stały recenzent  Rafał Śliwiak 3

Rekomendacje:

  1. Usagi Yojimbo, tom 16. Opowieść Tomoe

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 184

  • Zebra Carlos Gardel

    Rafał Śliwiak 2011-11-25

    Komiks w rytmie argentyńskiego tanga

    W czasie pokoju bohaterami narodowymi zostają odkrywcy, sportowcy i artyści. W pędzącym do przodu świecie czas ich chwały szybko jednak przemija i ustępują miejsca kolejnym idolom, kreowanym przez żywiące się sensacją i nowością media. Do rzadkości należy fenomen przejawiający się w tym, że bohater zbiorowej wyobraźni pozostaje na piedestale przez pokolenia, bez mała 90 lat, otaczany jest kultem i powszechnie uważany za ideał mężczyzny i artysty, wciąż wzbudzając żywe emocje i gorące kontrowersje. Fenomenem takim okazuje się w Argentynie osoba Carlosa Gardela, piosenkarza i kompozytora najsłynniejszych tang, którego okres działalności twórczej przypadał na lata 20. i 30. XX w. Komiks, którego Gardel jest bohaterem, to „wizja artystyczna, oparta na niektórych aspektach jego życia”, która nie aspiruje do miana opowieści biograficznej. Zresztą życie artysty w dużej części skrywa się za zasłoną tajemnicy, którą sam pracowicie budował. O ile prawdę o nim od wyreżyserowanego mitu i niekontrolowanej pogłoski trudno było odróżnić za jego życia, to z upływem dziesięcioleci trudność ta tylko wzrastała. Sam Gardel był zaś postacią wielce niejednoznaczną i pełną sprzeczności. I właśnie taki obraz bohatera prezentują na planszach autorzy komiksu. W serii retrospekcji poznajemy epizody z życia artysty, począwszy od dzieciństwa, poprzez różne momenty jego kariery, podróże, występy w filmach, relacje z najbliższymi osobami, po moment tragicznej śmierci w katastrofie lotniczej. Równolegle śledzimy debatę telewizją, prowadzoną w roku 2000 przez dwóch „gardelologów”, reprezentujących odmienne punkty widzenia w wielu kwestiach związanych z artystą. Zagadką pozostaje zaś postać pewnego starca, który próbuje wedrzeć się do studia, aby wyjawić „całą prawdę” o Gardelu. Rwana narracja nieco utrudnia lekturę, zaś często cytowane (w oryginale) teksty piosenek Gardela niewiele mówią współczesnemu polskiemu czytelnikowi. Przez to, a także z powodu ograniczonej znajomości kontekstu historycznego i kulturowego, komiks jest do pewnego stopnia hermetyczny – podobnie jak hermetyczne byłyby dla Argentyńczyka bliskie sercu Polaka epizody wzięte z życia Jacka Kaczmarskiego, Marka Grechuty czy Czesława Niemena. Pomimo tych drobnych trudności w odbiorze, niezaprzeczalną wartością albumu jest poszerzanie naszych horyzontów intelektualnych oraz wiedzy o obcych fenomenach społeczno-kulturowych. Komiks przypomina postać, której twórczość jest wciąż żywa i obecna w świecie, przez co wywiera wpływ na różne aspekty sztuki i życia społecznego. Lektura opowieści o Gardelu umożliwia nam śledzenie mechanizmów tworzenia mitów, które potem żyją własnym życiem, przetwarzając ludzi wybitnych jakiejś dziedzinie w ikony popkultury.
  • Słońce Słońc

    Rafał Śliwiak 2011-11-01

    Zemsta, piraci i świat zrobiony w balona

    Wyobraźmy sobie świat tak różny od naszego, że aby się w nim zanurzyć, musimy zawiesić na kołku nawyki poznawcze wyniesione z obcowania z naszą rzeczywistością. Niech będzie to świat dalekiej przyszłości, mający kształt olbrzymiego... balonu o średnicy trzech tysięcy mil. Balon ten wypełnia powietrze, w którym w nieważkości dryfują kule wody i odłamy skalne. Żyją tu też ludzie – w unoszących się w przestrzeni miastach przypominających wielkie koła od wozu, które obracając się wytwarzają niby-grawitację. Niezbędne do egzystencji światło i ciepło czerpią ze sztucznych słońc, wokół których orbitują. Właśnie takie oryginalne uniwersum wykreował na potrzeby swojej powieści kanadyjski pisarz Karl Schroeder. Poszczególne elementy świata nazwanego Virgą komplementarnie się uzupełniają, każdy szczegół z czasem zyskuje właściwe znaczenie i okazuje się niezbędny do funkcjonowania całości. W realia Virgi wpisał zaś autor skrzącą się pomysłami fabułę, opartą na motywach zemsty za krzywdy i dojrzewania bohatera, który pragnie jej dokonać. W powieści znajdziemy obfitość niespodziewanych zwrotów akcji i pełnych napięcia punktów kulminacyjnych, umiejętnie budowany klimat niesamowitości i niepokoju, pogłębiający się wraz z rozwojem wydarzeń. A tych jest co niemiara, począwszy od tajnych spisków i intryg, przez poszukiwanie skarbu, na pościgach i bitwach z powietrznymi piratami kończąc. Losy bohaterów, w szczególności odgrywającego główną rolę Haydena Griffina, budzą w nas podczas lektury cały wachlarz autentycznych emocji. Dzieje się tak dlatego, że autor wyposażył stworzone przez siebie postacie w zróżnicowane charaktery i bogate życie wewnętrzne – osobiste wspomnienia, przemyślenia i motywacje. To wszystko, w połączeniu z oryginalnością świata i intrygującymi meandrami fabuły sprawia, że „Słońce Słońc” jest powieścią wciągającą i atrakcyjną, a przy tym łatwą w odbiorze, bo napisaną lekkim językiem i ze sporym poczuciem humoru. Łączy w sobie elementy różnych odmian współczesnej fantastyki z tym, co najlepsze w klasycznych historiach przygodowych. Jednocześnie, dzięki śmiałości wizji i pisarskiej sprawności w jej obrazowaniu, stanowi świadectwo niepospolitej wyobraźni autora. Zdecydowanie wartej bliższego poznania.
  • Jeż Jerzy. Ziom, tom 5

    Rafał Śliwiak 2011-10-25

    Lektura grozi tarzaniem się ze śmiechu i... porastaniem kolcami

    Gdzie się nie pojawi, wzbudza niezdrową sensację. Staje się katalizatorem agresji i przemocy, przyczyną konfliktów i zarzewiem wojny domowej. Aż trudno uwierzyć, że tego wszystkiego jest w stanie dokonać jeden osobnik, nawet obleczony w skórę humanoidalnego jeża, gustujący w jak najbardziej ludzkich pannach (choć mężatkom też nie odmówi), napojach wysokoprocentowych i ewolucjach na deskorolce. Zestaw wyzwań, z którymi Jeż Jerzy mierzy się na planszach zebranych w tym albumie prezentuje się naprawdę imponująco. Wspólnym mianownikiem tych niecnych, stających mu na przeszkodzie sił, jest niepohamowane pragnienie skierowania jego dalszego życia na nową – w ich mniemaniu jedynie słuszną – drogę. Na długiej liście oponentów bohatera znaleźli się: zamaskowany mściciel odziany w dres, patriotycznie wygolona młodzież, menedżerowie wytwórni fonograficznych, islamistyczni terroryści, dyktatorzy kulturowych trendów, pewien biskup, teoretycznie niegroźni sylwestrowi imprezowicze i groźnie prezentujący się dresiarze na koksie. Ci ostatni w jednym z epizodów nieoczekiwanie okazują się sprzymierzeńcami bohatera, podobnie jak Likwidator, ekoterrorysta z komiksu Ryszarda Dąbrowskiego, wpadający na gościnne występy. Poza tymi okolicznościami spotykają go już jedynie nieliczne przyjemności, czyli leczenie depresji w jacuzzi pełnym powabnych przedstawicielek płci odmiennej, prowadzenie castingu na żeńską gwiazdę komiksu oraz wyjazd do Iraku celem podniesienia upadającego morale stacjonujących tam polskich sił zbrojnych. Jak widać, autorzy nie pozwalają swojemu bohaterowi próżnować i nie ustają w wysiłkach, aby zapewnić mu maksimum atrakcji. To, że Jurek wychodzi z tychże obronna ręką, jest wynikiem połączenia jego niesamowitej elastyczności w dostosowywaniu się do każdej sytuacji z przytomnością umysłu, objawiającą się nawet w stanie zamroczenia alkoholowego, niebywałym poczuciem humoru i... nadzwyczajnymi zdolnościami regeneracyjnymi jego organizmu. Lekarze zalecają, aby obcowanie z jerzojeżowym komiksem stosować zamiast leków antydepresyjnych, ale w rozsądnych dawkach i bez mieszania go z innymi środkami rozweselającymi (to ostatnie ze względu na trudne do przewidzenia interakcje i możliwość przeciążenia przepony przez nieopanowane paroksyzmy śmiechu). Podczas samodzielnie prowadzonej kuracji, należy też brać pod uwagę ewentualność wystąpienia skutków ubocznych, do których zalicza się: nieoczekiwane pojawianie się kosmatych myśli, wydłużanie się nosa, splugawienie języka i porastanie kolcami, wydatnie utrudniające nawiązywanie bliższych kontaktów interpersonalnych. W razie wystąpienia tego rodzaju objawów, trzeba bezzwłocznie udać się do... weterynarza.
  • Jeż Jerzy. Ścigany, tom 4

    Rafał Śliwiak 2011-08-22

    Marny jest los jeża, który od nieszczęścia do nieszczęścia zmierza

    Wiele pułapek czyha w pięknym kraju nad Wisłą na tych wszystkich, którzy pragną korzystać z wolności obywatelskich, jak choćby z zagwarantowanej przez konstytucję swobody wypowiedzi i praktyk religijnych. Boleśnie przekonuje się o tym na własnej skórze bohater komiksu Skarżyckiego i Leśniaka, osobnik podejrzanej konduity i aparycji, starający się jednak prowadzić swą nędzną egzystencję nie wadząc nikomu. Preferowany przez niego styl życia, w szczególności wspomniane praktyki religijne (rytualna jazda na deskorolce w miejscach zwykle niedozwolonych oraz spożywanie napojów wyskokowych w ilościach zwykle nielimitowanych) narażają go na przejawy nietolerancyjnych zachowań ze strony najbliższego otoczenia społecznego. Jeśli dodamy do tego powszechny sprzeciw tegoż wobec używanego przez bohatera plugawego słownictwa (tzn. korzystania ze swobody wypowiedzi), zyskamy niemal pełen obraz prześladowań, jakim inkryminowany osobnik podlega. W albumie „Ścigany” otrzymujemy szeroki przegląd metod, jakich używa zdrowa tkanka społeczna w celu wyeliminowania z organizmu wstydliwej choroby, której na imię Jeż Jerzy. Najpierw zastawia na niego perfidną pułapkę policja, a zaraz potem o szkodliwości jego religijnych obrzędów starają się przekonać go zwolennicy życia w trzeźwości. Szermujący patriotycznymi hasłami politycy wyklinają go i odsądzają od czci i wiary, zaś prezenter telewizyjny próbuje wrobić w publiczną samokrytykę. Radykalni wyznawcy idei narodowych spuszczają mu tradycyjny łomot, zaś radykalni ekolodzy organizują przeciwko niemu manifestację. W końcu z więzienia ucieka Przemysław R., który pała żądzą zemsty za domniemane krzywdy doznane ze strony Jerzego. Po kolejnym laniu, zainkasowanym z ręki i glana patriotycznie nastawionej młodzieży, nieszczęsne kolczaste stworzenie pragnie zapisać się na kurs samoobrony. Niestety „Samoobrona”, na spotkanie której trafia, zupełnie nie spełnia jego oczekiwań. Marną pociechą jest w tym kontekście fakt, że udaje mu się uniknąć przerobienia w wietnamskim barze na „dużo wieprzowina pięć smaków” i w końcu raz umknąć wygolonym „patriotom”. Bezkompromisowe, ironiczne, dowcipne i bardzo niepoprawne politycznie komentowanie otaczającej nas rzeczywistości stanowi największą siłę komiksowej serii Skarżyckiego i Leśniaka. W albumie „Ścigany” autorzy szczególnie dużo uwagi poświęcają brakowi tolerancji, powszechnemu w polskim społeczeństwie. Ostrze ich satyry celnie uderza w fałsz i hipokryzję różnych środowisk, obnaża mechanizmy wyszukiwania kozła (jeża?) ofiarnego i ukazuje korzyści, jakie przedstawiciele rzeczonych środowisk mogą odnieść z jego prześladowania. Oczywiście, bohater nie poddaje się bezwolnie nawałowi nieszczęść, które go ścigają. Walczy o prawo do życia po swojemu i bycia sobą, wyłamuje się ze schematów społecznych konwencji i konwenansów. I czasem odnosi w tym względzie skromne sukcesy. Dzięki temu daje nam wszystkim nadzieję, że normalność ma szansę zagościć nie tylko w komiksowym świecie.
  • Dylan Dog. Morgana. Opowieść o Nikim

    Rafał Śliwiak 2011-05-29

    Obudź się... w swoim śnie

    Większość fabuł serii komiksowej o Dylanie Dogu zbudowana jest na kryminalno-metafizycznych intrygach, które bazują jednak na w miarę racjonalnych przesłankach. To znaczy samo pojawienie się np. ducha nie jest uzasadniane szczególnie racjonalnie, ale już motywy i logika jego postępowania – jak najbardziej. W obu historiach zawartych w najnowszym albumie serii ten pozór racjonalności został porzucony na rzecz oniryzmu i poetyki sennego koszmaru. Tym samym rozwój akcji jest absolutnie nieprzewidywalny, a kolejne jej odsłony okazują się warstwami majaczeń śniącego umysłu czy przebitkami z alternatywnej rzeczywistości. W „Morganie” tytułowa bohaterka ma wciąż widzenia, w którym świat po katastrofalnej przemianie zamieszkują hordy żywych trupów polujące na nielicznych ocalonych żywych ludzi. Właśnie taką wersję przyszłości przepowiada londyńska wizjonerka o swojsko brzmiącym nazwisku Trelkovski. W jej seansach bierze udział także rysownik komiksowy, tworzący album, który... właśnie czytamy. Jego lekturze oddają się także niektóre postacie komiksu. Dylan Dog, owładnięty niezrozumiałym uczuciem, rozpoczyna poszukiwania Morgany. Z kolei w „Opowieści o Nikim” upiorem o zombijnych upodobaniach zostaje niepozorny młodzieniec, który przedwcześnie odszedł z tego świata. W swojej nowej postaci postanawia on wyrównać rachunki z tymi, którzy skrzywdzili go za życia. Dylan Dog, gnębiony sennymi wizjami, podąża tropem jego zbrodni. Aż spotyka demonicznego Xarabasa, podającego się psychiatrę (pojawił się on także w „Morganie”). Właśnie w tym albumie w całej okazałości objawiają się postmodernistyczne gry konwencją, za które serię o Dylanie Dogu szczególnie ceni Umberto Eco. Tożsamość i kondycja ontologiczna poszczególnych postaci w dużym stopniu pozostają tajemnicą, podobnie jak status rzeczywistości, w której rozgrywają się kolejne wydarzenia, niekoniecznie połączone ze sobą bezpośrednim związkiem przyczyno-skutkowym. Dociekanie tego, gdzie przebiega w nich granica racjonalności i jakie drugie dno w sobie kryją, stanowi dla czytelnika pewne intelektualne wyzwanie. Oprócz tego, największym walorem komiksu jest mroczny, niesamowity nastrój, z konsekwencją budowany przez autorów. Na szczęście, przed całkowitym oddaniem się władzy sennego koszmaru chroni nas przyjaciel i asystent głównego bohatera, wyglądający jak Groucho Marx. Jego zabarwione absurdem, cięte i wieloznaczne dowcipy rozładowują napięcie i przywracają nam kontakt z pozakomiksową rzeczywistością.
  • Blacksad. Piekło, spokój, tom 4

    Rafał Śliwiak 2011-01-28

    W Nowym Orleanie czarny kot wpada na trop

    Zwierzę też człowiek. Okazuje się, że ten dowartościowujący naszych „braci mniejszych” pogląd wyznają nie tylko obrońcy zwierząt, ale i... artyści komiksowi. Może o tym świadczyć upór, z jakim nadają bohaterom swoich opowieści zwierzęcą powierzchowność. Mamy więc całą galerię takich postaci jak Kaczor Donald czy Myszka Miki w historyjkach dla dzieci, tudzież wcale pokaźne grono antropomorficznych bohaterów „dorosłych” komiksów, wystarczy wspomnieć w tym miejscu takie tytuły, jak „Maus”, „Usagi Yojimbo” czy „Blacksad”. Twórcy tego ostatniego uznali, że najlepszymi tropicielami wśród zwierząt wcale nie są psy, i w głównej roli chandlerowskiego detektywa obsadzili czarnego kocura. Powściągliwy i opanowany z natury, kiedy wymaga tego sytuacja zmienia się w skutecznego twardziela, dzięki czemu rozwiązał już niejedną beznadziejną sprawę. W czwartym albumie serii zawędrował do Nowego Orleanu, pełnego „czarnej” muzyki i szykującego się do wielkiego karnawału. Tutaj przyjął zlecenie od leżącego na łożu śmierci właściciela wytwórni płytowej La Chapelle. Ma odnaleźć genialnego pianistę Sebastiana Fletchera, który popadł w zgubny narkotykowy nałóg. Podążając tropem muzyka, Blacksad napotyka nieco zwariowaną kapłankę wudu, mocno zwariowanego detektywa, paru odstręczających dilerów, niewdzięcznego syna zleceniodawcy, całą gromadę jazzmanów i będącą przy nadziei żonę Sebastiana. Intryga, którą przychodzi mu rozwikłać, okazuje się zaś znacznie bardziej skomplikowana niż wydawało się to na początku. Autorom komiksu znakomicie udało się oddać specyficzny klimat Nowego Orleanu, zarysować bogactwo wielorasowej i wielonarodowej społeczności, która go zamieszkuje. Cechami wspólnymi owej zbiorowości są: południowy temperament oraz miłość do muzyki i wspólnej zabawy. Na tym tle zrównoważony Blacksad wydaje się nieco nie na miejscu, co nie przeszkadza mu jednak w skutecznym działaniu. Poza ciekawą fabułą i przedstawioną z dbałością o detale scenografią, kolejnym atutem komiksu są doskonałe rysunki. Kompozycja każdej planszy została dokładnie przemyślana, a poszczególne kadry – narysowane i pokolorowane z niezwykłą precyzją. Mistrzowska pod tym względem jest scena obiadu pod drzewem, którego korona przepuszcza część promieni słonecznych. Dynamiczne plamy barw i cienia w kolejnych kadrach przywodzą na myśl dzieła francuskich impresjonistów. „Piekło, spokój” to przykład najwyższej klasy tzw. komiksu środka. Spełniając naczelną funkcję tego nurtu opowieści graficznych, jaką jest opowiadanie ciekawych historii, oraz zachowując czytelność przekazu, album prezentuje poziom artyzmu daleko wykraczający ponad zwykłe rynkowe rzemiosło. Jeśli kogoś, kto stroni od komiksów, „Blacksad” nie skłoni do spojrzenia łaskawszym okiem na sztukę opowiadania obrazem, to zapewne nie doprowadzi do tego już żadne inne dzieło tej sztuki.
  • Blacksad. Piekło, spokój, tom 4

    Rafał Śliwiak 2010-12-21

    W Nowym Orleanie czarny kot wpada na trop

    Zwierzę też człowiek. Okazuje się, że ten dowartościowujący naszych „braci mniejszych” pogląd wyznają nie tylko obrońcy zwierząt, ale i... artyści komiksowi. Może o tym świadczyć upór, z jakim nadają bohaterom swoich opowieści zwierzęcą powierzchowność. Mamy więc całą galerię takich postaci jak Kaczor Donald czy Myszka Miki w historyjkach dla dzieci, tudzież wcale pokaźne grono antropomorficznych bohaterów „dorosłych” komiksów, wystarczy wspomnieć w tym miejscu takie tytuły, jak „Maus”, „Usagi Yojimbo” czy „Blacksad”. Twórcy tego ostatniego uznali, że najlepszymi tropicielami wśród zwierząt wcale nie są psy, i w głównej roli chandlerowskiego detektywa obsadzili czarnego kocura. Powściągliwy i opanowany z natury, kiedy wymaga tego sytuacja zmienia się w skutecznego twardziela, dzięki czemu rozwiązał już niejedną beznadziejną sprawę. W czwartym albumie serii zawędrował do Nowego Orleanu, pełnego „czarnej” muzyki i szykującego się do wielkiego karnawału. Tutaj przyjął zlecenie od leżącego na łożu śmierci właściciela wytwórni płytowej La Chapelle. Ma odnaleźć genialnego pianistę Sebastiana Fletchera, który popadł w zgubny narkotykowy nałóg. Podążając tropem muzyka, Blacksad napotyka nieco zwariowaną kapłankę wudu, mocno zwariowanego detektywa, paru odstręczających dilerów, niewdzięcznego syna zleceniodawcy, całą gromadę jazzmanów i będącą przy nadziei żonę Sebastiana. Intryga, którą przychodzi mu rozwikłać, okazuje się zaś znacznie bardziej skomplikowana niż wydawało się to na początku. Autorom komiksu znakomicie udało się oddać specyficzny klimat Nowego Orleanu, zarysować bogactwo wielorasowej i wielonarodowej społeczności, która go zamieszkuje. Cechami wspólnymi owej zbiorowości są: południowy temperament oraz miłość do muzyki i wspólnej zabawy. Na tym tle zrównoważony Blacksad wydaje się nieco nie na miejscu, co nie przeszkadza mu jednak w skutecznym działaniu. Poza ciekawą fabułą i przedstawioną z dbałością o detale scenografią, kolejnym atutem komiksu są doskonałe rysunki. Kompozycja każdej planszy została dokładnie przemyślana, a poszczególne kadry – narysowane i pokolorowane z niezwykłą precyzją. Mistrzowska pod tym względem jest scena obiadu pod drzewem, którego korona przepuszcza część promieni słonecznych. Dynamiczne plamy barw i cienia w kolejnych kadrach przywodzą na myśl dzieła francuskich impresjonistów. „Piekło, spokój” to przykład najwyższej klasy tzw. komiksu środka. Spełniając naczelną funkcję tego nurtu opowieści graficznych, jaką jest opowiadanie ciekawych historii, oraz zachowując czytelność przekazu, album prezentuje poziom artyzmu daleko wykraczający ponad zwykłe rynkowe rzemiosło. Jeśli kogoś, kto stroni od komiksów, „Blacksad” nie skłoni do spojrzenia łaskawszym okiem na sztukę opowiadania obrazem, to zapewne nie doprowadzi do tego już żadne inne dzieło tej sztuki.
  • Mistrzowie Komiksu - Usagi - Yokai

    Rafał Śliwiak 2010-12-12

    Czerń nocy rodzi demony w kolorach grozy   (1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Jaka postać najskuteczniej przyczynia się do popularyzacji na świecie japońskiej historii, tradycji i kultury? Zapewne niewielu z nas w odpowiedzi na tak postawione pytanie przychodzi na myśl... królik. Jednak każdy, kto choć raz zetknął się z tym jedynym w swoim rodzaju królikiem-samurajem noszącym miano Usagiego, nie ma wątpliwości co do jego roli w popkulturze. Twórca tego oryginalnego bohatera, Stan Sakai, już od ćwierci wieku rysuje go jako ronina przemierzającego feudalną Japonię i przeżywającego niesamowite przygody, walczącego zarówno ze skrytobójczymi ninja czy pospolitymi bandytami, jak i z demonami z piekła rodem. Dla uczczenia 25. „urodzin” swojego bohatera, Sakai rzucił go na front walki właśnie z tymi ostatnimi. Zabłądziwszy pewnej nocy w nieznanym lesie, Usagi spotyka kobietę niezwykłej urody i w wielkiej rozpaczy. Nieznajoma prosi go o pomoc w odnalezieniu córeczki zaginionej w mrocznych ostępach. Wrażliwy na niewieście wdzięki i płacz ronin podejmuje się odnalezienia dziewczynki, choć najbardziej racjonalna cząstka jego jestestwa szepcze mu na ucho, że będzie żałował tego kroku. Nie mija wiele czasu, a się o tym przekonuje. Spotyka na swojej drodze kolejne demony (czyli tytułowe yokai), które tej właśnie nocy wyroiły się z zaświatów. O tym, dlaczego tak się stało i jakie cele przyświecają złowrogim monstrom, informuje Usagiego napotkany niespodziewanie przyjaciel Sasuke, zawodowy pogromca demonów. Dość powiedzieć, że obaj wojownicy muszą stawić czoła piekielnej inwazji. Aby oddać grozę nocy demonów, Sakai po pierwsze sięgnął do bogatego bestiarium starojapońskiej mitologii, w którym stwory mrożące krew w żyłach sąsiadują z jedynie nieco złośliwymi, a nawet z niemal zabawnymi. Po wtóre artysta – pierwszy raz w karierze – wykonał wszystkie plansze komiksu w pełnym kolorze, malując je ręcznie akwarelą. Nadało to dziełu niepowtarzalny wyraz i głębię, jak również ożywiło statyczne kadry. Pomimo dramatyzmu opowiadanej historii, Sakai nie omieszkał przemycić w niej elementów humorystycznych, co stało się jego znakiem firmowym. Dzięki tym wszystkim zabiegom, a także znanej z całej serii o Usagim dbałości o historyczne i kulturowe szczegóły oraz wewnętrzną spójność fabuły, otrzymaliśmy doskonałe ukoronowanie ćwierćwiecza komiksowego życia królika-samuraja.
  • Lucky Luke 2. Sędzia, Na podbój Oklahomy, Ucieczka Daltonów

    Rafał Śliwiak 2010-05-26

    Aby prawo zagościło na Dzikim Zachodzie   (0 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Dziki Zachód bez Lucky Luke’a nie byłby taki sam. Ten bohater bez skazy, który strzela szybciej niż jego własny cień, wszędzie tam, gdzie się pojawia, zaprowadza ład i porządek. I wcale nie dąży do tego celu po trupach. Komiks Goscinnego (twórcy m.in. Asteriksa i Mikołajka) oraz Morrisa rozgrywa westernowe motywy w tonacji wybitnie humorystycznej. Bawi się konwencją, dobrodusznie kpi ze schematów fabularnych, na nowo opowiada wiele legend Dzikiego Zachodu. Widoczne jest to szczególnie w późniejszych, dojrzalszych albumach serii, obfitujących w bardziej wyrafinowane, subtelne dowcipy. Albumy wcześniejsze w większym stopniu opierają się na gagach, a humor w nich zaprezentowany ma bardziej sztubackie zabarwienie. Trzy takie albumy (z lat 1959-60) znalazły się w drugim tomie zbiorczego wydania przygód dzielnego kowboja. W epizodzie „Sędzia” bohater ma do czynienia z plagą samozwańczych funkcjonariuszy prawa i sprawiedliwości. Na obszarach, gdzie nie sięga jurysdykcja państwa, wprowadzają oni własne porządki, mianując się szeryfami i sędziami, i dopuszczając rażących nadużyć nielegalnie zdobytej władzy. Luke’owi szczególnie daje się we znaki niejaki Roy Bean, terroryzujący miasteczko Langtry. Drugi album („Na podbój Oklahomy”) opisuje wielki wyścig osadników na tytułowym terytorium. Luke ma nadzorować przebieg rywalizacji, a potem dbać o to, aby jej zwycięzcy nie skoczyli sobie do oczu. Ostatecznie okazuje się, że zasada „kto pierwszy, ten lepszy” nie najlepiej sprawdza się przy planowym osadnictwie. W ostatnim z albumów powracają do gry etatowi złoczyńcy, których marzeniem jest zemsta na naszym dzielnym kowboju („Ucieczka Daltonów”). Po kolejnej ucieczce z więzienia wcielają oni w życie przebiegły plan oparty na „czarnym pijarze”. Otóż rozgłaszają wszem i wobec, że sprawcą popełnianych przez nich przestępstw jest właśnie Lucky Luke. Ten ostatni musi się mocno natrudzić, żeby oczyścić swe zbrukane imię i dopomóc Daltonom w powrocie za kratki. Z albumu na album bohater zyskuje coraz ciekawsze rysy charakteru i coraz więcej wewnętrznego życia. Rośnie też jego dystans zarówno do samego siebie, jak i do złoczyńców, których tępi. Dzięki temu opowiadane historie zyskują na lekkości i stają się zabawniejsze. A przecież to właśnie wprawianie czytelników w dobry nastrój jest celem komiksu o dzielnym szeryfie. Humor zawarty na planszach stanowi doskonałą odtrutkę na melancholię i czarnowidztwo, dolegliwości tak powszechne w naszym kraju. Poza tym, wykorzystując nośne westernowe motywy, dzieło Goscinny’ego i Morrisa niesie pozytywny przekaz, głoszący, że walka ze złem, odwaga i hołdowanie szlachetnym wartościom nadal są na miejscu w naszym zagonionym i zrelatywizowanym świecie.
  • Baby Blues. Ona Już To Robi!

    Rafał Śliwiak 2010-05-26

    Ratunku! Mamy dziecko!   (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Choć rodzicielstwo staje się udziałem większości z nas, to nie przestaje być olbrzymim wyzwaniem. Szczególnie mocno odczuwamy jego uciążliwości w pierwszych dniach, tygodniach i miesiącach w nowej roli. Choć na przekór tym subiektywnym doznaniom, mądrość ludowa głosi: „małe dzieci – mały kłopot, duże dzieci – duży kłopot”. Tak czy inaczej, w oswojeniu blasków i cieni początków rodzicielskiej kariery pomoże nam znakomity komiks „Baby blues”. Dzięki wysokiej zawartości rozbrajającego humoru, ten antydepresyjny lek przeznaczony jest do stosowania w nieograniczonych ilościach. Skutkiem ubocznym przedawkowania może być jedynie charakterystyczny skurcz mięśni twarzy. Wanda i Darryl to para, która pierwszą młodość ma już za sobą, zaś podjęta przez nich decyzja o posiadaniu potomstwa jest poważna i przemyślana. Choć więc ich rodzicielstwo nie jest przypadkowe, pojawienie się w ich życiu małej Zoe można porównać do katastrofy żywiołowej. A to dlatego, że ta najzupełniej w świecie normalna dziewczynka ma – typowe dla niemowlaka – przejściowe kłopoty w komunikacji z otoczeniem. W związku z niemożnością wyrażenia swoich potrzeb w inny sposób – informuje o nich donośnym płaczem. Z kolei Wanda i Darryl, starając się być wzorem zaangażowanego rodzicielstwa, z niejaką przesadą reagują na każdy dźwięk wydany przez ich pociechę. W drugim tomie komiksu, obydwoje rodzicielski chrzest mają już za sobą. Otrzaskali się trochę w nowej roli i przyzwyczaili do nowych obowiązków. Ale nadal bardzo emocjonalnie przeżywają kolejne etapy rozwoju swojej córeczki: raczkowanie, ząbkowanie czy naukę mówienia. Pomimo narzekania na rodzicielskie uciążliwości i całkowitego braku czasu dla siebie, w ostatecznym rozrachunku okazują się być absolutnie uzależnieni od swojej pociechy. Choć więc od pierwszych dni jej życia dostają od Zoe mocno w kość, to nie wyobrażają sobie już życia bez niej. I są to odczucia, które zapewne stają się udziałem wielu rodziców. Czytelnicy, którzy jeszcze nie przekonali się o tym na własnej skórze, dzięki „Baby blues” mogą zyskać pewne pojęcie o czekających ich w przyszłości atrakcjach. Ci zaś, którym rodzicielstwo nie jest obce, przypomną sobie ekscytujące i frustrujące momenty w nowej życiowej roli. Wszyscy natomiast będą znakomicie bawić się przy lekturze komiksu, śledząc dowcipnie puentowane perypetie bohaterów, powodujące napady nieposkromionej wesołości.
(Stron 19)

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Wszystkie zapowiedzi w Merlinie >>

Promocje - kupuj i oszczędzaj!