Jacek Podlewski
Rekomendacje:
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 23
-
- Satriani Live!
- Joe Satriani
- cena: 74,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Jacek Podlewski 2007-05-22
Jak zwykle klasa w każdym calu (3 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
Przyznam, że do ostatniego krążka Joe Satrianiego podchodziłem z dużym zaciekawieniem przeczytawszy listę utworów. Z jednej strony dostajemy tu solidną porcję "hitów" gitarzysty, jak "The Extremist" czy "Always With Me Always With You", z drugiej zaś artysta prezentuje tutaj obszerny zestaw utworów z ostatniego studyjnego albumu "Super Colossal", który, choć oczywiście na najwyższym poziomie warsztatu i produkcji, nieco rozczarował od strony kompozycyjnej, sprawiając wrażenie, jakby muzyk miał coraz mniej pomysłów. Proponowane przez Satrianiego DVD pokazuje, jak "supercolossalne" kawałki bronią się na scenie. Z tym jest różnie. "Ten Words" czy "The Meaning of Love", utwory ładne i zgrabne, lecz pozbawione słyszalnej w starszych balladach mistrza iskry geniuszu, są w sumie całkiem przyjemnym "wypełniaczem", z którego jednak nic nie zostaje w pamięci słuchacza na dłużej. Poprawnie odegrany zostaje tytułowy numer ostatniej płyty, podobać się może "Redshift Riders" w wersji znacznie bardziej energicznej niż albumowa. Ciekawy nastrój wprowadzają interesujące melodie i harmonia "One Robot's Dream" i "A Cool New Way", doskonale wypada jeden z najlepszych utworów "Super Colossal" - "Just Like Lightnin’” ze wspaniałym refrenem. Ale zdecydowanym odkryciem tego DVD jest "Made of Tears" - numer, którego "grzeczna" studyjna wersja kompletnie nie przykuła mojej uwagi, tutaj rozrósł się do porywającego, epickiego wręcz popisu wirtuozerii, ale zarazem i feelingu Satrianiego, który wyimprowizuje długie, szaleńcze solo, nie zwalniając, ale i nie nudząc ani przez chwilę. Z pewnością jeden z najjaśniejszych punktów całego koncertu. Jeśli chodzi o dobrze znane utwory, to wprawdzie trudno, żeby Joe mógł w nich jeszcze czymś zaskoczyć słuchaczy po tylu latach, lecz nikomu to nie przeszkadza, gdyż są to po prostu kapitalne rockowe kompozycje. Świetnym pomysłem jest minijam z basistą we wstępie do "Cool #9”, "Always With Me Always With You" wciąż nie przestaje olśniewać genialną melodią. Kolejne pokolenia gitarzystów mogą zazdrościć Satrianiemu lekkości, z jaką odgrywa kolejne karkołomne zagrywki w "Mystical Potato…”, "Surfing…” czy „”Satch Boogie” (wgniatający w ziemię finał!). Klasa sama w sobie. Na zakończenie publiczność zostaje porwana do dialogu z Joe w "Crowd Chant", gdy owacje nie milkną, zespół pojawia się ponownie, by odegrać na bis żywiołowe "Summer Song". Znów brawa, napisy końcowe. Na drugim dysku znaleźć można obszerne dodatki - m.in. teledysk oraz filmową dokumentację tras koncertowych Satrianiego w Europie (miły akcent w postaci fragmentów występu we Wrocławiu) i Azji. "Satriani Live!" to wspaniałe, profesjonalne show na najwyższym poziomie i ciekawa propozycja nawet dla osób niesłuchających na co dzień amerykańskiego wirtuoza czy w ogóle instrumentalnego rocka, że o fanatykach popularnego "Satcha" nie wspomnę, gdyż oni zaopatrzą się w ten krążek niezależnie od tego, co o nim napiszę ja czy ktokolwiek inny. -
- Satriani Live!
- Joe Satriani
- cena: 49,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Jacek Podlewski 2007-05-22
Jak zwykle klasa w każdym calu (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Przyznam, że do ostatniego krążka Joe Satrianiego podchodziłem z dużym zaciekawieniem przeczytawszy listę utworów. Z jednej strony dostajemy tu solidną porcję "hitów" gitarzysty, jak "The Extremist" czy "Always With Me Always With You", z drugiej zaś artysta prezentuje tutaj obszerny zestaw utworów z ostatniego studyjnego albumu "Super Colossal", który, choć oczywiście na najwyższym poziomie warsztatu i produkcji, nieco rozczarował od strony kompozycyjnej, sprawiając wrażenie, jakby muzyk miał coraz mniej pomysłów. Proponowane przez Satrianiego DVD pokazuje, jak "supercolossalne" kawałki bronią się na scenie. Z tym jest różnie. "Ten Words" czy "The Meaning of Love", utwory ładne i zgrabne, lecz pozbawione słyszalnej w starszych balladach mistrza iskry geniuszu, są w sumie całkiem przyjemnym "wypełniaczem", z którego jednak nic nie zostaje w pamięci słuchacza na dłużej. Poprawnie odegrany zostaje tytułowy numer ostatniej płyty, podobać się może "Redshift Riders" w wersji znacznie bardziej energicznej niż albumowa. Ciekawy nastrój wprowadzają interesujące melodie i harmonia "One Robot's Dream" i "A Cool New Way", doskonale wypada jeden z najlepszych utworów "Super Colossal" - "Just Like Lightnin’” ze wspaniałym refrenem. Ale zdecydowanym odkryciem tego DVD jest "Made of Tears" - numer, którego "grzeczna" studyjna wersja kompletnie nie przykuła mojej uwagi, tutaj rozrósł się do porywającego, epickiego wręcz popisu wirtuozerii, ale zarazem i feelingu Satrianiego, który wyimprowizuje długie, szaleńcze solo, nie zwalniając, ale i nie nudząc ani przez chwilę. Z pewnością jeden z najjaśniejszych punktów całego koncertu. Jeśli chodzi o dobrze znane utwory, to wprawdzie trudno, żeby Joe mógł w nich jeszcze czymś zaskoczyć słuchaczy po tylu latach, lecz nikomu to nie przeszkadza, gdyż są to po prostu kapitalne rockowe kompozycje. Świetnym pomysłem jest minijam z basistą we wstępie do "Cool #9”, "Always With Me Always With You" wciąż nie przestaje olśniewać genialną melodią. Kolejne pokolenia gitarzystów mogą zazdrościć Satrianiemu lekkości, z jaką odgrywa kolejne karkołomne zagrywki w "Mystical Potato…”, "Surfing…” czy „”Satch Boogie” (wgniatający w ziemię finał!). Klasa sama w sobie. Na zakończenie publiczność zostaje porwana do dialogu z Joe w "Crowd Chant", gdy owacje nie milkną, zespół pojawia się ponownie, by odegrać na bis żywiołowe "Summer Song". Znów brawa, napisy końcowe. Na drugim dysku znaleźć można obszerne dodatki - m.in. teledysk oraz filmową dokumentację tras koncertowych Satrianiego w Europie (miły akcent w postaci fragmentów występu we Wrocławiu) i Azji. "Satriani Live!" to wspaniałe, profesjonalne show na najwyższym poziomie i ciekawa propozycja nawet dla osób niesłuchających na co dzień amerykańskiego wirtuoza czy w ogóle instrumentalnego rocka, że o fanatykach popularnego "Satcha" nie wspomnę, gdyż oni zaopatrzą się w ten krążek niezależnie od tego, co o nim napiszę ja czy ktokolwiek inny. -
- Złota kolekcja - Dbaj o miłość
- Tadeusz Nalepa
- cena: 33,49 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Jacek Podlewski 2007-05-18
Po prostu blues z klasą (4 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)
Twórczość Tadeusza Nalepy po rezygnacji z nazwy Breakout nie odbiegała nigdy zbytnio od kierunku obranego jeszcze w słynnej macierzystej formacji. Mimo to powstałe wówczas utwory nie cieszą się tak powszechnym uznaniem i popularnością jak breakoutowe "klasyki". Chyba każdy z nas słyszał kiedyś "Kiedy byłem małym chłopcem" albo "Gdybyś kochał, hej!". A kto poza wiernymi fanami pana Tadeusza zna "Dbaj o miłość" albo "Hołd"? Na szczęście dzięki składance wydanej w serii "Złota kolekcja" przez Pomaton/EMI możemy szybko nadrobić te braki w muzycznej edukacji. A naprawdę warto. Choć album zbiera nagrania z okresu niemal 20 lat, cały utrzymany jest w szeroko pojętej stylistyce bluesa i blues-rocka. Nie brakuje energicznych utworów, jak nagrany z grupą Dżem "Ten o tobie film" czy oparte na funkowej rytmice "Pozwól mi być z sobą tu". Jednak o wartości płyty tak naprawdę stanowią dominujące na niej zresztą wolne, majestatyczne bluesy. Choć przyznajmy, nie wszystko jest tu idealne. W głosie Nalepy słychać zmęczenie, a w chronologicznie późniejszych utworach także przebytą chorobę. Obok świetnych tekstów Bogdana Loebla pojawiają się i słabsze fragmenty ("Zerwany film"). Można by zarzucać pewną schematyczność, kurczowe trzymanie się oklepanych form bluesa, odejście od muzycznych "poszukiwań" z czasów Breakoutu. Można by, ale po co, skoro byłoby to szukanie dziury w całym. Bo większość tych utworów jest po prostu wspaniała. Owszem, jest to muzyka dobrze znana i być może mało odkrywcza, lecz podana z niebywałą klasą, szczera, autentyczna i kipiąca od emocji, a taka zawsze obroni się sama. Zachwyca pełne polotu i finezji, wysmakowane solo Leszka Cichońskiego w tytułowym utworze. Zachwyca obłędny, szaleńczy saksofon Tomasza Szukalskiego w "Muszę dziś ciebie zabić". Dreszcze wywołują zmiany tempa w "Zerwanym filmie", chwytają za serce wyśpiewywane schrypniętym głosem Nalepy słowa "Odeszłaś i zabrałaś cały świat" w "Nie chcę żyć". Błogi uśmiech wywołuje "Jedź ostrożnie, nie popędzaj kół" - tak cudownie i do bólu klasyczny blues, że B. B. King czy Muddy Waters tylko zabiliby brawo. A prawie na koniec doskonały "Hołd" z przejmującym tekstem Loebla, będącym swoistą kontynuacją słynnej "Modlitwy". Nieco razi w takim zestawieniu zamykająca płytę piosenka "Tak przez cały czas", poruszająca w żartobliwy, nietypowy dla Nalepy sposób tematykę damsko-męską; rzecz zgrabna, lecz kompletnie nienadająca się na finał takiego albumu. Niemniej "Dbaj o miłość" to powalająca dawka bluesa na najwyższym poziomie. Dziś, gdy pana Tadeusza nie ma już wśród nas, przypomina nam o wyjątkowości jego osoby na rodzimej scenie. Lecz niezależnie od podtekstów jest to zwyczajnie świetna muzyka, mogąca dać smutek, zadumę, refleksję, lecz także odprężenie i uśmiech. -
- Passion & Warfare
- Steve Vai
- cena: 24,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Jacek Podlewski 2007-05-18
Kultowa, przełomowa, poruszająca... niełatwa (2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
O "Passion & Warfare" można powiedzieć wiele, lecz na pewno nie to, że jest albumem łatwym, nieskomplikowanym czy jednopłaszczyznowym. Wydany w 1990 roku album jest początkiem właściwej solowej kariery Steve'a Vaia, który zdobył wcześniej uznanie występując m.in. w zespołach Franka Zappy i Davida Lee Rotha. Do dziś wielu fanów uważa go za szczytowe osiągnięcie swojego idola. Czy aby na pewno słusznie? Najlepiej "P&W" wypada, gdy traktować ją jako manifest upragnionej artystycznej niezależności genialnego instrumentalisty, który zdaje się obwieszczać "teraz dopiero wam pokażę!". Od tej strony muzyka Vaia naprawdę robi wrażenie: mamy całą paletę niesłyszanych dotąd nigdzie indziej brzmień i efektów, obłędne pasaże, zabawy z rytmiką, perfekcyjne wykorzystanie chyba wszystkich znanych technik gitarowych. Nie ma co ukrywać - to jedna z tych płyt, po których nic w świecie gitarzystów nie było już takie samo. Ale gdy spojrzymy na nią oczami zwykłego, niezainteresowanego warsztatem instrumentalnym odbiorcy, nie jest już tak wspaniale. Zbyt dużo tu jeszcze poszukiwań i eksperymentów, kompozytorski styl Vaia dopiero się krystalizował. Takie miniaturki jak "Balerina" czy "Alien Water Kiss" trudno traktować inaczej niż jako ciekawostki, poza tym brakuje niestety wyrazistych tematów i melodii, drażnić mogą "pokręcone", jazgotliwe partie gitar. Niewątpliwie wyróżnia się utwór "The Audience Is Listening", choć nie do końca z powodów muzycznych, raczej z racji dobudowanej do niego minifabuły (Vai - nastolatek, grając w szkole doprowadza nauczycielkę do histerii). Niestety nijakie wydają się "Greasy Kid's Stuff" czy "I Would Love To", w którym słychać inspirację Van Halenem - zagrane i zaaranżowane niezwykle sprawnie, lecz nieniosące żadnego głębszego sensu muzycznego. Broni się natomiast "Answers" - zasługa to głównie wpadającej w ucho melodii. Na szczęście są na "P&W" trzy utwory naprawdę świetne. Pierwszym z nich jest otwierające całość podniosłe "Liberty", wciąż wywołujące euforię na koncertach, szkoda, że zaledwie dwuminutowe. Piękny nastrój tworzy delikatne, akustyczne "Sisters", w którym słyszymy nieznaną dotąd stronę duszy gitarzysty. Lecz najważniejszą częścią płyty jest niewątpliwie najbardziej znana i uwielbiana przez słuchaczy kompozycja Vaia - niesamowite, powalające "For The Love Of God". I trudno się dziwić, bo to numer piękny, poruszający a zarazem przełomowy. Nikt tak płynnie nie połączył emocjonalnych, tęsknie zawodzących fraz z oszałamiającymi, ognistymi popisami solowymi. Trudno nie zachwycić się przepięknym, klarownym brzmieniem Vaia i ładunkiem uczuć bijącym z każdej nuty. Gitara wyśpiewuje na przemian to nadzieję, to znów rozdzierający smutek i zwątpienie, frazy logicznie łączą się z sobą, napięcie zbudowane wirtuozerskimi przebiegami zostaje wspaniale rozładowane długimi, namiętnymi dźwiękami, podniosłe zakończenie pozostawia w słuchaczu pewien niepokój, nie wyjaśnia wszystkiego do końca. Można śmiało powiedzieć, że po 14 latach od nagrania przez Carlosa Santanę "Europy" dopiero Vai odważył się uczynić krok dalej na wyznaczonej wówczas przez Meksykanina ścieżce. Za samo "FTLOG" należy się tej płycie miejsce w historii i choćby z tego względu warto jej posłuchać. Nie jest to album dla każdego, lecz z pewnością wielu słuchaczy doceni jego nietuzinkowość, eksperymentatorską odwagę i unikalną ekspresję Vaia. -
- Love Over Gold
- Dire Straits
- cena: 35,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 14 dni )
Jacek Podlewski 2007-05-09
Zamiast radiowych przebojów wzlot na artystyczne wyżyny (27 z 29 uznało tę recenzję za pomocną.)
Grupa Dire Straits wylansowała przez lata wiele znanych na całym świecie przebojów, takich jak "Brothers In Arms" czy "Money For Nothing". I to z tymi utworami kojarzy się przeciętnemu słuchaczowi nazwa zespołu Marka Knopflera. Lecz prawdziwy fan zapytany o ulubioną pozycję w bogatej dyskografii popularnych "Dire'sów" często wymienia właśnie "nieprzebojową" płytę "Love Over Gold". Nie bez powodu. Słowo "nieprzebojowa" jest tu nieco zwodnicze, gdyż utworów z "LOG" słucha się - jak zresztą wszystkiego, co napisał Knopfler - z prawdziwą przyjemnością. Jak zwykle mamy tu piękne melodie w wysmakowanej aranżacji i... no właśnie. Znacznie bogatszej niż dotąd formie. Zespół zadziałał tu odważniej niż na poprzednich albumach i nagrał muzykę mniej "radiową", lecz doskonalszą arystycznie. I oto dostajemy taką perłę jak czternastominutowe "Telegraph Road". Czego tu nie ma! Delikatny fortepian, charakterystyczna gitara i śpiew lidera, zmiany nastroju pomiędzy stonowaną zwrotką i żywym refrenem, stopniowo wzrastające napięcie, które w końcu eksploduje w szalonej instrumentalnej kulminacji. Do dziś jest to prawdziwy tzw. koncertowy "killer" występującego już solo Knopflera. Poprzeczka dla następnych utworów została zawieszona wysoko, lecz kolejny na płycie "Private Investigations" dzielnie ją przeskakuje. W tym smutnym i pięknym utworze przykuwa uwagę przede wszystkim wspaniała gra lidera na gitarze klasycznej, trudno też jednak pominąć doskonałe wejście przesterowanego riffu pod koniec. Wydaje się, że już lepiej być nie może, ale prawdziwe arcydzieło dopiero przed nami. Tytułowe "Love Over Gold" to prawdopodobnie najpiękniejsza z kilkuset napisanych przez Knopflera piosenek; utwór bez słabych punktów. Bogata, lecz nieprzeładowana aranżacja, śliczna melodia, niebanalny tekst, cudownie przeplatające się instrumenty, a na domiar wszystkiego, gdy myślimy, że numer dobiega już końca, odzywa się rozmarzone, oniryczne solo wibrafonu, które po mistrzowsku zamyka całość. Ta piosenka to naprawdę sześć minut muzyki przez duże "m", takiej, przy której można wzruszyć się lub odpłynąć w świat marzeń. Dwie ostatnie propozycje to już w sumie typowe rockowe kawałki; najmniej wyrazisty jest "Industrial Disease", który dziś kojarzy się ewidentnie z późniejszym przebojem grupy "Walk of Life". Więcej do zaoferowania ma "It Never Rains", w którym wyróżnia się długa gitarowa solówka Marka Knopflera pełna ciekawych zagrywek oraz - co jest u niego rzadkością - wzbogacona użyciem efektu wah-wah (popularna "kaczka"). Summa summarum, "Love Over Gold" to szczególna pozycja w bogatej dyskografii słynnej formacji, w mistrzowski sposób łącząca ambitną formę z przystępnością i przebojową melodyką. Nie powinna zawieść oczekiwań żadnego miłośnika dobrej, ciekawej muzyki. -
- Amigos
- Santana
- (towar niedostępny)
Jacek Podlewski 2005-10-31
Ciekawa, aczkolwiek momentami nierówna płyta (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Na albumie "Amigos", wydanym w 1976r., Carlosowi Santanie towarzyszył wspaniały klawiszowiec Tom Coster i doskonała sekcja perkusyjna Leon "Ndugu" Chancelor - Armando Peraza. Stanowisko za mikrofonem objął Greg Walker, do składu wrócił basista David Brown, znany z pierwszego zespołu Meksykanina. "Amigos" to niejako album przejściowy, następca serii ambitnych, uduchowionych wydawnictw (z "Caravanserai" i "Illuminations" na czele), zaś poprzedzający bardziej komercyjny okres w twórczości Carlosa. Widać na nim duży wpływ Costera jako kompozytora, jak zwykle dużą rolę odgrywają elementy etniczne. Płyta jest krótka, zawiera 7 utwórów: "Dance Sister Dance" to dziś już klasyk dla fanów Santany. Pulsujący, taneczny rytm, kipiące emocjami i energią zagrywki lidera i nagła zmiana nastroju po 5 minutach sprawiają, że ten 8-minutowy utwór jest kapitalnym otwarciem albumu. Równie udany, choć mało znany, jest następujący po nim "Take Me With You": wspaniały instrumentalny utwór w stylu fusion, gdzie na początku słyszymy doskonałe, dynamiczne solówki Santany i Costera, po czym nagle wszystko ucicha, a z ciszy wyłania się piękny, łagodny temat gitary, rozwijany już do końca, mamy zaś do czynienia z prawdziwym mistrzem nastrojowej improwizacji, więc jest czego posłuchać. "Let Me" to zaczynająca się świetnie (stopniowo włączają się kolejne instrumenty)później całkiem przyjemna, lecz trochę nijaka piosenka, nie można powiedzieć, że nieudana, ale wypadająca dość blado zwłaszcza na tle poprzedzających ją kompozycji. Kolejny utwór- śpiewany po hiszpańsku przez Perazę "Gitano"- to zupełna zmiana klimatu i prawdziwa perełka płyty. Santana wkłada w przepiękny wstęp grany na gitarze klasycznej całą swą latynoską duszę, potem dostajemy kapitalną melodię z chwytliwym refrenem, zaś gitarzystę dzielnie wspomaga Coster, najpierw na swingującym fortepianie, potem organową solówką. Kolejna jazzująca piosenka - "Tell Me Are You Tired"- ma frapującą melodię w zwrotkach- doskonale śpiewanych przez Walkera, udany refren (jedyne, co można by mu zarzucić to trochę sztuczne brzmienie syntezatora) i ciekawą część instrumentalną. Zaś to, co następuje potem, to absolutny wzlot Santany i Costera jako twórców, jeden z najwspanialszych utworów nie tylko w karierze meksykańskiego wirtuoza, ale w ogóle w historii gitary elektrycznej. Znają go chyba wszyscy: "Europa". Carlos brzmi tu pięknie jak nigdy, chwyta swoją grą za serce od pierwszych taktów, w każdą nutę wkłada maksymalną dawkę uczucia, maluje gitarą cudowne pejzaże, by za chwilę zapłakać tęsknie w wysokim rejestrze... Całości dopełnia genialna w swej prostocie, stonowana gra klawiszowca w tle. Niesamowita kompozycja, absolutnie doskonałe wykonanie, wielki przebój. To byłoby najwspanialsze możliwe zwieńczenie albumu... A tu zgrzyt. "Let It Shine", jedyny kawałek, w którym nie maczali palców ani Santana ani Tom Coster, jest, mówiąc wprost, nieudany. Nijaka melodia, popowy refren, wykonanie też takie sobie, nieciekawe brzmienie klawiszy, jedyny plus to funkujące zagrywki lidera. Nie zmienia to faktu, że ta piosenka nie powinna znaleźć się na "Amigos" i to w dodatku po "Europie". "Amigos" to urozmaicona płyta, z prawdziwymi klejnotami w postaci "Europy", "Gitano" i "Take Me With You", gwarantująca różnorodność muzycznych przeżyć, godna polecenia nie tylko zagorzałym fanom meksykańskiego czarodzieja gitary. -
- Real Illusions: Reflections
- Steve Vai
- cena: 37,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Jacek Podlewski 2005-04-19
Vai przekonuje o religijności swoich płyt, ale słychać na nich wciąż głównie wirtuozerię autora... (1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Steve Vai to artysta niezwykły. Z różnych powodów. Niezwykła jest biegłość, z jaką posługuje się swoją gitarą. Niezwykłe jest, jak 25 lat temu przebojem wdarł się do światowej czołówki gitarzystów i do dziś się w niej utrzymuje. A z drugiej strony wyróżnia go swoista „schizofrenia”. Od rozpoczęcia kariery solowej regularnie opowiada w wywiadach o uduchowieniu swojej muzyki i zawartych w niej emocjach, refleksjach i uczuciach, po czym nagrywa kolejne płyty wypełnione szaleńczymi instrumentalnymi popisami. Już dobrych parę lat temu dziennikarz „Tylko Rocka” trafnie podsumował problem z tym muzykiem: „Cały świat już wie, jakim wirtuozem jest Steve Vai. Teraz pora, żeby skomponował coś ciekawego”. Czy udało mu się to na najnowszej płycie, „Real Illusions: Reflections”? Album otwiera utwór „Building The Chuch”, czyli „Budując kościół”. Niestety, kościoła słychać w nim mało. Za to dużo budowy. Takiej z wiertarkami, młotami pneumatycznymi i spadającymi blokami betonu. Po wysłuchaniu go już wiem, że nic się nie zmieniło. Że to stary, dobry Vai. Potem dostajemy m.in. kawałek pod wdzięcznym tytułem „K’m-Pee-Du-Wee”, piosenkę „Firewall” z równie przebojowym tekstem „boom-shika-boom-shika-ba-ka-tu-ka”."Freak Show Excess" to skomplikowany "instrumental" z nieźle odjechanym finałem (Vai przypomina że niewielu muzyków dorównuje mu w grze techniką tappingu). Nieco świeżości wnosi piękny „Lotus Feet” nagrany z towarzyszeniem holenderskiej orkiestry. Ale to tylko przerywnik. Kolejnym utworem jest „Yai Yai” gdzie tytułowy tekst jest „wyśpiewywany” przez gitarę Steve’a przepuszczoną przez efekty, których cena przyprawiłaby o zawał dziesiątki muzyków, katujących po garażach stare instrumenty i rzężące wzmacniacze. Po nijakim "Midway Creatures" i "I'm Your Secrets", w którym Vai próbuje śpiewać zmysłowo przychodzi czas na Wielki Finał. „Under It All”. Prawdziwą atrakcję muzyk przygotował dla nas na koniec tego utworu. Oto słyszymy ludzi zanoszących do Boga swoje prośby i wyznających grzechy z przeszłości. Ciekawie brzmi, gdy głos kobiety opowiada, jak będąc dzieckiem spowodowała śmierć swego małego braciszka, a w tle słychać radosne podrygiwanie palców na gryfie. Na koniec pojawia się jeszcze chór (domyślam się, że anielski) śpiewający kolejne wzniosłe strofy. Wielkie uniesienie, oczyszczenie, odpuszczenie grzechów, kolejna solówka. Koniec płyty. Ale to nie jest zły album. Zespoł gra naprawdę świetnie, charakterystyczne brzmienie gitary lidera świetnie brzmi w szybkich, lecz niebanalnych solówkach. Coraz lepiej wychodzi mu też śpiewanie. Basista i perkusista potrafią „przywalić”. Większość kompozycji jest dynamiczna, wciągająca. Tylko po co te opowieści o religijności płyty? Chyba że jego religią jest szybkość. Ale w takim razie powinien może zostać kierowcą rajdowym, a nie gitarzystą? Wystawiłbym 3,5 gdybym mógł, bo album jest za dobry na 3, ale jednak trochę zbyt mało wciągajacy na 4. -
- Caravanserai
- Santana
- cena: 37,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Jacek Podlewski 2004-05-05
Santana na jazzowo (3 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
Na tej płycie Santana ukazuje nam swoje jazzowe możliwości, które, trzeba przyznać, są imponujące. Całość jest delikatna, spokojna, nastrojowa, nie ma tu śladów dzikiej bębnowo-gitarowej kakofonii znanej z pierwszych płyt, jednym słowem - jeden z czołowych muzyków pokolenia "dzieci-kwiatów" nagle ujawnił się jako rasowy jazzman. Prawdziwe perełki z tego albumu to "Song of the wind" - utwór wyjaśniający, co znaczy "płacząca gitara Santany" oraz jedyny prawdziwie energiczny fragment płyty - "All The Love Of The Universe". Od strony technicznej Carlos czaruje jak zawsze, doskonale brzmi sekcja rytmiczna, zaskakująco dobry jest wokal - przez lata pięta achillesowa grupy. Album tworzą w większości autorskie kompozycje członków zespołu, lecz słyszymy tu także innowatorską interpretację Jobima -"Stone Flower". Interesująco brzmi także surowe, minimalistyczne "Future Primitive", wplecione między dwa szybsze utwory, wbrew pozorom doskonale komponujące się z nimi, zmieniające na chwilę styl i atmosferę, nie niszcząc uroku całości. "Caravanserai" można by jeszcze długo analizować. Ale lepiej go posłuchać! :) Ta płyta to prawdziwa uczta zarówno dla fanów jazzu, jak i Santany! -
- Best Ballads "Summer Dreams"
- Santana
- (towar niedostępny)
Jacek Podlewski 2004-04-30
Cudeńko!
Takiej drugiej składanki próżno szukać. Niewielu artystów potrafi włożyć tyle czułości w muzykę, co Carlos, a ta płyta jest tego dowodem. Każdy kawałek to perełka, muzyka kipiąca uniesieniem, uczuciem, momentami wręcz erotyczna, a do tego jeszcze na końcu fenomenalny "chill out"... rewelacja! -
- III
- Santana
- (towar niedostępny)
Jacek Podlewski 2004-04-30
Kolejne arcydzieło Carlosa i spółki
Wydaje się niemożliwe, aby wydać trzy genialne płyty pod rząd, ale Santanie właśnie to się udało. "Trójka", pierwotnie wydana w 1971r., po przebojowych "Santanie" i "Abraxasie", różni się nieco od nich klimatem: początek jest rytmiczny, wprawiający w trans, a później całość przeradza się w kaskadę tanecznych, pogodnych rytmów. W przeciwieństwie do pierwszych płyt, tutaj gitara Carlosa wysuwa się zdecydowanie na pierwszy plan przed organy. Na płycie nie brakuje wspaniałych solówek, jest dojrzała muzycznie... Nic dodać nic ująć. Viva Santana! :)






Merlin in English














![To co dobre [Digipack] - Andrzej Piaseczny](/To-co-dobre_Andrzej-Piaseczny,images_small,11,88697994862.jpg)





