stały recenzent  Piotr Solga

piotr.solga@wp.pl - sensowna korespondencja zawsze mile widziana.

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 14

  • Światy prota

    Piotr Solga 2006-04-09

    Godne ukoronowanie trylogii   (6 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Czym jest nienormalność? Jest to zachowanie inne, niż zachowanie większości. Jeśli chodzi bowiem o społeczeństwo, to kieruje się ono właściwie zawsze zasadami demokracji, z których wynika, że większość ma zawsze rację, nawet... Jeśli jej nie ma. Właśnie przez tę metodę selekcji na zdrowych i chorych umysłowo czy też na "pro-" i "a-społeczne jednostki" do szpitala psychiatrycznego na Manhattanie trafia ok. 40-letni mężczyzna - niejaki prot (tak każe się nazywać i pisać to imię małą literą). Twierdzi, że jest przybyszem z KOSMOSU (dużymi literami pisze tylko pojęcia i nazwy astronomiczne) i nikt nie potrafi nie tylko przekonać go, że jest inaczej, ale również dowieść nieprawdziwości tego zdania. Mniej więcej tak przedstawia się fabuła pierwszej (genialnej) książki Gene Brewera, pt. "K-PAX". Druga część trylogii, czyli "Na promieniu światła" to powrót naszego najbardziej "ludzkiego" kosmity we WSZECHŚWIECIE, przy czym sam prot uznałby ten przymiotnik za obelgę. W trzeciej części czeka nas naturalnie trzecie z kolei spotkanie z protem i - ostrzejsze niż dotąd - starcie z jego poglądami, wdedług których mamy jakieś ćwierć wieku istnienia do samozagłady. Różnica między tym, a poprzednimi tomami jest dość wyraźna. "K-PAX" była książką wpływającą na mnie niemal terapeutycznie, kojącą nerwy, ukazującą fascynującą przestrzeń nowoczesnego szpitala psychiatrycznego, gdzie ludzie mogą żyć nieraz bardziej wolni w swych urojonych światach i za murami niż na zewnątrz, przestrzeń, gdzie dominuje "pełna skupienia cisza", jak to bodajże ujął któryś z jej recenzentów. Druga część była utrzymana w podobnym tonie, pamiętam też, że po jej przeczytaniu potrzebowałem dobrych kilku minut, żeby wyperswadować sobie, że zawarta tam historia jest fikcją literacką, co, ze względu na niewątpliwy (a jakże późno przez niego samego odkryty!) kunszt autora, było naprawdę trudne. O ile więc części te przesłanie miały raczej pozytywne, o tyle "Światy prota" pisane są bardziej ku przestrodze dla nas i ewentualnej (o ile nasz gatunek przeżyje) potomności. Oprócz zagłębiania się w umysł chorego człowieka mamy tym razem znacznie więcej ekologii, pacyfizmu i krytyki świata. Prot przestał się z nami cackać i chyba trochę się zniecierpliwił. Zresztą patrząc obiektywnie, trudno się dziwić: tłumaczy jak dzieciom, co trzeba zmienić, a my dalej swoje. Ale czy tak łatwo zlikwidować instytucję rodziny, religię, szkoły, wojny, pieniądze, a zaprowadzić weganizm i nauczyć ludzi empatii? Nie... Nie łatwo. Prawdę mówiąc, do części tych potępionych rzeczy i wartości jestem mocno przywiązany. Jestem też pewien, że celem autora nie było nawoływanie ludzkości do rewolucji, bo oznacza ona zawsze przemoc, w najlepszym przypadku bierny opór jednej ze stron. Poza tym książka pozostaje obojętna politycznie. Nawet jeśli wymarzony świat prota przypomina po trosze wymarzony świat Marksa i Engelsa, to komunizm jest tu krytykowany na równi z kapitalizmem. Gdyby już silić się na wtłaczanie naszego kosmity w jakieś schematy, to byłby on kosmopolitą, anarchistą (niechęć do wszelkich państw, narodów i rządów) i ekologiem. Co było więc celem autora? (Poczujmy się przez chwilę znowu jak w szkole). Otóż moim zdaniem cel jego był tyleż prosty do przekazania, ile trudny do przyjęcia: chciał, żebyśmy zastanowili się, czy nie warto jednak zgasić zbędną lampkę, naprawić cieknący cenną wodą kran? Czy nie warto w tej chwili wyłączyć komputera i iść na spacer. Nie do najbliższego centrum handlowego, ale do parku i nie, żeby tam głośno gadać, przeszkadzając tamtejszym zwierzętom, ale żeby popatrzeć, oddychać? Czy nie warto wreszcie spróbować zrozumieć tych wszystkich "szaleńców" wokół, z których tak wielu ma np. pierwsze objawy depresji, i przeznaczyć im choć chwili? A kiedy już się nad tym zastanowimy, chciał chyba, żebyśmy zastosowali się do własnych, nawet tak ZIEMIAŃSKO niedoskonałych wniosków.
  • Powrót Wolanda albo nowa diaboliada

    Piotr Solga 2006-02-06

    Naród popiera "Powrót Wolanda"!   (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Wyobraźcie sobie obywatele, że niejaki Michaił Afanasjewicz Bułhakow wraca z zaświatów na ziemię. Wszyscy wtajemniczeni w powrót z początku bardzo się cieszą, bo on wielkim pisarzem był. Ale przecież z czegoś nasz powstaniec (bo powstał z martwych) musi żyć. Co robi? To, co umie najlepiej - pisze powieść! Tak to, nie inaczej, musiała powstać książka "Powrót Wolanda". Bo jak obywatele, wyjaśnicie, że jakiś tam rzekomo Witalij Ruczinski pisze bułhakowskim stylem? A to, że iście bułhakowsko błyskotliwie piętnuje i wytyka swoim rodakom małe i duże winy? I to jednocześnie ich bawiąc! Aż chce się zanucić za Wiesławem Cichym z "Rewizora" (sztuka nota bene też Rosjanina - Gogola) "No i z czego się śmiejecie...? Z samych siebie się śmiejecie...". Słowa te można by skierować zresztą nie tylko do naszych zauralskich braci w słowiańszczyznie, ale też do całej reszty państw, które wyznawały swego czasu Jedyny Słuszny System. Powiadam więc wam moi drodzy - Witalij Ruczinski, który podaje się za autora tej książki albo pisał ją pod dyktando Bułhakowa, albo też to sam Mistrz przybrał sobie taki pseudonim. O czym postanowił pisać autor (pomińmy już kwestię kim jest)? O Rosji naturalnie. O Rosji okresu pierestrojki, przemian i... Krętactwa nie mniejszego niż w czasach "Mistrza i Małgorzaty". O Wolandzie i jego świcie. O miłości oczywista również (choć tutaj pierwowzór nie został w żaden sposób doścignięty... Historia miłości w "MiM" bije na głowę wszystkie opisane wstecz i wprzód). O tym, że zło i dobro splatają się jakoś, a nasze życie i losy to tylko pochodna ich dżentelmeńskiej walki. Książka jest wyraźnie krótsza niż jej pierwowzór, ale przecież nie ma co na siłę fantazjować - autor (słusznie zresztą) doszedł do wniosku, że lepiej opisać samą prawdę i tylko prawdę - od wyglądu Moskwy, po wygląd karety Wolanda... Powiedziałbym tutaj "niech mnie diabli, jeśli wiem w którym miejscu, w tej książce, zaczyna się fikcja, a kończy prawda (i na odwrót)", ale nie powiem, bo diabli wiedzą, czy zaraz obok mnie nie pojawi się wysoki kraciasty osobnik z pince-nez o pękniętym szkiełku, niski drab z wystającym kłem i bielmem na oku albo czarny kot wielkości hipopotama, żeby poinformować mnie, iż prośba ma zostanie spełniona w trybie natychmiastowym. Groteska w "Powrocie Wolanda" jest bowiem tak subtelna, a rzeczywiste absurdy komunizmu tak ogromne, że czytelnik nieobeznany dobrze z historią Rosji, w pewnym momencie głupieje i zagląda do encyklopedii, szukając nieistniejących postaci i zdarzeń. Zgoda, niech już będzie obywatele - macie rację. Trochę przesadziłem z tym wracaniem Mistrza z zaświatów. Może i "Powrotowi Wolanda" brakuje jednak co nieco do "Mistrza i Małgorzaty", z której tak wyraźnie czerpał autor. Fanfikiem bym tego jednak nie nazwał. Książka stanowi świetnie opracowaną całość, którą dałoby się właściwie przeczytać bez znajomości dzieła Bułhakowa. Sam Ruczinski zaś oddaje wszystkie należne honory swemu poprzednikowi. I to nie w jakiejś tam wydumanej przedmowie, jakimś posłowiu czy gdzieś na tylnej okładce, ale w samej fabule, w tekście książki. Za co, jak i za to, że w ogóle przypomina nam o Bułhakowie oraz za bardzo dobrą książkę, którą gorąco polecam, należą mu się gromkie brawa.
  • Weronika postanawia umrzeć (seria kieszonkowa)

    Piotr Solga 2005-02-21

    Polecam, ale...   (4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Na temat Paula Coelha usłyszeć można bardzo różne zdania. Jednym pomaga żyć i spełniać marzenia, inni zarzucają mu pisanie pod publikę czy wręcz brak talentu. Czego by jednak o nim nie mówić, to trzeba przyznać, że znajomość choć części jego książek jest ostatnio niejako w dobrym tonie. Jeśli zaś komuś nie zależy na opinii innych, to powinien zapoznać się z tym autorem dla własnej przyjemności i satysfakcji. "Weronika postanawia umrzeć" jest jak najbardziej typową książką Coelha. Jej głównym przesłaniem (podobnie jak np. w "Alchemiku") jest pogoń za marzeniami. Właśnie to przesłanie, ciągle na różne sposoby powtarzane jest głównym źródłem zarzutów populizmu. Coś w tym chyba nawet jest, bo któż nie lubi, kiedy ktoś znany i lubiany woła "Spełniaj swoje sny! Rób to, na co masz ochotę! Całe życie wyrzeczeń i co z tego masz?". Autor propaguje tutaj hedonistyczną, jakże popularną teorię, że to, co przyjemne, jest zawsze dobre. Nie zgadzam się z tą tezą i nie podoba mi się ona. Nie zmienia to jednak faktu, że książkę polecam, pochłonąłem szybko i z dużą przyjemnością, a poza tym uważam ją za doskonały wstęp do samotnego filozofowania i do zainteresowania się tą szlachetną, a wymierającą ostatnio dziedziną. Miłość mądrości (a tym przecież jest filozofia) na przestrzeni wieków wyrządziła dużo więcej dobra niż zła, chyba więc warto się do niej zbliżyć? No, chyba, że skóra, fura i komóra zawładnęły już całym światem, w to jednak na razie mam powody wątpić. Poza tym nie godzę się z bezpodstawnym twierdzeniem, że Coelho słabo pisze. Bardzo lubię jego prosty styl i lekkie pióro. Potrafi wyjaśnić zawiłości filozoficzne na przykładach i w sposób tak prosty, że nie dostrzegamy obecności filozofii, a to co autor tłumaczy wydaje się oczywiste. Weronika uczy się żyć od nowa w szpitalu psychiatrycznym. Miejsce to jest bardzo wdzięcznym polem do działania dla pisarza. Czyste emocje, dające się w wygodny sposób opisać, zero tabu. Jak dotąd czytałem dwie książki, których akcja rozgrywała się w tym miejscu. Były to "K-PAX" i "Na promieniu światła" - obie Gene Brewera, obie genialne i lepsze od "Weroniki (...)". Mimo to jeszcze raz zachęcam do przeczytania również tej pozycji. Coelho bowiem jak nieliczni autorzy potrafi zmienić życie czytelnika. Nie obiecuje, że goniąc za marzeniami osiągniemy cel ani że ta pogoń będzie prosta. Uparcie jednak skanduje, że warto, bo w przeciwnym razie będziemy żałowali, że nawet nie spróbowaliśmy i tu trudno się z nim nie zgodzić. Weronika przeżywała każdy dzień dokładnie tak, jak poprzedni, obojętnie przyjmowała każde zrządzenie losu, nigdy nie odważyła się nawet myśleć o spełnianiu nieosiągalnych marzeń i w pewnym momencie okazało się, że bez nich jej życie nie ma sensu, bo stało się nieludzko nudne. Tak nudne, że lepiej było już je zakończyć. Bierność zaś według dużo większych autorytetów moralnych niż jakiś brazylijski pisarz, jest jedną z najgorszych dróg, jakie można wybrać.
  • Achaja - tom 3

    Piotr Solga 2005-01-22

    Panie Sapkowski, trzymaj się Pan, bo zatrzęsie!   (3 z 8 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Oj, zatrzęsło, zatrzęsło ostatnio Polską - najpierw nad morzem, potem na południu, a jednocześnie również w polskim świecie fantasy. O ile poprzednie wstrząsy mają dość tajemnicze przyczyny, to już ten ostatni ma jedną zasadniczą - oto wrócił nasz kochany "major - rzeźnik", "laleczka", księżniczka Achaja, która, własnoręcznie, bądź też za pośrednictwem wojska, wyrzyna w pień kolejne zastępy nieostrożnych wojowników. W dzisiejszym odcinku świat zmienia się na skalę dotąd niespotykaną i tylko nieliczni potrafią objąć umysłem tę skalę. Ci nieliczni, to głównie Achaja, Meredith, Sirius, Zaan i kilku pozostałych bohaterów, których można określić mianem "głównych". 3 tom "Achai" nie ustępuje w niczym pozostałym dwojgu. Ma chyba trochę mniej przekleństw i seksu, trochę mniej walk indywidualnych, więcej za to przemyśleń i... szaleństwa. Szaleństwo jest wszechobecne, najbardziej obecne jest zaś w tytułowej bohaterce. Sporo jest go też w przemyśleniach, dzięki czemu "połyka" się je razem z całą książką w zawrotnym tempie, które przewyższa chyba tylko tempo akcji. Jak tu zresztą nie zbzikować, kiedy przeszło się tyle co nasi bohaterowie? Zamiana w demony, w potwory, spotkania z bogiem, walka, krew, śmierć, niewola, broń, przewroty, przekręty, skrytobójstwa, ciągłe napięcie, pijaństwo, pieniądze, władza... Hmmm... Prawie jak w domu, co nie? A żebyście wiedzieli, że jak "w domu". Przynajmniej, jeśli chodzi o wnętrze bohaterów. Każdy z nich mógłby istnieć w pewnej formie w naszym świecie, a jeśli wierzyć pewnemu wywiadowi z Andrzejem Ziemiańskim, to faktycznie każdy z nich istnieje. I nie chodzi tu o jakiś Meredithów, którzy mają w zwyczaju "na dzień dobry" rzucać parę zaklęć, albo Achaje, które poruszają się szybciej, niż Neo w "Matrixie", ale o to, co drzemie w zwykłych ludziach i o to, co zrobiliby, gdyby ich demony zostały uwolnione w postaci chociażby umiejętności posługiwania się magią czy mieczem. Jednocześnie polityka jest zupełnie taka, jak u nas. No, może z tą różnicą, że w naszym świecie politykom zawsze chodzi tylko o pieniądze. W świecie "Achai" zaś jest kilku ludzi, którym chodzi też o to, aby sprawdzić, jak daleko mogą się posunąć, ilu ludzi zabić rękami swoich tajnych służb oraz wojska i kiedy wreszcie potkną się o własną słabość. Z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę powiedzieć, że nie powstała jeszcze książka z tak wartką akcją, książka, przy której niejeden film sensacyjny może co najwyżej utulić do snu. Czyta się ją bardzo szybko, nie tylko bez świadomości przewracania stron, ale wręcz bez rejstrowania, że mija się kolejne rozdziały. Rzadko zwracam uwagę na coś takiego, jak narracja i sposób jej prowadzenia (zwykle staram się skupić na całości książki, bez rozbijania jej na elementy składowe), ale tym razem chciałbym szczególnie pochwalić miły dla czytającego język i humor narratora, jakimi obdarzył go autor. Otóż przedstawia on suche fakty, bez upiększania; ludzi, bez idealizowania, ale w niektórych momentach mówi coś w rodzaju: "Całe pokolenia dzieci w późniejszych szkołach musiały się potem uczyć poematu bezimiennego poety, który urodził się prawie dwieście lat po opisywanych wydarzeniach" [tutaj pojawia się fragment rzekomego poematu, a dalej bezlitosne wytknięcie wszystkich nieścisłości i kłamstw w nim zawartych]. Sprawia to, że jeszcze wciąga nas fabuła, bo sprawia ona wrażenie opisanych w niekonwencjonalny sposób prawdziwych wydarzeń historycznych. Już widzę te dzieci, które twierdzą, że Cezara zabił Virion, a prawdziwe imię Hermesa, to Wirus. ;] A swoją drogą, to może lepiej, żeby dzieci raczej nie czytały tej książki? Może naprawdę lepiej, żeby czytały choćby i najmroczniejsze części "Harrego Pottera"?... No, to chyba będzie już wszystko... Co? Minusy książki? No, faktycznie umknęły mi, a są dwa - świat rzeczywisty, po lekturze, wydaje się piekielnie nudny - to jeden, a drugi - na ostatniej stronie nie ma już "c.d.n." - jak w poprzednich częściach, tylko "Koniec"...
(Stron: 2)

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Promocje - kupuj i oszczędzaj!