Mirosław Marcol
Najwięcej o mnie na www.marcol.art.pl
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 41
-
- Backspacer [Polska cena]
- Pearl Jam
- cena: 35,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Mirosław Marcol 2009-09-16
W pigułce... (12 z 19 uznało tę recenzję za pomocną.)
Nie spodziewajcie się płynności z Ten, dziczy z Vs, albo brudu z Vitalogy! Nie będzie różnorodności z No Code, klarownych dźwięków z Yield, itd. Nie będzie patrzenia przez ramię? Nie będzie niczego, co już jedliśmy, czym aptekarze z Perl Jam karmili nasze uszy, abyśmy mieli się lepiej... Troszkę jednak będzie, ale podane w takiej dawce, w takiej proporcji, w takiej miksturze, której nie mieliśmy jeszcze szansy łykać. Skoro płyta najkrótsza w historii Perl Jam, to i krótko można by napisać, ale jednak o ich płytach krótko nie można. Pozwolę sobie pomóc wam ułatwić przełknięcie tej pigułki, streszczając w pigułce każdy ze składników: 1. "Gonna See My Friend" - szybki rock'n'roll, Edek się drze, całkiem sprawna sekcja - będzie bomba na koncerty... kawałek tekstu: "black as a tattoo" powinien coś wam przypominać... 2. "Got Some" - wszyscy chyba słyszeli - więc nie będę zabierał czasu antenowego... 3. "The Fixer" - ten też wszyscy na pewno słyszeli i klip widzieli, tutaj wkomponowany w inne kawałki wypada całkiem nieźle... uff... bałem się, że to napiszę… (pomyślałem, że gdyby tak parę yeahhów wywalić z tego kawałka, byłoby dużo lepiej). 4. "Johnny Guitar" - "Dirty Frank"? Jakoś mi się skojarzył z tym kawałkiem, może dlatego, że jest trochę melorecytacji, albo dlatego że w tytule też jest imię.... 5. "Just Breathe" - jakby z solowego albumu Edka, czyli chłopak z gitarą, tyle że tutaj jeszcze dochodzą klawisze, ale basik fajny... nieźle wypada w tym gronie, chociaż zbyt Edkowy nawet jak na Perl Jam. 6. "Amongst The Waves" - rozpoczyna się świetnie, jakby jakaś nadzieja się budziła, jakby wschodziło słońce, później w refrenie troszkę blednie? Trzeba się wsłuchiwać i jeszcze raz wsłuchiwać... Solo Majka jak dla mnie za czyste, za ładne, ogólnie piosenka na koniec robi się słodka... ale i tak jedna z fajniejszych na płycie. 7. "Unthought Known" - zaczyna się troszkę jak "Whist List", czy "Love Boat Captain…"; fajnie się rozkręca... Ed wydaje z siebie najlepsze dźwięki na płycie... klawisz dodaje klimatu jakby z ostatniego genialnego albumu "Coldplay", cóż… troszkę chłopaki spopowieli. 8. "Supersonic" - kolejny poganiacz, szybko i rock'n'rollowo, z całkiem ciekawym zwolnieniem, momentami przypomina "Mankind". 9. "Speed Of Sound" - początek spokojny i tak do końca… czegoś mi tutaj brakuje... też popowy kawałek… za popowy. 10. "Force Of Nature" - płyta się kończy i nie mam już swojego zdania… muszę wierzyć tym facetom, którzy przecież wiedzą co robią... za 7 razem zaczynam rozumieć ten utwór... 11. "The End" - i na koniec znowu solowy Edek, ale tym razem śpiewa jakby za chwilę miał się… rozpłakać... ale z niemocy - ostatnie słowa na płycie mówią wiele: "the end, comes near, I'm here, but not much longer." Nie jest to najlepszy Perl Jam, ale zawsze to Perl Jam! -
- Remixes
- Four Tet
- (towar niedostępny)
Mirosław Marcol 2007-01-02
Reremiks
Utwór, który powstał na podstawie innego i zmienia jego oryginalną ścieżkę dźwiękową, to - najkrócej rzecz ujmując - REMIKS. Na tej płycie, a właściwie dwóch płytach mamy ich aż 24. Dużo? Mało? Zaraz się okaże, ale troszeczkę cierpliwości. W dzisiejszych czasach chyba na każdym singlu znajduje się remiks piosenki singlowej, a już znakomicie jest, kiedy taki remiks wykona ktoś z branży, czyli jakiś znany didżej, producent czy po prostu inny zespół. Kieran Hebden, czyli Four Tet, prezentuje dwa albumy pomyślane bardzo sprytnie, bo na pierwszym znajdują się cudze piosenki, w których on majstrował, a na drugim można posłuchać, jak na jego kawałkach wyżyli się inni. CD1 to przypomnienie znakomitych kawałków takich artystów, jak na przykład: Aphex Twin, Radiohead, ale dla mnie najfajniejszy jest ponad ośmiominutowy kawałek Beth Orton (Carmella). Po prostu rewelacja, bo Kieran Hebden remiksuje rewelacyjnie. CD2 tutaj już bywa różnie, czasami po prostu muzyczka przelatuje koło ucha, jest jak powietrze, którym się oddycha, ale zwraca na niego uwagi. Na szczęście takich momentów na płycie jest bardzo mało. Widać wiele zależy od remiksera i w tej roli Four Tet jest niezastąpiony. -
- The Peel Sessions 1991-2004
- PJ Harvey
- (towar niedostępny)
Mirosław Marcol 2006-11-02
Ryba nie mówi? (7 z 8 uznało tę recenzję za pomocną.)
Wcale nie spodziewałem się tej płyty, w ogóle dawno nie miałem potrzeby słuchania Pi dżeJ. Trach, ciach niespodziewanka i to jaka. Aż chce się chodzić po wodzie, czyli po kałużach jesiennych tej jesieni z taką muzyką w uszach. Pomyślałem, że gdybym miał czas i okazję zabrałbym tę płytę z Wrocławia nad Bałtyk. Zimne i wietrzne sztormowe dni idealnie pasowałyby do dźwięków z sesji u Johna Peela. Być może wszystko to za sprawą utworu "Water"? Woda jest mętna, ciepłe dno coraz bliżej. Być może to po prostu pogmatwanie czasowo-pogodowe, ale nutki, nutki... nuty obsesyjnie wylatują ze starej i zmęczonej pięciolinii. Kluczyki wiolinowe pogubiły się same, pozostają wytrychy, wkłady od długopisu i inne nieśmiertelne sposoby, aby wydostać się stąd, aby złapać trochę powietrza. Teraz w PJ Harvey nie wypada się zakochiwać, już za późno – kto miał pokochać, ten kocha do szaleństwa – inna miłość nie wchodzi w rachubę, a więc trochę ze skrępowanymi kaftanikiem rękoma, pozdrawiam i kłaniam się innym wariatom. Można się poddać, zrezygnować, żeby móc cieszyć się inną swobodą. -
- Mr Beast
- Mogwai
- (towar niedostępny)
Mirosław Marcol 2006-04-04
Kierowca nocnej ciężarówki
Oj, jak ta płyta się pięknie zaczyna, jak Sigur Ros w najlepszych momentach. „Auto Rock” daje po prostu nadzieję, że wreszcie zima sobie pryśnie jak zły czar – i co w tym roku prawie jak ręką odjął. Była zima i zniknęła bardzo szybko. To już piąta studyjna płyta tego świetnego szkockiego zespołu. Poprzednie były naprawdę kawałem dobrej muzyki i tym razem nie może być przecież inaczej. Inaczej nie myślałem, bo jak ta płyta się pięknie zaczynała. Ale zawsze musi być jakieś „ALE”. Pomimo tego, że prawie każdy utwór może być sam w sobie piękny i frapujący, jako całość znaczy niewiele. Gryzą się pomysły, brzmienia i melodie. Nie żebym był od razu fanem albumów konceptualnych, ale płyta porządnego zespołu musi prowadzić po jakieś ścieżce, musi wskazywać pewną drogę do celu. Tym razem jednak dziesięć drogowskazów zostało poprzestawianych. Mam wrażenie, że na tę drogę wpuścił ktoś naszych fachowców od budowy dróg, a raczej łatania dziur po zimie, bo właśnie się skończyła i spod lodu i śniegu wynurzyły się nieprzejezdne szosy. Trzeba nieźle manewrować, żeby dojechać całym i zdrowym do celu, a przecież wystarczyłoby lekko poprawić kilka momentów, poukładać wszystko według lepszego klucza i mielibyśmy płytę naprawdę genialną. Niestety zasnąłem na sekundę za kierownicą. -
- Meds
- Placebo
- (towar niedostępny)
Mirosław Marcol 2006-03-15
Placebo po łacinie oznacza spodobam się?
Placebo po łacinie oznacza spodobam się, a komu spodoba się „Meds”? Placebo to obojętna substancja, nie mająca żadnego wpływu na ogólny stan zdrowia pacjenta, podawana jest choremu, który myśli, że objęty jest prawdziwym leczeniem. Czy taka właśnie jest „Meds”, bezpłciowe, obojętne dla chorego? Bo muzyka ma leczyć, a kiedy zastosowanie prawdziwego leku mogłoby być szkodliwe dla pacjenta, należy go oszukać przez wmówienie, że podany lek pomoże. Czy podanie nam na tacy krążka „Meds” sprawi, że będziemy zdrowsi? Zdarza się, że pacjent, przyjmując placebo, zdrowieje. Oczywiście wszystko zależy od choroby i samego pacjenta? A więc postawię się w roli pacjenta i lekarza, jednocześnie podając sobie nową płytę Placebo jako „oszukane” placebo. Zacznijmy od tego, że samo opakowanie jest bardzo ważne, kształt leku, jego zapach i smak. Z wierzchu wszystko jest dobre – okładka mogłaby być lepsza, ale niech zostanie. Potem pacjent musi zażyć lekarstwo (tu puszczam do Was oczko, bo to placebo, a nie prawdziwy medykament). Przyjmowanie trwa ponad 48 minut, więc nie jest łatwo, ale w tym czasie pacjent może się poruszać i praktycznie robić, co zechce, byle nie stracił kontaktu z muzyką. Lekarstwo należy zażywać, co najmniej dwa razy dziennie przez dwa tygodnie. Potem, jeżeli terapia się powiedzie, pacjent będzie uzdrowiony – i tu jest mały problem, na czym polega uzdrowienie? Czy wystarczy powiedzieć, że już nie trzeba będzie wracać to kuracji? Że będzie można odstawić lekarstwo, bo przecież pomogło. Ale czy „Meds” może pomóc? Polecam zabawić się w lekarza – to chyba najlepsza recepta na własne choroby. -
- No More Sweet Music
- Hooverphonic
- cena: 49,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Mirosław Marcol 2006-03-15
Słodka muzyka się kończy, a więc teraz będzie kwaśno, słono czy ostro? (5 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)
Oczywiście coraz trudniej zdefiniować jakąkolwiek muzykę. Każda nowa płyta to mieszanka różnych stylów. Artyści inspirują się bardzo różnymi „gatunkami” wykorzystując swoje zainteresowania we własnych dokonaniach. Ale dość tego mądrzenia się, bo nie po to tu się znaleźliśmy. „No More Sweet Music” to już szósty studyjny album tego belgijskiego zespołu, który zadebiutował w 1997 płytą „A New Stereophonic Sound Spectacular”. Tym razem otrzymaliśmy dwa krążki – pierwszy to oczywiście normalna płyta, a na drugiej znajdują się remiksy piosenek z głównej płyty, których dokonał jeden z członków Hooverphonic, Alex Callier. Słodka muzyka się kończy, a więc teraz będzie kwaśno, słono, ostro? Tytuł płyty to raczej ironia, bo muzyka, choć daleka od słodkości czekoladowych czy lukrowych panienek, ma w sobie słodycz, którą można połykać całymi garściami i na pewno nie nabawimy się bólu brzucha. Geike Arnaert ma znakomity głos, a łącząc piękne melodie i delikatne dźwięki gitary, orkiestry, dęciaków i elektroniki otrzymujemy kolejną płytę, która pozwoli zapomnieć o nudnych radiowych przebojach. -
- Leaders Of The Free World
- Elbow
- (towar niedostępny)
Mirosław Marcol 2006-01-22
Miało być wstrząsająco? (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
To już trzeci album grupy, która miała wstrząsnąć, zamieść sceną muzyczną – tak się rozczulała angielska prasa. Minęły cztery lata od debiutu i nie widać tego Wezuwiusza czy innego Tsunami. Niestety? Chyba nie trzeba gór przenosić, a już na pewno o tym krzyczeć całemu światu, jak to czynili elboły na początku w swoich wywiadach. Dostaliśmy płytę spokojną, prawie akustyczną, zdystansowaną do nowinek muzycznych, a przy tym smutną. Wokalista Guy Garvey chyba jeszcze nigdy nie był taki monotonny i płaczliwy – że się tak wyrażę. Muzyka też za wiele nie wnosi, nie miesza, nie wprowadza wielkiego napięcia. Momentami robi się nudno („My Very Best”, „The Stops”, beatlesowy „An Imagined Affair”) i chce się wyłączyć odtwarzacz, ale są takie utwory (rozkręcający się „Station Approach”, pachnący tajemnicą „Picky Bugger”), które mogłyby trwać po kilkanaście minut i jeszcze byłoby mało. Największym grzechem na tej płycie jest minimalizm w instrumentarium, słabe aranżacje, jakaś ubogość dźwięków. Dopiero w połowie płyty, kiedy zaczyna się „Mexican Standoff” (najciekawszy na płycie) robi się miło. Gitara wreszcie jest elektryczna, klawisze kilkoma nutkami naają piękny klimat, bas jest wyraźny, a perkusja stuka połamany rytm. Jest jeszcze „The Everthere” z melodią łapiącą mocno za serducho, a potem już nic się nie dzieje. Jakkolwiek by na to patrzeć, płyta w rozrachunku jest przeciętna. Po wyrzuceniu tych nudnych zapychaczy można by zrobić minialbum i byłoby całkiem przyjemnie, a tak po kilku kawałkach chce się wyjść z kina, więc wychodzę, ale czy nie za późno? -
- Produkt
- Olaf Deriglasoff
- (towar niedostępny)
Mirosław Marcol 2006-01-22
Wymienianka zapożyczeń, znaczy inspiracji (0 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Deriglasoff o solowej płycie mówił dobrych parę lat temu. Jak widać wydanie płyty zajęło mu więcej czasu, niż się autor spodziewał, ale moim zdaniem i tak się pospieszył, bo dostaliśmy niezbyt ciekawy zestaw bardzo dobrze wyprodukowanych piosenek. Muzycznie jest nieciekawie, teksty są po prostu słabe, a przecież facet miał do czynienia z takimi historiami, jak Apteka, Homo Twist, Pudelsi, Yougoton, pomagał także Kazikowi, więc powinien czegoś się nauczyć. Najlepszy jest chyba tytuł tej płyty, bo wiele mówi o tym, co znajduje się w środku. Każda piosenka przypomina inny zespół, inny produkt – brak spójności, jakieś myśli przewodniej. „Amorte” to niby pijacka weselna ballada, „Crack off” jakoś kojarzy się z krakowskimi świetlikami, „Danka” to jakby połączenie Golden Life i Ścianki, „Pusty” kojarzy się z Sonic Youth, „Neptun” to już coś bliższego Olafa, bo piosenkę spokojnie mogliby nagrać Pudelsi, tytułowy „Produkt” to znowu rozjechany kawałek w stylu Starych Singers. Nad całością unosi się duch Apteki („Morska mila” – chyba najlepszy na płycie). Wymieniać można długo. Tonący chwyta się nawet brzytwy, a tu nie ma czego się złapać. Facet dobrze się przy tym bawi, więc czy można mu przeszkadzać w tej zabawie? Raczej nie trzeba, ale swoje zabawki można przenieść do innej piaskownicy. Mam wrażenie, że faceta stać na dużo więcej, więc poczekamy na następną płytę, a o tej niekoniecznie będę pamiętał. -
- A Thousand Roads (Ost.)
- Lisa Gerrard
- (towar niedostępny)
Mirosław Marcol 2006-01-22
Lisa Indian Power!
Pani Gerrerd każdemu, kto choć trochę interesuje się muzyką inną niż ta, która leci w radio, chyba przedstawiać nie trzeba. Natomiast Jeff Rona to kompozytor, a jego muzykę można było usłyszeć w takich filmach jak „Traffic”, „Black Hawk Down”. „A Thousand Roads” to ścieżka dźwiękowa do filmu Chrisa Eyre opowiadającego o współczesnym życiu rdzennych mieszkańców obu Ameryk (Indian Mohawk, Inupiat i Navajo z Ameryki Pólnocnej oraz Indian Quechua z Peru). Film jest krótkometrażowy i śmiać mi się chce, bo aż tak krótkometrażowy (43 minuty), że ścieżka dźwiękowa jest dłuższa (56 minut), ale mój śmiech wynika bardziej z radości niż z kpiny. Kilka utworów, w których słychać piękny chóralny głos Lisy, przypomina klimat Dead Can Dance, bo bez jej głosu nie byłoby tego zespołu. Fenomenem wydawnictwa jest to, że wokalistka odnalazła się w nieznanym sobie dotychczas gatunku - etniczne brzmienia muzyki amerykańskich Indian. Dużo na tej płycie obrazów, które malują dawne i odległe krainy. Nic dziwnego, bo Gerrard i Ronę wspierają muzycy indiańscy. Warto przejść się w tamtą stronę, bo na ulicy nie znajdzie się takiej duchowości. -
- Las Putas Melancolicas
- Świetliki i Linda
- cena: 38,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Mirosław Marcol 2005-11-17
Ogólnie jest tak...
Hmm... tak zacznę, bo inaczej nie mogę zacząć. Kompletne zaskoczenie: Świetliki i pan Boguś Linda - pierwszy twardziel Trzeciej Rzeczypospolitej. Świetliki zawsze zapraszały wielu gości, ale takich niespodzianek nie było nigdy. Płyta zaczyna się ostrym punkowym numerem, ale tekst raczej wyśmiewa stylistykę zbuntowanego punka, który skazany jest na nołfjuczer. Panowie nie są skazani, przyznają się, że są starzy, ale piękni i bogaci - jak śpiewają, zadowoleni z tego faktu. "Melancholijne panie lekkich obyczajów" promuje piosenka "Finlandia" z teledyskiem, w którym pojawia się jeszcze jedna zaskakująca postać, a mianowicie bramkarz Maciej Szczęsny. Melancholijna muzyka, smutny tekst i głos Lindy to bardzo ciekawe połączenie i takich połączeń jest wiele na płycie. Bardzo fajne są "Ziemnioki", które przypominają "Mc Donalds" z mojej ulubionej płyty tego "zespołu o profilu muzycznym". Są jednak utwory, które drażnią, np. nowa wersja "Delikatnienia" (piosenka znalazła się na poprzedniej płycie, więc po co znowu?), albo "Opluty" - to już trzecia część opowieści, ale tym razem Świetlicki temat rozwinął niezbyt ciekawie. Nudna i nieciekawa jest też historia Tadzika, kibica Legii. Ogólnie na płycie znajduje się 19 utworów i można odnieść wrażenie, że muzycznie zespół znowu się rozwinął. Z tekstami natomiast jest tak, że Świetlicki ma swój styl, który momentami mógłby jednak urozmaicić.





Merlin in English














![To co dobre [Digipack] - Andrzej Piaseczny](/To-co-dobre_Andrzej-Piaseczny,images_small,11,88697994862.jpg)




