Krzysztof Czapiga
KONTAKT: krzczapi@op.pl FILMOWY BLOG: http://www.filmweb.pl/user/703917/KrzysieK.html
Rekomendacje:
- Sześć stóp pod ziemią (sezon 1, 5 DVD)
- Pat Garret i Billy Kid - Srebrna Kolekcja (2 DVD)
- Picture In A Frame (Immagine In Cornice - Live In Italy 2006)
- MTV Unplugged: Hey [Digipack]
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 114
-
- Udław się
- Clark Gregg
- (towar niedostępny)
Krzysztof Czapiga 2009-04-29
Jeśli masz zamiar to obejrzeć, odpuść sobie (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Chuck Palahniuk w swym pierwszym bestsellerze prowokował i szokował, był niepoprawny i obrazoburczy, a czytało się go świetnie. Jako że Clark Gregg realizując "Udław się" nie złagodził kontrowersyjnych kantów literackiego pierwowzoru, ogląda się równie dobrze. Victor (Sam Rockwell) jest postacią dość typową. Oczywiście biorąc pod uwagę twórczość Chucka Palahniuka. Utrzymuje się on z odgrywania roli XVII-wiecznego parobka w kolonialnym skansenie, a po pracy dorabia do pensji dławieniem się w restauracjach - osoby, którym da okazję do uratowania sobie życia czują wobec niego chęć kontynuowania opieki i wysyłają pieniądze. Oprócz tego Victor uczęszcza na spotkania anonimowych seksoholików, głównie po to, aby uprawiać seks. W programie odwykowym, składającym się z dwunastu kroków nie doszedł nawet do czwartego. I właśnie w takim rozkroku go poznajemy: czwarty krok to próba dokonania bilansu dotychczasowego życia, na co Victor nie potrafi się zdobyć. Impulsem będzie dopiero pogłębiająca się choroba matki (w tej roli Anjelica Huston), która nie wyjawiła jeszcze synowi, kim jest jego ojciec... "Udław się" przesiąknięte jest bardzo czarnym humorem, który jednak nie zadziała na każdego - nie wszystkich rozbawi widok dławiącego się w restauracji mężczyzny, z kęsem jedzenia tkwiącym w gardle snującego się w poszukiwaniu najlepszego kandydata, któremu pozwoli uratować sobie życie. Inni mogą się poczuć urażeni choćby seksem w szpitalnej kapliczce albo przedmiotowym pokazywaniem kobiet. W tym przerysowaniu jest jednak metoda. Gregg za Palahniukiem celnie krytykuje społeczeństwo oparte na konsumpcji. Dla filmowych postaci seks to nic więcej, jak właśnie konsumpcja. I to w swym najgorszym wydaniu - na szybko, żeby tylko się zaspokoić, chwilowo znieczulić i zapomnieć o bólu istnienia. Seks jest tu metodą ucieczki (zresztą nieskuteczną) od zaangażowania i okazywania uczuć - gdy Victor wreszcie coś poczuje do pielęgniarki matki (fantastyczna Kelly Mcdonald), do stosunku nie dojdzie. Przewrotność Palahniuka daje znać o sobie wielokrotnie, jak choćby w głównym wątku poszukiwania prawdy o sobie przez Victora. Gregg z sukcesem i umiejętnie zamienia ją w filmowe zwroty akcji. "Jeśli masz zamiar to czytać, odpuść sobie." - tym zdaniem zaczyna się książka Palahniuka. "To, co się tutaj dzieje, najpierw cię wkurzy. A potem będzie już tylko coraz gorzej", pisze dalej autor, który doskonale wie, że zadziała tu mechanizm przekory i po jego książkę sięgniemy szybciej, niż innego autora, wychwalającego własne dzieło. Licząc na podobną reakcję, o filmowej adaptacji napiszę tylko: jeśli masz zamiar to obejrzeć, odpuść sobie. -
- Ten [Deluxe Edition]
- Pearl Jam
- (towar niedostępny)
Krzysztof Czapiga 2009-03-23
Prawdziwa uczta dla fanów Pearl Jam! (4 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oto na zbliżającą się dwudziestą rocznicę istnienia grungeowej formacji otrzymujemy reedycję ich pierwszej płyty „Ten”, piosenki, które się na niej nie znalazły oraz pamiętny koncert z serii „MTV Unplugged”. „Ten” jest bez wątpienia jedną z najważniejszych płyt w historii rocka. Wraz z „Nevermind” Nirvany i „Dirt” Alice In Chains w największym stopniu sprawiła, że grunge ze zjawiska lokalnego, zogniskowanego wokół ponurego Seatle rozlał się na cały świat. „Once”, „Even Flow”, „Alive”, „Jeremy” czy „Black” stały się wielkimi przebojami, teraz, słuchane po latach, utwierdzają w przekonaniu, że Pearl Jam po prostu wielkim zespołem jest. Na drugiej płycie znajdziemy chyba słusznie odrzucone kawałki z albumu „Ten”, nie mniej dla fanów z pewnością pozostające rarytasami. Świetne są zwłaszcza „Brother” i kapitalnie zaśpiewana „Just A Girl”. Na uwagę zasługuje również „2.000 Miles Blues” z interesującą partią gitarową, często grany na koncertach „Breath” oraz studyjna, chropowata, alternatywna wersja przeboju „State Of Love And Trust”. Koncert „MTV Unplugged” natomiast to ponad wszystko wokalny popis frontmena formacji Eddiego Veddera. Począwszy od otwierającego występ nastrojowego „Oceans”, poprzez emocjonalne wykonanie ballady „Black”, aż po energiczną wersję „Porch” Vedder dowodzi tu wielkiej skali swego talentu. Szkoda tylko, iż koncert trwał niecałe 40 minut, ponieważ wyraźnie daje się odczuć, że słynący z długich, czasem nawet trzygodzinnych występów zespół dopiero się rozkręcał. -
- Z archiwum X - sezon 7
- Gillian Anderson, Cliff Bole
- (towar niedostępny)
Krzysztof Czapiga 2009-01-19
Szczęśliwa siódemka - najlepszy sezon w historii serialu (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Siódmy sezon "Z archiwum X" jest zdecydowanie najlepszy ze wszystkich. Poszczególne odcinki są mocno zróżnicowane, począwszy od przejmującego i lirycznego "Closure", gdzie ostatecznie poznamy prawdę o siostrze Muldera, poprzez skutecznie straszące "Millennium" czy "Chimera", na zabawach z narracją w "X-Coops" kończąc. Niektóre odsłony serii są zrealizowane z dystansem, ponieważ nie można w nieskończoność na poważnie opowiadać o groźnych mutantach, seryjnych mordercach czy kosmitach - świadomi tego twórcy serwują nam na przykład "Hollywood A.D.&", swoistą parodię typowego odcinka serialu, gdzie producent filmowy postanawia zrealizować kinowy film, opowiadający o przygodach agentów. W ich rolę przezabawnie wcielili się znany komediowy aktor i satyryk Garry Shandling oraz żona Duchovnego Tea Leoni. Ostateczny efekt flirtu z Hollywood będzie mocno zaskakujący... W "The Amazing Maleeni" wkroczymy w świat magików, którzy wykorzystując swą biegłość i spryt spróbują wyprowadzić w pole Muldera i Scully - realizując imponujący, godny "Żądła", przekręt. Kultowy duet agentów FBI będzie musiał ponadto stawić czoła sekcie wyznawców voodoo ("Theef") i nieuczciwemu koncernowi tytoniowemu ("Brand X"), wkroczyć w wirtualną grę komputerową ("First Person Shooter") czy naprawić szkody po niefrasobliwym dżinie ("Je Souhaite"). Oczywiście nie obyło się bez wpadek ("Rush" czy "Fight Club"), ale całkowity bilans jest korzystny. Zajadli fani docenią finał, gdy powrócimy do miejscowości z pierwszego docinka pierwszej serii, gdzie przygoda się zaczęła. Na deser warto zostawić sobie małe arcydzieło, jakim jest "Hungry", pobudzający apetyt na kolejne odsłony wartościowego serialu. -
- Z archiwum X - sezon 5
- Rob Bowman, David Nutter, Daniel Sackheim
- (towar niedostępny)
Krzysztof Czapiga 2009-01-19
Piąty sezon na piątkę z plusem (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Po słabszym czwartym sezonie, gdzie jednak powstał jeden z najlepszych odcinków w historii serialu, "Home", twórcy wracają do wysokiej formy. W czarno-białym "The Post-Modern Prometheus" interesująco nawiązują do niemieckiego ekspresjonizmu lat 20., co z pewnością docenią znający historię kina fani. W na przemian strasznym i zabawnym "Chinga" mocno się przestraszymy, który to strach zostanie rozładowany brawurowymi sekwencjami komediowymi. Ponadto twórcy mistrzowsko wygrają strach przed wszechobecną inwigilacją ("Kill Switch") oraz niepokoje o zakulisowe działania władz i tuszowanie ich wykroczeń ("Patent X"). Dadzą także do myślenia pracownikom wielkich korporacji ("Folie A Deus"). Poznamy początki działalności Trójki Samotnych Strzelców, gdy cofniemy się do ich pierwszego spotkania ("Unusual Suspects"), przewinie się także dochodzący do głosu instynkt macierzyński Scully ("Emily"). Najlepszym odcinkiem piątego sezonu pozostaje jednak mistrzowski "Bad Blood", gdzie na jedno wydarzenie spojrzymy z dwóch różnych punktów widzenia - Scully i Muldera. Z pomocą subiektywnej narracji przekonamy się o niedoskonałości ludzkiej pamięci; każdy z agentów FBI zapamiętał bowiem nieudaną akcję inaczej, po swojemu. Sezon piąty bez wątpienia przez wszystkich pozostanie zapamiętany tak samo - jako jeden z najlepszych. -
- Gesty, osoby, teksty, kino Hala Hartleya
- Alicja Helman, Andrzej Pitrus
- (towar niedostępny)
Krzysztof Czapiga 2009-01-19
Zaproszenie do spotkania z kinem Hala Hartleya (1 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
Książka "Gesty, osoby, teksty, kino Hala Hartleya" Alicji Helman i Andrzeja Pitrusa ukazała się z okazji retrospektywy twórczości autora "Zaufania" na siódmym festiwalu Era Nowe Horyzonty. Znajdziemy w niej analizy filmów jednego z najciekawszych twórców amerykańskiego kina niezależnego, w Polsce niemal nieznanego (co jednak zmieniło ostatnio wydanie czterech jego filmów w estetycznym pakiecie DVD). Hartley przez całą swą karierę realizuje filmy autorskie - skromne, ale bogate w treść. Z różnorodnych tekstów znajdujących się w książce, pisanych przez wielu autorów o odmiennych temperamentach, wyłania się zaskakująco spójny obraz bezkompromisowego artysty, którego warto poznać. W zagłębieniu się w szczegółowe analizy i interpretacje filmów, napisane z lekkością i głębią, pomagają liczne fotosy, zachęcające do sięgnięcia po konkretne filmy i zweryfikowanie zawartych w książce sądów. We wstępie czytamy: "Hal Hartley od dwudziestu lat konsekwentnie buduje własny świat. Oglądając jego kolejne prace, mamy wrażenie powracania do znanego, dobrze zdefiniowanego środowiska, w którym raz po raz pojawiają się nowe postaci.". Gdy zetkniemy się z nim pierwszy raz, nabierzemy zatem ochoty do ponownych odwiedzin, czyli także do obcowania z wielkim kinem. Książka "Gesty, osoby, teksty..." przekonująco zaprasza do pierwszego spotkania, które z pewnością zaowocuje kolejnymi. -
- Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi
- Robert B. Weide
- (towar niedostępny)
Krzysztof Czapiga 2009-01-16
Anglik w Nowym Jorku
Pomysł, aby dziennikarze, którzy wyśmiewając się z filmowych gwiazdek, znanych głównie z tego, że są znane, po cichu się nimi fascynowali - był strzałem w dziesiątkę. Równie celnych strzałów jest wiele, choć zdarzają się rykoszety czy wręcz strzały w stopę. Sprawdził się zamysł wrzucenia boleśnie szczerego i, co by o nim nie mówić, autentycznego Sidney'a w sztuczne i skostniałe środowisko dziennikarskie. Ubiera się, jak chce, mówi, co chce, jest wolny i dobrze mu z tym. Inna sprawa, że mająca generować jak największe zyski korporacja to nie koniecznie miejsce dla kogoś takiego. Tkwiący w tym miejscu potencjał komediowy zostaje owocnie wygrany. Świetne są w filmie Weide'a dialogi, najlepsze, gdy bohaterowie w słownej szermierce przerzucają się błyskotliwymi ripostami. Zainicjowane z pomysłem gagi bawią, gdy trzeba, ktoś się przewróci lub spadnie z łóżka czy krzesła i też jest śmiesznie. Słowem - dla każdego, coś miłego. Szkoda tylko, że twórcy bali się postawić kropki nad "i". "Jak stracić przyjaciół..." z filmu, który skutecznie przeciwstawia się banałom komedii romantycznych, zmienia się w finale w ich kalkę. Nie popisali się też autorzy oryginalnością, jeśli chodzi o zaprezentowanie na ekranie filmowych gwiazdek. Nie korzystają też w pełni z komediowego potencjału Bridgesa, który zwyczajnie nie ma wiele do zagania. Ogólnie jednak film "Jak stracić przyjaciół..." spełnia swoją funkcję - można się na nim nieźle bawić i zapomnieć o problemach, a Wende z pewnością nie straci przyjaciół i nie zrazi do siebie widzów. -
- Kochanice króla
- Justin Chadwick
- (towar niedostępny)
Krzysztof Czapiga 2009-01-16
Niebezpieczne związki (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Od filmów historycznych zwykle oczekujemy realiów epoki, skrupulatnej scenografii, skrzętnie zrekonstruowanych przedmiotów, efektownych kostiumów, dylematów władców rządzących krajem. To wszystko w "Kochanicach króla" jest, ale bez znaczenia. Najważniejsze są zmieniające się niczym w kalejdoskopie emocje targające bohaterami. Film aż kipi od uczuć. Siostry zdradzają się, by następnie we wzruszającej scenie sobie przebaczyć i kontynuować knucie intryg. Zakłamania i hipokryzji, wybuchających ze zdwojoną siłą konsekwencji odkładanych decyzji, wyrzutów sumienia oraz napiętych relacji nie brakuje. Wszystkie te skrajne emocje brawurowo podają aktorzy, od pojawiającej się na krótko Constance Stride w roli pierwszej żony Henry'ego, aż po Natalie Portman, która zagrała do prawdy imponująco. Jako będąca na przemian w ofensywie lub zepchnięta do obrony Anne, potrafi trzymać w szachu samego króla, by chwilę później dać się nieludzko poniżyć. Portman nawet odtwarzanie najskrajniejszych emocji przychodzi z łatwością, równocześnie ani na moment nie traci wiarygodności. W adaptacji powieści Philippy Gregory wszyscy bohaterowie są pionkami na szachownicy życia pogrążonej w chaosie. Łudzą się, że mają wpływ na własne życie, lecz w rzeczywistości kieruje nim przypadek lub kaprys osoby, na której łaskę chwilowo są zdani. Przekonuje się o tym nawet sam król, gdy w finale życie spłata mu przewrotnego figla. Podobnie jak film oczekującym historycznego widowiska widzom. -
- Z archiwum X: Chcę wierzyć - wersja reżyserska
- Chris Carter
- (towar niedostępny)
Krzysztof Czapiga 2009-01-16
Chciałem wierzyć (2 z 15 uznało tę recenzję za pomocną.)
Ambitna akcja, aby trzymać realizację w tajemnicy zasługuje na uznanie i szacunek. Konsekwencja twórców skutkuje tym, że wreszcie można obejrzeć głośny film od początku do końca, nie znając jego zakończenia, zwrotów akcji i ważniejszych momentów. Szkoda tylko, że "Chcę wierzyć" ma tak niewiele do zaoferowania, choć punkt wyjścia jest intrygujący, a reżyserowi udaje się wpleść w fabułę kilka zabawnych momentów (fantastyczny żart z Busha czy pierwsze, wprawiające w osłupienie, ujęcia z Duchovnym). Później jest niestety coraz gorzej - fabuła robi się nieciekawa, narracja traci tempo a z ekranu wieje nudą. Trudno się pozbyć wrażenia, że liczba pomysłów zawartych w pełnometrażowym dziele Chrisa Cartera - ledwie starczyłaby na 45-minutowy odcinek. Zdecydowanie łatwiej wymienić niedociągnięcia "Chcę wierzyć", niż jego znikome plusy. W filmie, co zaskakujące, nie dzieje się niemal nic, a ciekawe pomysły nie zostają wykorzystane. Choćby interesujący konflikt między spojrzeniem na nieuleczalnie chorego chłopca przez Scully a katolickiego księdza, który niesatysfakcjonująco się rozmywa. Skomplikowana więź łącząca byłą agentkę FBI z Mulderem dryfuje w stronę nieznośnego sentymentalizmu. Zniknął gdzieś wszechobecny nastrój paranoi oraz strach przed czającymi się spiskami, będący jednym z największych walorów serialu. Trudno też mówić o uczuciu napięcia czy strachu, których to emocji film nie wywołuje. "Chcę wierzyć" nie wytrzymuje porównania z wcześniejszą, różnie przecież ocenianą, kinową wersją serialu. Pozostaje rozkoszować się sugestywnym, "mroźnym" klimatem filmu i efektowną scenerią. Jedynie pod tym względem film Cartera dorównuje najlepszym odcinkom serialu. Pozostałe elementy "Chcę wierzyć" rażą wtórnością - to wszystko w gruncie rzeczy już było. I to w lepszym wydaniu. Film nie broni się ani jako autonomiczne dzieło, ani jako swoisty aneks do serialu. Nie zadowoli wiernych jego fanów, ani tych, dla których "Chcę wierzyć" będzie pierwszym spotkaniem ze sceptyczną Scully i wierzącym Mulderem. Szkoda, gdyż oszczędna kampania reklamowa miała jeszcze jeden efekt - rozbudziła oczekiwania... -
- Bez śladu (sezon 1, 4 DVD)
- Rob Bailey, David Barret
- cena: 79,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Krzysztof Czapiga 2008-10-24
Czy aby na pewno "Bez śladu"? (4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
"Bez śladu" to jeden z najlepszych seriali, jakie powstały w ciągu ostatnich kilku lat. Na początku każdego odcinka ginie osoba, którą specjalistyczny zespół FBI pod kierownictwem Jacka Malone'a (LaPaglia) stara się odnaleźć. Wbrew tytułowi zawsze pojawia się jakiś ślad. Agenci rekonstruują ostatnie godziny przed zniknięciem, starają się poznać zaginioną osobę, zadają niewygodne pytania, korzystają z nowinek technicznych. Wszystko po to, aby jak najszybciej (po 48 godzinach szansa na znalezienie drastycznie maleje) dotrzeć do poszukiwanej osoby. Na porządku dziennym są uprowadzenia dla okupu, porwania niepełnoletnich przez pedofilów czy zagadkowe morderstwa. Zdarza się jednak, że zaginiona osoba dobrowolnie porzuciła dotychczasowe życie - każdy odcinek niesie bowiem ze sobą zaskakujące zwroty akcji. Serial zrealizowany jest z pomysłem (założenie, że poszukiwana osoba żyje), niezwykle dynamicznie (co odzwierciedla działający na niekorzyść czas) i efektownie (w scenach rekonstrukcji wydarzeń). Wraz z kolejnymi odcinkami stopniowo zgłębiamy sylwetki agentów FBI - to nie mający czasu na życie prywatne pracoholicy, którzy zatracają się w poszukiwaniach zaginionych. Ciekawie zarysowani bohaterowie, z którymi łatwo można się utożsamić, idą w parze ze znakomitym aktorstwem, gdzie prym wiedzie nagrodzony Złotym Globem za rolę Malone'a Anthony LaPaglia. "Bez śladu", ponownie wbrew tytułowi, z pewnością zostawi ślad w pamięci każdego, kto oglądnął choć jeden odcinek brawurowego serialu. -
- Najpierw strzelaj potem zwiedzaj
- Martin McDonagh
- (towar niedostępny)
Krzysztof Czapiga 2008-09-25
Pewnego razu w Brugii (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
W "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj" typowy schemat komedii kryminalnych zostaje przełamany, a zgrane klisze nabierają nowej jakości. To prawdziwy powiew świeżości, który należy najpierw obejrzeć (i świetnie się bawić), potem przemyśleć (bo jest co). Film Martina McDonagha to przede wszystkim bardzo czarna komedia. Nie ma tu miejsca na tematy tabu - reżyser bezlitośnie żartuje z samobójców, chrześcijaństwa czy przeintelektualizowanych europejskich filmów. Mocno dostaje się też amerykańskim turystom, a jednym z najzabawniejszych bohaterów jest wyniosły karzeł-rasista. Absurdalne poczucie humoru jest bez wątpienia mocną stroną filmu. Bawią zarówno pomysłowe i błyskotliwe dialogi, jak i momenty bardziej slapstickowe. Jeśli sięgniemy głębiej i bliżej przyjrzymy się "Najpierw strzelaj..." odnajdziemy dużo więcej. McDonagh z wielką wprawą i zasługującą na uznanie precyzją przetasowuje humor z powagą. Kilka scen zrealizowanych jest, jak na konwencję kryminalnej komedii, zaskakująco poważnie. Psychologia trójki najważniejszych postaci, także straszno-śmiesznego Harry'ego w popisowej interpretacji Fiennesa, jest rozbudowana i zajmująca. W chwilach oddechu między licznymi, bawiącymi do łez scenami (narkotyczno-alkoholowa libacja, nieudany rabunek na Rayu) reżyser konsekwentnie rozbudowuje portrety bohaterów. Znajduje w tym wsparcie w trafnie dobranej obsadzie. Brendan Gleeson podobne role grał wielokrotnie, doskonale więc wie, w które struny uderzyć, aby zdobyć sympatię widza. Colin Farrell przekonująco odgrywa sceny rozpaczy Raya, ale też świetnie odnajduje się w tonacji komediowej. Jego balansowanie na granicy powagi i farsy w pełni uzupełnia intencje reżysera. McDonagh, realizując fabularny debiut, miał w zanadrzu jeszcze jeden potężny atut - scenariusz. Jego przemyślana konstrukcja sprawia, że film zostaje w finale pięknie podsumowany ukrytym moralnym przesłaniem. Najpierw oferuje nam pierwszorzędną rozrywkę bez granic, później dorzuca kilka istotnych intelektualnie tematów nie psując zabawy, na koniec wszystko błyskotliwie puentując. Jak na debiut rzecz imponująca.






Merlin in English














![To co dobre [Digipack] - Andrzej Piaseczny](/To-co-dobre_Andrzej-Piaseczny,images_small,11,88697994862.jpg)





