a nie czytałem nigdy, ale skoro porównanie do "W drodze" jest chybione, to pewnie i do "Portretu..." też. Kim jest Leonard Cohen? Na pewno znacie go ze spotów radiowych i telewizji, bo w Polsce jest sławny głównie za sprawą swojej muzyki. Muzyka niezła do posłuchania, ale nie żeby jakoś przeżywać. Przebojowy singiel "In My Secret Life" średnio mi się podobał. Ale często słowo pisane daleko leży od śpiewanego, więc zacząłem czytać. "Piękni przegrani" to książka cholernie osobista, napisana przez kogoś, kto debiutował nie prozą, a poezją! Efekt był więc dziwny, często autor raczy czytelnika dziwnymi wizjami, sformułowaniami które pasowałyby znacznie lepiej do tomu poetyckiego. Autor miota się między tym, co chce powiedzieć, tym, co wypada mu powiedzieć, a tym, co może powiedzieć. I mimo że czasami opisy są odważne, jak na czas, gdy książkę wydano, czyli rok 1966 to i tak Cohen boi się wszystko nam opowiedzieć. Błądzi między odwoływaniami i "puszczaniem oczek" do znajomych i nieżyjącego przyjaciela, a czytelnym i czystym odbiorem czytelnika. Moim zdaniem średnio mu to się udało, a czasami wypada wręcz blado. Czytasz, ale z trudem. Postawiłem sobie pytanie: dlaczego? Odpowiedź może tkwić w tym, że książki tej nie powinno się ruszać, gdy dopiero zaczynasz z Cohenem i ma to być jego pierwsza książka, którą czytasz. Polecano mi zacząć od "Ulubionej gry" albo nawet od "Księgi tęsknoty" (i właśnie leży u mnie na stoliku). Mądry Polak po szkodzie, poetyckie książki pełne kwiecistego języka są dla mnie nie do przejedzenia, gdy nie jestem w tych klimatach. Przewalona książka, treść góruje nad formą. Takie przegięcie nie jest dobre dla czytelnika, co innego, gdyby było na odwrót i to forma była lepsza od treści. Zasnąłbym, ale czytał z łatwością. Więc, panie Cohen, poromansuję z pana wytworami przy innej okazji, teraz odkładam pana na półkę, po męczącej walce. A ja nie lubię walczyć z książką.
  • Wieszać każdy może - z autografem

    Piotr Brencz 2007-01-07

    Dobrze, ale nie po staremu?   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Wieszać każdy może. Oto ostatnia książka, którą przeczytałem w roku 2006, piąty tom opowiadań z Wędrowyczem autorstwa A. Pilipiuka. Z tą postacią i dzięki temu pisarzowi zacząłem czytać polską fantastykę, którą dzisiaj czytam z chęcią. Uważam, że prezentuje niezły poziom, a przede wszystkim jest szalenie rozrywkową literaturą. I o to przecież chodzi, o łatwość czytania. A na tę, bez wątpienia, zawsze pozwalał właśnie Pilipiuk. Nie jestem w grupie czytelników, którzy uważają, że nic poza egzorcystą z Wojsławic pisarzowi się nie udało. Czytałem kilka jego rzeczy, np. ostatni zbiór opowiadań - "2586 kroków", "Operacja Dzień Wskrzeszenia" czy "Kuzynki". Czeka na mnie "Norweski dziennik" i dwie inne książki. Zaletą jego książek jest to, że wciągają. Pisane w taki sposób, że książka wręcz znika w rękach. Było tak przy poprzednich razach, było tak przy nowym Wędrowyczu. O czym tak właściwie jest "Wieszać każdy może"? Przypomina mi to zbiór "Czarownik Iwanov", w którym obok kilku krótkich opowiadań znalazło się jedno długie, zajmujące większość książki. W przypadku nowego tomu jest to opowiadanie "Pola trzcin". Wszystkie one utrzymane są w standardowej dla autora formie - albo słynne już Wojsławice i ograniczanie się do opowieści o bimberku, stajniach sąsiada, mili/poli-cjantach, albo wyruszenie w świat z hukiem, w połączeniu z magią, stworami i egzorcyzmem w wykonaniu Jakuba W. Najdłuższe opowiadanie skupia się właśnie na wielkiej podróży do Egiptu. Jeżeli dodamy do tego duchy Lenina, Dzierżyńskiego, rumuńskie wampiry, zamczyska, sterowiec z okresu I wojny światowej i kilka klątw, to może być ciekawie. Może, ale nie musi. Bo niestety wyraźnie widać, że humor spada z książki na książkę. Jest to moim zdaniem spowodowane raz ewolucją bohatera, o której pisze E. Dębski na tylnej okładce tomiku, a dwa, tego, że Pilipiuk powoli staje się ze swoim bohaterem czymś, co zjada własny ogon. Bo ileż można pisać coś zabawnego, zamkniętego w pewne ramy (koniecznie wieś, wódeczka etc.)? Parę razy widać się udało, ale ludzie krzyczą więcej, a wydawca liczy na zysk, więc pozostaje tylko pisać. Krótkie opowiadania bronią się właśnie poprzez swoją objętość. Można im wiele wybaczyć, bo one już z założenia miały zajmować parę stron. Czasami jednak, żałuje się, że wątku nikt nie rozwinął. Chociaż tak było na samym początku, krótkie formy i lepiej wstać od stołu nienajedzonym niż rzygając z przejedzenia. "Pola trzcin" postanowiłem jednak przerobić na elder bardziej wnikliwie, bo tam mamy tyle świetnych pomysłów co niedoróbek. Ale po kolei. Jako pozytywni bohaterowie występują tam: Jakub Wędrowycz, Semen Korczaszko i… 13-letni prawnuk Jakuba - Maciek. To coś nowego, oto do starych pijaków dochodzi dziecko. I o ile Maciej sprawdza się jako tłumacz, dziecko mądre, które zaskakuje swoją wiedzą w najmniej odpowiednich momentach itp. to ni w ząb nie pasuje mi na bohatera pełną gębą, który bawi się bronią, zabija wampiry i steruje sterowcem. Są sceny, które mnie raziły, bo były za infantylne jak na taką powieść. To już nie "Pan Samochodzik" czy "Norweski dziennik", który podobno zbliżony jest do tej pierwszej serii. Tu 13-latek nie powinien kastrować arabskiego szejka, uwalniając cały harem i okradając go z jego milionów. Tak, to Wędrowycz, a nazwisko zobowiązuje, ale on ma 13 lat i wciąż rozmyśla o seksie. Strofuje się, żeby nie uprawiać seksu przed 15 rokiem życia i żeby nie pić, bo jest za młody. Dziwnie mi ta postać w książce wypadła, skoro w poprzednich Wędrowyczach takie dzieci były gdzieś tam z boku doklejane. Podsumowując - całość mi się podobała. Nie jest to najlepszy tom cyklu, a krótkie opowiadania potrafią rozśmieszyć (nie wszystkie, rzecz jasna). Niektóre mają świetny, lecz zmarnowany pomysł, inne zaś całe są super. Najgorszym opowiadaniem jest "Wieśmin", którego to nie napisał Pilipiuk, a laureat konkursu na opowiadanie o tematyce wiejskiej. Psuje to efekt końcowy, lubię takie książki kończyć czymś miłym, a tu… Z drugiej strony wyobrażam sobie, że obietnica o opublikowaniu musiała zostać spełniona, nie jest to jakiś bubel, a i na otwarcie książki tego nie wrzucą. Został więc koniec. Oby tylko "Wieśmin" nie okazał się ostatnim opowiadaniem w ostatnim tomie o egzorcyście. Trud pisania jest duży, pomysłów i pola do popisu coraz mniej, jednak ja i tak kupię 6 tom, bo Pilipiuk pisze lekko i na nudę jest to świetne.
  • Wieszać każdy może
    • Wieszać każdy może
    • Andrzej Pilipiuk
    • (towar niedostępny)

    Piotr Brencz 2007-01-07

    Dobrze, ale nie po staremu?   (11 z 13 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Wieszać każdy może. Oto ostatnia książka, którą przeczytałem w roku 2006, piąty tom opowiadań z Wędrowyczem autorstwa A. Pilipiuka. Z tą postacią i dzięki temu pisarzowi zacząłem czytać polską fantastykę, którą dzisiaj czytam z chęcią. Uważam, że prezentuje niezły poziom, a przede wszystkim jest szalenie rozrywkową literaturą. I o to przecież chodzi, o łatwość czytania. A na tę, bez wątpienia, zawsze pozwalał właśnie Pilipiuk. Nie jestem w grupie czytelników, którzy uważają, że nic poza egzorcystą z Wojsławic pisarzowi się nie udało. Czytałem kilka jego rzeczy, np. ostatni zbiór opowiadań - "2586 kroków", "Operacja Dzień Wskrzeszenia" czy "Kuzynki". Czeka na mnie "Norweski dziennik" i dwie inne książki. Zaletą jego książek jest to, że wciągają. Pisane w taki sposób, że książka wręcz znika w rękach. Było tak przy poprzednich razach, było tak przy nowym Wędrowyczu. O czym tak właściwie jest "Wieszać każdy może"? Przypomina mi to zbiór "Czarownik Iwanov", w którym obok kilku krótkich opowiadań znalazło się jedno długie, zajmujące większość książki. W przypadku nowego tomu jest to opowiadanie "Pola trzcin". Wszystkie one utrzymane są w standardowej dla autora formie - albo słynne już Wojsławice i ograniczanie się do opowieści o bimberku, stajniach sąsiada, mili/poli-cjantach, albo wyruszenie w świat z hukiem, w połączeniu z magią, stworami i egzorcyzmem w wykonaniu Jakuba W. Najdłuższe opowiadanie skupia się właśnie na wielkiej podróży do Egiptu. Jeżeli dodamy do tego duchy Lenina, Dzierżyńskiego, rumuńskie wampiry, zamczyska, sterowiec z okresu I wojny światowej i kilka klątw, to może być ciekawie. Może, ale nie musi. Bo niestety wyraźnie widać, że humor spada z książki na książkę. Jest to moim zdaniem spowodowane raz ewolucją bohatera, o której pisze E. Dębski na tylnej okładce tomiku, a dwa, tego, że Pilipiuk powoli staje się ze swoim bohaterem czymś, co zjada własny ogon. Bo ileż można pisać coś zabawnego, zamkniętego w pewne ramy (koniecznie wieś, wódeczka etc.)? Parę razy widać się udało, ale ludzie krzyczą więcej, a wydawca liczy na zysk, więc pozostaje tylko pisać. Krótkie opowiadania bronią się właśnie poprzez swoją objętość. Można im wiele wybaczyć, bo one już z założenia miały zajmować parę stron. Czasami jednak, żałuje się, że wątku nikt nie rozwinął. Chociaż tak było na samym początku, krótkie formy i lepiej wstać od stołu nienajedzonym niż rzygając z przejedzenia. "Pola trzcin" postanowiłem jednak przerobić na elder bardziej wnikliwie, bo tam mamy tyle świetnych pomysłów co niedoróbek. Ale po kolei. Jako pozytywni bohaterowie występują tam: Jakub Wędrowycz, Semen Korczaszko i… 13-letni prawnuk Jakuba - Maciek. To coś nowego, oto do starych pijaków dochodzi dziecko. I o ile Maciej sprawdza się jako tłumacz, dziecko mądre, które zaskakuje swoją wiedzą w najmniej odpowiednich momentach itp. to ni w ząb nie pasuje mi na bohatera pełną gębą, który bawi się bronią, zabija wampiry i steruje sterowcem. Są sceny, które mnie raziły, bo były za infantylne jak na taką powieść. To już nie "Pan Samochodzik" czy "Norweski dziennik", który podobno zbliżony jest do tej pierwszej serii. Tu 13-latek nie powinien kastrować arabskiego szejka, uwalniając cały harem i okradając go z jego milionów. Tak, to Wędrowycz, a nazwisko zobowiązuje, ale on ma 13 lat i wciąż rozmyśla o seksie. Strofuje się, żeby nie uprawiać seksu przed 15 rokiem życia i żeby nie pić, bo jest za młody. Dziwnie mi ta postać w książce wypadła, skoro w poprzednich Wędrowyczach takie dzieci były gdzieś tam z boku doklejane. Podsumowując - całość mi się podobała. Nie jest to najlepszy tom cyklu, a krótkie opowiadania potrafią rozśmieszyć (nie wszystkie, rzecz jasna). Niektóre mają świetny, lecz zmarnowany pomysł, inne zaś całe są super. Najgorszym opowiadaniem jest "Wieśmin", którego to nie napisał Pilipiuk, a laureat konkursu na opowiadanie o tematyce wiejskiej. Psuje to efekt końcowy, lubię takie książki kończyć czymś miłym, a tu… Z drugiej strony wyobrażam sobie, że obietnica o opublikowaniu musiała zostać spełniona, nie jest to jakiś bubel, a i na otwarcie książki tego nie wrzucą. Został więc koniec. Oby tylko "Wieśmin" nie okazał się ostatnim opowiadaniem w ostatnim tomie o egzorcyście. Trud pisania jest duży, pomysłów i pola do popisu coraz mniej, jednak ja i tak kupię 6 tom, bo Pilipiuk pisze lekko i na nudę jest to świetne.

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Promocje - kupuj i oszczędzaj!