FabrykaRecenzji
Rekomendacje:
- Powojnie. Historia Europy od roku 1945
- Enigma. Bliżej prawdy
- Gottland
- Ryszard Kapuściński. Biografia pisarza
- Federico Fellini. Księga filmów
- Karski. Raporty tajnego emisariusza
- Marco Polo: od Wenecji do Xanadu
- Bizancjum
- Wiedeń 1814. Jak pogromcy Napoleona, bawiąc się, ustalali kształt Europy
- Krucjaty północne
- Na uśpionych lotniskach...
- Dno oka
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 64
-
- Sztandar chwały
- James Bradley
- cena: 43,49 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
FabrykaRecenzji 2010-04-27
Eastwood wiedział, co "bierze na scenariusz" (6 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)
Stosunek do swej flagi Amerykanie mają specyficzny - kolaż bałwochwalstwa ze skłonnością do profanacji. Z jednej strony pakują makdonaldowskie pupska w slipy czy szorty pasiaste z gwiazdkami, z drugiej zaś co chwilę padają przed gwiaździstym sztandarem na kolana. I to przy każdej możliwej okazji, nawet w najgłupszej komedii romantycznej - flaga USA choć na kilkanaście sekund musi załopotać (najlepiej pod koniec, bo załzawionymi oczętami lepiej się ogląda). Ta książka z opisywaną hucpa nie ma nic wspólnego - to reportaż o walkach na Iwo Jimie, jego bohaterami są marines uwiecznieni przez Rosenthala na najsłynniejszym zdjęciu drugiej wojny światowej. Chyba każdy zna fotografię szóstki żołnierzy, wijących się na szczycie Suribachi, usiłujących wbić w ziemię sztandar amerykański. Zdjęcie to po latach natchnęło de Weldona do stworzenia słynnego pomnika w Arlington. I na tym nasza wiedza się kończy, póki nie sięgniemy po książkę Bradleya. Autor, syn jednego z bohaterów rezygnując ze sztampy, patosu, uproszczeń i egzaltowanych hymnów, ukazuje drogę "sześciu herosów" na Iwo Jimę, a także ich powojenne losy. Wbrew pielęgnowanej w USA mitologii, samo zatknięcie sztandaru było zwykłym wykonaniem rozkazu w miejscu - w tamtej chwili - zupełnie bezpiecznym. Kiedy zaś już zdetonowano bombę propagandową, połowa uczestników zdarzenia gryzła piach na wyspie, jeden z ocalałych całkiem o sprawie zapomniał i nie kojarzył jej ze swoją osobą. Inny z kolei zagroził koledze ze zdjęcia, że pozbawi go życia, jeśli ten "wyda" go mediom. Na ułamek sekundy historia zawiesiła przekrwione oko na sześciu przeciętnych młodych chłopakach, bohaterów, którzy dla siebie samych bohaterami nie byli. sfotografowano w patetycznej chwili. Z trójki, jaka cało uszła z wyspy, jeden wytrzymał zaledwie dziewięć lat powojennego życia, nim zapił się na śmierć. Drugi w wieku lat 45 popełnił samobójstwo. Wcześniej natomiast (wraz z jedynym, który dożył sędziwych lat - Bradleyem seniorem) stoczyli jeszcze jedną walkę - jako żywe ikony wzięli udział w iście amerykańskiej kampanii propagującej obligacje wojenne. Autor rzeczowo i obiektywnie (lecz i nie bez emocji) ukazał tak blichtr "bohaterskiego" tournée po USA, jak i wielką wagę akcji - zebrano dzięki niej ogromną kwotę (prawie połowę rocznego budżetu Stanów Zjednoczonych!), która w wielkiej mierze pozwoliła na dokończenie wojny. „Sztandar…” to uczciwego reportaż o wykonujących obowiązek żołnierzach, a nie medialnie wykreowanych bohaterach. Jak w maksymie powtarzanej przez ojca autora – „prawdziwymi bohaterami są ci, którzy z Iwo Jimy nie wrócili”. Książka tchnie prawdą, podobnie jak i film Clinta Eastwooda na jej podstawie nakręcony. -
- Enen
- Feliks Falk
- cena: 18,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
FabrykaRecenzji 2010-04-27
Świetny film, ale pozostawia lekki niedosyt (5 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)
Pomijając "Wodzireja" każdy film Falka pozostawia we mnie niejaki niedosyt. "Enena" dopisuję do tej listy. Najpierw jednak pozytywy, boć ważniejsze: kapitalny pomysł na zagłębienie się w PRL, ukazanie realiów wrocławskiego psychiatryka podobnie, świetne role, lecz nie tyle Szyca bym wyróżnił, co rewelacyjnego - jak zwykle - bezwzględnie najlepszego z niedocenianych polskich aktorów całego powojnia - Stroińskiego. Scena rozmowy w deszczu pomiędzy nim a głównym bohaterem - myślę, że powinna wejść do kanonu kina polskiego. Scena finałowa - po prostu nokaut, zgodnie z regułami gatunku. Czego zabrakło? Moim zdaniem Falk zatrzymał się o pół kroku za wcześnie, kręcąc scenę ewakuacji chorych podczas zalewającej szpital powodzi, to warto było "pociągnąć" dalej (tym bardziej, że w tym samym czasie tuz obok ewakuowano więzienie. Warto było „rozbudować dekoracje, czyli realia wrocławsko-powodziowe tamtego czasu. Zabrakło mi stanowczo pogłębienia dwóch kwestii "rodzinnych" - konflikt normalnej rodziny lekarza z nim samym w związku ze sprowadzeniem "psychicznego" do domu; nieco więcej też dałoby się moim zdaniem wyciągnąć z konfliktu z sąsiadami. No ale to Falka film, a nie mój, więc i tak daję 5 gwiazdek, bo mimo wszelkich zastrzeżeń znakomity. -
- Enigma. Bliżej prawdy
- Marek Grajek
- cena: 55,49 zł
- (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)
FabrykaRecenzji 2010-04-24
Doskonała autorska robota (6 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oficer polskiego wywiadu, by móc zabawić się na weselu siostry, namówił na zastępstwo kolegę, który nudę nocnego dyżuru zwalczył dekryptażem nieodczytywanych dotąd bolszewickich szyfrówek. Tym sposobem wniósł spory wkład w późniejsze zwycięstwo nad Wisłą. Z pewnością M. Grajek nie z nudów zanalizował proces złamania Enigmy przez polskich uczonych zatrudnionych w wywiadzie II RP, ale sukces odniósł podobny opisanemu wcześniej. W tej książce tej czytelnik znajduje bogato udokumentowany wywód będący efektem mrówczej pracy badawczej, który choć porusza problematykę skomplikowaną i niełatwą - nie nuży ani przez akapit (gadanie o batalistycznych dłużyznach, to bzdura; autor o prostu wykazał bezpośrednie związki dekryptażu z frontem). Książka opowiada o polskich kryptologach, którzy do łamania szyfrów mechanicznych jako pierwsi na świecie zastosowali metody matematyczne, miast rutynowych wówczas lingwistycznych. Rejewski, Różycki i Zygalski doprowadzili do sytuacji, w której niemiecka tajna korespondencja wojskowa stała się dla aliantów jawna, o czym Niemcy nie dowiedzieli się do samego końca wojny. W pasjonującej opowieści, autor analizuje drogę Polaków do sukcesu, kontynuację ich dzieła przez wywiady francuski, brytyjski oraz amerykański. Na przykładach batalii na Atlantyku, kampanii w Afryce Północnej oraz bitwy pod Arnhem Grajek pokazuje, w jak znaczącym (często fundamentalnym) stopniu wykorzystanie polskiego odkrycia zaważyło na losach świata lat 1939-45. Co warte podkreślenia: autor nie epatuje „wiedzą tajemną” z wyprzedaży. Postawił sobie za cel (tylko i aż) solidną i uczciwą analizę tematu, popularyzację wiedzy. Cel ten w pełni udało się zrealizować. Choć temat książki pozornie jest „drewniany” i mało porywający, to czyta się ją świetnie. Również dzięki ukazaniu „ludzkiej twarzy” dekryptażu - przytoczona na początku recenzji anegdota jest jedną z wielu, jakie „Enigma …” zawiera. Trudno się nie uśmiechnąć, czytając o jednym z najbardziej zasłużonych w walce z Enigmą naukowców brytyjskich, który niezbyt był jakoś przekonany o sukcesie swej ojczyzny w walce z Hitlerem - skutkiem tego wynagrodzenie za pracę wypłacone w funtach zamienił na sztabki srebra i zakopał je na terenie super tajnego ośrodka kryptologicznego. Sztabek tych nie odnaleziono do dzisiaj. Twórcami zarówno Enigmy jak ich jej pogromczyń byli żywi ludzie. Nie stroniąc od ironii, pisze autor o niechlujstwie szyfrantów, ambicjonalnych potyczkach między Francuzami, Brytyjczykami i Amerykanami. Obrywa się też i polskiemu wojskowemu Londynowi za pozostawienie naszych kryptologów na pastwę losu. Można się od Grajka dowiedzieć o tym, jak to - ukresu wojny, już w Londynie - zostali polscy kryptolodzy odsunięci na tor boczny przez wywiad brytyjski, a polskie władze nie kiwnęły palcem, by to zmienić. Bredni o Enigmie mnóstwo i na ekranie i księgarskich półkach, książka Marka Grajka usuwa je wszystkie w cień. -
- Gdzie się podziali ci wszyscy przywódcy?
- Lee Lacocca, Catherine Whitney
- cena: 33,49 zł
- (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)
FabrykaRecenzji 2010-04-24
Przywództwo dla bardzo opornych (6 z 7 uznało tę recenzję za pomocną.)
Jakim by człek twardzielem nie był, polamentować zawsze można. Jeden czyni to w zaciszu i ukradkiem, drugi głośno, by wszyscy słyszeli. Iacocca wybrał wariant drugi, lecz na samym tylko lamencie jego książka się nie kończy. Dobrze to, czy źle? Obawiam się, że jednak to drugie. Autor niewątpliwie mając do powiedzenia wiele interesującego, sporo ważkich przemyśleń, angażuje „murzynów” i płodzi książki wysokonakładowe. Już w latach osiemdziesiątych rzucił na księgarski rynek napisaną wespół z W. Nowakiem książkę „Iacocca Autobiografia”, która błyskawicznie trafiła na listy bestsellerów i długo z nich nie znikała. Krąg czytelniczy okazał się niezwykle szeroki, książka opowiada bowiem o dziecku włoskich imigrantów, które pilnie się ucząc i pracując - stało się z czasem istnym ucieleśnieniem amerykańskiego mitu „od pucybuta do milionera”. Tym razem Wielki Mag poszedł dalej: być może w odpowiedzi na tęsknoty wielu swych rodaków pragnących by wreszcie został prezydentem - strzyknął jadem w dzisiejszych przywódców USA. Czyta się to świetnie, choć złośliwy rechot każe przerywać, co akapit. Analiza jest niezwykle emocjonalna i napisana językiem - touttes proportions gardee - patriarchy z „Kotki na gorącym, blaszanym dachu”. Iacocca wali w bęben obciągnięty skórą Busha juniora bez pardonu, a procesów o obrazę majestatu wyraźnie się nie obawia. Każde uderzenie jest druzgocąco precyzyjne, argumentów nie brakuje nigdy. Wykład w stylu „kawa na ławę” powoduje, iż z czasem braki w czytelniczej wiedzy o USA przestają przeszkadzać, jako że Iacocca tejże Ameryki uczy. Gdyby na tym poprzestał, byłoby pięknie. Niestety, po perkusyjnym preludium Iacocca przechodzi do recept na poprawę sytuacji, serwując czytelnikowi coś na kształt „Wspaniałego przywództwa dla bardzo opornych”. Głębi myśli czytelnik tu nie napotka, ma natomiast okazję pomarzyć, jak byłoby pięknie i wspaniale. Już po kilku stronach wywodu przychodzi refleksja: dlaczego nikt jeszcze nie wpadł na to, by sposoby zarządzania dające tak znakomite afekty w biznesie przenieść do polityki? Jak to się dzieje, że - na skalę makro - nigdzie nie mamy z tym do czynienia? Może rzeczywistość społeczna, w której obracają się (a czasem taplają) polityczni wielcy tego świata, jest o wiele bardziej skomplikowana, niż jakakolwiek firma biznesowa? Iacocca świetnie zdiagnozował choróbsko, lecz proponowane antidotum jest może więcej warte, niż przysłowiowy funt kłaków, zbytnio go jednak ceną nie przebija. Całej, wszakże, książki nie wolno wyceniać aż tak nisko, choć przez trywializmy części drugiej ogromnie traci na wartości. „Gdzie się podziali...” to niewątpliwie (z biglem napisane) świadectwo amerykańskiego myślenia pozbawionego bushowskich dewiacji i jako takie - z pewnością warte jest lektury. -
- Misja Specjalna. Hitlerowski tajny plan zajęcia Watykanu i porwania papieża Piusa XII
- Dan Kurzman
- (towar niedostępny)
FabrykaRecenzji 2010-04-24
Średnio na jeża z bezstronnością (5 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)
Książką wartościowsza, niż jej sensacyjny tytuł. Kurzman opowiada o hitlerowskim planie zajęcia Watykanu i porwania papieża, ale ileż można pisać o projekcie, który nigdy nie wszedł w życie? W pierwszoplanowej roli męskiej generała SS rychło zastępuje Pius XII, a ściślej jego polityka wobec faszyzmu. Autor zauważa, że polityka Watykanu (podmiotu międzynarodowej gry politycznej ale też centrali Kościoła rzymsko-katolickiego) wywołuje konfuzje. Dwoistość ta bywa wygodna dla, gdy może zasłonić się „państwowością”, przed żądaniami zajęcia stanowiska moralnego, jakiego zająć się nie chce - lecz przeszkadza, gdy samo istnienie państwa kościelnego uniemożliwia podjęcie oczekiwanych przez wiernych. Żaden wszakże z papieży nie stanął chyba wobec takiego wyzwania jak Pius XII. Czy egzamin zdał? Zdania są podzielone, końca sporu nie widać odkąd upublicznił go „Namiestnik” R. Hochhutha. Dyskutanci okopali się w szańcach argumentów i transzejach emocji. Jedni czynią z Pacellego quasi-esesmana, drudzy swych przeciwników określają „płytkimi intelektualnie i irracjonalnie antyklerykalnymi”. Kurzman na szczęście nie popada w skrajności, choć absolutnie obiektywny nie jest choćby wtedy, gdy twierdzi, iż Pius XII nie pochwalił ataku Niemiec na ZSRR. Tymczasem w radiowym orędziu z ust papieża padły słowa o „wspaniałej ofiarności walczących w obronie zrębów chrześcijańskiej kultury” oraz gorące życzenia triumfu w tej walce. Mowa była o żołnierzach ginących w obronie prawosławia, a może jednak o tych z „Gott mit uns” na klamrach pasów? Zdaje się, że faszyzm po prostu wydał się papieżowi (przed wojna głównie) znakomitym antidotum na czerwoną chorobę toczącą Europę. Jak dalece można było w tej kwestii na jedno oko oślepnąć najdobitniej świadczy przykład św. M. Kolbe, który zginął w kacecie, a wcześniej wydawał „Mały Dziennik” zamieszczający entuzjastyczne reportaże z obozów Hitlerjugend. Popierał Pius XII nazizm, czy też z nim walczył? Ambasador III Rzeszy przy Watykanie widział to tak: „Cokolwiek służy zwalczaniu bolszewizmu, to odpowiada Kurii. Nienawistne są jej związki Angloamerykanów z Rosją sowiecką. Obstawanie przy tych związkach uważa za tępy upór i przedłużanie wojny. Najchętniej widziałaby koalicję mocarstw zachodnich z Niemcami; jej minimalnym życzeniem są silne i zwarte Niemcy jako bariera przeciw Rosji sowieckiej". Z dwóch totalitaryzmów Pius XII za groźniejszy uważał stalinizm. Gdy się wie, co nastąpiło w Europie po roku 1945, wydaje się to słuszne. Czy jednak papież mógł znać wynik wojny już w roku 1941? Czytelnik sam musi dać sobie odpowiedź. Stanowisko w tej sprawie zajął Jan Paweł II rozpoczynając proces beatyfikacyjny Piusa XII. Benedykt XVI go wstrzymał, by znów uruchomić. W watykańskich archiwach nastąpił bowiem „cud odnalezienia” drugowojennych certyfikatów świętości papieża - o ile rzecz tak można nazwać. Fakty te mogą stanowić dla czytelnika podpowiedź. Ale przecież nie muszą. -
- Salon Niezależnych. Dzieje pewnego kabaretu ( książka z płytą CD)
- Jacek Kleyff, Tadeusz Nyczek, Michał Tarkowski
- (towar niedostępny)
FabrykaRecenzji 2010-04-24
Cytuję: "Kup se trąbkę do..." (5 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)
„Do widzenia, ślepa Gienia, kup se trąbkę do pierdzenia” - pointuje profesorskim tonem Janusz Weiss swój wykład na temat „Jak być dowcipnym”. Analizując cytowaną frazę, łatwo ulec pokusie stwierdzenia, iż nie odbiega ona poziomem od, pożal się Boże, arcydzieł kabaretu „Neonówka”, czy też „Konia polskiego”. Nic bardziej błędnego. Wspomniana trąbka służąca do wykonywania wspomnianej czynności, zupełnie innym była instrumentem, gdy grał na niej „Salon niezależnych”. Gdy kiedyś Weiss sugerował jej zakup, drwił w ten sposób z „dowcipności” używającej wskazanego instrumentu jako pierwszych skrzypiec. Dzisiaj zamiast salonowo-niezależno-drwiącej trąbki, mamy jerychońskie trąby donośnie wydające dźwięki wiadomej proweniencji. Szept, ironię, anarchiczną abstrakcję zastąpił wrzask. O ile trudno czepiać się braku wyrafinowanych aluzji, to wrzasku trzeba. Im kto ma bowiem mniej do powiedzenia, tym głośniej wrzeszczy. A tym mniej ma do przekazania, im mniej wystąpienie poprzedza refleksji. Nad tym zaś, że do owej refleksji narodzin niezbędna jest ich uświadomiona intelektualna potrzeba, rozwodzić się nie ma chyba sensu. „Salon niezależnych”, którego pomnikiem jest książka Nyczka od intelektu nie stronił. Jego publiczność też miała co innego w głowie, niż tylko wiadome trąbki. I ona „wychowywała” swój kabaret, i sama była przezeń wychowywana. Dziś jest identycznie. Portretując „Salon…” Nyczek zapada na nagminne zapalenie dygresji, jest to jego książki. Legenda „salonowców” wyglądałaby na nieuzasadnioną, gdyby nie (opisana z łezką w oku) Polska Rzeczpospolita FAMowa. Autor znakomicie ukazuje eksplozję kultury studenckiej w epoce bardzo wczesnego Gierka, uświadamiając ile kultura peerelowska (ta dorosła) festiwalom tym zawdzięcza. Potencjalnych czytelników tej książki można podzielić na dwa gatunki: ze łziskiem w oku wspominających swój rechot sprzed lat oraz poznających nieznane. Nyczkowi udała się niełatwa sztuka spełnienia oczekiwań obu grup. Autor napisał rzecz nie tylko o słynnym kabarecie, ale o tworzących go trzech nieposkramialnych. Sylwetki bohaterów kreśli ukazując ich losy zarówno p.s.e. (przed salonową erą), w jej trakcie, jak i po niej. Przypomina o filmowych rolach Tarkowskiego (m.in. pamiętny przyjaciel „Wodzireja”), o radiowych kampaniach Weissa, a także o dokonaniach najmniej w mediach obecnego Kleyffa, którego brak (jak dla mnie) jest najbardziej dotkliwy, a „Kleyffowa” płyta Kuby Sienkiewicza niewiele tu zmienia. Książkę (której lekturę uważam za obowiązkową nie tylko ze względu na miłościwie nam panującą współczesną kabaretową mizerię) napisał Nyczek w nietypowej sprawie. W sprawie przypomnienia czasów i postaci, dzięki którym kabaret nie tylko do ryku, rechotu, bólu brzucha i szczęk ze śmiechu pobudzał, ale i do refleksji. Bywało - głębokiej. -
- 23 czerwca 1941 - dzień "M"
- Mark Sołonin
- cena: 36,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)
FabrykaRecenzji 2010-04-12
Tym razem nieco gorzej (5 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)
Z jednej strony nowa publikacja Marka Sołonina jest od swej poprzedniczki („22 czerwca 1941, czyli jak zaczęła się Wielka Wojna Ojczyźniana”) odmienna, z drugiej trudno oprzeć się wrażeniu, iż złożona jest z rozdziałów, których autor zapomniał dołączyć do książki poprzedniej. Wbrew wydawniczej notce zapowiadającej „oszałamiający wniosek”, nic tu nie oszałamia. Szczególnie gdy zna się stary „Dzień <>” Suworowa, w którym eks-oficer GRU) wiele stronic poświęca udowodnieniu, iż Stalin zamierzał uderzyć na hitlerowskie Niemcy, lecz został precyzyjnie wyprzedzony. Co nowego stwierdza Sołonin? Niewiele. Chyba, że za przełom uznać podanie dokładnej daty niedoszłej radzieckiej agresji na Niemcy - 23 czerwca 1941. Sołoninowski „Dzień < >” przypomina ofiarowany w prezencie pierścionek z brylantem, który zapakowano systemem „matrioszkowym” w pudła, pudełka i pudełeczka. Proces rozpakowywania jest na tyle nużący, że walory pierścionka bledną. Napisana sprawnie, ze sporą werwą, książka jednak nuży. Za wiele tu spiralnego krążenia wokół głównego tematu. Na domiar złego, najlepszymi partiami książki są właśnie te z jej rozdziałów, które z powodzeniem mogły się znaleźć w książce poprzedniej, traktującej o niewiarygodnych rozmiarów rozsypce radzieckiej armii. Tym razem Sołonin niebezpiecznie kilkakroć upodabnia się do Suworowa snując karkołomne częstokroć hipotezy i dowodzi ich słuszności w oparciu o część źródeł, zapominając o innych. Doskonałą ilustracją wydaje się tu być fragment, w którym za niemieckie zbrodnie na cywilach odpowiedzialnością obarcza NKWD. Wg autora Stalin, by wybić z głów „ludziom radzieckim” z terenów okupowanych chęć poparcia agresora, nakazał lotnym oddziałom NKWD operującym w strefie przyfrontowej brutalnie mordować, a wcześniej okaleczać niemieckich jeńców, by u ich towarzyszy broni wzbudzać chęć krwawej i równie brutalnej zemsty. Rzekomo dopiero w efekcie tych prowokacji rozpoczęły się rzezie, które z czasem z powrotem pchnęły Ukraińców i Białorusinów w objęcia władzy radzieckiej. W ten sposób klęska wojny w obronie granic przeistoczyła się w rokującą sukces Wielką Wojnę Ojczyźnianą. Brzmi to makabrycznie, ale znając prawdę o mistrzostwie Stalina w prowokacji, znając prawdę o jego nieludzkim systemie - można w to uwierzyć. Oczywiście, jeśli zapomni się o biologicznym wręcz antyslawizmie Hitlera, o planach kolonizacji wschodu, które naziści opracowali na długo przedtem, nim NKWD dostało w swe łapska pierwszego niemieckiego jeńca. Wiedząc to wszystko, trudno wierzyć w mit rycerskiego Wehrmachtu, dopiero bestialstwami NKWD sprowokowanego do zbrodni. Nawiasem mówiąc, i ten przytoczony wywód Sołonina nie dotyczy głównego tematu książki. Podobnie jak i większość pozostałych. Prowadzić to musi do wniosku, że kiedy już się zna poprzednią pracę Marka Sołonina, wcale nie trzeba sięgać po tutaj recenzowaną. Obie książki są oczywiście bardzo wartościowe (pierwsza w stopniu większym), ale wystarczy wybrać jedną z dwóch. -
- Superman w literaturze masowej. Powieść popularna: między retoryką a ideologią
- Umberto Eco
- (towar niedostępny)
FabrykaRecenzji 2010-04-12
Superman ex machina (6 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)
W opozycji do Gramsciego, Eco twierdzi, iż Nietsche koncepcję nadczłowieka zaczerpnął nie tyle ze współczesnego mu „Hrabiego Monte Christo” (sic!), co z „Tajemnic Paryża” E. Sue (sic! silnia). Z książki, przy lekturze której współczesny czytelnik cierpi niewymowne męki, o ile w porę nie zaśnie. Tymczasem "w swoich czasach" była ona powszechnie czytana w całej Europie. Rzucali się na nią też analfabeci, płacący za głośne czytanie im kolejnych odcinków. Erę powieści popularnej dzieli Eco na trzy okresy. Pierwszy (romantyczno-heroiczny - od lat trzydziestych XIX wieku), to rozkwit odcinkowej powieści ludowej, zdobywającej dla literatury nową publiczność, dzięki ambicjom odzwierciedlania rzeczywistości społecznej i wpływania na nią. Balzac oraz Hugo czerpią z niej pełnymi garściami tematy, typy bohaterów, struktury narracyjne. Główną postacią - mściciel uciśnionych. W okresie drugim „mieszczańskim” (ostatnie dziesięciolecia XIX w.) już nie on jest na pierwszym planie, lecz zwykły człowiek odnoszący zwycięstwo nad swymi wrogami. Ambicje społeczne ulatują gdzieś, pojawiają się akcenty rasistowskie, reakcyjne - efekt tzw. pierwszego bankructwa lewicy społecznej. "Neoheroiczny" okres ostatni (od początku XXw.) lansuje bohatera antyspołecznego, mającego za nic wyzwalanie uciśnionych (ewentualnie "przy okazji"), realizującego własne egoistyczne plany. Np. zdobycia władzy nad komiksowo postrzeganym światem. Co łączy Tarzana, Bonda, Fantomasa, Lupina i hrabiego Monte Ch.? Nadczłowieczeństwo w czynach i braku autorefleksji. Pomijając bowiem "wczesnego 007" oraz "późnego Monte Christo", nie miewa superman wątpliwości moralnych. Pojawia się niczym kawaleria w finale westernu, wszystko wikła się i "wychodzi na prostą" - twierdzi Eco - dziś już tylko na poziomie intrygi. Żadnej psychologii, główny nacisk na funkcję pocieszycielską lektury, dającą jej zresztą społeczne alibi. W starciu: problem-superman wynik może być tylko jeden. Zwycięzcą jest skutecznie pocieszony (a uwikłany w ponurą codzienność) czytelnik. Ów triumf staje się coraz bardziej podejrzany: o ile u Sue po tysiącu stron główny bohater w upadłej kobiecie rozpoznał swą zaginioną córkę, to Ponsonowi du Terrail na 300 stronicach udało się zmieścić 26 podobnych agnicji. Otruł też cały tuzin postaci, a Dumas męczył się z Milady przez prawie całych „Trzech muszkieterów”. Literatura masowa koncentruje się dziś na „dopocieszaniuć” i "dobawianiu" odbiorcy. A zabawa to tworzona za pomocą coraz pośledniejszego warsztatu: nie brak "rąk tak zimnych jak wąż", od których kroczek tylko do "alabastrowego fortepianu" Mniszkówny. Czytelnik, mający się za ambitnego, oczywiście doskonale wie to na własny rachunek, ale zaledwie intuicyjnie, czy w efekcie przypadkowych, wybiórczych kontaktów z powieścią popularną. Warto zatem zanurzyć się w rozważania Eco, by pogłębić i usystematyzować wiedzę o tej sferze kultury, od której ze wszech sił odżegnują się również i ci, którzy z wrażenia pocą się na coraz głupszych Bondach. -
- Czarownice z Eastwick
- John Updike
- (towar niedostępny)
FabrykaRecenzji 2010-04-12
Nikt nie rodzi sie czarownicą (chyba) (5 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)
Nawet znając na pamięć film George’a Millera warto sięgnąć po powieść pióra Updike’a. Tytułowe czarownice objawiają się w sennym Eastwick nagle. Życie w miasteczku ciurka sobie spokojnie, a zaskakującemu przyspieszeniu ulega, kiedy wkracza do akcji fascynująco zły Van Horn. Trzy kobiety, uwikłane w monotonną małomiasteczkową codzienność, dzięki tajemniczemu przybyszowi zrzucają kajdany konwenansu i nudy. Van Horn uświadamia im i udowadnia, że nie są takie zwyczajne i szare, za jakie otoczenie uważało je przez lata. Czarownicami bohaterki powieści nie tyle się stają, co odkrywają w sobie swe "czarownictwo". Ewolucja ta, nosząca znamiona rewolucji, gruntownie odmienia losy Sukie, Alex oraz Jane. Ten wątek Updike’owej opowieści dał swego czasu wiele szans do wrzasku tak amerykańskim feministkom jak i przeciwnikom wyzwolenia kobiet. Wspomniane spory o tyle są uzasadnione, że wymowa powieści wcale nie jest płytko-jednoznaczną pochwałą "stawania sztorcem" wobec społecznych realiów. Kobiece wyzwolenie (uwaga!) może skończyć się tragicznie dla solidaryzującego się z paniami mężczyzny, czego przykładem jest wyciśnięty jak cytryna i finalnie odrzucony Van Horn. Inna sprawa, że rezygnujące z nadopiekuńczości męskiego diabła Updike’owe kobiety też sporo tracą, ale jakoś dziwnie łatwiej im się z tym pogodzić. Jeśli traktować rzecz jako alegorię odwiecznej wojny płci, to wnioski są mało dla męskiej części czytelników optymistyczne, ale może pisarz się myli? Od czasu, gdy książkę napisał, wiele lat już minęło i dużo się zmieniło, co w niczym nie zmienia prawdziwości autorskich obserwacji, że o celności wniosków nie wspomnę. Tym celniej trafiają one i do współczesnego czytelnika, że (choćby) w niektórych środkowoeuropejskich krajach wciąż jest tu wiele do zrobienia. Dla uspokojenia „samców” śpieszę zauważyć, że i samym kobietom też się od Updike’a obrywa, i to całkiem nieźle. Twierdzenie, że Czarownice… są powieścią feministyczną, kryptofeministyczną, antyfeministyczną, czy że w ogóle płciowy wątek jedyny tu jest i dominujący - byłoby nadużyciem. Updike nie poprzestaje przecież (i na szczęście!) na vaginach i penisach, ale z iście demonicznym upodobaniem i prawie publicystyczną ostrością pastwi się nad amerykańską rzeczywistością małomiasteczkową, mentalnością zaklętą w mantrze wychwalającej "amerykański styl życia", który i dziś przez wielu uznawany jest za ostoję tegoż społeczeństwa. Ciekawe, że obiekt krytyki mimo wysiłków Updike’a (i wielu jemu podobnych) ma się zastanawiająco dobrze również w XXI wieku. -
- Europa walczy 1939-1945. Nie takie proste zwycięstwo
- Norman Davies, Davies Norman
- cena: 75,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)
FabrykaRecenzji 2010-03-31
Profesor strzela sobie w stopę (14 z 16 uznało tę recenzję za pomocną.)
Norman Davies strzelił sobie w stopę. Na domiar złego - z grubaśnej rury panzerschrecka. W warstwie faktograficznej zatrważająco liczne błędy jeżą włos na głowie czytelnika jako tako oczytanego w literaturze dotyczącej drugiej wojny światowej. Prof. Davies z sobie tylko znanych powodów twierdzi, iż polski wywiad wykradł Enigmę z niemieckiej fabryki. Tymczasem polski sukces był natury matematyczno-kryptologicznej, a nie a la Bond. Dlaczego N. Davies powiela tezy fikcji literackiej nie najwyższego lotu, z prawdą historyczną nieposiadające nic wspólnego? Dobre pytanie. Bardzo szerokim łukiem omija też autor prawdę historyczną napomykając o katapultowaniu się alianckich pilotów z płonących bombowców. Ten system opuszczania samolotów wynaleziono wprawdzie już w 1938 r. i zastosowano podczas drugiej wojny światowej, lecz uratować się w taki sposób można było (w 1944 r.) tylko z jednego "bombowca" - Dorniera Do 335 Pfeila. Płatowiec ten latał wszakże w barwach Luftwaffe, więc katapultowanie się z niego musiałoby sprawiać alianckim pilotom ogromne problemy. W innym miejscu profesor stwierdza, iż zarówno niemieccy komuniści jak i faszyści uznawali dowódców armii z roku 1918 za zdrajców. Nein! Komuniści mówiąc o roku 1918 nie posługiwali się terminem "Dolchstoss" - samych siebie musieliby oskarżać. Hitler zaś obsesyjnie pilnował, by żadne oskarżenia nie spadały na armię (przed 1939 r.). Już samo pojęcie "ciosu nożem w plecy" powinno w tym kontekście wiele autorowi powiedzieć, gdyż - trzymając się nazistowskiej wykładni (choćby w „Mein Kampf”) - polegał on na tym, że "zażydzeni socjaldemokraci wbili ostrze w plecy zwróconej twarzą do nieprzyjaciela niepokonanej armii cesarskiej”. Podobnych przykładów pośpiechu (?) autora można by przytoczyć jeszcze multum, ale w świetle kalibru powyższych jest to zbędne. Ma chyba rację prof. M. Kula twierdząc, iż Walijczyk „stosunek do źródeł miewa nader swobodny”. Nikt do tej pory nie kwestionował narracyjnych kwalifikacji Daviesa. Tymczasem również pod względem konstrukcyjnym książka kuleje, a to głownie "z winy" tzw. sprawy polskiej. Fragmenty te sprawiają wrażenie dopisanych na kolanie i doklejonych do treści zasadniczej. Nie można też nie podkreślić pojawiających się podczas lektury sporych wątpliwości co do wartości pracy tłumacza (i redaktora), choćby z tego powodu, że Enigma nie była kodem, lecz maszyną szyfrującą. Cóż… Zdarzyło się kiedyś, że pewien znany poeta proszony przez swego monarchę o ocenę wiersza rzekł: Wasza Wysokość chciała napisać złe strofy i zamiar ten powiódł się jej doskonale. Trudno podejrzewać, żeby profesor zamiary miał identyczne, jak książę z anegdoty. Jeśli jednak tak było, to się, niestety, powiodły. Dla mnie, wiernego czytelnika książek Normana Daviesa, to przykra niespodzianka.






Merlin in English






![Myśliwiecka [Digipack] - Artur Andrus](/Mysliwiecka_Artur-Andrus,images_small,4,MYSTCD188.jpg)













