stały recenzent  yarkol

Rekomendacje:

  1. Powojnie. Historia Europy od roku 1945
  2. Enigma. Bliżej prawdy
  3. Gottland
  4. Ryszard Kapuściński. Biografia pisarza
  5. Federico Fellini. Księga filmów
  6. Marco Polo: od Wenecji do Xanadu
  7. Bizancjum
  8. Wiedeń 1814. Jak pogromcy Napoleona, bawiąc się, ustalali kształt Europy
  9. Krucjaty północne
  10. Na uśpionych lotniskach...
  11. Dno oka

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 63

  • Komeda. Księżycowy chłopiec

    yarkol 2011-01-09

    Jaki jazz, taka biografia   (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Książkę Emilii Batury śmiało można (i trzeba) polecić miłośnikom jazzu oraz dobrej literatury biograficznej. Autorka z równą werwą i klasą przybliża czytelnikowi życiorys Krzysztofa Komedy-Trzcińskiego oraz złotą (w sporej części katakumbową) erę polskiego jazzu. Nie jest to relacja „sucha”, ale też nie przemoknięta wodą bijącą ze źródła środowiskowych plotek. Nie oznacza to oczywiście, że brakuje tu anegdoty - wręcz przeciwnie. Nic tu jednak podczas lektury nie przywodzi na myśl tabloidalnego stylu, nie spotka się tej samej natury treści. Autorka wprawdzie zagląda w życie państwa Komedów-Trzcińskich, ale nie przez dziurkę od klucza, lecz przez lekko uchylone drzwi zza których sączy się niepowtarzalna muzyka prawdziwego ojca dziecka pewnej Rosemary. Wiele w tej książce o nieco zapomnianej Zofii Komedowej, bez której prawdopodobnie talent artysty nie mógłby się tak rozwinąć, jak to miało miejsce. Dość burzliwe stosunki Zofii Komedowej z rodzicami artysty przedstawia Batura w sposób wyważony, obiektywnie, starając się poznać i zrozumieć intencje oraz ograniczenia obu stron. Nie inaczej autorka pisze środowisku polskich jazzmanów, o przyjaźni Komedy z Polańskim, o rzekomej winie Hłaski, który do końca życia obwiniał się za wypadek króla polskiego jazzu, a także żenujących postępkach paru osób, kiedy Komeda już umierał. Choćby o bossach PAGART-u, którzy, jakże elegancko, akurat wtedy przypomnieli sobie, że artysta jest im winien parę „państwowych” dolarów. „Księżycowy chłopak” to znakomita biografia Krzysztofa Komedy-Trzcińskiego, opowieść o tym, kim był i jak się nim stawał. E. Batura napisała też o tym, kim był ale się nim nie został. I nie mam na myśli tego, iż artysta ukończył studia medyczne i wielkie były jego szanse na karierę w tej dziedzinie. Kim był ale nie został - sformułowanie to na pierwszy rzut oka nie zawiera sensu, ale też nie posiadał go (na wszystkie możliwe rzuty) werdykt Związku Kompozytorów Polskich, który dwukrotnie odmówił artyście przyjęcia w swoje szeregi. Co sprzeczne z polskimi obyczajami - związek nie zmienił zdania nawet wówczas, gdy wielki jazzman, jednocześnie wybitny twórca muzyki filmowej (a chyba najlepszy był to jej okres w historii kina) wyjechał za granicę, ani też wtedy, gdy umarł. Może i lepiej. I bez tej legitymacji do dzisiaj kompozycje Komedy słuchane są na całym świecie. W odróżnieniu od…
  • Imperia i barbarzyńcy. Migracje i narodziny Europy

    yarkol 2010-12-31

    Trzecie prawo Newtoniksa   (4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Kolejna historyczna cegła w starożytno-wczesnośredniowiecznym stawianym przez poznańskiego wydawcę, poprzednia (tego samego autorstwa) to „Upadek cesarstwa Rzymskiego” - w sumie prawie półtora tysiąca stronic znakomitego wywodu. Są to liczby odstraszające laika, ale absolutnie niesłusznie. Wprawdzie dawka wiedzy historycznej zawarta w obu pracach Heathera jest ogromna, to jednak jego nadzwyczaj sprawne pióro powoduje, że obie książki czyta się znakomicie. Poprzednia stanowi lekturę obowiązkową dla każdego, kto wypowiada się (lub chciałby to czynić) o upadku starożytnego Rzymu, o przyczynach tego, obfitującego w żywe do dziś konsekwencje, dramatu. Autor analizuje wydarzenia głównie przez pryzmat rozumienia ich (lub nie) przez „najbardziej zainteresowanych” - samych Rzymian. Brytyjski historyk „zarzuca” im zaniechanie w postaci niedostrzeżenia ewolucji barbarzyńskich plemion z „w skóry odzianych” w zdolne do trwałej destabilizacji Imperium, a wręcz do jego likwidacji. W „Imperiach i barbarzyńcach” zajmuje się Heather przede wszystkim właśnie ową ewolucją Barbaricum oraz wywołaną nią eksplozją - wędrówką ludów. Zapewne trochę nieprzyjemnie się tę książkę czyta grzęznącym w dziewiętnastowiecznej proweniencji teoriach o wyższości Germanów nad pozostałymi, lub Słowian nad Germanami. Czytelnik łaknący wiedzy nowoczesnej, bazującej na najnowszych odkryciach, będzie z lektury „Imperiów…” w pełni usatysfakcjonowany. Zarówno wówczas, gdy Heather zajmuje się (polemicznie) teoriami wyjaśniającymi (lub nie) mechanizmy wielkiego poruszenia ludów ówczesnej Eurazji, jak i wtedy, kiedy opisuje ewolucję postrzymskiej Europy. W nowatorski sposób ukazuje autor kształtowanie się wczesnośredniowiecznej Brytanii, wiele uwagi poświęca Skandynawii, interesujących informacji oraz refleksji o Słowiańszczyźnie również tu nie brak (pada wiele komplementów pod adresem polskiej archeologii). Nie wszystko wprawdzie jest tak, jak polski czytelnik uczył się w szkole, ale to i lepiej. Historia prawdziwa, w swym skomplikowaniu i niejasnościach, jest o niebo ciekawsza niż jej oficjalno-państwowe wykładnie, których u Heathera ze świecą szukać. Nawet jeśli się je odnajdzie, to tylko wtedy, gdy autor naigrawa się z ciągniętych za uszy - jak je nazywa - „nacjonalistycznych wykładni”. W podsumowaniu Brytyjczyk formułuje „imperiów trzecie prawo Newtona” - biorąc pod uwagę czasy, którymi się zajmuje - zasadniej byłoby je nazwać „prawem Newtoniksa”. Doskonale tłumaczy ono przyczyny barbarzyńskiego naporu, który okazał się fundamentem dzisiejszej Europy. Newtonix (za pośrednictwem Heathera) twierdzi, iż mocarstwo narzucające swoje reguły gry innym jednostkom politycznym, wytwarza ich równą, przeciwnie skierowaną reakcję, której skutki ostatecznie kumulują się w tarczę zdolną stępić lub nawet złamać klingę imperialnego miecza. Lektura absolutnie obowiązkowa, najlepiej w zestawie z „Upadkiem…”.
  • Miasto ryb
    • Miasto ryb
    • Natalia Babina
    • cena: 27,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)

    yarkol 2010-11-16

    Styl - palce lizać, z treścią nie gorzej   (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Bardzo dobra powieściowa odtrutka na prawdy i półprawdy podawane u nas przez media w cienkim sosie antyłukaszenkowskim. Tymczasem Białoruś z „Miasta ryb” nie jest szarym nijakim krajem zahukanych (lub zakłamanych) ludzi mających nieustający problem z własną tożsamością, tęsknie zerkających ku Rosji. Nie jest to oczywiście Kuwejt, ale i nie kartoflana Dolina Krzemowa przaśnie rządzona przez anachroniczny reżim - jak to u nas często się rzecz przedstawia. Oczywiście życie tutaj to wcale nie nieustający euforyczny festyn powszechnej szczęśliwości, ale żyć się jednak daje. Nie brak ograniczeń, przeszkód, fałszu, ale i pod dostatkiem miłości, przyjaźni, energii. I to pomimo to, że z konieczności trzeba się do państwa odwracać plecami. Życie trudne, ale prawdziwe. Taki obraz Białorusi zdaje się być tym bardziej wiarygodny, że autorka nie jest reżimowym twórcą propagandowym, lecz dziennikarką niezależnej „Nowej Niwy”. Czarne i białe są w powieści tylko litery i kartki, nie zaś realia (podane z iście reporterską swadą - to najlepsze partie powieści), choć kilku bohaterów znakomicie pasuje do stereotypów. Wyjątkowe - jak na polskie warunki - u N. Babiny jest wszakże to, że istnieją między Mińskiem a Brześciem i Dobratyczami inni Białorusini. Niewiele różniący się od nas, choć może więcej w nich nieśpiesznej refleksji, wrażliwości, determinacji. Co może zaskakiwać polskiego czytelnika - pokaleczeni historycznie są nie mniej od "sąsiadów zza Buga”. A rzeka ta jest on zresztą jedną z bohaterek powieści. Posiada swoją przeszłość teraźniejszość, ale i przyszłość. W pełnej krasie pojawia się zaskakującej i groteskowej poincie, która w tej powieści jest wartością samą w sobie. Czytając „Miasto ryb” można by chwilami mieć skojarzenia z klasycznym „Wiejskim Sherlockiem Holmesem”, ale tutaj o żadnej sielance mowy nie ma - książka Babiny jest o wiele bardziej drapieżna. Liczne są momenty, które znakomicie nadawałyby na rozdziały podręcznika ironii i sarkazmu. Język powieści jest chwilami wręcz reportażowy, nie brak niewymuszonego humoru z reguły czarnej barwy, lecz nie sposób tu natknąć się na efekciarskie szarże również i dlatego, że sporo tu również refleksji zbliżającej się kilkakroć ku sentymentalizmowi, ale cienka granica, za którą już tylko smętny lukier - ani razu nie zostaje przekroczona. Zagadka kryminalna, ze społeczno-kryminalnym kontekstem i interesująca. Narracja jędrna, wartka, obfita w „smaczki”, czyta się „Miasto ryb” bardzo dobrze. Polecam.
  • Powstanie Warszawskie widziane z Moskwy

    yarkol 2010-10-06

    Na jedną nogę kulejąc...   (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Autor niejako wyważa otwarte drzwi dowodząc, iż Stalin celowo i świadomie nie przyszedł powstańcom z pomocą. Trudno byłoby w Polsce znaleźć kogoś, kto nie jest o tym przekonany. Przekonanie wszakże to jedno, a dowód drugie. Iwanow rzecz wykazuje na podstawie dokumentów z archiwów rosyjskich, których istnienie jeszcze niedawno można było tylko przeczuwać. W „Powstaniu…” nie pojawiają się cytaty z rozkazu nakazującego przyglądanie się zza Wisły gehennie Warszawy, ale to tylko dlatego, iż takich dyspozycji Stalin nigdy (w sensie dosłownym) nie wydał. Autor wnioskuje więc na podstawie sztabowych notatek, rozkazów o przegrupowaniach zmieniających dyslokację wojsk na defensywną, wspomnień oficerów wysokiego szczebla - w tym Rokossowskiego i Berlinga. Najciekawsze w moim mniemaniu partie książki to nie te nie traktujące o moskiewskim stanowisku, o radzieckich działaniach (ściślej zaniechaniach) wobec powstania, lecz stanowiące analizę propagandy (i jej efektów) antypolskiej w ZSRR od roku 1920 po 17 września 1939, jej modyfikacji już po moskiewskiej agresji na Polskę, a także później w czas fałszem podszytego flirtu z Sikorskim. Tej części książki w niczym nie ustępuje analiza okołopowstańczego kontredansu dyplomatycznego, a przede wszystkim przedstawienie tejże sfery w polityce „lubelskich” Polaków, kompletnie zdezorientowanych i nieświadomych prawdziwych celów swych moskiewskich protektorów. Wysoką ocenę wartościowej książki Nikołaja Iwanowa obniżać musi fakt, iż autor praktycznie zrezygnował z postawienia pytań o sens powstania. Nie był on wprawdzie (z założenia) przedmiotem autorskich badań, ale skoro rosyjski historyk w kilku miejscach polemizuje z autorami zajmującymi odmienne od niego stanowisko na temat działań Rosjan, to dziwny wydawać się musi brak refleksji na temat sensu powstańczego zrywu (przy posiadanej wiedzy o przebiegu „Burzy” w Wilnie i Lwowie), niezrozumiałe też jest - przy nader słusznym podkreśleniu politycznego cynizmu (oględnie mówiąc) Stalina - poniechanie analizy realności nadziei na pomoc Rosjan dla powstania wywołanego „militarnie przeciw Niemcom, politycznie przeciw Sowietom”. Bez postawienia tychże kwestii książka pozostaje celnym oskarżeniem Stalina (czy ktoś go u nas jeszcze chce bronić?), lecz kuleje na drugą, polską już nogę. Wbrew pozorom - o tym właśnie bardziej warto dyskutować, niż o winie Stalina, w którą nikt chyba nie wątpi. Z tego powodu napisane przez zdeklarowanego i szczerego przyjaciela Polski „Powstanie…” bardziej potrzebne (wręcz niezbędne - czego dobitnie dowodzi rozdział ostatni) jest na rosyjskich półkach księgarskich niż naszych. Polakom nie trzeba ani tłumaczyć ani udowadniać, iż Stalin z premedytacją powstańcom nie pomógł, niezbędna jest natomiast odpowiedź na pytanie: na jakiej podstawie można było uważać, że postąpi inaczej. Iwanow spytać o to powinien, jako przyjaciel Polaków, gdyż od przyjaciół nie tyle oczekuje się wspólnoty w ronieniu łez, co trudnych pytań po przyjacielsku stawianych.
  • Walkiria. Historia zamachu na Hitlera

    yarkol 2010-10-05

    Bohaterscy partacze?   (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Lektura znakomita, co dziwić nie może, jako że Ian Kershaw to nader solidny i najciekawszy z wydawanych dziś u nas specjalistów dziejów nazizmu. Tym razem zajmuje się nieudanym przewrotem wojskowym, którego elementem był zamach na Hitlera dokonany przez von Stauffenberga. Brytyjczyk analizuje dzieje antyhitlerowskiego oporu wojskowych, ich polityczne zróżnicowanie przedstawiając w całym jego skomplikowaniu, nie zapominając o konieczności podkreślenia na czym w istocie ów opór (czy jak wolą niektórzy: „opór”) polegał. Kershaw znakomicie rekonstruuje rodowód początkowej prohitlerowskiej euforii wojskowych, w podobnym stylu lokalizuje źródła późniejszej dezaprobaty. W tym drugim przypadku za decydujące uznaje klęski militarno-polityczne: najpierw tę spodziewaną (1938), potem faktycznie poniesioną w 1944. W nich upatruje detonatora antyhitlerowskiej działalności (części) wojskowych. Kershaw w przekonujący sposób odróżnia (częsty) oficerski sprzeciw wobec rujnującego Niemcy nazizmu od (występującego w ilościach śladowych) oporu wobec tego, co III Rzesza wyrządzała w tym samym czasie innym nacjom. Nakreślone piórem brytyjskiego historyka portrety dramatis personae to nie hagiografia nawet w przypadku tzw. Kręgu z Krzyżowej. Spiskowcy (może z wyjątkiem von Tresckova) nie są tu rycerzami bez skazy i zmazy, lecz realnie działającymi aktorami spektaklu będącego połączeniem dramatu (osobistego poświęcenia oficerów, pewności potwornej śmierci w razie nie powodzenia, nieuchronności odrzucenia przez pamięć narodu, gdyby się powiodło) z groteską (politycznej niemożności, braku zdecydowania i, jak na zawodowców, kiepskiej organizacji). Bohaterscy partacze? na to wygląda. Równie wartościowa jak pierwsza (esej Kershawa), jest część druga tomu - czyli zbiór tekstów źródłowych tyczących planu „Walkiria”: wewnętrzne dokumenty spiskowców, dotyczący ich działań raport SS, depesze, przemówienia, fragmenty dokumentacji sądowej, listy pożegnalne skazanych. Czyta się to z mieszanymi uczuciami i wciąż powraca pytanie, co byśmy (Polacy) mogli zyskać, poza skróceniem (prawdopodobnie na niektórych tylko frontach, o ile w ogóle) wojny. Lektura panu pokojowego Goerdelera daje wiele do myślenia: autor zdaje się nie zauważać sprzeczności pomiędzy tym, że Niemcy z kretesem przegrywają wywołaną przez się wojnę (a przecież właśnie to pchnęło go ku opozycji!) a formułowanymi mrzonkami geopolitycznymi. Goerdeler chce dyskutować z Francją o statusie Lotaryngii i Alzacji (sic!), roi o granicy zatwierdzonej w Monachium w roku 1938, w kwestii Tyrolu idzie dalej niż Hitler, Polsce „oferuje” dostęp do morza poprzez sfederowanie z Litwą. Z tego i podobnych dokumentów zdaje się wyłaniać (gdyby pucz się udał) ponury hipotetyczny obraz Polski bez ziem wschodnich, ale także bez rekompensujących tę stratę terenów Śląska i Pomorza. Refleksja taka wywoływać musi spory dyskomfort, ale to już nie wina autora znakomitej książki.
  • GRU. Radziecki wywiad wojskowy

    yarkol 2010-10-05

    Śpij spokojnie, GRU czuwa!   (4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Do chwili rozpadu ZSRR spać spokojnie można było z diametralnie różniących się od siebie powodów: albo z braku realnego zagrożenia albo z niewiedzy o tym, co naprawdę się wokół dzieje. Jak by nie spać - radziecki wywiad wojskowy czuwał dniem i nocą. Właśnie o tym pisze Suworow w (po raz pierwszy wydanym u nas w całości) „GRU”. Gdyby na rozgrywać mistrzostwa w publicystyce o tematyce „około wywiadowczej”, prawdopodobnie całe podium zająłby Wiktor Suworow odbierając złoty medal za „Akwarium”, srebrny za „Wyzwolicieli (primo voto „Żołnierzy wolności”), brązowy zaś właśnie za „GRU”. Skromna na pozór książeczka co stronic kilka śmieszy (Suworow to arcymistrz ironii), na prawie każdej tumani (czyt.: oszałamia) a co dwa-trzy akapity przestrasza. Wprawdzie czytelnik zdaje sobie sprawę, że wywiad kraju liczącego setki milionów mieszkańców musi posiadać mnóstwo niejawnych etatów obsadzonych fachowcami od szkodzenia państwom trzecim, ale skala zjawiska, którą przedstawia Suworow wygląda wręcz horrendalnie. Skrajnie ponuro robi się, kiedy uświadomić sobie, że oprócz GRU istniało również KGB. Po uprzytomnieniu zaś sobie prostego faktu, że wraz z upadkiem ZSRR wspomniane służby nie ulotniły się jak kamfora, można spokojnie przestać jeść kolacje (skoro nie wiadomo co nam wstrzyknięto do masła). Kiedy natomiast posiąść choć minimalną wiedzę o tym, że GRU nie było i nie jest jedynym wojskowym wywiadem na świecie, to - że pozwolę sobie na podobną Suworowowi stylistykę - żyć, ech, żyć się odechciewa. Gdy wokół roi się od agentów obcych (i rodzimych), jedyne co ewentualnie może napawać otuchą, to fakt, iż wzajemnie się oni zwalczają, a że błądzić od czasu do czasu jest rzeczą ludzką - popełniają błędy i część ich operacji kończy się klapą. Być może właśnie dzięki temu możemy czasami z czystym sumieniem stwierdzić, iż w naszej lodówce nie ma nic ponadto, co sami do niej włożyliśmy po powrocie ze sklepu - ni szpiega żadnego, ni marnej radiostacji. Lektura „GRU” podobnej pewności nie daje, co niestety jest w dużej mierze słuszne. Kiedy zapoznać się z autorską wykładnią historii radzieckiego wywiadu, z (ociupinką zapewne przecież) przekazywanej wiedzy o współczesnych metodach działania - mrówki galopują po czytelniczych plecach. I powinny, jako że autor doskonale wie o czy pisze - przez wiele lat sam był trybikiem opisywanej monstrualnej machiny. „GRU” zawiera refleksję większego stopnia ogólności, mniej tu osobistych spostrzeżeń, więcej wykładu stricte fachowego niż w „Akwarium”. Choć styl narracji jest - jak na Suworowa - stosunkowo suchy, książkę czyta się znakomicie.
  • Poznańczycy w wojnie Polsko-Bolszewickiej 1919-1921

    yarkol 2010-10-05

    Rarytas   (5 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Ideałem pośród publikacji tego gatunku (bardziej album starej fotografii inkrustowany tekstem, niż historyczna cegła okraszona fotografiami) zdaje się być znakomita „I wojna światowa w fotografiach” J. H. J. Andriessena. Publikacja Rebisu (nieco tylko mniej obszerna) z powodzeniem może z Holendrem nie tyle konkurować (węższy obszar tematyczny), co zająć miejsce tuż obok, na tej samej wysokiej półce. Edytorsko rzecz znakomita, po wielkopolsku solidny tekst B. Kruszyńskiego - bez porównania mniej dyskusyjny od tego w niderlandzkiej cegle. Oprócz 800 fotografii znaleźć tu można reprodukcje rozkazów, dokumentów, prywatnych listów, artykułów prasowych oraz plakatów z epoki. One to właśnie, wespół z opisem wkładu formacji wielopolskich w walkę o Kresy znakomicie ilustrują mało znany aspekt walk o granice II RP na wschodzie. Pozostaje faktem, iż w potocznym pojęciu walka o granice (z pominięciem Poznańskiego i Śląska) jest niejako zawłaszczona przez „legunów” i ich późniejsze nieco mutacje. Niesłusznie. Jeszcze trwały walki w Wielkopolsce, na froncie poznańsko-niemieckim padali po obu stronach zabici, a już Dowbór-Muśnicki żegnał na dworcu w Poznaniu wyjeżdżających bić się o Lwów ochotników-Wielkopolan. Gdy minęło zagrożenie niemieckie, na front wschodni ruszyły kolejne formacje z poznańskiego. W oczach specjalistów zagranicznych oddziały te wyróżniały się pośród innych nie tylko dyscypliną, ale wyszkoleniem i skutecznością. Autor zasadnie tłumaczy fakt ten obecnością w formacjach z Wielkopolski korpusu podoficerskiego kajzerowskiej proweniencji, mającego za sobą chrzest bojowy na zachodnim froncie I wojny, oraz doświadczenia z walk powstańczych. Na fotografiach wszakże owego profesjonalizmu szczególnie nie widać (bo i jest to niemożliwe), da się natomiast zaobserwować determinację oraz - co niesłusznie może zaskakiwać - spore poczucie humoru. Dominują konterfekty grup oficerów i żołnierzy pozujących w przeróżnych konstelacjach personalnych, ustawione w zgodzie z hierarchią wojskową - znalazło się wszakże miejsce dla innych zdjęć, często wbrew intencjom pozujących i fotografujących - nieco groteskowych. Najlepszym tego przykładem jest tu zdjęcie wojaków symulujących walkę na bagnety, na którym „zakłuty wróg” leży na boku w pozycji na baczność i własną dłonią naprowadza bagnet na cel. O ile w tym wypadku mamy prawdopodobnie do czynienia z przaśnym wojskowym humorem, to kilka innych fotografii pokazuje, iż powstały w czasach, gdy ludzie nie byli zbytnio obyci z obiektywem i przybierane przez nich pozy są przez to swoistym echem wyczynów Poli Negri w Hollywood. Musi to nieco śmieszyć, ale jednocześnie przecież sprawia, iż postaci ze zdjęć, jako niepozbawione słabostek, stają się oglądającemu bliższe. „Poznańczycy...” to wydawniczy rarytas przywracający wielkopolskiemu wysiłkowi zbrojnemu na wschodzie należne mu miejsce w narodowej pamięci.
  • Losy żydowskich żołnierzy Hitlera

    yarkol 2010-09-24

    Ważki suplement książki poprzedniej   (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    O ile w swych sensacyjnych swego czasu „Żydowskich żołnierzach Hitlera” autor zastanawiał się nad samym faktem służby Żydów w armii III Rzeszy, nad skalą zjawiska, tym razem skupia się na analizie motywacji służących w szeregach armii państwa, które w tym samym czasie eksterminowało ich bliskich. Proste ani jednoznaczne odpowiedzi tu nie padają, nie spieszy się też Rigg z osądami moralnymi postaw Żydów w hitlerowskich mundurach i to nie tyko dlatego, że spora część z nich nie uważała się za takich ani wówczas, ani po latach w rozmowach z autorem. Kto był Żydem w III Rzeszy - odpowiedź na to pytanie nie jest wcale oczywista. Ówcześnie funkcjonowało ich kilka, sformułowanych ustawami z 1935r., praktyce daleko było jednak do precyzji. Jeden z bohaterów książki feldm. Milch, twórca Luftwaffe, w świetle paragrafów był Żydem (po ojcu), jednakże jego nadzwyczajna przydatność dla machiny wojennej spowodowała, że Hitler urzędowo uznał go za Aryjczyka. Wbrew Norymberdze Żydem okazywał się bowiem ten, kogo się zań uznawało. Wielu bohaterów książki o „feralnym” pochodzeniu dowiedziało się dopiero w latach trzydziestych, innym (podążającym meandrami asymilacji) żydowskie korzenie po prostu nie przeszkadzały być „niemieckimi patriotami”, jeszcze inni czuli się Żydami - służąc w hitlerowskich mundurach usiłowali… uciec przed nazizmem! Licząc na to, iż armia jest najmniej skażoną instytucją państwa, często kontynuując rodzinno-militarne tradycje walczyli w imieniu Hitlera i o jego sprawę. Zdecydowana większość przez Rigga sportretowanych o prześladowaniach Żydów wiedziała, jednak prawdziwa treść terminu „ostateczne rozwiązanie” była im (tak twierdzą) obca aż po kres wojny. Tkwili w mundurach licząc, iż zasługami frontowymi uchronią siebie oraz bliskich. Wielekroć okazywało się to naiwnym marzeniem, choć nie w każdym przypadku. Ilu z bohaterów książki dożyłoby sędziwego wieku, gdyby Hitler zwyciężył? Decyzja o demobilizacji mischlingów po zmiażdżeniu Francji zdaje się dawać odpowiedź. Sens decyzji o walce w hitlerowskim mundurze celem uratowania życia własnego oraz bliskich wydaje się zrozumiały. Czy jednak może nie bulwersować przypadek kogoś, komu naziści wymordowali krewnych, jednakże wojskowa duma trwa w nim dziesięciolecia, a tęsknota za kolegami z frontu tak jest w nim ogromna, że - jak opisuje skonsternowany autor - z entuzjazmem bierze udział w zjazdach weteranów Wehrmachtu? „Losy…”, ukazując analizowaną problematykę w całym jej skomplikowaniu, są ważkim suplementem „Żydowskich żołnierzy Hitlera”, obie książki Rigga niewątpliwie należy traktować jako całość, której nieznajomość karygodnie spłyca czytelniczą wiedzę o III Rzeszy.
  • Front zachodni 1914-1916. Historia I Wojny Światowej

    yarkol 2010-09-24

    Koń w masce przeciwgazowej   (6 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Drugi tom Rebisowskiej historii I wojny światowej traktujący o pierwszej połowie walk na Zachodzie Europy, o tyle się różni od tomu pierwszego („Front wschodni 1914-1920”), że tamten jest dobry, a ten jeszcze lepszy. Książka w interesujący sposób analizuje przedwojenne odwrócenie sojuszy, katastrofalne dla Europy zmierzanie ku krwawemu konfliktowi, jak i sam jego wybuch. Początkowe rozdziały opisujące różnice w doktrynach wojennych przeciwników, wyposażeniu oraz wyszkoleniu armii oraz systemach polityczno-militarnych czyta się jednym tchem. Podobnie rzecz ma się z opisem niemieckiej ofensywy na Belgię i północną Francję oraz przełomowej bitwy nad Marną. Rozdziały traktujące o regularnie ponawianych uderzeniach ententy głową w mur niemieckich umocnień są na swój sposób monotonne, ale nie z winy autora, lecz dowódców niepotrafiących sprostać wyzwaniom ówczesnego pola walki, które diametralnie różniło się od tego, co zdołali poznać podczas wojen kolonialnych przełomu wieków oraz wojskowych akademiach. Z uporem godnym lepszej sprawy posyłali na rzeź podkomendnych, jakby to był jeszcze wiek XIX. Doskonałą egzemplifikacją tego dysonansu jest reprodukowane na początku książki zdjęcie przedstawiające brytyjskiego żołnierza na koniu, któremu również nałożono maskę przeciwgazową. W opisywanych przez Neiberga zmaganiach rezerwy dowozi się na front zmobilizowanymi paryskimi taksówkami, cekaemy ciągnięte są przez psie zaprzęgi, ale już pojawiają się lotnictwo, haubice równe kalibrem działom pancerników, łączność radiowa, ale nie brak nadal gołębi unoszących meldunki oraz francuskich żołnierzy idących (w początkowym okresie) na śmierć w mundurach jak z operetki. Najważniejsze starcia: „marsz ku morzu”, bitwy pod Ypres, nad Sommą i pod Verdun ukazane są niezwykle sugestywnie, opisy realiów iście tytanicznych zmagań każą nieco inaczej spojrzeć na królujący po roku 1918 na zachodzie Europy pacyfizm, jakże ponuro owocujący II wojną światową. Hekatomba do jakiej doszło na polach bitew w Belgii i północnej Francji każe rzecz logicznie tłumaczyć, co z polskiego punktu widzenia trudno wszakże zrozumieć w pełni i bezboleśnie. Pozostaje jednak faktem, iż krwawa łaźnia spod Verdun była dla Francuzów traumatycznym przeżyciem pokoleniowym, nie inaczej było z Brytyjczykami. „Front zachodni 1914-1916…” w znakomitym stopniu pomaga zrozumieć istotę zmagań na decydujących polach bitew I wojny, każąc jednocześnie zasadnie się spodziewać, iż tomy kolejne tomy cyklu będę równie wartościowe.
  • Zdradzona Polska. Napaść Niemiec i Związku Sowieckiego na Polskę w 1939 roku

    yarkol 2010-09-24

    Bez fajerwerków, lecz robota solidna   (5 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Ciekawa książka, stanowiąca wszelako większą wartość dla czytelnika spoza Polski. Wobec mnóstwa publikacji realizujących zawarty w tytule temat,"Zdradzona..." wprawdzie z powodzeniem się broni, ale większą wartość stanowi tu sprawne (chwilami błyskotliwe) pióro Davida G. Williamsona, niż sama esencja wywodu. Czytelnik polski mniej dowie się nowego o Wrześniu 1939, niż – drogą dedukcji - o tym, jakie to zaniechania obciążają publicystykę zachodnią, które autor na kartach swej książki „nadrabia”. Swoiste i wartościowe novum stanowią przytaczane przez Williamsona opinie zachodnich ekspertów (w tym ambasadora Francji w II RP - Noëla, tyczące gospodarki dwudziestolecia (entuzjastyczne brytyjskie i szwedzkie oceny COP-u!), polityki wewnętrznej i zagranicznej. Można rzecz jasna (i trzeba) dyskutować z twierdzeniami w rodzaju „zamach majowy uratował państwo polskie przed zapaścią” oraz z nadmiernym - moim skromnym zdaniem - przypisywaniem winy za brak sojuszu polsko-czechosłowackiego Warszawie (sąsiedzi z południa również się do tego nie palili), ale większość wniosków i ocen autorskich jest uzasadniona. Williamson, pisząc o samej wojnie, nie mitologizuje roli kawalerii w polskiej armii, nie usiłuje twierdzić, że bez agresji ZSRR kampanię Polska mogła wygrać - co zdarza się niektórym „badaczom”. Podobnie jest w kwestii realności pomocy aliantów oraz polskich błędów tak w dowodzeniu, jak i samym dochodzeniu do wojny (vide sprawa Zaolzia). Sprawa polskiego zwycięstwa nad Enigmą przedstawiona jest o niebo lepiej niż u Normana Daviesa, a jedynym chyba poważnym błędem okazuje się przeniesienie Słowenii w Karpaty (to już akurat zapewne osiągniecie tłumacza). Konsultant militarny wydania polskiego wykazał się kilkakroć należytą czujnością, choć zbyt wiele pracy nie miał. A to już zasługa autora. W odróżnieniu od niektórych polskich publikacji czytelnik nie musi się dziwić po lekturze ¾ analizy, jak to możliwe, że w tylu starciach Polacy walczyli lepiej od wroga, a już „8 września niemieckie czołgi ponoszą ciężkie straty na przedmieściach Warszawy”. Solidna robota, choć bez fajerwerków, co jest oczywiście lepszą rekomendacją niż stwierdzenie w rodzaju: fajerwerków salwy pośród gąszczu błędów i przeinaczeń - jak to bywa u niektórych bardziej znanych na księgarskim rynku autorów.
(Stron 7)

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Wszystkie zapowiedzi w Merlinie >>

Promocje - kupuj i oszczędzaj!