MarS
Anty-student. Miłośnik dziwnych książek i jeszcze dziwniejszych filmów, lubiący o nich pisać i je okrutnie krytykować, jeśli zachodzi taka potrzeba. Kontakt pod mailem markijan@wp.pl
Rekomendacje:
- Motyl i Skafander
- Zabójstwo Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda
- Skafander i motyl
- Takeshis' (seria Klub Koneserów)
- Kill
- Stąd do wieczności (film z polskim lektorem)
- Najdłuższy dzień (film z polskim lektorem)
- Pętla
- Kolacja na cztery ręce
- Immanuel Kant
- H.
- Elżbieta królowa Anglii
- Proces
- Juliusz Cezar
- Łucja i jej dzieci
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 428
-
- Next (Filmbox poleca)
- Lee Tamahori
- (towar niedostępny)
MarS 2008-10-15
Nicolas Cage tropami Bena Gatesa, kino science fiction utartymi szlakami kontynuatorów "Matrixa"
Popularne znów są filmy, w których bohaterami są wizjonerzy, wróżbici czy zapaleńcy widzący przyszłość w szerokiej perspektywie. "Szklane serce" Herzoga pozostaje dla mnie najbardziej przejmującym i subtelnym portretem takiej wyjątkowej osobowości. Postać z bawarskich ludowych opowieści ujawnia swoje ograniczenia w widzeniu więcej, niż inni, i uczy o klątwie takiego daru. Z kolei "Podpalaczkę" uważam za najbardziej kuriozalny portret jasnowidza (Dennis Hopper), tak mało przekonująco i melodramatycznie uzasadniającego swoje wybory, że aż proszącego się o buczenie i pogardę ze strony widowni. "Next" pozostaje dla mnie najbardziej rozrywkowym filmem o jasnowidzu. Twórcy zaangażowali Nicolasa Cage'a, lecz nie wykorzystali "dramatycznego" potencjału jego talentu. Postanowili wrzucić go w rolę pokroju kaskadera z "Ghost Ridera". Dobrali jako przeciwniczkę Julianne Moore i kazali jej stać się i przyglądać, tudzież biegać. Dostała zupełnie nie pasującą do siebie rolę, niczym Jodie Foster w "Azylu". Reszta obsady to ozdobniki wizualno-językowe (Jessica Biel), nurzające film w sosie słodko-kwaśnym. Ja za wiele tych płynów skonsumowałem w swym życiu i odtąd błagam Muzę o to, by dała Cage'owi bardziej honorowe role w kinie. Co i wam, i mi wyszłoby na dobre. "Next" pozostaje, niestety, chwilami szybko zapominanej i niezobowiązującej rozrywki. Lecz mogło być gorzej. Film przynajmniej nie niszczy naszych marzeń o byciu potężnym jak "Piąta zimna magnetyzera". Urealnia istnienie świata skrywającego się za codziennością niczym "nocna straż". I za te drobiny hipnotyzującej i miejscami wręcz żartobliwej magii, można polubić ten sympatyczny i pełen akcji film. -
- Cztery pokoje (Filmbox poleca)
- Allison Anders, Alexandre Rockwell, Robert Rodriguez
- (towar niedostępny)
MarS 2008-10-11
Bramy do czterech piekieł niecodzienności (1 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Biedny boj hotelowy. Sabat czarownic. Małżeństwo, przy którym mięknie nawet dwójka psycholi z „Gorzkich godów”. Dzieciaki bez taty. Z początku nie wiedziałem, za co się złapać, gdy oglądałem ten film. Napisy żywcem wyjęte z amerykańskiej wersji „Nieustraszonych pogromców wampirów”. Tim Roth w roli przewodnika odstawia żółtodzioba rodem z „Winnetou”. Czyli takiego edukowalnego, który w pewnym momencie umie zagrać inną melodię i zaszachować towarzystwo starych wyjadaczy hotelowego życia. Seria zaskoczeń piętrzy się tu jak wieżowiec, który na końcu wali się jak WTC, grzebiąc nasze zaściankowe pojęcie o surrealizmie. Film jako całość zupełnie się nie sprawdza. Dzielony w umyśle na odcinki równe kolejnym częściom staje się jednak niezapomnianą ucztą. Tylko, że trzeba dostać "poczwornienia" jaźni, by wejść do tych czterech pokoi pełnych różnych odcieni groteski. Wliczając i obsadę zapchaną wielkimi nazwiskami, jakiej trudno by się spodziewać i po zdrowo przepłaconej produkcji! -
- Equilibrium (Filmbox poleca)
- Kurt Wimmer
- (towar niedostępny)
MarS 2008-10-11
To już było, ale to było dawno i (podobno) to już zresztą jest przestarzałe i nieprawdziwe (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Doskonały cyberpunkowy twór. Sterylny niczym zawsze pusta kostnica. Szokujący prawie tak bardzo, jak "Rok 1984". Na swój cudaczny sposób prawie wizjonerski. Po tym dziele, które zdążyło się już zapisać w historii kina popularnego i obrosnąć w rzesze zagorzałych miłośników, powstawały tylko płukanki o podobnych tematach. "Aeon Flux" czy "Ultraviolet" były bardziej rozrywkowe, lecz mniej intrygujące w treści i formie. Pytanie tylko, czy ten film jest tak bardzo oryginalny, jak sądzą zwolennicy zawsze ponurego i skupionego Christiana Bale'a? Największy fan "Equilibrium", jakiego znam, nigdy nie słyszał o książce Bradbury'ego czy filmie "Fahrenheit 471". Zresztą wspominam o pozycjach trochę już antykwarycznych. Udowadnia to tezę, że "artystom" wystarczy tylko poczekać odpowiedni czas, by zrobić w kulturze to samo. I, nawet jeśli to nowe będzie gorsze, jego młody wiek będzie podstawową, wręcz przygniatającą zaletą. Taką samą w sobie. I znajdzie się wielu takich, co nigdy nie słyszeli o oryginale. Młode pokolenie złapie przynętę. Podobnie dzieje się z coverami utworów, które same stają się po jakimś czasie klasykami. Posłuchajcie jeszcze raz "I Put A Spell On You" Marylina Mansona i pomyślcie o Sreamin' Jay'u Hawkinsie. A może o nim nigdy nie słyszeliście? No właśnie... Polecam ten osobliwy (i zresztą najlepszy) film Kurta Wimmera, który jako jeden z nielicznych zawiera w 100% pozytywną rolę Seana Bena. Frapujący seans. Zwłaszcza dla tych, co wiedzą w jakiej temperaturze zaczyna tlić się papier... -
- Perfect blue
- Satoshi Kon
- (towar niedostępny)
MarS 2008-10-09
"Full animated psycho"
Czuję Święta. W tym roku choinką zapachniało mi wyjątkowo wcześnie z powodu wydania genialnego dzieła. Zniewalającego, psychologicznego thrillera. Zapis erotycznej deprawacji społeczeństwa. Świadectwo dyszącej konstrukcji wewnętrznej jednostki. Tylko dla ludzi o mocnej konstrukcji psychicznej. Aż dziw, że mowa w tym przypadku o anime. Może mniej to szokuje, gdy zna się dorobek autora. Satoshi Kon wydaje się czerpać sadystyczną satysfakcję, że animacja – gatunek używany w dobranockach – służy mu do pomieszania dobra ze złem. Jawy z marą, snem i koszmarem. Wizji godnych twardych narkotyków, zmiksowanych z szarą codziennością. Główna bohaterka, niepewna swojej tożsamości (jak to człowiek Dalekiego Wschodu), gubi się w dusznej atmosferze, otaczającej jej życie gwiazdy muzyki i srebrnego ekranu. Próbując wyjaśnić świat otaczających ją pozorów, wypuszcza się na grząskie wody fanatycznych fanów i mściwych przyjaciół. Czy ta podróż ją wzmocni, czy rozbije „w odłamków stos”? Gorąco polecam miłośnikom kina, lecącym na mocne wrażenia. -
- Intesa Classic Balsam po Goleniu z Kolagenem 100 ml
- (towar niedostępny)
MarS 2008-10-09
Dla tych, którzy mają drastycznie obniżoną wytrzymałość skóry po goleniu (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Nawyki i konserwatyzm niektórych mężczyzn chyba nie znają granic. Przez wiele lat używałem swego zapasu balsamu po goleniu Yves Rocher Pour Homme. Do czasu, gdy dowiedziałem się, że przestali go produkować z dość interesujących składników i przerzucili się na aloes (sic!). Wszyscy pozostali faceci czasem z zazdrością wypowiadali się o tym, jaka to dziwnie zadbana moja twarz. I nic mi się na niej nie sypie. Choć używałem potem wiele różnych balsamów, dopiero Intesa w pełni mnie usatysfakcjonowała. Jest nawet lepsza niż francuski produkt. Żel doskonale się wchłania i nie pozostawia po sobie wrażenia „tłustości”. Ma świetny, męski (choć nie agresywny) zapach i działa bardzo odświeżająco. Pierwsze użycie jest przez to nawet lekko szokujące. Pocięta żyletką skóra wydaje się z minuty na minutę wracać do formy, owiana mgiełką lodowatego powiewu, a następnego dnia nie ma mowy o tym, by golenie sprawiało ból i uświadamiało nam - nadwrażliwcom, że nasza skóra nie otrzymała odpowiedniej ochrony przez minioną dobę. No właśnie – tu mała dygresja. Zacięcia i inne rany goją się w bardzo szybkim tempie po używaniu produktu Intesy. Ma tu swoje działanie kolagen, który ujędrnia, wygładza itd. Jednym zdaniem – gdybym był w następnym wcieleniu kobietą, szukałbym tylko wśród włoskich kosmetyków. -
- Intesa Classic Dezodorant w sztyfcie z ylang-ylang 75 ml
- (towar niedostępny)
MarS 2008-10-09
Włoski sztyft o wyjątkowym zapachu (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Nigdy nie miałem zaufania do dezodorantów w sztyfcie. Przynajmniej do czasów eksperymentu z Intesą. We Włoszech to powszechnie występująca marka męskich kosmetyków, coś jak Nivea dla Rzymian. A gdy naród, który ma męskiego „Vogue’a”, korzysta hojnie z jakiejś marki, trudno nie skusić się, by samemu spróbować. Są faceci jak ja, którzy mają wszelakie możliwe kłopoty z dezodorantami w sprayu. A to podrażnia. A to, pomimo wszelkich przedsięwziętych środków, nie pomaga i się człowiek poci. Gdy dezodoranty w kulce zaczynają denerwować i/lub nudzić, warto sięgnąć po ten dezodorant w sztyfcie. Ma głęboki, bardzo trwały i intrygujący zapach. Zmniejsza potliwość skóry i nadaje się dla tych, którzy chcą o siebie zadbać odrobinę więcej niż minimalnie. Mnie Nivea już zwyczajnie dobijała i potrzebowałem ciekawszego zapachu. Nie wspominając o tym, że produkt Intesy jest makabrycznie wręcz wydajny… To wszystkie deo w sztyfcie tak mają? -
- Zamek
- Franz Kafka
- (towar niedostępny)
MarS 2008-10-09
Wieczna, niekończąca się podróż do Zamku (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Zawsze zastanawiały mnie okładki PIW w serii "Klasyki polskiej i obcej". "Zamek" otrzymał tam na białym tle ponury i sugestywny wzór zamku tudzież konstrukcji klatki schodowej bez wyjścia i wejścia, zależnie kto patrzył na okładkę. W środku brunatna wklejka, od której przechodziły ciarki na plecach. Nigdy nie sądziłem, że natknę się na szatę graficzną, która będzie równie intrygująca lub (co wydawało się już zupełnie niemożliwe) nawet lepsza. Jednak Państwowy Instytut Wydawniczy wydał ponownie ten klasyczny (choć wcale nie nudny i dający się ostatecznie opisać) utwór. Wydawnictwo wykonało kolejne wydanie ponadczasowe, zresztą nie bez rysu nowoczesności. Miękka okładka z zakładkami, na której umieszczono prawie niechlujny, lecz sugestywny obrazek, otrzymała z tyłu magiczny cytat - sentencję. Bohater ilustracji wydaje się być tak kosmicznie zagubiony (na wszelkie możliwe sposoby), jak K. z "Zamku". Autor na pewno byłby w pełni zadowolony, gdyby umiał się cieszyć, że w ogóle go wydają. Na przyjemnym i delikatnym, kremowym papierze dużą i czytelną czcionką można po raz kolejny śledzić niedokończone losy jednego z najbardziej znanych bohaterów literatury europejskiej. Choć "znany bohater" może brzmi za wiele przy postaci bez imienia i adresu. K. to przecież i Józef K. z "Procesu". To XIX-wieczny everyman. Osoba zawikłana w okrutny świat biurokratów, z którego wyprowadzano i wynosi się różne, skrajnie odmienne przesłania. Ja mogę jedynie polecić pyszną oprawę i przekład, bardzo przyjemny w konsumpcji. -
- Wyśnione życie aniołów
- Eric Zonca
- cena: 25,49 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
MarS 2008-10-08
Kręte ścieżki przyjaźni i miłości w debiucie Zonci - epigona swych rodaków, realistów
Obejrzałem bez zmrużenia oka, choć późna godzina była. I choć film jest brutalnie naturalistyczny, dał się przełknąć, a nawet zafascynować swa duszną atmosferą. Tylko ten tytuł - to chyba jakaś głęboka ironia. Przynajmniej można tak pomyśleć po pierwszych scenach. Potem rozumiemy, że reżyser chyba nie zna się zupełnie na żartach. To taki francuski Wim Wenders. O ile nie będziemy go podejrzewać o jakiś wisielczy dowcip typu: patrzcie, bohaterka jednak nie umarła z tego powodu, ale jaja... Eric Zonca zaczynał od ciężkiej szkoły dokumentu. W swym debiucie tęskni za tego pokroju kinem, tą stylistyką, tym dążeniem do badania świata, co mocno, wręcz nagminnie widać. Zdjęcia z ręki, praktycznie brak muzyki (pomijając puentującą film, piękną kompozycję Yanna Tiersena z albumu "Rue de Cascades"). Postaci z nizin, żyjące w biedzie i smutku. Zupełnie, jakby oglądać "Dogmę" Larsa von Triera z "Przełamując fale" czy "Królestwa". Tudzież szukać tropów francuskiego realizmu po ponad stuleciu. Jest i tragicznie, i depresyjnie. I prawdziwie, lecz w jakiś pokrętny sposób magicznie. Snem może być życie. Przebudzeniem prawdziwy dramat. Traumatyczne wydarzenie ciążące burzowa chmurą nad naszym życiorysem. A przecież na to nie zasłużyliśmy! W dość specyficzny sposób każdy może być aniołem. Jak to kiedyś z przepełnioną optymizmem nadzieją stwierdził pewien naukowiec - "Ludzie są z natury poczciwi". Film Erica Zonci ani nie pochwala czynów swych bohaterów, ani nie występuje przeciw nim. Podgląda raczej ludzi z dna społeczeństwa, tropiąc w nich zaskakująco głęboki humanizm. Do ponurych historii autor powrócił jeszcze w "Złodziejaszku", którego miałem pecha oglądać pewnego (przez to mrocznego) Sylwestra. Gdybym zaczynał od "Wyśnionego życia aniołów", może nie musiałbym walczyć o drobny uśmiech przez całe dwa tygodnie. Wcześniejsza produkcja Zonci wydaje się zostawiać nam jakąś nadzieję, choć paradoksalnie wybiera dla swej historii bardziej przejmujący koniec niż w nowszym dziele. Kończy się ostro, ryjąc w widzu niezapomniane, filmowe przeżycia. Depresyjność i brak właściwych wyborów. Być może takie jest życie francuskiego przeciętniaka, nawet jeśli taki everyman (w tym przypadku młoda kobieta) pragnie być "więcej i bardziej". -
- Fighter in the Wind ( + kino domowe)
- Yun-ho Yang
- (towar niedostępny)
MarS 2008-10-08
"Wojownik na wietrze" to już jednak nie azjatyckie kino na wietrze w wykonaniu Kurosawy (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Film sztuk walki. Główny bohater pragnie być drugim Miyamoto Musashim - potężnym wojownikiem, który podobno nie przegrał żadnego z pojedynków. Przeciwnicy adepta kopania to po prostu kolejne góry, na które musi wejść. Po co – nie do końca wiadomo. Dramat psychologiczny. Wyrzutek społeczeństwa po bezsensownej śmierci swego brata poprzysięga, że odtąd odmieni swe życie. Zacznie ćwiczenia ciała i umysłu, by ponury zgon nie poszedł na marne. Mężczyzna chce wyzwolić w sobie potencjał, który marnieje niczym więdnący, nie podlewany koreański kwiatek. Uczcić zwycięstwami pamięć brata. Kino nacjonalistyczne. Biedny i smutny Koreańczyk wielokrotnie spotyka na swej trudnej drodze złego i dumnego Japończyka. Ma zamiar zmierzyć się w nim pojedynku, by pokazać wyższość sztuk walki swych krajan nad tym, co mają do zaoferowania miłośnicy skośnych mieczy. Główna przesłanką są oczywiście zgnębione masy z Korei, która - deptana przez Japonię - potrzebuje jakichś narodowych wzorców. Romans. Choi spotyka piękną kobietę. Jednak spotyka i przeciwności. Ten film mógłby być jakiś. Zamiast tego jest kinem kopanym, wymieszanym z wszelakimi gatunkami filmowymi. W końcu to produkcja koreańska, o koreańskim bohaterze, prawie mitycznej w swej potędze postaci, więc i szeroka treściowo. Chcąc nakręcić biografię wielkiego człowieka i pokrzepić serca ziomków, trzeba uderzać w patos i inne fałszywe nuty. Ja usłyszałem niewiele czystych dźwięków. Chwała autorom i za tą garstkę. Dzięki temu film jest jeszcze w miarę oglądalny i można mu przyznać ze trzy merliny. W końcu nie taki głupi, tyle że brzydko manipulujący widzem. Szkoda, że Koreańczycy nie przebili podobnej, japońskiej historii. Mowa o "Sadze o dżudo" Akiry Kurosawy, po wojnie uznanej przez amerykańskiego okupanta za szowinistyczny twór. Dziś to jednak już uznane, wybitne kino, z przecież urzekająco pięknymi scenami. I to raczej o "Fighter in the Wind" wypada dziś mówić w kategoriach filmowego nacjonalizmu. -
- Take My Head
- Archive
- (towar niedostępny)
MarS 2008-10-06
Dekapitacja wspomnień, czyli archiwistyczny chaos uczuć w muzycznej praktyce (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
"Take My Head" wywołuje uczucia skrajne. We mnie krańcowe uwielbienie. Sam zespół najmniej lubi ten album z wszystkich, które stworzył. Trudno go za to winić. Dziś Archive gra progresywnego rocka, i to w 100% męskim składzie, scementowanym przez najpopularniejsze albumy i utwory. Jednak dwa pierwsze albumy Archiwiści wykonali z udziałem damskiego wokalu, i to w odmiennym, bo trip hopowym stylu. Tym drugim krążkiem jest "Take My Head", melanż elektroniki, "techno symfonii", popu i trip hopu, gdzie głos Suzanne Wooder kręci się wokół bardzo feministycznych tematów. Bohaterka tych próśb o utratę głowy, rozumu czy też może wspomnień, popada we wszelakie stany emocjonalne, związane z przeżywaniem różnych rodzajów miłości i ich utratą. W "You Make Me Feel" agresywną elektronikę rozdziela słodki głos głoszący moc, jaką zapewnia prawdziwe kochanie. To fascynująca introdukcja do dziejów osobistych, a zarazem tak bardzo uniwersalnych losów, jakim zmierza uczucie. Łagodniejszy instrumentalnie "The Way You Love Me" paradoksalnie przynosi pierwsze wątpliwości i rozbija spokój słuchacza za pomocą środków rodem z barokowej, pełnej napięcia poezji erotycznej. "Brother" stawia pod znakiem zapytania stałość i bliskość więzi między bratem i siostrą. W spokojnym, wręcz powolnym tempie narratorka prosi o chęć przyjęcia pomocy, a zarazem szuka dróg ku utraconej przeszłości. Kolejny utwór przyśpiesza obroty albumu. Bohaterka stawia pod znakiem zapytania intencje kochanka. Dla niej nie ma już wiary w uczucia, są tylko chłodne kalkulacje i stwierdzenia "wszyscy mężczyźni to..". To jak badanie, co się dzieje z zapadającym w mrok światem. W końcu "Ból narasta" i "to naprawdę boli". A utwór "Woman" już raczej dzieli rzeczywistość i stwierdza przepaść, niż chce mówić o czymś tak ulotnym, jak miłość. "Obłok w chmurach" jest już wyznaniem wiary kobiety po przejściach, która nie ma zamiaru ronić łez i nie boi się bólu. "Take My Head" hipnotyzuje rozbrajająco prostymi repetycjami, a zarazem przeraża ujęta w nich krańcową desperacją i tym, co się dzieje z umysłem osoby głęboko skrzywdzonej. Po pięknej, instrumentalnej "Miłości latem" dopada nas pożegnalne "Rest My Head On You", gdzie bohaterka wyraża ze smutkiem, jak niewiele potrzeba czasem do szczęścia. A czasem to tak wiele. Dla mnie to doskonały album na wszelkie podróże, który potrafi czasem zabrać nas w zupełnie inne miejsce od tych, jakimi nas wiodą wszelkie środki lokomocji. Bo nie zawsze warto przeć do przodu, nie oglądając się w tył.






Merlin in English






![Myśliwiecka [Digipack] - Artur Andrus](/Mysliwiecka_Artur-Andrus,images_small,4,MYSTCD188.jpg)













