MarS
Anty-student. Miłośnik dziwnych książek i jeszcze dziwniejszych filmów, lubiący o nich pisać i je okrutnie krytykować, jeśli zachodzi taka potrzeba. Kontakt pod mailem markijan@wp.pl
Rekomendacje:
- Motyl i Skafander
- Zabójstwo Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda
- Skafander i motyl
- Lady Snowblood
- Takeshis' (seria Klub Koneserów)
- Miecz zagłady
- Kill
- Bunt
- Najdłuższy dzień (film z polskim lektorem)
- Pętla
- Kolacja na cztery ręce
- Immanuel Kant
- H.
- Elżbieta królowa Anglii
- Proces
- Juliusz Cezar
- Łucja i jej dzieci
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 428
-
- Assembly. Ostatnia bitwa
- Xiaogang Feng
- (towar niedostępny)
MarS 2010-07-17
Bohaterska wojna i komunistyczna propaganda po chińsku (2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Zacznę od krótkiego przypomnienia – polski miłośnik Azji może być zapoznany po trochu z dorobkiem reżysera z wydań DVD dwóch filmów – „Pogrzebu grubej ryby” i „Nocnego bankietu” (przedziwaczny angielsko-polski tytuł tej produkcji brzmi „Banquet: 100 dni cesarza”, a stanowi ona bardzo swobodną adaptację „Hamleta”). „Assembly. Ostatnia bitwa” jest logicznym rozwinięciem wcześniejszych pomysłów na kino chińskiego reżysera. To zarazem odbicie tego, co charakterystyczne dla najnowszego kina ChRL. Twórcy tzw. piątego pokolenia (Zhang Yimou, Chen Kaige) porzucili swą otwartą, moralną „walkę z systemem” na rzecz robienia dzieł na zamówienie. Niektórzy emigranci z Hongkongu, działający dotąd za granicą, wrócili do kraju po to, by robić dokładnie to samo (John Woo – by nakręcić widowiskowe „Trzy królestwa”). Feng Xiaogang, przygotowując film o wojnie domowej, skorzystał także ze swojej szansy, by przypodobać się władzy i upichcić drogi, pełen rozmachu film, który łatwo sprzeda się za granicą. Widownia przecież tak kocha krwawe filmy wojenne… Można by nawet uznać, że „Assembly” jest nastawione bardziej na zachodniego widza i zachodnią kinematografię. Reżyser odwołuje się w tej produkcji do przede wszystkim amerykańskich standardów kina wojennego, przenosząc na grunt chiński konwencje, wykorzystane w „Pearl Harbour” czy „Szeregowcu Ryanie”. Mamy więc sekwencję bitwy, która otwiera film i odzwierciedla pomysły Spielberga na pokazanie gorączki Dnia D. Później - oglądamy straceńczą obronę „frontowej placówki”, przypominającą żywo „9 kompanię”, także pod względem udanej próby moralnego potępienia wrogich oddziałów. Po tych przyzwoitych, dość przyjemnych dla oka wydarzeniach, przychodzi niestety pora na podkręcenie obrotów maszyny ideologicznej, co musi wiązać się ze spowolnieniem akcji i wygłaszaniem długich i monotonnych tyrad. Że o egzemplifikacji prostych tez nie wspomnę. Atmosfera przypominać zaczyna tę z „Pearl Harbour”. Robi się człowiekowi łzawo i smutno na sercu, że takie straszne rzeczy się stały i nikt nie jest w stanie im zaradzić, ani wynagrodzić solidny wysiłek zbrojny. Konwencjonalność tego filmu, wcześniej tylko silnie irytująca (w czasie bitwy żołnierze zwracają się do siebie w uporządkowany sposób, wymieniając po kolei stopień i nazwisko), stała się dla mnie w tej drugiej części wprost nie do wytrzymania. Odliczałem tylko kolejne minuty, życząc głupiemu głównemu bohaterowi jak najgorzej i modląc się o jak najszybsze zakończenie tego nadętego i sztampowego pomnika Rewolucji. Niestety, Feng Xiaogang niczego się nie nauczył się na błędach popełnionych w „Nocnym bankiecie”, i po raz kolejny popełnił film nieudolnie skonstruowany pod względem dramaturgii, który zwyczajnie się dłuży i potrafi ostro wynudzić. Co gorsza, przesłanie ideologiczne jest w „Assembly” tak nachalne, że amerykańskie wojenne freski patriotyczne z lat czterdziestych i pięćdziesiątych wydają się przy tej produkcji przykładami wyrafinowania, subtelności i wyszukanego smaku. -
- Stalag 17
- Billy Wilder
- cena: 29,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)
MarS 2010-07-17
Udane połączenie filmu jenieckiego z ludyczną komedią
Filmy o obozach jenieckich, w których grupa dzielnych Amerykanów stara się wszelkimi dostępnymi środkami uciec, charakteryzuje posługiwanie się wytartymi schematami. Obywatele Stanów Zjednoczonych uwielbiają ukazywać prowadzone przez siebie wojny jako przeżycia co najmniej ekstatyczne. Ich żołnierze z imponującą brawurą rozrywają na strzępy ciała swych wrogów, otrzymując ledwie draśnięcia i kilka wspomnień do odgrzania przed kominkiem wśród gromadki zasłuchanych wnucząt. Nawet złapani i osadzeni, będą wciąż kąsać swego prześladowcę, aż nad nim zatriumfują w asyście pełnej patosu muzyki. „Stalag 17” podejmuje jednak temat filmowej ucieczki z obozu, by wyśmiać jej konwencję. I, choć czyni to w dobroduszny i rozczulająco prymitywny sposób, wciąż - po ponad sześćdziesięciu latach - potrafi rozbawić. Uwagę widza przykuwa przede wszystkim intryga fabularna. Bohaterowie muszą rozwikłać, kto w ich baraku donosi Niemcom o tajnej, choć może aż nazbyt niezdarnej działalności konspiracyjnej. Amerykanom w głowie się nie mieści, że jeden z ich wspaniałych krajan może być odrażającym szpiclem. Zbiorowość decyduje się więc ocalić honor dumnego narodu, oskarżając o zdradę bardzo nielubianego Seftona, który za drutem kolczastym dorobił się skromnego majątku na miarę warunków więzienia i swobody w nim panującej. Atakując oryginalną jednostkę, niszczą zarazem kogoś, kto wyrósł ponad bezmyślny tłum. Reżyser z gorzką ironią portretuje grupę Amerykanów, obnaża ograniczenia i prymitywizm jej członków. Szydzi z naiwności swych ziomków, ich skłonności do egotyzmu, hipokryzji i budowania skomplikowanej hierarchii. Wilder, podobnie jak William Thackeray w „Targowisku próżności” inteligencję jednostki, choćby i niemoralnej, ceni bardziej niż fałszywą moralność, świętoszkowatość zbiorowości i ślepą głupotę tłumu. Najbardziej odrażająca postać w filmie – Sefton – okazuje się być jedynym, który potrafi samodzielnie myśleć i wyciągać wnioski z błędów popełnianych przez średnio rozgarniętą obozową konspirację. Zagrał go William Holden, tworząc interesującą postać antybohatera, powoli przeciekającą do kina wojennego, dotąd zaludnionego przez pomnikowych i głupawych, choć tak szczerych amerykańskich Jasiów. „Stalag 17”, podejmując „na wesoło” temat wojny, zachowuje umiar i nie zniesmacza widza tak ordynarnymi żartami, jakie są domeną „Adolf H. – Ja wam pokażę!”. Wilder nie pragnął swym filmem zbudować mauzoleum bojowej odwadze amerykańskiego żołnierza i w ten sposób ocalił swoją obozową opowieść przed nieznośną, sztywną widowiskowością wojennych produkcji, cechującą się nieznośnym brakiem humoru i zacięciem pedagogicznym. Na szczęście, reżyser nie formułuje wzorów do naśladowania, ani nie wskazuje drogi postępowania swemu odbiorcy. Każdy może dowolnie zinterpretować „Stalag 17”, lub zwyczajnie ulec magii kina. -
- Emigranci
- Kazimierz Kutz
- cena: 24,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 14 dni )
MarS 2010-03-20
Sukces reżysera, porażka wydania. (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Każdy miłośnik Kazimierza Kutza będzie zadowolony. A może każdy, kto lubuje się w estetyce "klasycznego" teatru telewizji - tej spod znaku oszczędnych dekoracji, braku plenerów i "filmowych" środków. Reżyser przekonuje (podobnie jak w "Kolacji na cztery ręce"), że nie potrzebuje zbyt wiele przestrzeni, przedmiotów, fajerwerków... Jedynie parę dobrych aktorów, którzy wcielą się w postacie, przeciwstawione sobie. To konflikt, narastający od pierwszej sceny, zawikła widza i zafrapuje na cały czas sztuki. I mimo dość długiego seansu, na pewno nie będzie miejsca na znużenie. W tym zasługa niebanalnego tekstu, wybitnego reżysera i dobrze dobranych aktorów. Kondrat i Zamachowski prowadzą swój dialog w przestrzeni piwnicy, pod "cywilizowaną", zachodnią Europą, która nie za bardzo o nich pamięta - gościach z biednego, komunistycznego kraju na Wschodzie. Dwaj aktorzy igrają z dwoma wizerunkami emigranta - inteligenta i robola - by ukazać niedole polskiego człowieczeństwa. A jest - jak to u Sławomira Mrożka - niezwykle zabawnie i groteskowo. Bohaterów otaczają walające się puszki z psia karmą, czarna dziura po nieobecnych już muchach i jakiś ból egzystencji (ewentualnie jej pustka). Jeden z nich Polaków ciągle musi dawać, by drugi łakomie pożerał (nieświadomie wystawiając się przy tym na psychologiczne represje współlokatora). Szmery cały czas towarzyszą parze rozbitków - w rurach gra kanalizacyjna muzyka, na górze "ludzie" świętują Nowy Rok. A na dole - w piwnicy - świnia i wół smętnie zalewają swe smutki. Niestety, sama jakość wydania dvd jest dość żenująca. Nie wiem, czy to kwestia długości produkcji (ponad dwie godziny!) - co powinno zostać jakoś zniwelowane przed płytę dwuwarstwową). Duża pojemność nie jest jednak zbytnio wykorzystana - objętość plików zajmuje niewiele ponad 5 gigabajtów. Podobnie nieciekawie zostało przygotowane wydanie spektaklu Laco Adamika "Elżbieta Królowa Anglii". Jedenaście lat dzielące te spektakle nie są zbytnio zauważalne - obrazowi w obu przypadkach daleko do klarowności. Nie jest to na pewno wizualna "żyleta". Poziom płyty dvd z "Emigrantami" zbliżony jest do jakości wydania na kasecie wideo. Ze wstydem oglądam te spektakle i zastanawiam się, czy były rejestrowane w aż tak niekomfortowych warunkach, że i dziś niewiele da się z nich wykrzesać? Zabrakło funduszy na cyfrowe odnowienie kopii? W ramach dodatków zamieszczono zdjęcia okładek czterech wydań przedstawień teatru telewizji, z drobnymi "żywymi" fragmentami sztuk w tle - taki substytut zwiastunów? To wszystko, a chciałoby się zobaczyć więcej - np. jakikolwiek wywiad z kimkolwiek - to w końcu "Złota Setka", jak dumnie głosi napis na pudełku. "Pętlę" W. J. Hasa wydano z "Ulicą brzozową", wywiadem z Gustawem Holoubkiem. Tu widz musi się zadowolić wyjątkowo marnej jakości wydaniem dvd i, jeśli chce, ustawić płytkę na swej inteligenckiej półeczce obok dzieł zabranych Mrożka czy Mickiewicza, poprzestając na "klasie" złoconego opakowania. -
- Dersu Uzała
- Akira Kurosawa
- (towar niedostępny)
MarS 2010-02-21
Tajga po japońsku (1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Gdy Akira Kurosawa kręcił „Dersu Uzałę”, miał już za sobą wiele spotkań z rosyjską kulturą, które niejednokrotnie zaowocowały później adaptacjami klasycznych utworów („Idiota” , „Na dnie”). Były to jednak produkcje często w dość znacznym stopniu ignorowane i marginalizowane. O „Idiocie” – najmniej znanym dziele Mistrza od czasów „Rashomona” - dobrze pisała jedynie francuska krytyka. „Na dnie” utonęło pomiędzy falami „Tronu we krwi” i „Ukrytej fortecy”. Trzecie spotkanie z literaturą rosyjską Kurosawa odbył w negatywnej aurze klęski „Dodesukaden” i próby samobójczej (eufemistycznie określanej przez rodzinę reżysera jako efekt przemęczenia). Te nieprzyjazne warunki wydawały się jednak paradoksalnie dobrze służyć pracy nad adaptacją tragicznej opowieści o jednostce, która – nie odnajdując się w swej współczesności – traci pewność siebie i grunt pod nogami. Dersu to jedna z wielkich indywidualności w filmach Kurosawy. Tych wyjątkowych postaci, o których jest u Japończyka mowa, i do których kieruje on swoja wypowiedź. Ten bardzo nie-japoński grzech - pochwała indywidualizmu – wpłynęła na niechęć rodzimej krytyki (która wypominała Kurosawie jego ”cudze” internacjonalizmy) czy na brak porozumienia z widownią. Publiczność często lubiła najbardziej te filmy, które sam mistrz najmniej cenił. „Dersu Uzała” należy chyba do niewielu wyjątków od tej reguły. Był przełomowym punktem w twórczości Kurosawy - momentem odnalezienia własnej estetyki w kolorze, wyrażeniem swego punktu widzenia na obcej ziemi. „Film rosyjski” był też sposobem na próbę stworzenia udanego filmu bez współudziału Toshiro Mifune. Odszukaniem na nowo zagubionej ścieżki twórczej, które miało w ostateczności przecież doprowadzić do takich arcydzieł, jak „Sobowtór” czy „Ran”. Poetyczność filmu powoduje, że łatwo się nim zauroczyć, by potem dostać od reżysera kilka mało przyjemnych niespodzianek. Chyba nie jestem sobie w stanie wyobrazić Kurosawy-komedianta czy Kurosawy-lekkoducha. Pesymizm jego filmów (a w przypadku ostatnich – skrajny pesymizm) zawsze pozostaje na mnie niczym nie dający się usunąć balast. Ten ciężar nie daje spokoju, dręczy i prowokuje do stawiania pytań. Jak zwykle w przypadku tego artysty, pozostają one w zawieszeniu - bez odpowiedzi czy pocieszenia. Wydanie DVD jest dość liche - ani sam film nie został przygotowany w oszałamiającej jakości, ani skromne (i zresztą bardzo krótkie, choć i tak dość nudne) dodatki nie przedstawiają zbyt wysokiego poziomu. Po dwóch dyskach spodziewałem się o wiele więcej, stąd niższa ocena. -
- Lady Snowblood
- Toshiya Fujita
- cena: 39,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
MarS 2010-02-13
Szok kulturowy? (4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
Napis na okładce, głoszący Quentina Tarantino, jest w pewniej mierze słuszny. Zwykle wskazuje się na ten film jako na jednego z prowodyrów "KILL BILL". Sama produkcja jest ekranizacją wysmakowanego wizualnie, niezwykle ostrego erotycznie, monochromatycznego komiksu, w którym dzieje bohaterki są zdecydowanie bogatsze (opowieść ma kilka tomów). Oczywiście, sam film nie mógł sobie pozwolić na taką ilość perwersji i nagości, bo nigdy by nie znalazł dystrybutora, czy tak wytrzymałego widza. Z drugiej strony, to na swój sposób dość rzetelna ekranizacja, której celem było raczej oddanie klimatu oryginału, a nie niewolnicze poddanie się historii. Dlatego wyszło dzieło samodzielne, przemyślane w najmniejszych detalach, przy tym miejscami dość błyskotliwe. Opowieść o zemście została opowiedziana na nowo, z pełny m wykorzystaniem medium, jakim jest film. To przy tym nie tak banalna fabularnie historia, jak "Kill Bill". Na okładce można by umieścić napis - "lepsze niż filmy Tarantino" (zresztą to samo można powiedzieć o "Oldboy'u"). Pewnie po seansie wiele osób się zafrapuje, jak banalny i odtwórczy potrafi być amerykański reżyser. Po seansie "Bękartów wojny" nawet bym powiedział, że ze skłonnością do auto-plagiatu. Wiele chwytów z "Lady Snowblood" w "Kill Bill" zostało dość prymitywnie skopiowanych, przy spłaszczeniu "szekspirowskiej" aury, jaką tchnie japońska produkcja. Warto więc spojrzeć na pierwowzór. Ja osobiście cenię go o wiele bardziej. Nawet jeśli wyda się sztuczny, teatralny czy egzotycznie dziwaczny, pozostanie zręcznym filmem - świadectwem swoich czasów, gdy chambarra nie była jeszcze pustym hasłem w repertuarze japońskich pop-produkcji pokroju "Azumi". -
- Adrenalina 2 - Pod napięciem (Blu-Ray)
- Mark Neveldine, Brian Taylor
- cena: 59,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
MarS 2009-12-20
Autoparodia, autoironia, postmodernizm wcielony
Po seansie „Adrenaliny” wyniosłem dość ambiwalentne uczucia. Z jednej strony film prezentował się dość kuriozalnie. Wręcz raził takimi epizodami jak scena „otwartego seksu” czy finałowa melodrama. Bohater wykonujący swój ostatni telefon do dziewczyny w czasie zagadkowo długiego lotu na asfalt – nie wierzyłem, że widzę coś tak bezsensownego. Z drugiej strony – adrenalina/akcja/ciosy w twarz trwały bezustannie. Napięcie doskonale podtrzymywały efekty dźwiękowe (choćby w formie „rwącego się”, drażniącego sygnału dzwonka komórki Bohatera) i kolejne „podładowania” naszego nieśmiertelnego wręcz herosa. Po tym, jak Jason Statham błaźnił się kolejnymi rolami w dalszych dokrętkach „Transportera”, „Adrenalina 2” była dla mnie Pewniakiem, i to dość negatywnym. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy druga część, eksploatująca dokładnie ten sam schemat fabularny, nie przyniosła z sobą zauważalnego spadku jakości. Wręcz podgrzała atmosferę, traktując fabułę i bohaterów jako pretekst do zabawy formą, ignorując jakikolwiek realizm. Groteska, wyłażąca przez szwy filmu, zalała mój umysł obrazami umownej przemocy, szczątkowej intrygi, przeestetyzowanych scen pełnych dość zabawnych nawiązań do klasyki kina. Pomijam już, jak „Adrenalina 2” sytuuje się wobec kina akcji. O wiele przyjemniejsze jest odkrycie, że z pozoru błaha opowieść może dać wiele, zaskakująco bogatych wrażeń. Nawet seksizm staje się tu zjawiskiem na tyle przerysowanym, że dość umownym. Sama postać głównego bohatera nie ma żadnych definiowalnych cech charakteru. Aktor wydaje się puszczać oko do widza, bawiąc się konwencjami, dyskredytując głupotę komercji. To wszystko, zebrane razem, może jednak uciekać w starciu z masą „atrakcji”, jakie zagwarantował scenariusz. Na tyle, że byle nastolatek będzie miał przyjemność obcowania z tym polifonicznym obrazem. „Adrenalina 2” to dla mnie największe zaskoczenie roku i najśmieszniejszy film, jaki już dawno widziałem. Widowisko o wiele lepsze od oryginału. -
- Ballada o żołnierzu
- Grigorij Czuchraj
- (towar niedostępny)
MarS 2009-12-06
Jaki kraj, taka klasyka? (2 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
„Ballada o żołnierzu” podobno łączy się w jakiś pokrętny sposób z czasami odwilży i takimi filmami, jak „Lecą żurawie”. Trudno było mi w to jednak uwierzyć po seansie, zwłaszcza że czas dłużył się z jakąś przedziwną nieubłagalnością. Sam świat filmu też jest niezwykle nieprzejednany. Główny bohater musi dążyć do swej matuszki cały film, potykając się co i rusz o różne ofermy, którym trzeba pomóc. Kolejne sceny muszą przy tym prezentować pewne siermiężne tezy, pochodzące z siermiężnego kraju. Film zaludniły zdarzenia nierealne, dziwaczne, działające na zasadzie namiastek. Mamy tu i historię uczucia, która wykwita jak polny kwiatek między parą równie tępych, co sympatycznych bohaterów, i film drogi w sowieckich realiach, i prawdę o świecie na miarę rosyjskiego zakłamania. Aktorzy grają sztucznie, groteskowo, w przerysowany, nieprzekonujący sposób. Są rzewni do granic łzawości. Bardziej radziecko-surowi w swych postawach niż rasowi agitatorzy, bardziej tępi w swej głupocie niż młot. To dzieci komunistycznego kraju, który przez lata chorego systemu doszedł w swych działaniach do jakiejś makabrycznej wprawy. Teraz „Ballada o żołnierzu” wyszła w ramach klasyki kina radzieckiego, a mi pozostaje powątpiewanie w wartościowość tego filmu (poza wartością historyczną jako swoistego „piętna swego czasu”. Co gorsza, klasykę radziecka wydają z jakimiś znikomymi dodatkami. Dotąd bawi mnie wspomnienie kilkuminutowych „bajerów”, jakie dystrybutor załączył do „Dersu Uzały”. Sprawa zaiste kuriozalna. Trzy merliny za "odwilżowatość". -
- Dyktator - Kolekcja Charlie Chaplina (2 DVD)
- Charles Chaplin
- (towar niedostępny)
MarS 2009-06-11
Hynkelowe wydanie klasyki kina - dla ludzi z poczuciem humoru (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Nie będę pisać, jak cudownym i wyjątkowym filmem dla historii kina jest „Dyktator”. Nie będę roztrząsać niesamowitej i pełnej groteskowych zdarzeń historii jego powstania. Ani nie skupię się na tym, jak tenże „Dyktator” wygląda na tle reszty dorobku filmowego Chaplina, jaką rolę pełni w filmografii twórcy wyjątkowego. Nie wspomnę nawet zjadliwie o pewnym filmie von Sternberga, który z powodu autorytarności Chaplina zaginął raz na zawsze. Jeśli są Państwo zaintrygowani postacią Hitlera, film gorąco polecam. Bo jak można się zajmować biografią tego polityka, bez uwzględnienia jego wersji nie-na-serio? Hynkel to przecież dyktator w krzywym zwierciadle. Choć wszyscy wiemy jaki dyktator, film traktuje o problemie despotyzmu w sposób uniwersalny, czasami wręcz szekspirowski. A więc na poły poważnie, na poły zabawnie, tyle że śmiech ten jest często gorzki i pełen bólu. To, jakie uczucia wywołuje „Dyktator”, są ze sobą pozornie sprzeczne. Trudno też by było, aby na przestrzeni lat, u różnych widzów, nie były wręcz sprzeczne. Mam tylko nadzieję, że nie powtórzą Państwo po seansie słów pewnej początkującej (i chyba zbyt naiwnej) filmoznawczyni „Chaplin pocieszny jest”. Pomijając egzystencjalizm komedii Chaplina, warto przyjrzeć się komedii wydania. Jak zwykle przy dwudyskowych wydaniach Galapagos, wersje językowe są dość ograniczone. Pierwsza płyta to film w bardzo dobrej jakości, gdzie do wyboru mamy polskie napisy (polski lektor, pomijając już jego przydatność, nie jest zamieszczony). Jeśli interesują Państwa dodatki zamieszczone na płycie drugiej, znajomość jakiegoś ‘cywilizowanego’ języka byłaby wręcz wskazana. Zwłaszcza, że zamieszczono tak wyjątkowy dokument, jak „Tramp i dyktator”. Niestety, można oglądać w oryginale, lub pomagać sobie napisami angielskimi lub jakimiś innymi. Ja od czasu „Bez przebaczenia” jakoś się przyzwyczaiłem do tego, że seria dodatków na drugim dysku to zawsze seria skupienia, by móc wykazać przed sobą szczątkową znajomość języka angielskiego i cos wynieść z tych peregrynacji. Dla tych, którzy i takiej znajomości języka nie mają, film wciąż gorąco polecam. Cena jak za takie wydanie, jest wyjątkowo przystępna (zwykle dwudyskowe wydania Galapagos są dwa razy droższe). -
- Hannibal - Po drugiej stronie maski (Blu-Ray)
- Peter Webber
- (towar niedostępny)
MarS 2009-04-30
Szczeniacka wyprawa po ludzkie mięso (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Młody Hannibal wraz z arystokracką rodzinką mieszka sobie w cichej głuszy. Niestety chłodno-klimatyczną sielankę atakuje wojna w formie wybuchów i band wyjętych spod prawa ludzkich animalsów. Hannibal ma tego pecha, że rodzice mu giną i zostaje sam z Maszą – młodszą siostrunią. Wspomniani wcześniej animalsi wpadają w odwiedziny do Hannibala i w tornadzie dzikiej zimy zaczynają, smakowicie się przy tym oblizując, oglądać ciałka rodzeństwa. Tak wygląda mniej więcej preludium do historii, które można było wyczytać w „Hannibalu” Thomasa Harrisa (tego na szczęście nie nakręcił Ridley Scott). Wiadomo, kanibalizm Hannibala zyskał jakieś oświetlenie i przestał być przerażająca zagadką chorego i genialnego (a przez to nieprzeniknionego) umysłu. Na szczęście twórcy postanowili okrasić nam ból bezpośredniości wstępu do koszmaru „Czerwonego smoka” i rzucili kilku zwinnych aktorów i kilka smakowitych scen, przyprawiających co mniej wyrobioną w gore widownię o skręt kiszek. Chociażby chińska Gong Li jako świetna, japońska Lady Murasaki, prezentuje wyżyny sztuki układania włosów i zimnego recytowania sentencji pachnących wyrachowanym pięknem kultury Dalekiego Wschodu. Chociażby zarzynanie rzeźnika mieczem samurajskim słodzi scenariuszowe przewidywalności, choć wiadomo, że to prawie że nachalny cytat do „Świętej krwi” Alejandro Jodorowsky’ego. Na tle poprzednich odsłon przygód Lectera, filmowi Petera Webbera zdecydowanie brak ikry i demonicznego Anthony’ego Hopkinsa. Nie za wiele tu choćby municypalnej grozy miasta z „Łowcy” Michaela Manna. Pewnie wyjdę na bezkrytycznego fana Hannibala Lectera, ale muszę przyznać, że lubię ten film. Od pierwszego młodocianego, lecz wciąż hannibalowego zamachu sierpem. -
- Elizabeth. Złoty Wiek kolekcja Pure Gold)
- Shekhar Kapur
- (towar niedostępny)
MarS 2009-02-21
Artyści grzęznący w mieliznach fatalnej fabuły filmu kostiumowego (2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Cate Blanchett lubi zaskakiwać. Do wielu banalnych filmów mogłaby wnieść swój niepospolity talent, czyniąc z często przeciętnych produkcji coś doprawdy niezapomnianego. Jednak aktorka zwykle wie, jak wybierać. I nie znajdziemy jej w produkcjach, które już z założenia dobrze wyjść nie mogą. Cóż, zazwyczaj. Kontynuacja losów Elżbiety I jest właśnie jednym z tych nielicznych wyjątków. Liczba złudzeń, które mieli miłośnicy aktorki, reżysera i filmu, jak podejrzewam, była kolosalna. Sam oczekiwałem czegoś co najmniej wyjątkowego. Po mrocznej i zgoła nieprzeciętnej „Elżbiecie” spodziewałem się ciągu dalszego mniej więcej na równie wysokim poziomie. Minęło co prawda wiele lat, lecz czy magia już uleciała? Niestety tak. Kontynuacja nie jest udatnym thrillerem politycznym, krytyką władzy absolutnej czy choćby ciekawą historią tragicznej miłości. To popisywanie się, granie na wysokich (a przez to sztampowych) nutach. Zamiast krytyki monarchy absolutnego czy pochwały rozsądnej monarchini, mamy zaprezentowany albo modną krytykę katolicyzmu, albo przepych i brak umiaru w rządzeniu. Który przecież nijak się ma do oszczędnego modelu rządów Elżbiety, który tak cenił rozsądny angielski ludek. Nie dostajemy choćby sensownych portretów postaci historycznych. Kilka scen jest co najmniej żenujących, co stawia rozgarnięcie scenarzysty pod dużym znakiem zapytania. Shekhar Kapur serwuje nam niestety historyczny melodramat z wielką wojną w tle. Rozświetla na ekranie Wielką Armadę, która tak ładnie się topi na morzu wśród płomieniu i mroku spełnionej kipieli. Wysuwa na plan pierwszy Wielką Elżbietę, która w wykonaniu Cate Blanchett ledwo może usiedzieć na koniu, gdy dochodzi do momentu krytycznego starcia (narowisty wierzchowiec?). Niestety, wielka aktorka zwyczajnie nie nadaje się do tego cnego, aż nazbyt wysokich tonów widowiska. Blanchett lepiej by pasowała w czymś nie rozbuchanym ponad miarę. Ale ja ją rozumiem. Też nie spodziewała się takiej żenady po reżyserze. Przecież raz się udało, mogło i drugi.






Merlin in English














![To co dobre [Digipack] - Andrzej Piaseczny](/To-co-dobre_Andrzej-Piaseczny,images_small,11,88697994862.jpg)





