Anita Ozimek
Rekomendacje:
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 14
-
- Pokuta (seria literka)
- Ian McEwan
- (towar niedostępny)
Anita Ozimek 2006-08-16
Wyobraźnia to obosieczna broń
Mistrz Czesław Miłosz miał powiedzieć swego czasu - "Więc może w mojej trosce rządzę się złudzeniem /I za kształt rzeczywisty biorę co jest cieniem? Otóż, co wtedy? Jakie mogą być tego konsekwencje? Jak dalece wyobraźnia może wypaczyć, zdeformować rzeczywistość?". Ian MacEwan przedstawia nam historię pewnej dziewczynki, która może się poszczycić nad wyraz wybujałą wyobraźnią. Tak, w pełni świadoma drzemiącego w niej potencjału snuje kolejne wątki z życia, które prawdopodobnie nigdy by nie ujrzały światła dziennego. Jedynym ograniczeniem są właśnie granice naznaczone marzycielską, barwną naturą duszy. Póki co, wszystko zdaje się zmierzać w dobrym kierunku, aż do chwili, gdy kierowana beztroską, dziecinną ciekawością, chęcią zgłębienia tajemnicy wprost ze skomplikowanego świata dorosłych stanie się świadkiem namiętnej sceny miłosnej pomiędzy starszą siostrą a Robbiem. I jest w wielkiej rozterce. Nie potrafi sobie tego w racjonalny sposób wytłumaczyć. Jedyne co przychodzi jej do głowy to to, że dzieje się krzywda i nie można tego od tak po prostu zostawić swojemu biegowi. Tu potrzeba determinacji i zdecydowanego działania, więc działa... A sprawy przybierają nieoczekiwany zwrot, następuje rozpad rodziny a niewinny człowiek trafia do więzienia. Odtąd już na zawsze zmieni się życie wielu osób. Zadajesz sobie pytanie - dlaczego tak się dzieje? Czy dlatego, że w piegowaty, z procą świat dziecka wkracza intruz - świat dorosłych? Gdy w świat marzeń z impetem wgryza się szara proza dnia codziennego? Ale, czy każde słowo, nierozważny czyn może odebrać wolność? Przecież nie każde dziecko, zwłaszcza dziecko posyła drugiego człowieka do więzienia. Jednak życie toczy się dalej. Tylko jak żyć z tak wielkim ciężarem na sumieniu? Briony bez ustannie dręczy jarzmo wyrządzonych przez siebie krzywd. I wraz z upływem lat stopniowo wzrasta świadomość ogromu zła, jakie wyrządziła i za które przyjdzie jej zapłacić wysoką cenę. Chociaż zapewne nie tak wielką jak ci, których bezpośrednio dotknie jej czyn. W bezsilności i rozterkach, które zdają się nie mieć końca, pragnie tylko jednego - utopić winę w strumieniu świadomości. Odpokutować za winy, choć wie, że nie uda jej się ich nigdy wymazać, cofnąć, że będą jak ten brud za palcami, którego nie można zmyć. Mimo to, na swój nieporadny sposób, uczy się żyć z tym brzemieniem. Jedynym sprzymierzeńcem w tej nierównej walce staje się pisanie. Słowa, które tak szczerze, z całego serca i duszy przelewała na papier choć osądzały i drwiły to uśmierzały ból, przynosiły ukojenie i przywracały życiu, powoływały do istnienia. W nich zawierała się cała prawda i odkupienie. Całe ich piękno i przekleństwo. Mimo że, jak się ma okazać, nie zawsze pokuta oznacza odkupienie. Ale o ileż byłaby bez nich uboższa? Nigdy by nie pomyslała, że to co jeszcze wczoraj miało zniszczyć, zrujnować, to dziś stanie się bezcennym darem. I że, ta długa, bolesna droga nauczy ją pokory i mądrości, którą mogą posiąść tylko nieliczni. "Pokuta" to niewątpliwie przejmująca, poruszająca opowieść o miłości i nienawiści, o grzechu i przebaczeniu. Jej sekret tkwi w pięknym, barwnym języku, który z niebywałą prostotą obnaża całą złożoność psychiki ludzkiej. Jej nieprzewidywalną, często kapryśną naturę. A całości dopełnia swoista aura, klimat, który przywodzi na pamięć wspomnienia z dziecinnych lat. A ty czytelniku nie możesz oprzeć się uczuciu, że obcujesz z kimś sam na sam. Z jego bólem, z jego najgłębiej skrywaną tajemnicą, która tylko czasami wychodzi z cienia. Polecam serdecznie!!! -
- Autopsja
- Robert McLiam Wilson
- (towar niedostępny)
Anita Ozimek 2006-04-27
Ciemna strona duszy (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Ból, cierpienie znamy się z tymi typami spod ciemnej gwiazdy nie od dziś. Mówimy sobie nawet po imieniu. I wszyscy wiemy, do czego są zdolni. Nauczeni doświadczeniem staramy się im schodzić z drogi. Rzadko nam się to udaje, ale mimo wszystko myślę, czuję, wiem, że świat w całej swej brzydocie jest piękny. Czasami mu odbija, ale w gruncie rzeczy poczciwy z niego i wciąż jeszcze rześki staruszek. Potrafi zawrócić jeszcze w głowie. Prawda? Ale nie zawsze! Czasami jednak bywa, że ich brzemię jest tak wielkie, że niemal nie do udźwignięcia. Że są pewne rzeczy, sprawy, z którymi sobie zwyczajnie nie radzimy, które nas przerastają. Próbujemy je pokonać, uciec od nich, bywa, że nawet udajemy, że nie istnieją, bo tak jest łatwiej, lżej, ale te i tak wracają jak fatum, jak zmory czające się za plecami i dybiące na uświęcony spokój duszy i serca. Właśnie tak było z głównym bohaterem książki Wilsona pod znamiennym tytułem „Autopsja”. Manfred, bo tak mu na imię wiedzie na pozór proste życie, raz lepiej, a raz gorzej zmaga się z szarą prozą dnia codziennego i jak wielu marzy o miłości. Próbując przy tym odnaleźć cel, który nada sens jego istnieniu. Jednak okrutny, złośliwy los nie szczędzi mu przeszkód i rozczarowań. Wiedzie co rusz zawiłymi i krętymi ścieżkami życia. Drogą pożogi wojennej, po ziemi broczącej krwią i łzami, po wielkiej -jak mawiał sam Manfred- kostnicy. Drogą Żyda, przez uprzedzenia, stereotypy i antysemityzm. Przez piekło, jakim staje się życie dzielone z ukochaną kobietą i z synem, po zniedołężniałą, schorowaną starość, która nieodmiennie uczy pokory. Pokory i tolerancji wobec nieodwracalności rzeczy. Główny bohater ma pełną świadomość ran, jakie zadaje. Mimo to dalej krzywdzi. Tym bardziej, im mocniej i dotkliwiej odczuwa ból. Choć nie może zrozumieć dlaczego? Skąd to nienasycenie? Czy ów ból ma swoje źródło w miłości? W miłości tak zachłannej, że niszczycielskiej? Manfred kocha egoistycznie, jest zazdrosny o wszystkich i wszystko, co ma związek z jego żoną, a co nie jest jego udziałem. O więź łączącą matkę z synem, o jej wspomnienia. Paradoksalnie, kochając ich bardziej i mocniej niż kiedykolwiek przedtem. W obliczu samonałożonej kary, wyrosłej na głęboko skrywanych lękach i obawach, w obliczu odium dręczących wyrzutów sumienia i goryczy bezsilności odmawia sobie prawa do szczęścia, do odkupienia win. Już nie walczy z tym i nie buntuje się przeciwko temu. Teraz tylko czeka na rychłą śmierć. Na śmierć, która będzie ułaskawieniem i kresem bólu dla obolałej, udręczonej duszy. Wierzy, że stanie się jego sprzymierzeńcem w tej nierównej walce o swoje „ja” , o tę resztkę godności. Ale los jeszcze raz z niego okrutnie zadrwi.. Wilson z kunsztem dokumentalisty, z dbałością o szczegóły, skrupulatnie i drobiazgowo nakreśla kolejne stadia zniszczeń, jakie dokonują się w psychice i sercu człowieka cierpiącego i zadającego ból. Kata i ofiary. Ofiary przeszłości, własnych czynów i w końcu złudzeń, które w ostatecznym rozrachunku ani nie krzepią, ani nie przynoszą odpowiedzi na wszystkie nurtujące pytania i wątpliwości. Tak jak śmierć nie bilansuje nierówności życia, jego zysków i strat. Trzeba podkreślić, że nie jest to łatwa lektura, że jest wymagająca. Jest niepokojąca jak zadra, która kaleczy i uwiera. Książka Wilsona nie przynosi odpowiedzi, nie tłumaczy, nie koi, ale też nie zabliźnia ran. Jest swoistą petycją, postulatem skierowanym do czytelnika, z którym być może los obszedł się nieco łaskawiej niż z głównym bohaterem- przeczytaj, spróbuj poczuć, zrozumieć, a może twoje życie będzie lepsze. Myślę, że Wilson poruszył bardzo ważną, acz kontrowersyjną kwestię by nie odmawiać prawa do cierpienia, do odczuwania bólu, nie tyle ofiarom, co oczywiste, lecz tym którzy krzywdzą. A czytając ją ma się wrażenie, że ma się do czynienia z czymś bardzo realnym, i dziwnie osobistym. Istniejącym z krwi i kości. To wyjątkowa opowieść, tak pisać umieją tylko nieliczni. Polecam ze wszystkich sił. -
- Pachnidło
- Patrick Suskind
- (towar niedostępny)
Anita Ozimek 2005-12-12
Pasja i zbrodnia (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
By uzmysłowić sobie całe okrucieństwo i barbarzyństwo bohatera książki Suskinda postanowiłam odwołać się do analogii. Owa analogia miała cztery łapy, była kudłata i w przeciwieństwie do pierwszego kochana. Nie nastręczyło mi zatem zbytnich trudności wyobrażenie sobie wszystkich tych dziwactw zw. z powonieniem, węchem i etc. Mam psa rasy tropicieli. Ten doskonały niuchacz zwie się Nemo i choć ma zaledwie dwa miesiące, to już tam swoje wie. W końcu natury nie da się oszukać. Jego harmonogram dnia nie jest zbyt wyszukany - wywęszyć, wyniuchać i ZJEŚĆ. Gdy pojawia się jakiś nowy trop, tj. zapach w jego psim świecie , natychmiast w sobie tylko właściwy sposób zabawnie przechyla łebek, robi słodkie ślepia I OBWĄCHUJE, I OBWĄCHUJE . Po prostu, wsadza nos we wszystko, co nowe i już wie, z czym ma do czynienia. Powiedz mi, jaki zapach preferujesz, jakim się otaczasz, a powiem ci, kim jesteś. Mogłabym zapytać go, o co chodzi z tym całym zmysłem powonienia, ale wiecie, jak to jest z tymi profesjonalistami, nie zdradzają swoich tajemnic. My ludzie, póki co nie mamy zbyt rozbudowanej palety woni i zapachów. Zwykle dzielą się na te przyjemne i na te drugie. Czyż nie tak było z pewnym potworem? Różnica, jaka ich dzieliła to to, że ten drugi jakby nie spojrzeć był człowiekiem , więc z założenia musiał mieć rozum i duszę. Musiał, ale czy miał? Czasami już tak bywa, może to kaprys przewrotnego losu, że pojawia się w tym niezwykle uporządkowanym i przewidywalnym świecie ktoś, kto wymyka się wszelkim szablonom i regułom. Ktoś taki, jak np. Jan Baptysta Grenouille. Przychodzi na świat w jednym z najbardziej cuchnących miejsc, a może w fetorze skarłowaciałych zasad moralnych, wyuzdania i zepsucia? I z tą chwilą jego życie będzie niekończącym się pasmem udręk i przeciwności. Mimo to, nie poddaje się, ze wszystkich sił i naprzekór zdrowemu rozsądkowi walczy o prawo do życia. I ma po swojej stronie potężnego sprzymierzeńcę. Otrzymał wielki dar od natury-cudowny nos. Dar to czy przekleństwo? Geniusz, czy szaleniec opętany wytworem chorego umysłu? Granica jest bardzo krucha i płynna. Ten potwór, o nieczułym sercu, który zupełnie nie radził sobie z uczuciami, który z emocjami postępował jak buldożer, umiał za to fenomenalnie, niemal bezbłędnie odróżnić każdy zapach, każdą woń. Pospolity człowiek, a niepospolity talent. Ze skrupulatnością kolekcjonera, z pasją i natchnieniem artysty tworzył dzieło życia. Prototypem piękna był dla niego zapach zaklęty w dziewiczym ciele. W akcie tworzenia przestawał dla niego istnieć cały świat, jakby zamierał w zachwycie. Nikt i nic nie stało mu na drodze, nie cofnął się nawet przed morderstwem. Kto by pomyślał, że w tym niepozornym człowieku drzemie taka moc? Ten sam los, który pobłogosławił go talentem, w akcie kpiny poskąpił mu urody i czułych, kochających serc. Czy taki jest los wybranych? Czy wielcy ludzie odchodzą w samotności i równie niebanalnie? Czy świat zapachów był dla niego rozpaczliwą próbą zwrócenia na siebie uwagi, próbą wypełnienia otaczającej go zewsząd pustki, a może ów dar sprawiał, że mógł poczuć się Bogiem, wysoko wzbić ponad przeciętność? Z pewnością tak. Byłam pełna podziwu dla jego zdolności, pasji tworzenia, przerażona barbarzyństwem i okrucieństwem mordercy i było mi żal samotnego, niekochanego człowieka. Choć ten raczej gardził ludźmi, ich uczuciami. Ciekawe, czy zmysł powonienia u ludzi szczęśliwych jest taki sam, jak u tych, którzy cierpią? Czy dobrzy ludzie pachną, a źli cuchną? Czy dzisiejszy świat, wbrew pozorom jest bezwonny bo nijaki i szary? Zupełnie jak główny bohater, gdyż on też nie wydzielał nawet najmniejszego zapachu. Za karę? Za cenę geniuszu? „Pachnidło”? Coś mi tu pachnie sukcesem. Zapach „Pachnidła” ciągle się za mną snuje, nęci i kusi krwistym, soczystym językiem, barwną wyobraźnią. Czytałam tę książkę, wchłaniałam jej wonności z wypiekami na twarzy i z zimnym dreszczem na plecach. Dziś trudno o równie pasjonującą lekturę! -
- Ulica marzycieli
- Robert McLiam Wilson
- (towar niedostępny)
Anita Ozimek 2005-10-31
Życie, wariacie ty jeden
Ból, cierpienie, samotność znamy się z tymi typami spod ciemnej gwiazdy nie od dziś. Mówimy sobie nawet po imieniu. I wszyscy wiemy, do czego są zdolni. Nauczeni doświadczeniem zwykle staramy się im schodzić z drogi. I choć nie często nam się to udaje, to mimo wszystko myślę, czuję, wiem, że świat w całej swej brzydocie jest piękny. Czasami mu odbija, ale w gruncie rzeczy poczciwy z niego i wciąż jeszcze rześki staruszek. Potrafi jak nic zawrócić w głowie. Prawda? I nie wiem, kiedy, nie wiem jak, chociaż nie - wiem skąd „to” do mnie przydreptało, otóż wprost z Belfastu, z ulicy niepokornych i aroganckich Marzycieli Roberta McLiam Wilsona. Ta baśniowa, niemal zaczarowana historia wnet przenosi w zupełnie inną rzeczywistość. Powiedzie zatłoczonymi, krętymi uliczkami pełnymi pabów, klubów ciemnych od dymu papierosowego, hałaśliwych od gwarnych i rubasznych dysput o politykach i kobietach, no i suto zakrapianych alkoholem i ciętym, sprośnym humorem. Pokaże, że młodzieńcza nieporadność wcale nie musi być głupia i naiwna. Że trzeba ją tylko dopuścić do głosu, a wtedy nawet najbardziej idiotyczne i absurdalne wizje mogą się ziścić. Pokaże też, że tragizm i radość, że zwyczajność i sen, niekoniecznie muszą mówić różnymi językami. A potem oprowadzi mrocznymi i ślepymi ulicami charyzmatycznych i nieprzejednanych bojowników spraw przegranych, którzy już dawno zapomnieli w imię czego walczą i dlaczego wciąż zabijają i przelewają krew własnych braci i sióstr. Zaprowadzi w końcu do lirycznej krainy wzruszeń, poezji, gdzie w żyłach hula wiatr i wciąż karze gdzieś gnać przed siebie, a serce szczelnie bluszczem oplata tęsknota za lepszym, spokojnym jutrem, za miłością. Tą wielką i jedyną. A która, przestrzega tylko przed jednym. Żeby nie testować uczuć, nie poddawać ich próbom na wytrzymałość. Tu tak nie można. To nie króliki doświadczalne. Rozwiązanie zagadki jest zatem banalnie proste, za wszystkim kryje się miłość i mamona. Nie wiadomo tylko, z czym większy kłopot i utrapienie. Trzeba tylko umieć się w tym odnaleźć. Trzeba tylko ulec namowie zielonej wyspy, a ona już dalej sama poprowadzi i nie da zbłądzić, zwątpić. Bram jej tajemnicy od setek lat strzegą wtajemniczone bujne knieje, polne dróżki i błękit nieba. Namowa ulicy Marzycieli może być tylko jedna. Mówi głosem pradawnych wierzeń, które ponad wszystko umiłowały wolność i prostotę otwartych, żarliwych serc. Ta prawda wrasta korzeniami i jeśli ją wyrwać to tylko drzewem. Mówi też, że wszystkie drogi prowadzą do drugiego człowieka. „Ulica Marzycieli” Roberta McLiam Wilsona to po prostu bezczelnie dobra książka. Wszystko tu ma swój smak, swój wyjątkowy i niepowtarzalny klimat. A autor nie kokietuje, nie wdzięczy się do czytelnika. Kiedy trzeba da sumieniu po mordzie, kiedy trzeba rozśmieszy do łez, a kiedy trzeba wzruszy i to tak, że aż mięknie serce, a jak już myślisz, że niczym więcej nie może cię zaskoczyć, to wciąż to robi. Póki co podróż dobiegła końca, znalazła swój kres. Tylko żal, że tak szybko. Zerknęłam więc na tylnią stronę książki(z resztą, co rusz mi się to przydarzało) by przyjrzeć się sprawcy, który zaserwował mi tylu emocji i wiecie co - on wciąż tam był i spozierał tym swoim frapującym, acz zawadiackim wzrokiem. Ech, Robercie W. kawał drania z Pana, ale pisać to Pan umie. Mam tylko jedno zastrzeżenie, a gdzie się podziali faceci w kieckach, pardon, w kiltach, ha? -
- Pianista
- Władysław Szpilman
- (towar niedostępny)
Anita Ozimek 2005-10-24
Z muzyką na ustach przez piekło
Te słowa nie pokrzepią ducha. Te słowa nie zabliźnią ran serca. Zmory niechcianych wspomnień są jak nienasycona, wiecznie łakoma bestia, która kąsa i gryzie poczucie człowieczeństwa, jego prawości i wrażliwości. Są jak zadra, która bez opamiętania, szarpie i rwie pazurami na strzępy sumienie, i każe wątpić we wszystko, co dotychczas nadawało życiu sens, co było w tym zwariowanym świecie opoką i nadzieją. To chwile gdy, łzy sięgają głębiej, niż mogą zranić słowa. To chwile, dla których niepamięć jest wybawieniem. Bezdenna czeluść, sprawczyni wszelkiego zła wlewa się żrącym kwasem i od czasu do czasu budzi ze snu bezwstydnie przypominając o swoim istnieniu, by z tą chwilą wnet wessać wszystko, co spotka na swojej drodze. Ową bestię zwali WOJNA. Wojną, która wlecze za sobą hordy łez, rozpaczy, terroru czy prześladowań. Przed nią nie ma ucieczki. Wszędzie cię znajdzie i wymierzy surową karę za nieposłuszeństwo. Czasami jednak można ją oszukać, zmylić czujność. I tak to było z historią Władysława Szpilmana, genialnego muzyka, a Żyda z pochodzenia, który by nie dać się jej zwariować, by zająć czymkolwiek myśli i zagłuszyć w sobie lęk i głód zaczął niemal bezwiednie spisywać wszystko, co wokół niego się działo, na przemian ćwicząc palce namiętnie wygrywające wyimaginowane nokturny, operetki, którymi niegdyś zachwycała się beztroska i rozbawiona Warszawa. Jeszcze do wczoraj wiódł najzwyklejsze pod słońcem życie. Miał marzenia, kochającą rodzinę, biegał co poranek do rozgłośni radiowej, na koncerty, na spotkania towarzyskie i snuł wielkie palny na przyszłość. Plany podporządkowane tylko jednemu-pasji do muzyki, jego wielkiej, pierwszej i jedynej miłości. I jak się też miało okazać w niedalekiej przyszłości wybawicielki. W tym to momencie wkroczyła w jego uporządkowane życie wojna i odtąd oczyma wrażliwego artysty miał już oglądać zupełnie inny, nieznany świat, jego odpychające oblicze chylące się z wielkim hukiem ku przepaści. Więc patrzył, a gdzie okiem nie sięgnął tam zgliszcza, ruiny, krew, smród, woń gnijących ciał, plagi szczurów i robactwa oraz armia zrezygnowanych, przestraszonych istnień, snujących się niby niewyraźne cienie, bez celu, często w szaleństwie po opuszczonym mieście. Tu wszystko było nie na swoim miejscu. Niemiecki oficer, który wcale nie był katem. Ofiary, które wcale nie były słabe i bezbronne. Barbarzyństwo i okrucieństwo mieszało się na każdym kroku z darami ze współczujących, ofiarnych serc. Wszędzie śledziły zgryzoty. Wszędzie skrzeczały utyskiwania tłumionych lęków. Wpierw był temu zdziwiony, może oburzony, później jednak to uczucie stopniowo stawało się normą, jeszcze jedną cząstką szarej, monotonnej rzeczywistości stapiającej się w monolit frustracji i wstydliwej niemocy. A on wiedział tylko, że musi ocalić to kruche i nic nie znaczące życie, choć zdrowy rozsądek podpowiadał mu, że już dawno winien był się poddać i zrezygnować. Zwłaszcza, że ciągle powtarzano mu- to nie czasy dla marzycieli. Wojna mówi językiem karabinów i łez. Muzyką nie nakarmisz głodnych brzuchów. Zadawał więc sobie pytanie, jak dalej żyć, przecież nic już mu nie zostało, dawny świat umarł, odszedł bezpowrotnie. Lecz nie znajdował odpowiedzi. Odpowiadała mu tylko cisza. Pan Fiodor Dostojewski rzekł by mu tak- „ ... oddaj się życiu wprost, bez rezonerstwa, nie bój się; ono samo wyniesie cię na brzeg i postawi na nogi”. Hmm... tylko na jaki brzeg Panie Dostojewski? Myślę, nie jestem tego pewna, że ta przejmująca historia dramatycznej walki o życie obudzi w Was uczucia jakich się nie spodziewaliście. -
- Cena
- Waldemar Łysiak
- (towar niedostępny)
Anita Ozimek 2005-10-10
Czy na cyrografie wyschła już krew? (5 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)
Po przeczytaniu, a raczej łakomym pożarciu książki Łysiaka ciągle prześladowało mnie pewne zdanie „Najgorsze nie jest to , że ludzie oszukują. Najgorsze jest to, że każde oszustwo ma jakieś usprawiedliwienie”. Potem zaczęły jak złe duchy straszyć pytania- Ile jest warte czyste sumienie? Za ile można sprzedaż duszę? Jakim kosztem? Gdzie sięgają granice tzw. przyzwoitości? Czymże jest wolność stanowienia o sobie, o losie innych? Czym jest mniejsze zło? I w jakie gówno tym razem wdepnął świat? No cóż, Łysiak nie udzielił mi na nie odpowiedzi, a raczej nie powiedział nic nowego o czym bym już wcześniej nie wiedziała, lecz przedstawił to w tak szalenie błyskotliwej i intrygującej formie, formie dialogu na modłę „Dwunastu gniewnych ludzi” Sidneya Lumeta, że zaskarbił sobie moje wielkie uznanie. Chociażby, za odwagę zmierzenia się z tak trudnym tematem. Była w tym pewna złośliwa ironia, zgryźliwa kpina pod adresem wszechwładnych i potężnych tego świata, którym się wydaje, że wszystko już wiedzą, podczas gdy tak naprawdę w obliczu prawd fundamentalnych tych najważniejszych i jedynie istotnych nadal jesteśmy tak samo nieporadni co zagubieni. Z resztą nie może być inaczej, skoro na tym zasadza się cała nasza natura, istnienie poczęte ze skrajności i ułomności. Że taka jest cena wolności. Taki jest koszt codziennie podejmowanych decyzji, dokonywanych wyborów. A ty krucha i słaba istoto masz tylko jedno życie i tylko jedną szansę by go nie zmarnować. Póki co nasi bohaterowie mają sobie stopniowo uświadamiać tą bolesną i gorzką prawdę, że z tej walki o duszę, która jest skądinąd jak obosieczna broń, jak awers i rewers jednego- nie można wyjść z podniesionym czołem. Mało tego, że ich dłonie na zawsze będą skalane ludzką krwią. I, że już nigdy nie okupią swych win, grzechów pychy. Wiecznie niezaspokojonych ambicji, hołdów stawianych na pomnikach własnej wyższości i wspaniałości. Z całą tą schedą, puszką Pandory- wyrzutami sumienia, zgryzotami, wątpliwościami, kryzysami, czy chwilami zwątpień i załamań. Zarzuca się Łysiakowi, że nie liczył się, czy że nie dopuścił do głosu zwykłych ludzi. Trzeba wiedzieć oponentom, że ci pominięci są świadomi własnych ograniczeń, znają swoje miejsce w szeregu, a przede wszystkim doskonale zdają sobie sprawę z tego kto tu pociąga za sznurki i prawdopodobnie właśnie dlatego w decydującej chwili zawahali by się zająć stanowiska w „debacie”. Podczas gdy tych pierwszych, wybranych choć wiele dzieli, to w pewien sposób coś łączy i jest to władza. Nic innego, mimo, że u każdego z nich koncentruje się ona na czym zgoła odmiennym. Upraszczając- cyniczne być albo nie być filozofa, klechy pokorne i ufne nie zabijaj, czy a co ja z tego będę miał dorobkiewiczów etc. Myślę, że po cichu i skrycie mogli by sobie powtarzać słowa z „Fausta” Goethego „ Dałem memu duchowi w pysk i sobie poszedłem”. Póki co, jeśli przyłożyć ucha z drugiej strony nasuwa się jeszcze inna smutna refleksja, że nie wolno, nie można żyć na uboczu, bez zaangażowania, że nawet ta bierna postawa ma swój wydźwięk, reperkusje, że zawsze ingerując w inne czynimy nieodwracalne zmiany w drugim zostawiając trwały ślad w sercach i duszach, na własną obronę i na własną zgubę. Dla mnie „Cena” Łysiaka po tylu latach, od kiedy po raz pierwszy wpadła mi w ręce wciąż stanowi punkt odniesienia i ciągle powraca swym zawadiackim cynizmem, bezwstydną, ale bezpretensjonalną odwagą stawiania niechcianych i może już zapomnianych pytań o odpowiedzialność za innych , za siebie i za własne decyzje. I tak jak wtedy tak dziś nurtuje myśl, co ja bym zrobiła gdyby to ode mnie zależało czyjeś życie lub śmierć. Że nie byłaby to prosta decyzja, że towarzyszyło by jej wiele niejasności, niuansów i odcieni, a ja musiałabym się odnaleźć w całym tym natłoku niejednoznacznych decyzji, zalewie szarości i gąszczu mniejszego zła od którego przecież nie ma ucieczki. -
- Sto lat samotności
- Gabriel Garcia Marquez
- (towar niedostępny)
Anita Ozimek 2005-10-04
Spiżarnia czytelniczych marzeń
Już z pierwszymi słowami książki Marquez'a przenosimy się w baśniową scenerię tajemniczej krainy. Kroczymy ulicami miasta o 32 dzwonnicach, gdzie echo powtarza myśli, a niepokój wywołuje złowieszcze miraże. Jest to historia rodu skrytych i trzeźwych Aurelianów, oraz naznaczonych piętnem tragedii, impulsywnych i przedsiębiorczych Jose Arcadiów. Wiodą oni na pozór proste życie, jak wielu mierzą się z pospolitymi problemami i jak wielu tęsknią za miłością, lecz okrutny los „wyróżnił” ich z tłumu trującym jadem kazirodztwa oraz bezbrzeżną samotnością, która pojawia się zawsze niczym duch wywołany w złej godzinie. Mimo to, zdają się być ufni i pokorni wobec zaoferowanej im rzeczywistości. Drzemią w nich bowiem niezgłębione pokłady zacięcia i niewzruszonej wiary w to co robią, czego doświadczają. Bez słowa sprzeciwu, bez zbędnych pytań dają się porwać temu wezbranemu i rwącemu nurtowi owej nieznanej i tajemniczej siły, która jest potężniejsza nawet od zdrowego rozsądku, nawet od praw granic przyzwoitości, czy tzw. normalności. W szaleństwie nienasyconych namiętności, pod nieczułymi objęciami pustki są głusi i ślepi na przestrogi i błagania Urszuli (matki, babki, praprababki), która jak słowa mantry, jak słowa złowieszczej wyroczni powtarzała „... żeby żaden z Buendinów nie poślubił kogoś tej samej krwi, bo wtedy rodzą się dzieci ze świńskim ogonem”. I tak miała się wypełnić straszliwa przepowiednia o klątwie dzieci poczętych nie z miłości lecz ze samotności. Tak bohaterowie mieli się na własnej skórze boleśnie przekonać co to znaczy być napiętnowanym palącym znamieniem samotności. Chm....? Może był to zew krwi, która prędzej czy później obudzi się ze snu i przypomni o sobie, upomni o swoje niepokorne i bezwstydne potomstwo? Bo jak inaczej tłumaczyć wszędobylską nadzwyczajność i panoszącą się buńczucznie nadprzyrodzoność cudów i niebanalności. Czy klucz do rozwiązania tej zagadki tkwi w tym, iż każda materia tak ducha jak i zjawisk ma dwoistą naturę, że jest uszyta ze skrajności? I tylko od nas samych zależy jakie nadamy im imiona, jaki nadamy im sens i znaczenie w odniesieniu do czasu i konkretnej czasowości. Póki co wiadomym jest, że na pewne rzeczy nie mamy wpływu, że po prostu się dzieją i żyją swoim życiem bez szans na odnalezienie zapomnianych ścieżek, które zawiodły by nas w przeszłość. A „ historia rodziny (Buendinów) jest mechanizmem nieuchronnych powtórzeń, kołem, które obracałoby się w nieskończoność, gdyby nie postępujące i nieodwracalne zniszczenie osi”. Czy muszę jeszcze zachęcać do przeczytania tej na wskroś wyjątkowej i lirycznej książki? -
- Pachnidło
- Patrick Suskind
- (towar niedostępny)
Anita Ozimek 2005-09-12
Nos zakuć w dyby (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Piękne niewiasty, zacni panowie opowieść to niebywała, a tak mroczna i zatrważająca, że tylko złe moce mogły sączyć ów jad ser Patrockowi Suskind na ucho. To właśnie spod jego pióra wyszła owa historia. Rzecz to o potworze, który acz szpetnej natury i odpychającego lica, zrodzony z nieprawego łoża, został szczodrze obdarzony cudownym nosem. Nieprzeciętnym zmysłem powonienia, wyostrzonym niczym najostrzejsza ze szpad. Dziecię plebsu przyszło na świat w słynnym Paryżu. Oazie bogactwa i przepychu. Kolebce dworskiej etykiety i mody oraz hucznych bankietów. Enklawie rozpasanych i zmysłowych żądzy ducha i ciała, napiętnowanych kwiatem lilii, tudzież jarmarcznego zgiełku rynku i rzemiosła. Bestia krnąbrnego, nieczułego serca opętana zwierzęcą rządzą by dopaść swą ofiarę, niewinną i delikatną istotę nie zawaha się targnąć na jej uświęcone życie by wysiąć z niej, by wydrzeć jej przemocą najtkliwszą, najsłodszą z najsłodszych woni, zaklętą w jej dziewiczym, aksamitnym ciele. Nieskalanym grzechem, obfitym w prawą i zacną naturę. Dybie na swą ofiarę ukradkiem niczym złoczyńca w najciemniejszych zaułkach. Głębiach czeluści zła, mrocznych i przepastnych ulicach gnijącego ducha. Tkwiąc pokątnie wespół ze smrodem i wyziewami cuchnącej cywilizacji począł w swym chorym umyśle nikczemny zamysł by wyzwolić piękno zapachu, zgłębić jego tajemne moce i rozporządzać nimi niczym Bóg wedle własnego uznania. Zważcie Waszmości, że czyn to ze wszech miar karygodny i przynoszący ujmę na honorze. Odtąd, w pełni świadom swej wyjątkowości włada ludzkimi ułomnościami węchu i powonienia gotów postradać zmysły, wyrzec się swej dumy i człowieczeństwa. Nijakość i przeciętność napawa go odrażą i obrzydzeniem. Dar to czy przekleństwo? Geniusz to czy szaleniec? W przypływie pasji tworzenia, ale też w pustce i samotności, która jest niczym żrący kwas gardzi ludźmi i bezcześci prawo naszych dziadów i pradziadów. Zdaje się, że zawarł pakt z samym diabłem. Czy na cyrografie wyschła już krew? Czy taki jest los wybranych? Tu nie ma mowy o logice, talentu i pasji nie ima się przewidywalność i banalność. Tu zwycięzca dzierży laury lub ponosi sromotną klęskę. Tak to było z historią pewnego potwora, którego zwali Jan Baptysta Grenouille. Możecie dać temu wiarę lub nie. Wasza wola. Zali w błędzie jest ten kto uważa, że to tylko martwa karta przeszłości. Któż to wie, ilu jeszcze tuła się po tym świecie dzieci piekielnych mocy? Odpowiedź jest w zasięgu waszych dłoni. Wystarczy sięgnąć po dzieło Patricka Suskinda. Składam uniżone ukłony przed jego talentem pióra „ku naszej przestrodze i dobru ogólnemu”. Jest tylko jeden wymóg konieczny do zgłębienia owej epistoły - czyste drogi oddechowe. Jest tylko jedna przestroga- miejcie się na baczności, bo złe licho drzemie lekkim snem, w końcu „kiedy rozum śpi budzą się upiory”. Póki co, za mną ciągle i wciąż snuje się zniewalająca woń „Pachnidła”. Kusi i nęci nieprzeciętnością słowa pisanego, barwnością wyobraźni. Czy ziści się marzenie głównego bohatera? Jedno jest pewne, czcigodni Waszmościowie to przednia, ekscytująca przygoda, nie uświadczycie tu nudy. -
- Życie Pi
- Yann Martel
- (towar niedostępny)
Anita Ozimek 2005-08-11
Zapiski z dziennika rozbitka -drapieżnika (4 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)
Przychodzi mi z wielkim trudem jednoznaczne sklasyfikowanie„Życia Pi” Yanna Martela. Książka wymyka się wszelkim ciasnym regułom i szablonom. Autor nie serwuje prosto pod nos gotowca, to masz czuć, taką, a taką przylepić etykietkę. Ot, było minęło i tyle. On robi coś więcej. Rzuca czytelnikowi wyzwanie i intryguje. I to właśnie mnie urzekło. Z sercem, duszą dzieje się coś niesamowitego, myśli gonią myśli, a emocji nie można utrzymać na postronku. Doświadczałam swoistego stanu nienazwanego i jednocześnie zniewalającego niepokoju, że coś wisi w powietrzu, że jest blisko mnie niemal na wyciągnięcie ręki. Owo coś już do końca ma mi deptać po piętach i nie dawać spokoju. Przenoszę się więc w jednej chwili w zupełnie inny wymiar, rzeczywistość czy może stan ducha? Nie umiem odpowiedzieć. To zupełnie tak, jakby zacierała się granica między tym, co dzieje się tu i teraz, a tym co jest zapisane w książce, tym czego doświadcza chłopiec, rozbitek, a może świadek zbrodni? Dialog wyparł monolog pisarza i tak zadzieżgnęła się niewidzialna nić porozumienia między mną, a autorem, a jego opowieścią. Porozumienie, które ma zaświadczać o randze literackiej książki. Książki szalenie trudnej i wymagającej, obok której nie można przejść obojętnie. Póki co, mogę o „Życiu Pi” powiedzieć, że jest z tych przygodowych, ba teologicznych- w końcu to historia chłopca, który wraz z dziką bestią, tygrysem bengalskim dryfuje na szalupie gdzieś hen po bezkresach Pacyfiku, bo jest też podróżą przez egzotyczny i tajemniczy świat Dalekiego Wschodu. Świat pachnący kadzidełkami i Orientem, świat wielu kultur i wielu wyznań. Ale równie dobrze mogę powiedzieć, że jest powiastką filozoficzno-psychologiczną. Traktuje bowiem o człowieku w obliczu tragedii, o apodyktycznej woli przetrwania od której silniejsza jest już tylko sama śmierć, śmierć z którą nie można pertraktować i się układać. Książka dotyka nie rzadko kwestii ostatecznych i jedynie ważnych, a tak nieprzewidywalnych i niejednoznacznych jak samo życie. Bo czymże jest życie jak nie nieustanną walką z przeciwnościami, jak nie walką z samym sobą? Mówi się, że jest wielką dżunglą, w której rządzi brutalne prawo silniejszego. Ba, tym silniejszym okazuje się być człowiek, myśliwy i zdobywca. Zachłanna i wiecznie nienasycona bestia, która w obliczu zagrożenia, z obawy o własne życie szybko i skutecznie atakuje ofiarę. Atakuje by zabić. W amoku, krwawej żądzy nie istnieją dla niej żadne hamulce moralne czy też etyczne. A prawa cywilizowanego świata są tylko odległym i martwym prawniczym bełkotem. Ma tylko dwa wyjścia- walczyć albo zostać pokonanym. Walka toczy się o wysoką stawkę i jest nią życie. Czy szesnastoletni chłopiec wyjdzie z niej zwycięsko? Co sobie zmyślił, a co jest prawdą? I co naprawdę się zdarzyło? Martel przedstawia nam bardzo sugestywnie i malowniczo dwie historie. Czytelnik waha się, czy dać wiarę pierwszej czy też drugiej. Według mnie i jedna, i druga to ta sama opowieść o tragedii człowieka, a w tym przypadku dziecka, które gdy czegoś nie rozumie, to tworzy alternatywną rzeczywistość. Coś co pomoże mu uporać się z cierpieniem i dalej żyć w swoim świecie i w zgodzie ze swoimi zasadami. Pi na przekór prawom logiki i wbrew zdrowemu rozsądkowi musi odtąd zmierzyć się z przeraźliwą samotnością, z tęsknotą za bliskimi. I jest to ból dojmujący, niszczący. Grubo podszyty rozterkami, lękiem i rozpaczą. Już wie, co to znaczy brak poczucia bezpieczeństwa, brak wiary w jutro, wiary w sens trwania i w siebie. Ale to nie jedyny przeciwnik, tym innym jest głód fizyczny, który bezlitośnie dyktuje warunki gry. Ta walka o przetrwanie, to prawo dżungli jest właśnie głównym bohaterem opowieści Martela. Więcej nie zdradzę. Musicie droga braci czytelnicza sami na to wpaść i wysupłać swoje z imienia i z nazwiska przesłanie tejże książki. Książki Martela nie można z niczym porównać. To po prostu trzeba przeczytać. Pięciogwiazdkowy hotel w świecie słowa pisanego. Gorąco polecam! -
- Samotność w Sieci
- Janusz Leon Wiśniewski
- (towar niedostępny)
Anita Ozimek 2005-08-05
Elektroniczny Casanova
Czytanie książek o miłości czasami przypomina sklep z perfumami, tyle tu słodkich wonności, że aż boli głowa od ich zniewalającego zapachu. Nos czytelniczy jak nic może być narażony na wszelkiej maści i rodzaju tanie podróbki, imitacje, tak więc by zaoszczędzić mu bólu postanowiłam sięgnąć po książkę, o której wśród czytelników wieść niesie się szerokim echem, a mianowicie po „Samotność w sieci”. I proszę, jednak zabolało. Zabolało, bo owa miłość, którą nam opowiedział Wiśniewski okazała się być wyrobem miłościopodobnym, każdemu podług zasług i na miarę czasów. Nastawiłam się na lekturę z tzw. półki wysokich lotów. Miała mi ona zapaść głęboko w serce. Wzruszyć do łez i zauroczyć tajemnicą, wijącą się bluszczem namiętności. A tymczasem burzliwe losy romantycznych kochanków, których zesfatał internet pełne były niedomówień i niejasności. Na milę czuć je było swędem fikcji literackiej. Sylwetki psychologiczne przerysowane, nienaturalne i równie mało wiarygodne losy bohaterów. Owe kolejne wątki wplecione w akcję miast budować napięcie wprowadzają tylko zbędne zamieszanie. Zabieg zupełnie niepotrzebny, bo osiągnął skutek wprost odwrotny do zamierzonego. Czar prysł. Przyzwyczaiłam się, że zwykle wszystko ma swoje właściwe miejsce i czas. A, tu gdzie ucha nie przyłożyć, rozdźwięk. Przyznam otwarcie miałam z tą książką same problemy. Poczułam się oszukana. Ktoś tu gra na moich uczuciach. Serwuje mi przed nosem miłość doskonałą, z tych romantycznych, co to kruszą najtwardsze skały, przepraszam niewieście serca, karze wierzyć w mężczyznę doskonałego Jakubka. Geniusza świata nauki, znawcę poezji i kochanka, o jakim tylko może pomarzyć kobieta. A potem, wyrywa serce wraz z tą resztką złudzeń. Nic tylko usiąść i płakać. Przyznam jednak, że po cichu i tak zwyczajnie po babsku kibicowałam Wiśniewskiemu. Zabawiłam się więc w Sherlocka Holmesa i zobaczcie, co odkryłam? Idealna kobieta, obiekt westchnień i męskich fantazji winna być: oddaną żoną i opiekuńczą matką jak Asia, niemym aniołem wzruszeń jak Natalia, namiętną i zmysłową muzą jak Jennifer i w końcu intrygującą zagadką jak Pani X. Okazało się też, że nie wystarczy skusić czytelnika romantycznym spotkaniem w kochliwym Paryżu, katastrofą lotniczą, klimatem kafejki internetowej czy światem zwidów narkotycznych z nauką w tle? Nie mniej, doszukałam się kilku wątków, które ujęły mnie za serce, jak choćby historia chorej dziewczynki, ale czy to wystarczy by tak zachwycać się książką? Śmiem wątpić. Reasumując, pomysł na fabułę dobry, strzał w dziesiątkę, zgodnie z duchem czasu doby postępu i techniki, ale nic za tym nie idzie. Żadna głębsza myśl, żadna refleksja prócz tych kilku jakże oczywistych odwołań do bezduszności dzisiejszych czasów, czasów na wskroś przesiąkniętych samotnością. Dan Brown w „Kodzie Leonarda da Vinci” posiłkował się dogmatem wiary, z kolei Wiśniewski posłużył nauką i odwołał do uczuć, że niby coś tam o nich wiemy. Wnioski zgoła nie są już tak optymistyczne, bo okazuje się, że w obliczu tych prawd fundamentalnych nadal jesteśmy równie nieporadni, co zagubieni. Czego pogratuluję Wiśniewskiemu? Książka zmusza do zweryfikowania własnych poglądów na temat miłości. Czytelnik szybko dochodzi do przekonania, że nie chce już więcej zadowalać się marnym substytutem miłości, karmić szarością i przeciętnością. Żyje więc tą internetową miłością na nowo ją kreując na wzór i podobieństwo swoich doświadczeń. Nic w tym dziwnego, skoro autor zdaje się być doskonałym znawcą ludzkich potrzeb, wie o czym czytelnik marzy, śni po, a przy tym wprawnie i z lekkością włada piórem, a stąd już prosta droga do odniesienia komercyjnego sukcesu. Póki co, drogie Panie miejcie się na baczności! Elektroniczny Casanova już zarzuca sieci on-line. Zawróci w głowie, złamie serce i z białym laptopem w ręku odjedzie w siną dal. A to drań! Jaki jest morał tej bajki? Nie igra się z miłością!
- 1
- 2





Merlin in English














![To co dobre [Digipack] - Andrzej Piaseczny](/To-co-dobre_Andrzej-Piaseczny,images_small,11,88697994862.jpg)




