stały recenzent  Carlos696

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 140

  • Chłopaki nie płaczą

    Carlos696 2008-11-04

    Wbrew pozorom jest super (prawie)

    Oj dostało się za tę płytę chłopakom z T.Love, dostało. Już poprzedni ich album "Al Capone" wyraźnie ciągnął ku klimatom pastiszowo-glam rockowym, wypinając się na lekko punkowy rodowód zespołu. No bo jak to? Muniek - ten Muniek, który wyśpiewywał "Wychowania", "Karuzele" i "Kołysanki zabijanki" na różnych Jarocinach i w innych Hybrydach, nagle wskoczył w obciachowy garnitur i zaczął podśwpiewywać, że "chłopaki nie płaczą"? Zdrada! Gdzie ideały? Gdzie anarchia? Gdzie "no future"? Itd., itp. Osobiście nie mam zamiaru dołączać się do tej lamentującej grupy rock'n'rollowych ortodoksów. Choćby dlatego, że tytułowy utwór jest wręcz wybornym pastiszem stylu T.Rex, a obciachowy tekst doskonale wpasowuje się w tę stylistykę. Kto nie wierzy, niech sięgnie po utwór "Hot Love" grupy Marca Bolana i porówna z propozycją T.Love: podobny rytm, podobna linia melodyczna, podobne chórki. Słowa klucze do odbioru tej płyty to: pastisz oraz ironia. Pastisz uosabia się tutaj przede wszystkim w muzyce, ironia w tekstach. Tyle, że przeciętny polski słuchacza raczej nie "kuma" pastiszowych propozycji. U nas trzeba być być albo zupełnie na serio (patrz: "Bema pamięci żałobny rapsod" Niemena), albo całkowicie dla jaj (patrz: Big Cyc i jego pochodne). Natomiast ironia oraz pastisz są tworami bardziej złożonymi, delikatnymi, nakazującymi odbierać dane dzieło po części na serio, po części poprzez pryzmat umowności, erudycyjnej zabawy, postmodernistycznego kolażu. Uff - trochę za dużo mądrych słów jak na płytę, która przede wszystkim chce bawić, a dopiero na drugim planie skłonić do głębszej refleksji. Jednak o ironii trzeba tu pamiętać, by uniknąć dosłownego odbierania tekstów Muńka Staszczyka. W przeciwnym razie może się okazać, że Muniek zupełnie bezkrytycznie patrzy na naszą rzeczywistość ("Jest super"), dodatkowo jest zapatrzonym w siebie pseudo-królem popu ("Popularny"), propagującym twarde narkotyki ("Nie ma zabawy"). Tylko poprzez pryzmat ironii da się zauważyć, jak wnikliwe, i - wbrew pozorom - całkiem niebanalne są teksty Staszczyka. Muzycznie natomiast panują tu niepodzielnie: glam rock, ska, inteligentny pop, oraz szczypta niebanalnych alternatywnych rytmów. Gdyby nie kilka słabszych numerów (słabiutkie "Kumplowi...", bądź irytujące "Kup mnie") byłaby płyta na 5. Ale i tak nie ma nad czym płakać.
  • Koniec kryzysu [Książka+CD]

    Carlos696 2008-10-28

    Jaki kryzys?   (2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Nowa płyta Pustek jest najzwyczajniej w świecie bardzo dobra. Każdy kto ją przesłucha 2-3 razy musi dojść do tego wniosku. Chyba, że mu słoń na ucho nadepnął. Cóż na niej takiego dobrego? Przede wszystkim głos Basi Wrońskiej, który stał się tutaj pierwszpolanowym bohaterem. I to bohaterem o wiele ciekawszym, niźli głos poprzedniego wokalisty. Nie mam zamiaru prorokować - ale czy przypadkiem nie rośnie nam nowa Kasia Nosowska? Po drugie - inteligentne i przebojowe kompozycje, które nie mają w sobie nic z miałkości przeciętnej produkcji popowej. Nie zmienia to jednak faktu, że "Koniec kryzysu" to być może pierwszy krok Pustek do wyjścia z grania alternatywnego, i skierowania się ku bardziej głównemu nurtowi. Najchętniej chciałoby się opisać każdy utwór po kolei, jednak ograniczę się do najjaśniejszych punktów płyty (zaznaczyć jednak trzeba, że te mniej jasne są tylko nieznacznie gorsze. Tu nie ma złych utworów, są za to dobre i bardzo dobre). Zatem: otwierające "Senty Menty" z liryczną linią gitary akustycznej i delikatnym głosem Basi posłuchać trzeba koniecznie. Jest tu dodatkowo świetna mini-wokaliza, kojarząca się nieco a utworami Magdy Umer, tudzież Anny German, po której nagle utwór eksploduje energią w przypominającą płyty Interpolu, bądź niektóre utwory Kings of Leon. Potem singlowe "Parzydełko" o nieco roztańczonym rytmie i całkiem przebojowym tekście. Jest jeszcze zaskakująca "Jesień" z intrygującym fortepianem i smyczkami w stylu "krainy łagodności". Potem kolejny potencjalny przebój w postaci "Pomyłki", i zaraz potem zadziorna, lekko punkowa miniaturka "Chcę zrozumieć źle". No i jeszcze trzeba wspomnieć o wcale nie nudnej "Nudzie", doskonale oddającej atmosferę rozwlekłego odczuwania czasu. Aż przychodzą na myśl rozciągnięte zegary Salvadora Dali. Co jeszcze? "Czerwona fala", czyli duszny, lepki od potu utwór, z gitarami imitującymi klaksony samochodowe. A to dopiero połowa płyty, która dalej brzmi równie atrakcyjnie. Każdy utwór łączy tutaj chwytliwość przeboju z ponadprzeciętną erudycją muzyczną. Idealne połączenie punkowej żywiołowości z popową przebojowością, odrobinką poezji śpiewanej, a także pewną dozą progresywnej pomysłowości spod znaku... Niech będzie, że King Crimson! Panowie - kryzysu nie zauważyłem, Basiu - śpiewaj dalej.
  • Batman - Mroczny Rycerz (2 DVD)

    Carlos696 2008-10-27

    Choć z Jokerem, wcale nie do śmiechu   (9 z 14 uznało tę recenzję za pomocną.)

    "Mroczny rycerz" to wbrew pozorom film niepozbawiony wad. Szczególnie razi ostatnie 10 minut, naładowane niepotrzebnym patosem, który musi zgrzytać w zestawieniu z ponurą groteską niepodzielnie panującą w tym filmie. Jednak nie sposób nie stwierdzić, że "Mroczny rycerz" to film zaskakująco udany, któremu udało się pogodzić elementy pozornie nie do pogodzenia. Po pierwsze - ryzykowny był sam zamysł, by z Batmana zrobić "dorosły" film. W dodatku owa dorosłość została tu sprzęgnięta z realizmem, nakazującym umieścić "Mrocznego rycerza" gdzieś na obrzeżach "Gorączki" Michaela Manna. Czasami widz się zastanawia - co w tym realistycznym, dbającym o wiarygodność psychologiczną filmie robi facet przebierający się nocą za nietoperza. Realistyczny film o Batmanie mógł łatwo zmienić się w niezamierzenie śmieszny (kilka scen, niestety, faktycznie jest takich), coś w stylu królewny śnieżki ukazanej jako 8 pasażer Nostromo. Jednak film się mimo wszystko broni, szczególnie poprzez ukazanie całkiem wnikliwej (jak na film rozrywkowy) charakterystyki psychologicznej. Batman - jako nieodłączna część świata owładniętego zbrodnią i patologią, sam zdradza patologiczne zachowania. Mamy tu jeszcze Heatha Ledgera, który dokonał tego, czego nie potrafił sam Jack Nicholson. Ze skrajnie komiksowej postaci Jockera (postaci będącej niemal archetypem komiksowego złego charakteru), stworzył postać z krwi i kości. Kogoś, w kogo nie sposób nie uwierzyć. Nicholson w swej wersji Jockera był przede wszystkim zabawny i słodziutki. Ledger stworzył kreację psychopaty idealnego, na dodatek psychopaty zdającego sobie sprawę, że jego programowa anarchia i niepoddawanie się jakimkolwiek zasadom społecznym, moralnym, etycznym, powoduje, że Jocker staje się tutaj jedyną absolutnie wolną postacią. Dodatkowo jego absolutne zło zostało sprzęgnięte z niebanalną inteligencją. Jocker XXI wieku budzi podziw, lecz i odrazę. I jeżeli Jocker symbolizuje największe zagrożenia dla naszej cywilizacji, to Batman staje się symbolem odtrutki na te zagrożenia. W wersji Nolana Batman jednak stwarza wrażenie bohatera słabszego i bardziej zniewolonego przez systemy i normy społeczne. Jeśli tylko przebijemy się przez komiksową mitologię, dostrzeżemy w "Mrocznym rycerzu" całą gamę odniesień, metafor i tez analizujących nasz prawdziwy świat. Często zadziwiająco błyskotliwych jak na film o komiksowym rodowodzie. Nie powiem, że jest to najlepszy film o Batmanie. Moja słabość do twórczości Tima Burtona mi na to nie pozwala. Jednak z pewnością udało się tutaj odnaleźć wyważony kompromis pomiędzy kinem komercyjnym a własną artystyczną wizją. Wydaje się, że pesymizm bijący z tego obrazu jest zbyt szczery, by go potraktować jako kolejną bajkę dla nastolatków. Dlatego mimo jego wad, muszę powiedzieć, że "Mroczny rycerz" jest jeśli nie wielkim, to z pewnością bardzo dobrym filmem.
  • Efekt Lucyfera. Dlaczego dobrzy ludzie czynią zło?

    Carlos696 2008-10-24

    Zrozumieć diabła   (14 z 14 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Psychologia współczesna wskazuje dwa źródła powstawania zła: wewnętrzna (zarówno dobro i zło tkwią, wynikają z naszej duszy), zwana przez Zimbardo dyspozycyjną, oraz zewnętrzna (zarówno dobro i zło są efektem nacisków zewnętrznych), zwana przez autora sytuacyjną. Tytuł "Efekt Lucyfera" wskazuje, że Zimbardo uważa za słuszną tą drugą możliwość. Lucyfer stanowi tutaj archetypiczną postać, symbolizującą, że to impulsy zewnętrzne nakazują nam być dobrymi bądź złymi - w zależności od sytuacji. By udowodnić tę tezę, autor przypomina fakty ze słynnego Stantfordzkiego Eksperymentu Więziennego, opisane suchą, beznamiętną relacją, która bardziej wstrząsa, niż niejedna, pełna zabiegów dramaturgicznych powieść z dreszczykiem. Książka Zimbardo, będąc przede wszystkim pracą stricte-naukową, jest też odważnym oskarżeniem systemów penitencjarnych, wojskowych, oraz ogólnie społecznych. Jest też w pewnym sensie moralitetem nakazującym czytelnikowi uwierzył, że każdy z nas ma zadatki zarówno na bohatera, jak i bestię - nie ważne, czy z natury jesteśmy dobrzy, czy źli. Zachowaniem naszym rządzą siły uwarunkowane przez systemy społeczne, polityczne, ekonomiczne, religijne, itd. Zimbardo jako psycholog społeczny stanął w obronie jednostki, natomiast oskarżył instytucje, które zawsze stoją ponad jednostką. Odważna, wnikliwa, inteligentna i przerażająca praca dotykająca problemu zła. Najlepsza od czasów "Anatomii ludzkiej destrukcyjności" Ericha Fromma.
  • Samo Voo Voo
    • Samo Voo Voo
    • Voo Voo
    • cena: 35,49 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 7 dni)

    Carlos696 2008-10-13

    "ZgryVoosy"   (17 z 22 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Przychodzi paczka, w paczce płyta, płytę rozpakowuję w celu przyjrzenia się okładce. Stwierdzam lekko zdziwiony, że nie bardzo czemu jest się przeglądać. Cztery zdjęcia - świadomie źle skadrowane, spis utworów oraz napis "Samo Voo Voo", który spokojnie mógłby być wzięty za plamę barwną na głównym zdjęciu. Słowem - wyczuwam jakiś przekręt. Wydaje mi się, że ta okładka chce mi coś powiedzieć, jednak nie wiem jeszcze co, gdyż nie jestem w stanie nawet odnaleźć nazwisk muzyków. No nic - myślę sobie - posłuchajmy tego. Wyciągam krążek i wtedy dostrzegam nazwiska, podziękowania, itd., itp., czyli wszystko to, co powinna zawierać wkładka płyty rockowej, jednak zaczynam ponownie wyczuwać jakiś grubszy numer. Serio. Odpalam płytę, leci pierwszy kawałek, który absolutnie nie zapowiada tego, co się będzie dziać za chwilę. Przy trzeciej piosence "Leszek mi mówił" błyskotliwie dostrzegam, że słowo piosenka jest tutaj tak adekwatne jak chyba na żadnej innej płycie Voo Voo. Potem bluesowe "Barany", którą brzmią jakby Gary Moore zagrał gościnnie. Sprawdzam więc ponownie ascetyczną wkładkę. Nie. Żadnego Gary'ego Moore'a. Samo Voo Voo. Jednak prostota tych piosenek wydaje się wybitnie podejrzana. I w końcu docieram do "Nie podoba się", i już mi coś świta, jakieś adekwatne słowo ciśnie mi się na usta. Ponownie zaglądam do wkładki, słuchając jednocześnie piosenki. Wkładka. Piosenka. Piosenka. Wkładka. Wkładka. Pastisz. Tak! Wszelkie informacje zawarte we wkładce są niczym innym jak zawoalowaną parodią wkładki płyty rockowej. Ascetyzm zdjęć podkreśla, że tutaj faktycznie występuje samo Voo Voo. Samo Voo Voo, które zapragnęło zagrać pierwotnego rock and rolla, w podstawowym składzie: gitara, wokal, bas, perkusja. Jedynym instrumentem jednoznacznie wskazującym, że samo Voo Voo to jednak Voo Voo jest niezawodny i jak zawsze bezczelnie charakterystyczny saksofon Mateusza Pospieszalskiego. No dobrze, Voo Voo pastiszuje rockandrollowe granie. Ale robi to tak, jak tylko Voo Voo jest w stanie. Nadal są oryginalni, niebanalni (nawet w banalnych piosenkach). Nadal z uroczymi tekstami i równie uroczym głosem "frontmana" tego pastiszowego projektu. Kiedyś Waglewski prządł sno-powiązałki, później grał-żonie, a teraz się z-grywa. Co prawda, bardziej to łagodny pastisz niźli jawna parodia, ale i tak inteligentny słuchacz (a tylko tacy lubią Voo Voo) łatwo go wyczuje. Czyli jednak z-grywa, którą Voo Voo wy-grywa. Dobra płyta. I starczy.
  • Zakazane piosenki

    Carlos696 2008-09-26

    Coverowisko   (3 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Można mówić, że Strachy na Lachy odcinają kupony od poprzednich dokonań, zarówno swoich, jak i całej undergroundowej braci. Już na pierwszych dwóch płytach sporo było coverów: "Ballada o Tolku Bananie", piosenka Osieckiej, evergreen Perfectu, "Czarny chleb, czarna kawa". Później pojawił się "Autor" w całości wypełniony nowymi interpretacjami utworów Kaczmarskiego. Teraz czas na "Zakazane piosenki". I można by z czystym sumieniem powiedzieć, że Grabaż rozmienia się na drobne, gdyby nie... prosty fakt, że "Autor" to jedna z wybitniejszych polskich płyt współczesnych, a "Zakazane piosenki" tylko troszkę ustępują poprzedniej płycie. Ten krążek to nie tylko 13 bardzo przebojowych kawałków z bogatymi aranżacjami, niespodziankami stylistycznymi i dobrymi tekstami, ale też kawał historii polskiego niezależnego grania. A co najważniejsze - nie ma tutaj mowy o jakiejkolwiek wtórności. To prawda, że Strachy na lachy sięgnęły po cudze kompozycje, jednak sposób ich opracowania czyni z tej płyty w pełni przemyślaną, inteligentną i autonomiczną wypowiedź (tak samo zresztą, jak przy poprzednim "Autorze"). Jest tu sporo stylizowania, zabawy i dźwiękowego szaleństwa, jednak mimo tego postmodernistycznego nawiasu, utwory nie tracą ani na przebojowości, ani na autentyzmie. Pewnie punkowi puryści będą złorzeczyć Grabażowi za "sprofanowanie" kultowego "Wariata" z repertuaru Rejestracji (utrzymanego w stylistyce disco), bądź też za wprowadzenie indiańskich motywów do mrocznego, ale też niezmiernie poetyckiego utworu Siekiery "Idzie wojna". Już w myślach słyszę opinie głoszące, że Strachy... skomercjalizowały polską klasykę alternatywy, że momentami to kiczowate i za bardzo piosenkowe. Poza tym, po co ten flirt z poezją śpiewaną w utworze "Kwiecień'74". Zapewne takie opinie się pojawią. Jednak niezaprzeczalnym jest, że Grabaż i spółka z tworzenia nowych interpretacji starych utworów uczynili prawdziwą sztukę, ukazującą wyraźnie, że każda nowa adaptacja stanowi zarazem interpretację i komentarz do oryginału. Na dwóch ostatnich płytach zespół udowodnił, że stanowi klasę samą dla siebie, i nie czuje potrzeby by się z kimkolwiek ścigać, a Grabaż na każdym kroku manifestuje, że już dawno otrzepał się ze styropianu, i nie musi się poddawać taniemu koniunkturalizmowi. P.S. Fakt, że uważam "Zakazane piosenki" za płytę bardzo dobrą, nie oznacza wcale, że nie oczekuję kolejnej w pełni autorskiej płyty Strachów...
  • Maria Awaria
    • Maria Awaria
    • Maria Peszek
    • cena: 37,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu 24 godz.)

    Carlos696 2008-09-26

    Najbardziej seksowna polska płyta w historii   (9 z 14 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Ileż się nie nasłuchałem, że nowa płyta Marii Peszek to prowokacja, bezeceństwa, świntuszenie, i w ogóle Sodoma i Gomora. Słucham płyty i się pytam: rodacy, o co wam chodzi? Przecież drugiej tak czułej, seksownej, zabawnej, szczerej, stylowej, wysmakowanej, wyrafinowanej, i po prostu ładnej polskiej płyty ze świecą szukać. Ktoś mówi: pornografia. Pytam się: w którym momencie? Za to niemal w każdej minucie trwania płyty słyszę milutkie piosenki z pięknym melodiami i bardzo dobrymi tekstami, które są odważne, lecz z pewnością nie mają zamiaru szokować. Co jest niestosownego w śpiewaniu: "Wierzę w ciała zmartwychwstanie poprzez czułość i kochanie"? - tekst, który mógłby być mottem całej płyty. Przyjemnie jest posłuchać tak przyjemnej muzyki, w całości opowiadającej o tym, co przyjemne. A już najlepiej słuchać jej we dwoje. Wtedy się okazuje, że Maria Peszek nagrała nie tylko bardzo sexy, ale też dość interaktywną, płytę.
  • L.A. Woman (40th Anniversary Mixes)

    Carlos696 2008-07-28

    Pożegnalny blues   (9 z 9 uznało tę recenzję za pomocną.)

    No, proszę sobie wyobrazić (tak zapewne by rozpoczął Marcin Świetlicki) - początek siódmej dekady XX wieku. Wymęczony ciągłymi sporami oraz coraz bardziej radykalnymi ekscesami Jima Morrisona zespół The Doors nagrywa ostatni album w swym "klasycznym" składzie. Robi to bez pomocy Paula A. Rothilda, który po współpracy z Janis Joplin zapewne nie chciał być świadkiem kolejnej śmierci wybitnego muzyka. Doorsi sami produkują album. Jim nie wygląda już jak symbol seksu. Nosi gęstą brodę, i ma kilka kilogramów nadwagi. Z powodzeniem mógłby śpiewać rdzennego bluesa. Taka właśnie będzie nagrywana przez Doorsów ostatnia płyta - "L.A. Woman". Bardzo gitarowa - podobnie jak "Morrison Hotel", jednak przepełniona specyficznym, podskórnym dramatyzmem. Morrison śpiewa lekko pijacką chrypką, i najprawdopodobniej nie ma w tym nic z pozerstwa. Ciężko pracował na ten tembr głosu. Stał się bluesmanem pełną gębą. Nawet swe teksty wystylizował na charakterystyczny bluesowy ascetyzm. "L.A. Woman" stanowi płytę, w której najbardziej spójnie wybrzmiewa psychodelia Doorsów, jak i rdzenne gitarowe granie. Płytę wybitną, szczerą, dramatyczną, wznoszącą rock w arkana prawdziwej sztuki. Całość zapowiada już mocny, otwierający płytę "The Changeling", potem przebojowe "Love Her Madly" - w którym nie wiadomo, czy Morrison śpiewa o swej dziewczynie, czy o śmierci. Pierwszy punkt kulminacyjny płyta osiąga w utworze tytułowym, szaleńczym rock'n'rollu, w którym zostaje nam przedstawiony mistyczny Mr. Mojo Risin (anagram Jima Morrisona), klika utworów później w "Hiacinth House" z rockowej stylistyki da się wyłowić doskonale wmontowany cytat z Chopina. Na zasadzie zawieszenia napięcia wybrzmiewa później "The wasp (Texas Radio & the Big Beat)", by za chwilę głośniki rozedrgały jednym z wybitniejszych utworów w historii rocka, do którego nawiązywał między innymi przebój Lecha Janerki "Strzeż się tych miejsc". Chodzi oczywiście o nieśmiertelne "Riders on The Storm" - psychodeliczny, mroczny, gęsty od znaczeń utwór, przy którym łatwo uwierzyć, że już za rok Jim Morrison będzie martwy, w przeciwieństwie do powstałej legendy o Królu Jaszczurów i wybitnym bandzie, który doskonale połączył muzyczną erudycję z rockową zadziornością, wzorcowo ucieleśniając mit niepokornych rockowych kontestatorów. Pierwsza płyta Doorsów kończy się utworem "The End". "Riders on The Storm" zakreśla koło, i potwierdza, że tym razem to autentycznie The End. Klasyka intelektualnego rock'n'rolla.
  • Verses Of Steel [Digipack]

    Carlos696 2008-07-08

    Choć bez Goethego - i tak niezłe   (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Nie powiem - intrygowało mnie, jak Titus sobie poradzi z przełożeniem na język trash metalu "Fausta". Niestety nie dane mi było tego ocenić, bo koncepcja owego concept-albumu zmieniła się diametralnie, i w efekcie otrzymaliśmy płytę tak się mającą do dramatu Goethego, jak Acid Drinkers do kółka różańcowego - czyli nijak. Co nie oznacza, ze teksty zawarte na "Verses of Steel" nie są warte uwagi. Szczerze - nie wiem czy Titus napisał kiedyś lepsze. Może się mylę, lecz wydają się one tutaj bardziej osobiste, mniej zakręcone i bardziej spójne, co najlepiej obrazują utwory "The Ark" oraz "Blues Beatdown". Ale przecież nie o teksty w tej najbardziej sprawnej w Polsce machinerii metalowej chodzi. Chodzi przecież o muzykę - tyleż nawiązującą do klasyki gatunku, ile oryginalnie swojską. Nie ma wątpliwości, że Acid Drinkers lawirując pomiędzy thrash metalem, heavy metalem i tradycyjnym hard rockiem wytworzyli własny, niepowtarzalny, zwariowany styl, a właściwie dwa style. Bo Acidzi od dłuższego czasu podążają dwoma torami: zakręconej mieszanki heavy metalu, punku i rock'n'rolla spod znaku płyt "Dirty Money, Dirty Tricks" lub "Amazing Atomic Activity" oraz ciężkiego, nowocześnie brzmiącego metalu znanego z "Infernal Connection" bądź "High Proof Cosmic Milk". Wyraźnie zaznaczyć trzeba, że nowa płyta wierna jest tej drugiej odmianie stylistycznej. Można też chyba zaryzykować stwierdzenie, że od czasu "Kosmicznego mleka" to najlepsza płyta ekipy z Poznania. Bogato rozbudowane utwory, z niebanalnymi riffami i wyjątkowo dobrym wokalem Titusa, brzmią bardzo, bardzo soczyście i selektywnie. Titus często podkreślał swe fascynacje Panterą i na tej płycie dał wyraźnie temu upust. Zresztą nawet szata graficzna okładki przypomina "Reinventing the Steel" Pantery, że już o podobnych tytułach nie wspomnę. I choć trudno mi ocenić ile standardowego Acid Drinkers jest na nowej płycie Acid Drinkers (niektórzy twierdzą, że zatracili tutaj swój charakterystyczny styl), powiem z ręką na sercu, że dawno poznańskie kwasożłopy nie brzmiały tak autentycznie i stylowo. I podejrzewam, że gdybym tę recenzję pisał tydzień później, a nie dzień po premierze, to dałbym 5 gwiazdek.
  • Rock loves Chopin [Książka + CD]

    Carlos696 2008-07-03

    Płyta problemowa   (7 z 8 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Może wpierw o samej muzyce. "Rock loves Chopin" to projekt w zamierzeniu trudny, bo pragnący udowodnić, że można trzymać dwie sroki za ogon i jeszcze wyjść z tego zwycięsko, czyli w tym przypadku nagrać Chopina tak, by Chopina nie sprofanować, a jednocześnie pozostać wiernym rockowemu łojeniu spod znaku Van Halen, Joe Satrianiego, czy też Santany. Czy sztuka się udała? W mojej opinii tak. Co prawda puryści się na tę płytę obrażą, ale oni akurat są właśnie od tego, by nieustannie kręcić nosem z niezadowolenia, więc nimi nie ma się co przejmować. Mi osobiście bardzo przypadły mi do gustu "Fantazje Impromptu" brzmiące jakby wyszły spod ręki Black Sabbath, albo nawet - Pantery. "Grande Valse Brillante" w środkowej części cudownie się kojarzy z wariacjami Acid Drinkers z okresu płyty "Are You Rebel", a "Etiuda rewolucyjna" zahacza o gotyk metal w wersji skandynawskiej. Jako bonus zaserwowano jeszcze "Sonatę księżycową" Beethovena i brzmi ona w wersji elektrycznej bardzo, bardzo smacznie, choć w tym przypadku nic dziwnego. Wszak utwór ten nawet w wersji oryginalnej spokojnie mógłby się znaleźć na "Dark Side of The Moon" Pink Floydów, i doskonale by tam pasował. Dodać należy, że pomimo odwołań do klasyki rocka, udało się muzykom zachować ducha Chopina. W każdym razie - rozsądny słuchacz nie powinien się na "Rock loves Chopin" obrażać. Co zatem jest jednak niepokojącego w tym projekcie? Fakt, że w zamierzeniu ma być to płyta dydaktyczna, pragnąca przez "upopowienie" Chopina wprowadzić go pod strzechy. Zamiar jak najbardziej słuszny, nie wiem tylko, czy środki dobrane zostały adekwatnie do celu. Przecież takie nazwiska jak Satriani, Santana, Van Halen, bądź rock progresywny spod znaku Pink Floyd, dla współczesnego młodego odbiorcy bardzo często jawią się tak samo archaicznie, jak Chopin. W książeczce dołączonej do płyty Mirosław Pęczak powołuje się na The Beatles, zespół Emerson, Lake & Palmer, bądź Procol Harum. "Procol co?" - zapyta niejeden młodzian. Mam nadzieję, że się mylę, lecz wydaje mi się, że dokonano tutaj bardzo tautologicznego przedsięwzięcia promowania klasyki przez nawiązania do innej - również odchodzącej w zapomnienie - klasyki. Ale płytę posłuchać warto: zarówno ze względu na Chopina, jak i naprawdę rzetelne rockowe łojenie zawarte na tym krążku.

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Promocje - kupuj i oszczędzaj!