Jacek Podlewski
Rekomendacje:
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 23
-
- Death Magnetic [Polska cena]
- Metallica
- cena: 33,49 zł
- (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)
Jacek Podlewski 2008-11-17
Powrót do świetnej formy (2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
No i doczekaliśmy się. Najbardziej oczekiwana premiera roku (i to - śmiem twierdzić - nie tylko dla długowłosych wielbicieli ciężkiego grania) ujrzała światło dzienne. A rzesze fanów odetchnęły z ulgą - James Hetfield i spółka nie zawiedli. Pracy nad krążkiem towarzyszyły różne komentarze - zarówno pełne wiary w powrót zespołu do wielkiej formy, jak i zrezygnowane, w stylu "Metallica już się skończyła", "daliby sobie spokój". Nie brakowało powątpiewających, czy starszym o 20 lat muzykom uda się ponownie uzyskać agresywne brzmienie i energię znane z ich pierwszych wydawnictw z lat 80., do których, według lidera, miał być zbliżony nowy materiał. Jak się jednak okazało, to Hetfield miał rację. Nowy krążek przynosi potężną porcję tego, co zdecydowało o ponadczasowości klasycznych już dziś albumów - dłuższe, rozbudowane kompozycje, potężne brzmienie, motoryczną perkusję Larsa Ulricha, aranżacyjne smaczki. Można zapomnieć, że Kirk Hammett brał lekcje gitary jazzowej czy zagrał w duecie z Carlosem Santaną - na "Death Magnetic" jego solówki są "szybkie i wściekłe" i przywodzą na myśl "Kill'Em All". Basista ma też więcej niż dotąd do powiedzenia na płycie - przypomnijmy, że mimo kilkuletniego stażu w formacji jest to studyjny debiut Roberta Trujillo. Nie byłoby jednak tego albumu - ani w ogóle fenomenu Metalliki - gdyby nie James Hetfield. Charyzmatyczny frontman po raz kolejny pokazał, że jego głowa jest bezdenną kopalnią riffów, zaś niepowtarzalny głos nic nie stracił na mocy. "Death Magnetic" jest krążkiem bardzo ostrym i bezkompromisowym. Promujące go single: "Cyanide" i "End of the Line" to prawdziwe metalowe hity oparte na wyrazistych riffach. Obok nich znajdują się ambitniejsze kompozycje, takie jak "Judas Kiss" czy, przede wszystkim, rewelacyjne "All Nightmare Long" - rozpędzony muzyczny pocisk, który śmiało mógłby znaleźć się na "Ride the Lightning" lub "Master of Puppets". Nie można też nie wspomnieć o dziesięciominutowym, instrumentalnym "Suicide & Redemption", który przywodzi na myśl tytułową kompozycję z "The Crusade Trivium" - starzy wyjadacze pokazują tu młodszym kolegom, że czas nie pozbawił ich metalowego "wykopu" i wykonawczej biegłości. "S&R" raczej nie stanie się klasykiem na miarę "Oriona", ale z pewnością należy do ciekawszych propozycji nowego CD. Ukłonem w stronę "Czarnego Albumu" jest z kolei "Unforgiven III"... tego tytułu chyba nie trzeba wyjaśniać. Delikatne intro i spokojna zwrotka przynoszą jakże pożądaną chwilę odpoczynku od "łojenia", zaś rozbudowane zakończenie i jedna z najlepszych na płycie solówek stanowią świetną kulminację napięcia. Jest to zdecydowanie najbardziej radiowy utwór na "DM", chociaż nie ma mowy o wdzięczeniu się do publiki. Podsumowując - nowy album amerykańskich gigantów thrash metalu nie powinien nikogo rozczarować. Przynosi 80 minut solidnej, doskonale zagranej i wyprodukowanej muzyki. Zaś fani spragnieni powrotu do złotych lat najostrzejszej twórczości zespołu będą wniebowzięci. Nikt nie powinien mieć już wątpliwości, że Metallica nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa i okres słabości ma za sobą. Z uwagi na olbrzymie zainteresowanie premierą, już dziś można przewidywać, że płyta będzie rzadkim przypadkiem wielkiego, komercyjnego sukcesu muzyki wyjątkowo niekomercyjnej . -
- Hey Jimi - Polskie gitary grają Hendrixa (książka + CD)
- cena: 30,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Jacek Podlewski 2008-11-17
Gratka dla wszystkich miłośników sześciu strun (3 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
Muszę przyznać, że gdy usłyszałem po raz pierwszy o wydaniu tej płyty, lista biorących udział w przedsięwzięciu muzyków mocno rozbudziła moje oczekiwania. Jak okazało się później, nie na darmo - polska elita gitarowa dobrze się spisała. Trudno mieć jakiekolwiek zastrzeżenia, jeśli chodzi o skład "wioślarzy", których słyszymy, choć każdy pewnie dopisałby chętnie do nich kilka nazwisk (w moim przypadku byliby to Zbigniew Krebs i Dariusz Kozakiewicz). Podobnie jest z repertuarem - chociaż brakuje takich klasyków jak "Hey Joe", "Purple Haze" czy "Foxey Lady", to dobór kompozycji jest i tak satysfakcjonujący - dobrze oddaje różnorodność i bogactwo dorobku Hendriksa. Większość artystów postawiła na wierność oryginałom - co chwila odzywa się czyjś ognisty przester i wyrazisty groove sekcji rytmicznej. Jednak niemal każde nagranie nosi na sobie piętno osobowości interpretatorów - Jacek Królik gra jak zwykle z pełną wirtuozerią, lecz, jako że jest dojrzałym, doświadczonym gitarzystą nie pozwala technice przyćmić muzyki, zaś basowa solówka Krzysztofa Ścierańskiego z "Third Stone From The Sun" równie dobrze sprawdziłaby się w którejś z jego autorskich kompozycji. W tym samym utworze Marek Raduli raczy nas zagrywkami z pogranicza stylu Jimiego i Carlosa Santany. Chyba najbliżej samego Hendriksa jest Jan Borysewicz, który wykonał mniej znany, ale znakomity utwór "Power of Soul" z takim ogniem, że przez kilka minut staje nam przed oczami Woodstock '69. Niewątpliwie wyróżnia się delikatna, jazzująca interpretacja "The Wind Cries Mary" Wojciecha Waglewskiego. Brawa należą się też Zbigniewowi Hołdysowi za oryginalny pomysł wykorzystania fletu w "Fire", co nadało temu mocnemu z założenia kawałkowi artrockowego charakteru. W zasadzie trudno wskazać tutaj słabszy utwór czy kiepskie wykonanie. Mnie osobiście najmniej przypadł do gustu "Voodoo Child" Leszka Cichońskiego, który postawił na mroczny nastrój zamiast dynamiki i "wykopu"; (a wiem, że potrafi zagrać ten numer inaczej, było się na paru koncertach), ale niektórym może się akurat takie podejście bardzo spodobać. Nie sposób pominąć doskonałej roboty, którą wykonali na "Hey Jimi" zaproszeni wokaliści. Sebastian Riedel śpiewa "Red House" i autorski utwór Leszka Cichońskiego "Thanks Jimi" (jedyna piosenka niepochodząca z repertuaru Hendriksa) tak, że ojciec może być z niego dumny. Błyszczy też Ewelina Flinta w "Little Wing", zaś Małgorzata Stępień brzmi w "Crosstown Traffic" jak diva soulu. Koniecznie muszę też wspomnieć o doskonałej oprawie krążka - w stylowej okładce znajdziemy kolorową książeczkę ze wspomnieniowym tekstem Zbigniewa Hołdysa poświęconym Hendriksowi, a także licznymi zdjęciami. Zaś po włożeniu CD do napędu komputera możemy zapoznać się z gitarową miniszkółką "Rekordowe ABC gitarzysty". Wszystko to potwierdza, że płyta jest nie tylko wydarzeniem artystycznym, lecz także gruntownie przemyślanym projektem. Album "Hey Jimi" okazał się bardzo udanym przedsięwzięciem. Pozostaje tylko czekać na następną okazję, kiedy polska gitarowa śmietanka połączy siły. -
- Mothership [Jewelcase]
- Led Zeppelin
- cena: 60,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Jacek Podlewski 2007-11-21
Więcej niż rockowa lekcja historii... (1 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Wielcy, niedościgli, legendarni. Wyjątkowego, poczesnego miejsca, jakie zajmuje ten zespół w historii rocka od dawna nikt już nie kwestionuje. Ale na liście powodów, dla których warto posłuchać tej kompilacji, historyczne zasługi grupy zajmują jedno z ostatnich miejsc. Bo ich muzyka ma cechę właściwą arcydziełom - ponadczasowość. Mimo upływu prawie 40 lat od debiutu, kompozycje zespołu nie przestają porażać dynamiką, ekspresją i mocą i są wzorem idealnego, blues-rockowego grania. Zaś po wysłuchaniu zamieszczonych na "Mothership" zremasterowanych wersji można śmiało powiedzieć, że Ołowiany Sterowiec nigdy nie brzmiał lepiej. Jeśli chodzi o zawartość muzyczną krążków, to trudno mówić o jakimkolwiek zaskoczeniu - żadnych premierowych nagrań czy "znalezisk" - zamiast tego 24 kanoniczne kompozycje, dobrze znane miłośnikom formacji. Jest tu w zasadzie wszystko - psychodelia ("Dazed And Confused"), epicki rozmach ("Achilles Last Stand"), powiew Orientu ("Kashmir"), folk-rock ("Over The Hills..."), bluesowe improwizacje ("Good Times..."), no i rzecz jasna największy rockowy hymn wszech czasów, czyli "Stairway To Heaven". Nie zabrakło też rzecz jasna jednego z najbardziej rozpoznawalnych riffów w dziejach ostrego grania, czyli "Whole Lotta Love". Jest agresywnie ("Immigrant Song", "Black Dog", "Communication Breakdown"), jest też delikatnie ("Babe..."), nad całością góruje wyjątkowy głos Roberta Planta i gitarowy geniusz Jimmy'ego Page'a, którego pomysłowość po prostu oszałamia. Każdy riff wbija się w pamięć, każde solo płonie rockowym ogniem - moim typem chyba na zawsze już będzie "Since...", gdzie Page osiąga szczyty bluesowej maestrii. Grupa mistrzowsko łączy muzyczną tradycję z nowatorskimi jak na tamte czasy rozwiązaniami brzmieniowymi, w związku z mniej więcej chronologicznym układem utworów na krążkach słychać też ich muzyczną ewolucję - zwłaszcza ostatnie w zestawie "All My Love" ilustruje flirt zespołu z lżejszymi, klawiszowymi brzmieniami, odmiennymi od ostrego "łojenia" z początków kariery (osobiście nie przepadam za tą piosenką i umieściłbym zamiast niej znacznie ciekawszy utwór "Carouselambra", ale w końcu z wyborem samych mistrzów nie dyskutuje się...). Trochę się rozpędziłem w tych zachwytach, ale jak inaczej pisać o tak znakomitej antologii zespołu, bez którego muzyka XX wieku wyglądałaby inaczej (nawiasem mówiąc, ciężko by było wybrać z ich dorobku antologię, która nie byłaby znakomita)? Z początku nasuwało się wprawdzie pytanie - dla kogo ten album? Odpowiedź jest jednak prosta - dla każdego! Dla mało osłuchanych będzie to idealny początek przygody z muzyką grupy i z rockiem w ogóle - trudno o lepszą lekcję historii tego gatunku. Ale także miłośnicy LZ z przyjemnością posłuchają ulubionych hitów, brzmiących tu, jak już wspominałem, lepiej niż kiedykolwiek. Aż się prosi choćby o naparstek, jeśli nie łyżkę dziegciu... więc proszę bardzo - brakuje "The Rover", "Gallows Pole", "Moby Dicka" i jeszcze "kilku klasyków"... cóż, nie można mieć wszystkiego. -
- Kill To Get Crimson [Polska cena]
- Mark Knopfler
- cena: 33,49 zł
- (wysyłamy w ciągu: 14 dni )
Jacek Podlewski 2007-09-23
Stary dobry Knopfler wciąż trzyma poziom (9 z 12 uznało tę recenzję za pomocną.)
Latka lecą, a dla Marka Knopflera czas jakby się zatrzymał. Niektórych słuchaczy może to drażnić, inni właśnie za to go kochają, w każdym razie pewne jest jedno - legendarny lider Dire Straits jest na solowej drodze artystycznej konsekwentny do bólu. Od czasu rozwiązania słynnej formacji szlifuje własny styl odchodząc coraz bardziej od rocka na rzecz delikatnych, akustycznych brzmień. I chociaż jego głos i zmysł melodyczny pozostają te same, to trudno porównywać "Kill To Get Crimson" z "Communique" czy nawet z "Brothers In Arms". Od razu uprzedzę, że nie należy się spodziewać stylistycznej wolty. Zamiast tego nowy album przynosi kolejną porcje pięknych, nastrojowych, smakowicie wykonanych piosenek. Słowa, które pierwsze cisną się na usta po wybrzmieniu ostatnich nut całości to "relaks", "spokój", "luz". Bo jest to muzyka wyciszająca i kojąca, muzyka człowieka, który swoje już zrobił i przeżył, i może grać to, co sprawia mu przyjemność zamiast cokolwiek komukolwiek udowadniać. A zatem ponownie serwuje swoją mieszankę bluesa, folku, country i rockowych ballad, choć np. "Madame Geneva's" kojarzy mi się wręcz z poezją śpiewaną. Zresztą Knopfler- tekściarz ma równie charakterystyczny styl, co Knopfler - kompozytor i Knopfler - gitarzysta. Zawsze dawał się też poznać jako błyskotliwy aranżer, niebojący się sięgnąć po oryginalne instrumentarium, które nieraz wręcz ratowało słabszą piosenkę. Tu jest z tym niestety gorzej. Generalnie słychać klasyczny zestaw - dobrze znane brzmienia gitar + sekcja rytmiczna, tylko tu i ówdzie saksofon czy akordeon (urocze "Seconary Waltz"). Sprawia to, że pomimo ciekawych melodii (to już standard) poszczególne utwory zbytnio zlewają się w jedną całość i płyta balansuje na cienkiej granicy między spójnością a monotonią. Na szczęście korzystnie działa tu układ albumu, na którym szybsze piosenki przeplatają się ze stanowiącymi większość wolniejszymi. Jeden z najmocniejszych punktów "Kill To Get Crimson" czeka na samym końcu. Jest to ponadsiedmiominutowe "In The Sky", potwierdzające mistrzostwo pana Marka w pisaniu ballad, urzekające rozbudowaną codą z delikatnym solem saksofonu. Zamknąwszy oczy, możemy wyobrazić sobie, że słuchamy koncertowej improwizacji, jednak gdy wygaśnie ostatni ton słyszymy - zamiast braw i okrzyków domagających się bisów - tylko ciszę. Co w tej sytuacji? Nie wiem jak wy, ja z chęcią puszczam płytę od początku. Bo nie jest to wydawnictwo ważne, przełomowe, odkrywcze. Ale bardzo ładne i przyjemne dla ucha. -
- Live!
- Carlos Santana
- (towar niedostępny)
Jacek Podlewski 2007-08-28
Czterdzieści minut improwizatorskiego szaleństwa (1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
W roku 1972 roku niewiele nazwisk tak elektryzowało rockowy światek jak Carlos Santana i Buddy Miles. Nic dziwnego, że wspólnie sygnowany przez nich album koncertowy wywołał spore emocje. Ale nie zabrakło też kontrowersji. Co rzuca się w oczy, a właściwie w uszy, po przesłuchaniu całego materiału, to totalne wyłamanie się z aranżacyjnych schematów. Nie powinno to dziwić, w końcu zarówno Santana, jak i Miles (jako perkusista Jimiego Hendrixa) już wcześniej dali się poznać jako zwolennicy długich, rozimprowizowanych form. Tak więc dostajemy prawdziwa apoteozę muzycznej spontaniczności i niemal nieograniczonej kompozycyjnymi ramami swobody wypowiedzi. Mimo, że muzyka rozbudowanego koncertowego składu nie odbiega zbytnio stylistycznie od wcześniejszych dokonań Santany, to zawarta na płycie wersja "Evil Ways" mocno odbiega od oryginału, zamieniając jego nieco tajemniczy, psychodeliczny klimat na niemal taneczną dynamikę. I taki jest cały ten album: swingujący, oparty na doskonałym groove sekcji rytmicznej pod przewodnictwem Milesa, mniej latynoski, a bardziej podszyty funkiem. Pulsujące rytmy i proste riffy są punktem wyjścia do niekończących się jamów. W tej sytuacji o wartości albumu decyduje forma solistów. A z tą jest różnie. Obok brawurowych partii, w których celuje Santana, ale także wspierający go dzielnie w gitarowych bojach Neal Schon, nie udało się uniknąć nieco nużących, ciągniętych na siłę solówek, choć te są na szczęście w mniejszości. Niewątpliwie najważniejszą częścią longplaya jest wypełniający jego drugą połowę "Free Form Funkafide Filth", w którym pomimo pojawiających się dłużyzn zespołowi udaje się przez ponad 20 minut utrzymać napięcie i klimat. Oprócz "wioślarzy" swoje pięć minut (które w kontekście czasu trwania utworu należy traktować dość dosłownie) mają tu także członkowie sekcji dętej i klawiszowiec. Największą zaletą albumu jest z pewnością potężna dawka energii, nieosiągalna w warunkach studyjnych. Warto też wspomnieć o świetnej jakości dźwięku na kompaktowej reedycji. Całość brzmi czytelnie, selektywnie i przestrzennie. Zaś dość krótki jak na "koncertówkę" czas trwania całości dla jednych będzie wadą, dla innych - przy takiej intensywności materiału muzycznego - zaletą. Dodatkowej wartości płyta nabiera gdy spojrzymy na nią przez pryzmat poprzedniego ("III") i następnego ("Caravanserai") wydawnictwa Santany. Jest ona bowiem wyjątkowym zapisem pośredniego stadium na twórczej drodze Meksykanina, który znajdował się w pół drogi między uprawianym przez siebie wcześniej latynoskim fusion, a uduchowionym jazzem słyszanym na takich albumach, jak wspomniane "Caravanserai" czy "Welcome". Ale nie trzeba kontekstu "historycznego", aby docenić zawartą na "Live!" muzykę. Wystarczy wrzucić ją do odtwarzacza i dać się porwać. Dla mnie poskutkowało. -
- One More Car, One More Rider
- Eric Clapton
- (towar niedostępny)
Jacek Podlewski 2007-08-20
Prawdziwa muzyczna uczta w przystępnej cenie (2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Czas starł z murów napisy głoszące "Clapton jest Bogiem", ale gwiazda pana Erica wciąż świeci mocno i przyciąga na koncerty tłumy fanów. Zaś dokumentujący jeden z występów na żywo album "One More Car, One More Rider" to świetna zachęta, aby do tych tłumów dołączyć. Repertuarowo mamy tu przekrój przez całą karierę Claptona: okres Cream reprezentuje "Sunshine Of Your Love", bluesową stronę gitarzysty słychać w "Key To The Highway", "Hoochie Coochie Man" czy rewelacyjnie wykonanym "River Of Tears", nie zabrakło też oczywiście słynnej "Layli", "Tears in Heaven" czy bardziej popowych przebojów muzyka jak "My Father's Eyes" i "Sunlight in the universe". Z nowszych kompozycji jest tu świetne "Got You On My Mind", a prawdziwą perełką jest instrumentalny "Repitle" ze świetnym, chwytliwym tematem. Oczywiście można kręcić nosem: a gdzie "Crossroads", gdzie "White Room", itd., ale chyba każdy zgodzi się, że trudno dokonać idealnego wyboru z tak bogatego dorobku, jakim może poszczycić się Clapton, a dwa CD to naprawdę satysfakcjonująca dawka muzyki. Tym bardziej, że zagranej z niebywałą klasą i polotem. Choć w grze lidera brakuje może nieco ognia z czasów, gdy w Cream wyznaczał nowe gitarowe szlaki, to wciąż potrafi zachwycić subtelnym frazowaniem i brzmieniem, przez cały koncert świetnie spisuje się też jako wokalista. Zaś towarzyszący mu zespół to prawdziwa ekstraklasa (m.in. Steve Khan i Billy Preston), zresztą kto dziś odmówiłby zagrania z Claptonem? Wyróżnić należy znacznie bardziej ekspresyjne od studyjnej wersji "My Father's Eyes" oraz "Tears In Heaven", któremu nowa aranżacja tylko dodała kolorów, nie niszcząc niezwykłego nastroju i wymowy tej przepięknej piosenki. Zresztą, gdy odłożymy na bok kunszt wykonawczy i aranżacyjny, w pełni ukaże się kompozytorska wielkość Erica, który nawet w bardziej uładzonym, by nie rzec komercyjnym wydaniu zachował emocjonalny przekaz i niebanalną melodykę. Jakby mało było uczty muzycznej, w zestawie znajdujemy także krążek DVD z filmowym zapisem występu. Twórczość zespołu odbiera się w tej formie równie przyjemnie, pomimo skromnej oprawy. Żadnych laserów, kłębów dymu spowijających scenę, nic, co mąciłoby wymowę samej muzyki. Jedynie w "Going Round In Circles" klawiszowiec Billy Preston funduje widzom małą niespodziankę, ale ... nie uprzedzajmy faktów. Pewien mój znajomy, słuchając tego koncertu, pokiwał tylko głową i powiedział: Eric Clapton to jest gość. Nic dodać, nic ująć. -
- Lapidaria
- Ryszard Kapuściński
- (towar niedostępny)
Jacek Podlewski 2007-08-20
Świat w pigułce - niemożliwe? A jednak (4 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)
Porusza. Wciąga. Trafia w sedno. Mówi o rzeczach najważniejszych bez zadęcia i przemądrzałości.Pobudza do myślenia czytelnika. Zaskakuje celnością uwag, tak oczywistych, że aż genialnych. Poraża erudycją, a zarazem ujmuje przystępnością i przejrzystym przekazem. Podkreśla nieobjętość świata, a zarazem pomaga go zrozumieć. Niedościgły obserwator otaczającej nas rzeczywistości. Taki jest Kapuściński. Takie są "Lapidaria". Kogoś jeszcze trzeba zachęcać? -
- 70 A
- Breakout
- cena: 24,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)
Jacek Podlewski 2007-07-23
Niezasłużenie zapomniany album (7 z 8 uznało tę recenzję za pomocną.)
Album "70A" to dziś - nieco zapomniana pozycja w porównaniu z tak kanonicznymi krążkami jak "Blues" czy "Ogień". Przyczyny tego można upatrywać w braku hitowych utworów, które przetrwałyby w świadomości słuchaczy wiele lat, jak "Kiedy byłem małym chłopcem" czy "Oni zaraz przyjdą tu". Niemniej warto posłuchać dziś tej płyty nie tylko ze względu na udział w sesji nagraniowej dziewiętnastoletniego zaledwie Józefa Skrzeka, który zagrał na basie i klawiszach. Początek jest mocny. "Skąd taki duży deszcz" to sześć minut zakręconego, swobodnego grania w stylu Led Zeppelin (zwłaszcza w środkowej, jamowej części). Następne w kolejności, bardziej jazzujące "Przemijanie" bliższe jest znakomitemu debiutanckiemu LP grupy; na uwagę zasługuje tu fantastyczne saksofonowe solo Włodzimierza Nahornego. "Dziwny weekend" to intrygujący tekst w równie frapującej oprawie muzycznej, zaś "Taką drogę" to już zapowiedź mającego lada chwila nastąpić zwrotu Tadeusza Nalepy i jego formacji w stronę bluesa. Z całości wyróżnia się niewątpliwie "Zapraszamy na korridę". Jak można spodziewać się po tytule, zespół sięga tu po elementy flamenco, podając je jednak w rockowym "sosie"; rezultat nie do końca przekonuje (moim zdaniem przydałyby się tu np. gitary akustyczne), ale z pewnością zwraca uwagę. Najważniejszą piosenką na "70A" jest jednak "Piękno" - długi, epicki song z refleksyjnym tekstem i świetną częścią instrumentalną - najpierw słyszymy wyborne solówki basu i gitary, po czym Nalepa podejmuje porywające unisono z Mirą Kubasińską. Ten wyśmienity utwór, będący, gdy spojrzymy w szerszej perspektywie czasowej, preludium do największych dokonań Nalepy kompozytora byłby wspaniałym finałem płyty. Muzycy uznali jednak inaczej, proponując nam "Nie znasz jeszcze życia", które jest niestety jednym ze słabszych punktów albumu. Nijaka melodia i przeciętny, nieco "mentorski" w tonie tekst tym bardziej rażą w zestawieniu z poprzednim utworem. Na szczęście całość zamyka bardziej udana "Przestroga", która z kolei zaskakuje i w warstwie lirycznej, i w sferze melodii. Trudno oprzeć się urokowi zgodnie śpiewających Nalepy i Kubasińskiej, którzy zresztą na całej płycie dzielą się obowiązkami przy mikrofonie. Niestety, o ile trudno zarzucić cokolwiek warsztatowi muzyków (chociaż w partiach gitary chciałoby się więcej "ognia" à la Jimmy Page), to niewiele dobrego można dziś, po latach od premiery, powiedzieć o brzmieniu i produkcji. Należy jednak patrzeć na to przez pryzmat czasów, kiedy powstawała płyta i ówczesnych możliwości sprzętowych. Nie psuje to jednak zbytnio odbioru tej ciekawej i moim skromnym zdaniem niedocenianej propozycji. Warto posłuchać! -
- Ciekawe czasy
- Terry Pratchett
- (towar niedostępny)
Jacek Podlewski 2007-07-23
"Pratchett at his best", jak powiedzieliby jego rodacy (14 z 15 uznało tę recenzję za pomocną.)
Na sam dźwięk imion głównych bohaterów tej książki uśmiech pojawia się na ustach licznych miłośników Pratchetta. Rincewind, Bagaż czy Cohen Barbarzyńca to dla nich prawdziwie kultowe postaci, zresztą zasłużenie. W całym cyklu o Świecie Dysku, którego rozmach i dbałość o szczegóły wzbudzają co najmniej szacunek, opowieści traktujące o przygodach niewydarzonego maga i jego drewnianego towarzysza o licznych nogach zasługują na szczególną uwagę. Z góry wiadomo, że możemy spodziewać się szalonej akcji, błyskotliwych dialogów i ciętych komentarzy w stężeniu nieprzeciętnym nawet u Pratchetta. Tym razem jednak można śmiało powiedzieć, że autor przeszedł sam siebie. Ale zacznijmy może od początku... Głównym miejscem akcji jest tu, znane jedynie z wzmianek w poprzednich książkach, Imperium Agatejskie, kraj dziwnym zbiegiem okoliczności zamieszkany przez skośnookich zbieraczy ryżu i otoczony Wielkim Murem... Do tej obcej krainy zostaje wysłany nasz bohater, który zostaje następnie wplątany w liczne intrygi - oczywiście jak zwykle niepytany przez nikogo o zdanie. Na szczęście z pomocą przychodzi mu stary znajomy - Cohen, który w dodatku nie jest sam, lecz towarzyszy mu grupa starych kolegów po fachu... Nie ma sensu zdradzać dalszych szczegółów fabuły, dość powiedzieć, że jeden gag goni tu drugi, zwroty akcji następują w najwłaściwszych momentach a charakterystyczne pratchettowskie refleksje i dygresje występują w optymalnej ilości, wprowadzając pewne urozmaicenie, a nie odciągając na zbyt długo od głównych wątków. Skoro zaś już mówimy o wątkach, warto zaznaczyć, że akcja mimo niewątpliwej złożoności pozostaje klarowna i dynamiczna, a autorowi udaje się nie wpaść w pułapkę fabularnego "przedobrzenia". Mimo trzystustronicowej objętości książkę połyka się jednym tchem, z przerwami jedynie na gromkie wybuchy śmiechu. Jak zwykle nie bez znaczenia jest tu wirtuozerski wręcz przekład Piotra Cholewy, który wychodzi z tarczą z konfrontacji z nawet najbardziej wymyślnymi neologizmami. Moim zdaniem jest to zdecydowanie jedna z najlepszych pozycji Świata Dysku a także idealna propozycja dla zaczynających swoją przygodę z jednym z najniezwyklejszych światów literackiego multiwersum. -
- Gillan's Inn
- Ian Gillan
- (towar niedostępny)
Jacek Podlewski 2007-07-23
Wyjątkowa antologia wyjątkowego muzyka (3 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
Czterdzieści lat pracy artystycznej to wyczyn nie lada. Jeszcze większe uznanie wzbudza ten, kto po czterdziestu latach w świecie rocka wciąż zachowuje świetną formę. Na taką okazję aż się prosi żeby wydać antologię swojego dorobku, choć w przypadku artysty tak zasłużonego, jak Ian Gillan, wybór najciekawszych dokonań nie jest łatwym zadaniem. Ale stary wyjadacz poradził sobie z nim doskonale, przechodząc najśmielsze oczekiwania fanów. Na krążku „Gillan’s Inn” znajdujemy 14 utworów obejmujących przekrój całej kariery wokalisty. Lecz aby uniknąć konfrontacji niedoskonałych produkcyjnie i brzmieniowo szlagierów sprzed lat z nowszymi propozycjami, Gillan zdecydował się nagrać nowe wersje wszystkich piosenek. I to był prawdziwy strzał w dziesiątkę! Z góry rozwiewam wszelkie obawy związane z jego wiekiem; jedno z najsłynniejszych hardrockowych gardeł wciąż jest pełne mocy. Nie znajdziemy tu może niczego przypominającego słynne krzyki z albumu „Made In Japan”, niemniej skala i siła głosu pana Iana wciąż robi wrażenie. Zaś prawdziwy zawrót głowy wywołuje lista zaproszonych gości. Joe Satriani, Steve Morse, Uli Jon Roth, Tony Iommi, Jeff Healey… w tym momencie każdy koneser gitarowego „wymiatania”, który jeszcze nie słyszał tej płyty powinien przerwać lekturę i nadrobić ten brak przy pomocy wycieczki do sklepu bądź paru kliknięć na Merlin.pl. A do tego jeszcze Ronnie James Dio i koledzy z Deep Purple. Ale nawet bez udziału tej plejady znakomitości ta niezwykła kompilacja obroniłaby się, gdyż wśród produkcji młodych wykonawców próżno szukać pozycji o porównywalnej dawce energii i rockowego czadu. Panowie pokazują, że nie liczy się metryka, lecz umiejętności i „młodość ducha”. Każdy kawałek jest tu z pomysłem, zadziorne, dynamiczne riffy następują jeden za drugim, o klasie solówek nie muszę nawet wspominać przywoławszy listę zaproszonych gitarzystów. W sumie trudno wyróżnić tu konkretne utwory, które wybijałyby się ponad resztę. Warto natomiast wspomnieć o przynoszącym wyciszenie i oddech „Loving On Borrowed Time”, gdzie Gillan Oczywiście trudno też przejść obojętnie obok kolejnej świetnej wersji „Smoke on The Water”. Natomiast o ile solo Healeya w „When a blind man cries” robi wrażenie, o tyle trudno opędzić się od myśli, że zamiast technicznego „rozpasania” lepiej pasowała do tej przejmującej piosenki oszczędna gra Ritchiego Blackmore’a w oryginalnej wersji. Jakby znakomitej zawartości audio było mało, na drugiej stronie płyty znajduje się DVD z materiałami bonusowymi. Wśród nich pełen humoru film dokumentujący sesję nagraniową, galeria zdjęć, a także rarytas w postaci fragmentów bootlegu z koncertu Deep Purple z Joe Satrianim. Naprawdę nie przesadzę ze stwierdzeniem, że Gillan rozpieścił tym krążkiem swoich fanów. Ale nie tylko oni będą zachwyceni tą płytą. Legendarny wokalista wespół z równie znakomitymi kolegami zafundował wszystkim naprawdę piękną podróż po krainie ciężkich brzmień i pokazał, że nie powiedział jeszcze bynajmniej ostatniego słowa.

Merlin in English

![Band Of Joy [Polska cena] - Robert Plant](/Band-Of-Joy_Robert-Plant,images_small,29,2750079.jpg)



![Symphonicities [Polska cena] - Sting](/Symphonicities_Sting,images_small,30,2745553.jpg)






![Zaz [Polska cena] - Zaz](/Zaz_Zaz,images_small,23,2750190.jpg)





