stały recenzent  AGATA KRYSIAK

"CLOSE YOUR EYES AND HEAR THE MUSIC, CLOSE YOUR EYES AND FEEL THE MUSIC, OPEN YOUR MIND TO KNOW THE MUSIC, LET YOUR SOUL COME TASTE THE MUSIC, SOMEBODY`S WORDS AND THAN THERE`S MUSIC, IT`S THERE FOR YOU AND ME, IT`S MUSIC, IT`S STILL A MYSTERY, WHAT IS THIS? NO NEED TO FEAR IT`S ONLY MUSIC" (poundhound)

Rekomendacje:

  1. Cross Roads 2007
  2. Vices
  3. Bedlam In Goliath [Jewelcase]
  4. Amputechture
  5. Stadium Arcadium
  6. Year Zero
  7. Mothership [Special] [2CD+DVD]

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 34

  • Cross Roads 2007

    AGATA KRYSIAK 2008-03-31

    4-godzinna muzyczna uczta   (5 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)

    W życiu Erica Claptona był taki czas, gdy spiętrzenie tragedii osobistych spowodowało załamanie artysty. Szukał wtedy pocieszenia w alkoholu i narkotykach co - jak powszechnie wiadomo - miało działanie destrukcyjne. Clapton najpierw sięgnął dna, a potem stoczył zwycięską walkę z nałogami i z niebytu powrócił do życia artystycznego, pomógł mu przyjaciel - Peter Townshend z The Who. Teraz się odpłaca, w bardzo piękny sposób. Zorganizował ośrodek odwykowy Crossroads Centre na karaibskiej wyspie Antigua, a pieniądze na jego utrzymanie zdobywa organizując koncerty charytatywne. Crossroads Guitar Festival odbył się 28 lipca 2007 w słonecznym tego dnia Chicago. To było niemal Święto - aż 11 godzin muzyki non stop. Wydarzenie to zostało zarejestrowane, a jego wybrane fragmenty ukazały się na podwójnym DVD. "Crossroads Guitar Festival 2007" to 4-godzinna muzyczna UCZTA. W aż 38 kompozycjach blues spotyka się z rockiem, country i jazzem. Zestaw artystów jest imponujący, a wśród nich prawdziwe legendy: B.B. King, Johnny Winter, John McLaughlin, Jimmie Vaughan, Sonny Landreth, Vince Gill, Willie Nelson, Jeff Beck, Steve Winwood i sam Buddy Guy; To co serwuje nam dysk nr 1 może wprawić w zachwyt (mnie zachwyciło). Już sam początek jest mocno zaskakujący, gdy na scenę wychodzi Bill Murray w krótkich spodenkach i zaczyna śpiewać słynną "Glorię" Vana Morrisona, przygrywając sobie na gitarze. Po chwili dołącza do niego Clapton i oto mamy super duet.W dalszej części koncertu aktor pojawia się jeszcze wiele razy, w niezwykle radosny sposób pełniąc tutaj rolę konferansjera. Artystów zapowiada z dużą fantazją, często wychodzi na scenę specjalnie ucharakteryzowany - a to na Jeffa Becka sprzed lat, a to na Claptona z epoki Cream. W dalszej części pojawia się Johnny Winter razem z The Derek Trucks Band w legendarnej kompozycji Boba Dylana "Highway 61 Revisited". Potem Robert Randolf & Family Band w "Nobodysoul", Robert Cray z zespołem w "Poor Johnny" i wreszcie B.B. King i jego piękna pochwała działalności Erica Claptona oraz wspólny występ z The Robert Cray Band, Jimmie Vaughanem i Hubertem Sumlinem, a dalej Clapton i Willie Nelson w równie zacnym towarzystwie. Po pierwszym wspaniałym wrażeniu przychodzi czas na dysk nr 2, którego zawartość może powalić (mnie powaliła). Najpierw John Mayer cudnie śpiewa "Gravity", potem Jeff Beck w towarzystwie Alison Krauss (to ta pani z którą płytę nagrał niedawno Robert Plant) wyczyniają cuda na swoich gitarach; następnie Eric Clapton pięknie składa hołd Georgowi Harrisonowi w coverze "Isn`t It a Pity". Emocje narastają gdy Steve Winwood z Claptonem przywołują ducha Blind Faith wspólnie wykonując 3 kompozycje tej supergrupy. "Crossroads Guitar Festival 2007" kończy "Sweet Home Chicago" w wykonaniu Buddy Guya z udziałem Claptona, Craya, Mayera, Sumlina, Vaughana i Wintera. Wszystko to, co prezentują oba dyski jest wspaniale pokazane, w pięknych ujęciach i ciepłych barwach. Dźwięk jest najwyższej jakości. Realizatorom ładnie udało się uchwycić radosną atmosferę panującą na scenie i wśród 28.000 fanów muzyki zebranych przed nią. Całości uroku dodają interesujące wstawki z backstage`u z komentarzami samych artystów. Trzeba tylko trochę wyobraźni, żeby za sprawą tego DVD przenieść się do Chicago z 28 lipca 2007 i przeżywać cuda na Crossroads Guitar Festival.
  • 13th Star
    • 13th Star
    • Fish
    • cena: 67,49 zł
    • (wysyłamy w ciągu 24 godz.)

    AGATA KRYSIAK 2008-02-17

    Fish nie zaskakuje - Fish trzyma wysoki poziom   (4 z 8 uznało tę recenzję za pomocną.)

    "13th Star" czyli trzynasta gwiazda. Dlaczego trzynasta? Bo to jest już trzynasty album w dorobku tego artysty licząc od początku, czyli od "Script for a Jester's Tear" z 1983 r., którym Fish zadebiutował z zespołem Marillion, jako jego pierwszy i dla wielu ostatni wokalista. Ciekawy jest sposób dystrybucji nowego solowego krążka pana Ryby. Mimo, że w sklepach "13th Star" ukazał się dopiero 11. lutego, część fanów może się cieszyć tą płytą już od października ubiegłego roku, od kiedy specjalna, limitowana wersja albumu (wydana w łącznej liczbie 10 000 egzemplarzy) była dostępna za pośrednictwem strony internetowej wokalisty oraz sprzedawana podczas trasy koncertowej "Clutching At Stars". Jaki jest nowy album Fisha? Udany! Za większość muzyki po raz pierwszy odpowiedzialny jest jego wieloletni współpracownik, basista Steve Vantsis. Dzięki temu muzyka na tym krążku zyskała świeże, melodyjne brzmienie. Wśród muzyków towarzyszących są dobrzy znajomi: Frank Usher gra na gitarach, Foss Paterson na klawiszach, a Gavin Griffiths na perkusji, Lorna Bannon śpiewa w chórkach, a w kilku utworach usłyszeć można gitarzystę Chrisa Johnsona z Mostly Autumn. Album "13th Star" nie jest specjalnie przebojowy, ale przecież nie tego oczekujemy od Fisha. Są tutaj ładne rockowe piosenki, w niektórych gdzieś daleko pobrzmiewają echa dawnego Marillion. Całość jest dosyć równa i powinna zadowolić każdego fana, bardzo przyjemnie się tego słucha. Warto też zwrócić uwagę na teksty, dla odmiany mniej polityczne i socjologiczne jak ostatnio u tego artysty, a bardziej osobiste i melancholijne. Fish śpiewa o uczuciach, o niespełnionej miłości. Fanów ucieszą też dodatki dołączone do wcześniej wspomnianej, limitowanej wersji albumu. Są to: płyta DVD "The Making Of 13th Star" z reklamówką internetowego kanału "Fish TV" oraz film ilustrujący przygotowania materiału muzycznego i prace w studiu nagraniowym. W tym filmie Fish mówi i mówi... ale szczególnie bywalcy jego koncertów powinni pamiętać, że on bardzo lubi dużo mówić. Jednak dla wielbicieli głosu artysty, niezależnie czy mówionego czy śpiewanego, jest to niewątpliwy rarytas.
  • Dzikie lata. Muzyka i mit Toma Waitsa

    AGATA KRYSIAK 2008-01-29

    To opowieść o tym, że życie artysty nie zawsze jest kolorowe   (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Napisaną przez Jay S. Jacobsa biografię Toma Waitsa czyta się prawie jak powieść. Wybitna osobowość bohatera została przedstawiona w bardzo kolorowy sposób i to właśnie jest głównym atutem tego całkiem przepastnego tomu. Nie jest łatwo pisać o kimś, kto bardzo rzetelnie skrywa swoją prywatność i Jacobs nawet nie próbuje wchodzić w szczegóły ciemnej strony życiorysu Waitsa. Dzięki przytaczanym tutaj anegdotom oraz słowom artysty pochodzącym z wywiadów, łatwo jest samemu stworzyć sobie jego obraz. Z jednej strony - pijaka i włóczęgi, dobrze czującego klimat podłych barów i podrzędnych hoteli, uwielbiającego stare, nieekonomiczne (ale za to wygodne!) amerykańskie samochody. Z drugiej - troskliwego męża i ojca, wybitnego kompozytora i pieśniarza, dodatkowo obdarzonego talentem aktorskim, człowieka niezwykle inteligentnego, o specyficznym poczuciu humoru. Tom Waits nie jest gwiazdą, nie do każdego przemawia jego niełatwa muzyka, mimo to ma duże grono wiernych fanów (więcej w Europie niż w rodzinnej Ameryce) wśród których są m.in.: syn jego idola - lider zespołu Low Millions Adam Cohen oraz syn jego guru - lider The Wallflowers Jacob Dylan. Również syn Waitsa - Casey Xavier (fan Rage Against The Machine) zajmuje się muzyką, wziął udział m.in. w nagraniu albumu swojego ojca "Real Gone". Przyjacielem Toma Waitsa jest Les Claypool z Primusa. Warto też zajrzeć do "Dzikich lat..." żeby poznać trudne początki Toma i przyczynę jego niemal traumy po występach przed koncertami Franka Zappy oraz rolę, jaką w jego życiu i karierze odgrywa żona Katleen Brennan. Ciekawie opisana jest awersja muzyka do udziału w reklamach, a także mechanizmy, układy i zależności w tzw. branży. Ta lektura sprawiła mi szczególną przyjemność przy dźwiękach "Orphans", ale równie dobrze mógł to być jakikolwiek inny wspaniały album Toma.
  • The Colour And The Shape [Special Edition] [Digipack]

    AGATA KRYSIAK 2008-01-28

    Sukces FF   (3 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Wydana w 1997 r. "The Colour and the Shape" to druga płyta w dyskografii Foo Fighters, o której mówi się, że jest pierwszą "prawdziwą" w dorobku zespołu, bo tę z numerem 1. David Grohl nagrał praktycznie sam, poza jedna partią gitarową w wykonaniu Grega Dulli. Album ten zasługuje na szczególną uwagę. Spośród wszystkich, które zespół dotychczas nagrał, jest najchetniej kupowanym. Sprzedaż w wysokości ponad dwóch milionów egzemplarzy to prawdziwy sukces. Foo Fighters wspaniale na niego zapracowali wydając materiał, w którym czuć energię całego zespołu. Pod względem muzycznym zawartość albumu jest mocno zróżnicowana - są tutaj zarówno przebojowe piosenki, jak i kompozycje nastrojowe. Dzięki temu, nawet po wielokrotnym przesłuchaniu, ta muzyka nie nudzi. Dodatkowo pojawiające się tutaj kompozycje z rockowym wykopem łatwo zapadają w pamięć i chętnie się do nich wraca przy różnych okazjach. Całość materiału jest perfekcyjną mieszanką rocka i popu. W 10. rocznicę swojej premiery album "The Colour and the Shape" doczekał sie reedycji. I jak to zwykle bywa przy podobnych okazjach, na nowej wersji pojawiły się bonusy w postaci rzadkich nagrań oraz kilka fajnych coverów.
  • 41 Potencjometrów Pana Jana

    AGATA KRYSIAK 2007-11-04

    Niemen z szafy, nie tylko dla fanów   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Aż 33 lata przeleżała w redaktorskiej szafie przy Myśliwieckiej taśma z zarejestrowanym koncertem, który miał miejsce 9. maja 1974 r. w warszawskim klubie Riviera. Historia tego koncertu, m.in. to w jaki sposób z prawie 80 min. muzyki uzyskano nagranie długości dokładnie 41 minut i jak to się stało, że dopiero po ponad trzech dekadach trafiło ono na płytę oraz skąd się wziął ten dziwny tytuł (kim jest pan Jan od potencjometrów?), została dokładnie opisana w załączonej do płyty książeczce. Książeczka ta zawiera dodatkowo pochodzące z tamtego okresu zdjęcia Niemena i towarzyszących mu muzyków oraz niezwykłe szkice autorstwa wdowy po Czesławie Niemenie - Małgorzaty Niemen. Pani Małgosia wykonała je podczas prób zespołu odbywających się właśnie przed tym koncertem. Już sama okładka płyty jest bardzo oryginalna, szczególną uwagę przykuwa wykonany pismem odręcznym (długopisem!), przez samego Cz. Niemena, tytuł albumu. Muzyczna zawartość płyty to 41 minut progresywnego rocka z elementami jazzu i bluesa; to Niemen nieprzebojowy i niepopularny, tutaj nie ma piosenek - Czesław Niemen śpiewa scatem. Podczas koncertu towarzyszą mu zacni muzycy - Sławomir Piwowar na gitarze, Jacek Gazda na gitarze basowej, a także nazywany przez samego Niemena "wielkim samorodnym talentem" perkusista Piotr Dziemski, z którym podobno wiązał wielkie plany, niestety zniweczone przez przedwczesną śmierć 22-letniego muzyka. Kolejną ciekawostkę stanowi grający na skrzypcach elektrycznych Jan Błędowski słynący z wykonywania podczas koncertów, w swoich solówkach, cytaty ze znanych tematów muzycznych, w "41 potencjometrach Pana Jana" jest to "La Campanella" Paganiniego. Ten album to absolutny rarytas dla każdego fana Czesława Niemena ale nie tylko, spodoba się on również wymagającym słuchaczom poszukującym oryginalnych skomplikowanych dźwięków.
  • Elect The Dead [Digipack]

    AGATA KRYSIAK 2007-10-27

    To dzieło poraża niczym działo   (6 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Przed kilkoma miesiącami muzycy z System Of A Down stwierdzili, że mają pomysły na tworzenie muzyki na własną rękę i zawiesili działalność zespołu. Właśnie ukazał się efekt samodzielnej pracy jednego z nich - album "Elect The Dead" Serja Tankiana, w SOAD pełniącego rolę wokalisty, gitarzysty i keyboardzisty. Już dawno nic mną nie rzuciło o ścianę... Wcześniej nie zastanawiałam się nad tym, czego mogę oczekiwać po solowym dziele jednego z liderów System Of A Down (w zawieszeniu), więc nie spodziewałam się niczego szczególnego. "Elect The Dead" zaczęłam słuchać z czystej tylko ciekawości i... stało się - rzuciło mną o ścianę już po pierwszym przesłuchaniu, tak od razu i bez uprzedzenia! To dzieło (a może powinnam napisać "działo"?) absolutnie genialne, od początku do końca dopracowane w każdym szczególe i pod każdym względem porywające. Ja już wiem, że Serj Tankian po prostu musiał się uwolnić od zespołu, żeby w pełni rozwinąć własne pomysły na muzykę. To co słychać na początku płyty, otwierające ją kompozycje "Empty Walls" i "The Unthinking Majority", brzmieniowo bardzo bliskie utworom systemowym, można by odczytać jako wprowadzenie Serja (jak intro) - nie zapominam skąd pochodzę i nie odcinam się od SOAD, ale... posłuchajcie co mam dla was ponad to, co już znacie i lubicie. A ma naprawdę bardzo wiele! Oto objawia się nam nowe oblicze Serja Tankiana, oprócz już tego znanego, politycznie zaangażowanego i nieobojętnego na krzywdę ludzką w skali globalnej, poznajemy go jako osobę bardzo pięknie przeżywającą uczucia osobiste. I właśnie o osobistych uczuciach Tankian śpiewa na swojej pierwszej solowej płycie jakby nowym głosem, bardzo pięknym i melodyjnym, którego nie słyszeliśmy na płytach SOAD. Momentami śpiewa naprawdę cudnie, a w "Saving Us" i "Lie Lie Lie" wokalnie wspomaga go śpiewaczka operowa Ani Maldjian, co jeszcze dodaje albumowi uroku. Istotnym elementem są również teksty, poetyckie, niejednoznaczne i dające możliwość samodzielnej ich interpretacji. Dodatkowym atutem jest wspaniale przemyślany układ utworów powodujący, że całość już od początku nabiera tempa i porywa na całe 45 minut, a przy tym ma niesamowity klimat i takie zwroty "akcji", że wciąż zdumiewa genialnymi pomysłami Tankiana. Czy to już jest ten album 2007? "Elect The Dead" ma wszelkie znamiona Albumu Roku '07.
  • Mantaray [Jewelcase]

    AGATA KRYSIAK 2007-10-16

    Siouxsie Sioux - solo też daje radę

    Siouxsie wróciła! Tym razem zadebiutowała solo. Początkowo miałam straszne opory przed tą płytą, bo mając w pamięci brzmienie "Siouxsie and the Banshees" i same dobre skojarzenia z muzyką tej kapeli obawiałam się rozczarowania, takiego jak w przypadku słabych dokonań solowych Annie Lennox z lubianego kiedyś Eurythmics. Ale czy można się oprzeć tak pięknie podanemu krążkowi? Nie można! Więc odpakowałam wodzące na pokuszenie pudełko, włożyłam płytę do odtwarzacza i... moje obawy okazały się zupełnie niepotrzebnie! Siouxsie Sioux wciąż powala. Być może nie jest już tak zadziorna jak kiedyś, może trochę złagodniała, ale wciąż potrafi porazić zarówno niesamowitą energią jak i lodowatym chłodem bijącymi z jej solowych piosenek. Słychać wyraźnie, że jej głos jest teraz dojrzalszy, jednocześnie wciąż bardzo mocny i zniewalający. Cała płyta jest niezwykła - są tutaj zróżnicowane brzmieniowo kompozycje od popu i rocka przez industrial do glam rocka, wszystkie z bogatym instrumentarium i w bardzo ładnych aranżacjach. Swoim wokalem Siouxsie czaruje słuchacza i uzależnia; trzy- czy czterokrotne z rzędu słuchanie "Mantaray" nie nuży a wręcz przeciwnie, bardzo trudno przestać słuchać.
  • Magic [Digipack]
    • Magic [Digipack]
    • Bruce Springsteen
    • cena: 37,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 7 dni)

    AGATA KRYSIAK 2007-09-29

    Ładna płyta, będę do niej wracać   (6 z 9 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Mocno się zdziwiłam gdy po raz pierwszy usłyszałam "Radio Nowhere" - singiel promujący nowy album pana powszechnie zwanego Bossem, nie od razu go rozpoznałam. Dotychczas tego artystę kojarzyłam raczej z innymi klimatami, a tu niespodzianka. Ta piosenka ma w sobie lekkość i świeżość i jest z gatunku tych, które niemal od razu zapadają w pamięć - przyczepiają się i nie chcą puścić. Ale już cała nowa płyta Bruce'a aż tak przebojowa nie jest, chociaż jeszcze "Long Walk Home" równie łatwo wpada w ucho. Jednak mimo zapowiedzi menagera artysty ostre rockowe granie to na pewno nie jest, muzyce na "Magic" bliżej do łagodnej odmiany rocka z domieszką popu i country. Obok rzadkich tutaj ostrzejszych gitarowych dźwięków pojawiają się lekkie nutki - słychać dzwoneczki i skrzypki, Boss radośnie wyśpiewuje "na na na..." i "la la la...". Na "Magic" pobrzmiewają klimaty jakby z Neila Younga, trochę nawet z Bryana Ferry'ego, a zamykający całość utwór "Terry's Song" jest mocno Dylanowy, i to nie tylko z powodu charakterystycznych dźwięków harmonijki. To jest kolejna niespodzianka, bo ta kompozycja nie jest uwzględniona w spisie utworów na płycie, ani w dołączonej do niej książeczce. "Terry's Song" została dodana do "Magic" dwa tygodnie po jej opisaniu i zapowiedzeniu jako płyty 11-trackowej. To utwór szczególny bo poświęcony pamięci wieloletniego asystenta Springsteena - Terry'ego Magoverna, który zmarł 30. lipca 2007. Być może "Magic" to nie żadna "magia" i może jest bez fajerwerków, ale mi ta płyta po prostu się podoba, a to już wystarczy, żeby co jakiś czas do niej wracać.
  • Echoes, Silence, Patience & Grace

    AGATA KRYSIAK 2007-09-26

    Na przemian kopie i głaszcze   (4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Na ten album czekałam od chwili gdy zobaczyłam rewelacyjny koncert Foo Fighters podczas Live Earth, to był jeden z najlepszych występów podczas tej zacnej imprezy 07.07.07. Jednak moje pierwsze podejście do tego krążka było zupełnie nieudane, nic mnie tutaj nie zachwyciło i nic nie zaskoczyło; podobnie było podczas kolejnej próby i kolejnej, i już myślałam że to jest zła płyta... Aż przyszła ta chwila, gdy łomot i wrzask którymi "Echoes, Silence, Patience & Grace" się zaczyna (i to niejako podstępnie, bo sam początek otwierającego całość "The Pretender" jest łagodny i dopiero po chwili następuje gwałtowne walnięcie i to nie jest jedyny taki "dwuwarstwowy" utwór na tym albumie), trafiły na podatny grunt i... wtedy mnie wciągnęło, i to jak! Album "Echoes, Silence, Patience & Grace" w pełni zasługuje na to, żeby dać mu kilka szans bo potem odpłaca wielokrotnie. Tutaj jest nie tylko wspaniały łomot i wrzask. W kolejnych utworach ostre gitarowe tempo łagodnieje, wokal subtelnieje; pojawiają się ładne nastrojowe melodie i ballady. Jest tutaj prawie w całości instrumentalna (tylko na początku słychać odliczanie: 1, 2, 3, 4) kompozycja "The Ballad Of The Beaconsfield Miners", jest też jakby nawiązanie do albumu "Skin & Bones" - akustyczny "Stranger Things Have Happened". Całość łagodnie zamyka zaskakujący, bo chyba jedyny w dorobku FF, fortepianowy utwór "Home", a gdy już pozwoli mu się wybrzmieć do końca pojawia się pokusa żeby wcisnąć "repeat" i zacząć tę podróż przez świat zmiennych emocji od nowa. "Echoes, Silence, Patience & Grace" najpierw kopie, a potem - równie przyjemnie - głaszcze...
  • Piper At The Gates Of Dawn [Remastered] [Special Edition]

    AGATA KRYSIAK 2007-09-16

    Wspaniały prezent na 40-lecie Pink Floyd   (7 z 9 uznało tę recenzję za pomocną.)

    W tym roku nie tylko The Doors uczcili swoje czterdziestolecie specjalnymi jubileuszowymi wydawnictwami, bo oto na początku września, na okoliczność minionych 40 lat od ukazania się debiutanckiego albumu "The Piper At The Gates Of Dawn", pojawiło się specjalne wydawnictwo Pink Floyd. Pierwsze wrażenie gdy się spojrzy na nie jest zaskakujące, bo wygląda ono jak książka w czerwonej płóciennej oprawie, trochę kiczowata, ale tylko z wierzchu, bo w środku są CUDA(!). 3 płyty: pierwsza - niebieska to album "The Piper At The Gates Of Dawn" w wersji mono, druga - czerwona to album "The Piper At The Gates Of Dawn" w wersji stereo (obie wersje świetnie zremasterowane), trzecia - zielona to już same rarytasy: wszystkie single Pink Floyd z 1967 r.: "Arnold Layne", "See Emily Play", "Apples And Oranges"; utwory z singlowych stron B: "Candy And A Current Bun" i "Paintbox", ekskluzywna wersja "Interstellar Overdrive", która wcześniej ukazała się wyłącznie na EP-ce wydanej we Francji; alternatywna wersja "Matilda Mother" oraz wersja stereo "Apples And Oranges". Do tego, w specjalnej kieszonce, dołączona jest reprodukcja notatnika Syda Barretta z tekstami, zapiskami, listami i co najpiękniejsze - z cudnymi obrazkami, niemal dziecinnymi rysuneczkami. A wracając do formy wydawnictwa to ta niby-książka zawiera nie tylko spisy i opisy zawartości trzech krążków, na jej kartach znajdują się też teksty piosenek oraz zdjęcia członków zespołu sprzed 40 lat. To piękny hołd złożony Sydowi Barrettowi przez muzyków Pink Floyd i wspaniały prezent dla tych fanów zespołu, dla których te pierwsze kompozycje, właśnie autorstwa Barretta, do dzisiaj pozostają najlepszymi w całym dorobku PF. I na pewno w tym gronie nie jestem sama, bo ulubieni panowie z zespołu The Mars Volta (dawniej At The Drve-In) również tutaj są, czego dowodem może być cover "Take Up Thy Stethoscope And Walk" - kompozycji pochodzącej właśnie z "The Piper At The Gates Of Dawn" - zamieszczony na albumie ATD-I, a takie covery nie powstają przypadkiem, w dodatku ten jest bardzo dobry.
(Stron 4)

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Wszystkie zapowiedzi w Merlinie >>

Promocje - kupuj i oszczędzaj!