Piotr Solga
piotr.solga@wp.pl - sensowna korespondencja zawsze mile widziana.
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 14
-
- Toksymia
- Małgorzata Rejmer
- cena: 34,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Piotr Solga 2010-02-25
Szare szaleństwa (5 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)
Patrząc na tą łobuzersko i pogodnie uśmiechniętą twarz autorki, spoglądającą na czytelnika zza węgła okładki, nie chce się wierzyć, że jej właścicielka mogła napisać tak brutalną wiwisekcję codzienności. Książka już od pierwszej strony balansuje zręcznie na granicy turpizmu. Minimalistyczne, szczegółowe, a przy tym bynajmniej nie rozwlekłe opisy utrzymywane są w ryzach przez syntetyczny język. Każde słowo było tu zważone, żadne nie jest przypadkowe. Zabieg, który w stylu ujmuje najbardziej, to celne tworzenie rysów charakteru postaci przez raczej strzępy ich myśli i rozmów, niż narracje. Rozmów zresztą prowadzonych wiarygodnym językiem codziennym, lecz bez przesytu wulgaryzmów, co stało się przykrą manierą współczesnej prozy. Każda postać jest jak szybki i dobry szkic wprawnego rysownika. Fabuła została zaś zanurzona głęboko w prześmiewczej grotesce, w cichym, ukrytym szaleństwie przeciętnych ludzi. Zasmuca przez to, ale nie roztkliwia - bohaterowie nie budzą szczególnej litości, są wręcz antypatyczni: sfrustrowani, egoistyczni i wypaleni. Coś jednak sprawia, że przyciąga nas, że bardzo chcemy poznać to ich brudne, bolesne, rozgoryczone życie. Może to magnetyzm nowoodkrytego talentu Małgorzaty Rejmer? -
- Światłoczuły
- Tomasz Sikora
- cena: 91,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)
Piotr Solga 2008-12-28
Inspirujące!
Wielki, doskonale wydany i osobisty album Tomasza Sikory. Anegdoty o zdjęciach, sesjach, okolicznościach powstawania projektów, połączone z samymi zdjęciami i wywiadem pokazują, że tzw. "dusza artysty", to nie tylko wyświechtany frazes. Autorska forma całego albumu różni się wyraźnie od wydawnictw wychodzących po konkursach fotograficznych - tutaj nie znajdziemy przypadkowego zdjęcia, które zajęło trzecie miejsce w tysięcznej kategorii i upchnięte jest na marginesie n-tej strony. Światłoczuły Tomasz jest czułym również na dobro czytelnika i nie wciska mu gniotów. Dla koneserów fotografii - uczta (obowiązkowa). Dla fotografów i artystów wszelkiej maści - niezwykła inspiracja. -
- Kłopoty to moja specjalność, czyli kroniki socjopaty
- Daniel Koziarski
- (towar niedostępny)
Piotr Solga 2008-07-18
Nudne, przewidywalne, męczące. Szkoda pieniędzy
Z zapowiedzi książki wnioskowałem, że mogę oczekiwać błyskotliwego humoru, celnych spostrzeżeń i głębokiej, choć lekko podanej analizy codzienności. Oczekiwałem czegoś na miarę "Dnia świra" i naprawdę nie miałbym nic przeciwko uderzającemu podobieństwu głównego bohatera do Adasia Miauczyńskiego. Tymczasem Tomasz Płachta - tytułowy "socjopata" - to istota złośliwa, mściwa, mała, podła i irytująca. Byłoby to jeszcze w miarę znośne, gdyby nie fakt, że bohater jest ponadto skrajnym nieudacznikiem i głupim pechowcem. Pech jaki spotyka Płachtę jest tak absurdalnie przerysowany, że zwyczajnie męczy czytelnika i dodatkowo zwiększa przewidywalność i tak prostej fabuły. O ile początkowo (przez pierwsze 50 stron) jego perypetie mogą chwilami zaskakiwać, o tyle każda kolejna kartka drażni coraz mocniej. Kiedy rozpoczynamy kolejny rozdział, czujemy się tak jakby zaczynał się nowy odcinek bardzo przeciętnego sitcomu. Jeśli rozdział wyszedł akurat gorzej, to wręcz jakby oglądać "Świętą wojnę" - wiadomo, że główny bohater (w serialu "Bercik"), będzie miał pecha i w końcu zostanie zwymyślany od psychopatów (tutaj od gejów). Wiemy też, że pociągnie na dno swojego przyjaciela - tu - Dominik, w "Świętej wojnie" - Zbyszek. A analogie do innych kiepskich seriali również można by mnożyć. Jeżeli więc na przykład Płachta wepchnie się w kolejkę przed staruszkę, a akurat wybiera się na rozmowę kwalifikacyjną, to możemy być absolutnie pewni, że ta staruszka będzie matką potencjalnego pracodawcy. Czasem czytając początek rozdziału znałem już jego przebieg i przeskakiwałem od razu na koniec, żeby potwierdzić swoje przypuszczenia o konkluzji. Fabuła opiera się na tym, że bohater rujnuje życie swoje lub swoich znajomych. Ewentualnie pechowym zbiegiem okoliczności jest piętnowany przez przygłupie otoczenie jako homoseksualista. Wszyscy wokół są skrajnie niekomunikatywni - to też męczy. Jeśli więc bohater akurat przypadkiem ma dobre powody do jakiegoś zachowania i próbuje wytłumaczyć dlaczego tak postąpił, to zupełnie nie istnieje tam dialog - on mówi swoje, oni swoje. Ponadto wbrew tytułowi wcale nie jest socjopatą. To, że nienawidzi wszystkich ludzi, a kocha siebie świadczy o tym, że jest egocentrykiem z ewentualnymi zadatkami na psychopatę. Socjopata jednak unika kontaktów i nie interesuje się zdaniem innych na swój temat. W przypadku Płachty tymczasem, całe życie obraca się wokół tego co pomyślą o nim inni. Infantylizm mało wiarygodnych historyjek, głupota zarówno bohaterów pobocznych, jak i głównego, a na domiar złego fakt, że nie budzi żadnej sympatii i ciągle jesteśmy zmuszeniu mu towarzyszyć (książka pisana w pierwszej osobie), sprawia, że wcale nie mamy ochoty kończyć książki. Nikt nie lubi takich ludzi - nie można im nawet współczuć jak Adasiowi Miauczyńskiemu, więc dlaczego spędzać z nimi kilka godzin poznając i tak przewidywalne do bólu losy? -
- Lux perpetua - z autografem
- Andrzej Sapkowski
- (towar niedostępny)
Piotr Solga 2007-12-09
Zieeew...
Poniedziałek: My gonimy Niemców po lesie.
Wtorek: Niemcy gonią nas po lesie.
Środa: My gonimy Niemców po lesie. Powyższy fragment dowcipu "Z pamiętnika partyzanta" dobrze oddaje fabułę "Lux perpetua", która pod wieloma względami jest zresztą podobna, a właściwie wtórna w zestawieniu z poprzednimi częściami ("Narrenturm" i "Boży bojownicy"). Owszem narracyjnie i językowo, to Sapkowski w pełnej krasie. Ironizując i przyspieszając opowieść stwarza ten znany nam awanturniczo przygodowy nastrój. Niestety to co dobre jest przez pierwsze 600 stron, nawet przez drugie 600, nie koniecznie sprawdzi się przy trzeciej sześćsetce. I nie ma znaczenia jak szybko dzięki sprawnej narracji potoczy się akcja, jeśli książka fabularnie jest boleśnie nudna i jako się rzekło - wtórna! Jeżeli film mnie nudzi to nie włączam przewijania na podglądzie, tylko go wyłączam. Bo ileż razy można czytać, że Reynevan wpada w niewolę, tkwi w niewoli lub ucieka z niewoli!? To jak rozwody i śluby w "Modzie na sukces". I naprawdę - z punktu widzenia czytelnika - nie ma już znaczenia, czy został ogłuszony, czy zarzucono mu worek na głowę, czy porwano go dla okupu, czy z zemsty, ani nawet jakie potencjalne męki go czekają, bo wiadomo, że zaraz uwolni się sam, uwolnią go Husyci, przyjaciele, magiczne borostwory albo tajemnicze kobiety. W krótkich chwilach jego wolności nie jest zresztą lepiej: klucząc bez celu rozrzedza fabułę tak, że ta przestaje się kleić. Dopiero gdy go łapią, opowieść zaczyna przybierać ponownie jakieś ramy. Pod każdym względem niewiele się zresztą zmienia - świat wciąż tak samo brzydki i rozświetlony łunami ognia jak dawniej, a stronice równie mocno zasypane łaciną - tą jak najbardziej łacińską łaciną. To wspaniale, że możemy przeczytać hymn wychwalający Boga w tym szlachetnym języku, jednak spójrzmy prawdzie w oczy - ilu z nas to faktycznie czyni? Tym bardziej w książce fantasy, książce akcji.
Czwartek: Niemcy gonią nas po lesie.
Piątek: My gonimy Niemców po lesie.
Przyznaję, że kiedy dowiedziałem się już kim jest Pomurnik oraz co łączy go z biskupem, zabrakło mi motywacji by dojść do końca książki i poznać tajemnicę Samsona Miodka, który był bodaj najbardziej intrygującą postacią książki. Po prostu spytałem brata, który zdołał przebrnąć do końca lektury i tutaj też spotkał mnie zawód. Powiem wprost - zmęczyła mnie ta lektura. A żeby stworzyć trylogię nie trzeba pisać na siłę. Takie dajmy na to 1200 stron też można ładnie na 3 podzielić. "Lux perpetua" mogę polecić prawdziwym fanom autora i tym, który z wypiekami czytali nie tylko "Narrenturm", czy "Bożych bojowników", ale też "Pana Wołodyjowskiego" i "Ogniem i mieczem". Inni niech lepiej zajmą się czymś bardziej produktywnym.
Sobota: Niemcy gonią nas po lesie.
Niedziela: Leśniczy wszystkich nas wypieprzył z lasu. -
- Jak tęcza co sobą nie zajmuje miejsca - wybór wierszy
- Jan Twardowski, ks.
- (towar niedostępny)
Piotr Solga 2007-03-24
Twardowski dobry w każdym wydaniu
Jakkolwiek kompletować wiersze księdza Twardowskiego pewnie lepiej, kupując kolejne tomiki jego poezji, to jednak ten wybór mogę gorąco polecić na dobry początek. Nie ma sensu próba oceny, czy wybrane zostały faktycznie najlepsze wiersze. Wszystkie w niemal równym stopniu ujmują ludzi o wrażliwych sercach. -
- Jak tęcza co sobą nie zajmuje miejsca - wybór wierszy
- Jan Twardowski, ks.
- (towar niedostępny)
Piotr Solga 2007-03-24
Twardowski dobry w każdym wydaniu
Jakkolwiek kompletować wiersze księdza Twardowskiego pewnie lepiej, kupując kolejne tomiki jego poezji, to jednak ten wybór mogę gorąco polecić na dobry początek. Nie ma sensu próba oceny, czy wybrane zostały faktycznie najlepsze wiersze. Wszystkie w niemal równym stopniu ujmują ludzi o wrażliwych sercach. -
- Norweski dziennik tom 2: Obce ścieżki
- Andrzej Pilipiuk
- cena: 36,7 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Piotr Solga 2007-03-03
Dla fanów autora - pozycja obowiązkowa (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Twórca postaci naczelnego bimbrownika kraju - Andrzej Pilipiuk, miast przypuścić kolejny szturm na nasze nieskalane używkami umysły, pisze książkę, której główny bohater nawet niewinną herbatę nazywa trucizną "którą Chińczycy podsunęli kolonizatorom, aby ich wytruć". Mimo to, Tomasz Paczenko, bo to on właśnie żywi tak nieprzyjazne uczucia względem zarówno herbaty, jak i kawy, ma przecież przyjaciela - Maćka Wędrowycza, którego nazwisko zalatuje na kilometr bimbrem (i gwarantuje czytelnikowi dobrą zabawę). Obaj wyżej wymienieni mają po 16 lat i są wnukami znanych nam mieszkańców Wojsławic. Odziedziczyli po przodkach nieskrępowanie konwenansami w swoich poczynaniach, mordercze zapędy, gdy ktoś staje im na drodze, ułańską fantazję i szczerą nienawiść do komunistów. Cała zabawa zaczyna się w pierwszym tomie "Dziennika", kiedy to niejaki Paweł Koćko - zgorzkniały młodzian z amnezją pourazową, cynicznie opisujący szarą szkolną rzeczywistość lat 80. dowiaduje się, że w rzeczywistości nazywa się Tomasz Paczenko jest wnukiem zaciętego monarchisty czasów upadającej carskiej Rosji i zostaje wywieziony przez opozycyjnych agentów do Norwegii. Strzępki pamięci i sny wypływają na wierzch świadomości, to znów toną, sprawiając, że zarówno główny bohater, jak i czytelnik jest zaintrygowany każdym nadchodzącym wydarzeniem. Jeśli dodamy do tego przerywniki w postaci naukowca wybijającego samurajskim mieczem oficerów Armii Czerwonej, opowieści o kosmitach, indiańskich szamanów, neomonarchistycznych kolonizatorów z Rosji, osiedlających się w dziwnej komunie w Norwegii czy wreszcie nastoletnich snajperów, to otrzymujemy pełny, choć mętny obraz równie niejasnej lektury. Trzeba jednak przyznać autorowi, że udało mu się zapanować nad tym chaosem, a poszczególne urywki innych wydarzeń są zręcznie wplatane w główną linię fabuły, dotyczącą Tomasza Paczenki. Książka, jako się rzekło, potrafi przykuć do siebie bardzo skutecznie. Nie męczy, a lekkość pióra Pilipiuka po raz kolejny zaskakuje. Zalety te mają jednak swoją cenę w postaci raczej skromnej, czysto rozrywkowej wartości literackiej książki. "Dziennik norweski" ma bawić, rozluźnić i nie przemęczać za bardzo umysłu czytelnika. Jest to lektura przygodowo-wakacyjna, tzn. czytamy o wakacyjnych przygodach, najlepiej jednocześnie rozkoszując się czasem wolnym. Nie znajdziemy w niej głębokiego przesłania, zawoalowanych filozoficznych dywagacji czy oczyszczającej mocy antycznej tragedii. I na szczęście nie tego szukamy u autora przygód Jakuba Wędrowycza. Co prawda podobnie jak Jakub - między jednym kubkiem bimbru, a drugim, czasem ma jakąś bardziej wartościową myśl, tak i bohaterom "Dziennika" zdarza się niekiedy chwila głębszej refleksji, ale przecież zaraz po niej groteskowa scena ataku ekologów na fermę świnek morskich przeznaczonych na ubój, przy której Rospuda jest kaszką z mleczkiem, przekonuje nas, że to jednak cały czas Andrzej Pilipiuk w pełnej krasie. -
- Lewa strona literki M
- Kombajn do zbierania kur po wioskach
- (towar niedostępny)
Piotr Solga 2006-11-25
Pstryk... kszszsz... (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Zespół Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach, jak sama nazwa wskazuje, pochodzi z kosmosu i tak naprawdę nigdy nie zszedł na ziemię. Wykonawcy najbliżej ziemskiego padołu znajdują się, kiedy bujają w obłokach waniliowego nieba. Wieść niesie, że nawet ich najnowsza płyta, pod jakże trafnym tytułem "Lewa Strona Literki M", spadła do wydawcy zaklęta w meteoryt. "Lewa" daje nam kolejną porcję melancholijno-depresyjnej muzyki, okraszonej psychodelicznymi tekstami, czyli danie bardzo charakterystyczne dla kszszszsz... liczymy oddechy miasta, które śpi... 12 godzin... kszszsz... mistrza muzycznej kuchni, jakim jest KDZKPW. Jakkolwiek jednoznaczne interpretowanie tego, co chcieli nam powiedzieć muzycy jest posunięciem bardzo odważnym, by nie rzec szaleństwem, to jednak udało mi się (tak sądzę) wyłapać myśl przewodnią krążka. Chodzi tu o maszyny. Komputery, roboty, tudzież inne urządzenia. Już na tylnej stronie pudełka mamy "Adnotację zakładu usługowego napraw w ramach gwarancji", czyli listę piosenek ujętą w tak zgrabną i przemyślną formę. Piosenka otwierająca płytę zawiera słowa "nie wolno zbliżać się i siedzieć za długo przy komputerze, który podobno nie czuje nic", trzeci utwór zwie się "Dekodery i anteny", piąty to "Jesienne baterie", nie mówiąc już o "Zerojedynkach" czy mechanicznych "Robotach", zaczynających się od słów "Boże jak dobrze, że... Te urządzenia nie są martwe", po których następuje dalsza, często spotykana na płycie personifikacja maszyn. Przerwy między utworami wypełnia coś w rodzaju szumu źle ustawionego telewizora, sprzężeń czy pogłosów przebijających w radiu - ich eskalacja, to utwór "Brudek", w którym surowe gitarowe brzmienie i perkusja wydają się być przerywnikiem między kszszszsz... tak bardzo ciepło jest tu w brzuchu, synapsy unoszą nas... Ameryka atakuje Kanadę i... Liście za oknem symulują padaczkę... kszszsz... szumem niewyregulowanego odbiornika, czyli tytułowym "brudkiem" na początku i końcu krótkiego kawałka. Kombajn nie były też Kombajnem Do Zbierania Kur Po Wioskach, gdyby w jego piosenkach zabrakło schizofrenicznego, lekko onirycznego (tutaj dalsze mądre słowa, które autor z trudem poznał w katuszach zdobywania wykształcenia średniego) klimatu. Mam na myśli nie tylko depresyjną ścieżkę instrumentalną, w której notabene jeden eksperyment zdaje się gonić następny, ale również, a może przede wszystkim w kwestii tekstów: "Pani z zielonego sklepu, pieczywo, prostytutki na końcu nieba, zabierzcie ten tłum! Próbuję spać!!! (...) Małe kropki odkryły, że niczego nie muszą chcieć!!!". - Osobiście, słuchając tej piosenki, oczyma wyobraźni widzę człowieka skulonego w kącie w pozycji embrionalnej. Jeśli popatrzyć całościowo na "Lewą Stronę Literki M", to jest ona nową wersją wiersza Mirona Białoszewskiego - "Szare eminencje zachwytu" kszszsz... stoimy z boku, policja śpi na drzewie... kszszsz... - To samo chorobliwe zainteresowanie szczegółami zwykłych przedmiotów, tak samo odległe skojarzenia. Nie da się też ukryć poetyckiego kszszsz... pstryk -
- Operacja Dzień Wskrzeszenia
- Andrzej Pilipiuk
- (towar niedostępny)
Piotr Solga 2006-05-29
Historia w polewie s-f - smakuje wyśmienicie (3 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
Po raz kolejny przekonujemy się, że historie o Jakubie Wędrowyczu, nie są szczytem możliwości Andrzeja Pilipiuka. Wizja Polski jako prowodyra III wojny światowej (nuklearnej), w wyniku której ginie 90% ludzkości, a pozostałe 10% nie ma najlepszych rokowań na przetrwanie, choć może wydawać się śmieszna, została w książce pokazana bardzo sugestywnie. Podobnie jest z podróżami w czasie. Pomysł to skądinąd oklepany, ale sposób jego wykorzystania, jako metody bardzo konkretnej zmiany historii, jest nowatorski. Niemal każdy twórca nawiązujący do podróży w czasie, ma problem z wiarygodnym opisem wehikułu czasu, z sensownym, a pozbawionym pseudonaukowego bełkotu wyjaśnieniem mechanizmu tych podróży oraz z faktem, że zmiana historii, logicznie, musi wypływać na teraźniejszość. Pilipiukowi udało się z tymi problemami niezwykle sprawnie uporać. Na każdym kroku widzimy, jak bliska autorowi jest historia. Pokazuje ją w fascynujący (sic!) sposób, a to nieczęsto się udaje. Właśnie w tej książce po raz pierwszy nauka ta wydała mi się interesująca, za co pragnę mu niniejszym podziękować. Wakacje nadchodzą, mózg jednak nie powinien skakać na głęboką wodę - od wypracowywania 200% normy, plum - do całkowitej bezczynności. Doskonałym stadium przejściowym będzie "Operacja Dzień Wskrzeszenia". Rozrywka to tyleż inteligentna, co odprężająca. Polecam (nie tylko młodym)! -
- Norweski dziennik tom 1: Ucieczka
- Andrzej Pilipiuk
- (towar niedostępny)
Piotr Solga 2006-05-27
Pilipiuk pokazuje klasę (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Kto twierdzi, że Andrzej Pilipiuk potrafi pisać tylko o bimbrze, jego pędzeniu i przygodach niejakiego Jakuba Wędrowcza po bimbru spożyciu, niech natychmiast włazi pod stół (biurko też się nada) i odszczekuje! "Norweski dziennik" to bowiem zupełnie nowa klasa starego typu książek. Większość czytelników zapewne pamięta książki a'la "Pan Samochodzik", czy "Szatan z siódmej klasy". Książki przygodowe dla młodych ludzi, o młodych ludziach. Rzecz zwykle działa się podczas wakacji, żeby bohaterowie mogli być politycznie poprawni i nie zrywać się z lekcji nawet w szczytnym celu jak np. odnalezienie skarbu, który potem wędrował do muzeum, czy zdemaskowanie mordercy. Powieść taka miała wątek kryminalny, którego rozwikłanie zajmowało jakiś miesiąc - półtora. Do tego autor chcąc nie chcąc, zwykle dorzucał wyrozumiałego, odważnego milicjanta, pochwałę harcerstwa i ewentualnie jeszcze trochę propagandy. Czytywało się to na wakacjach i identyfikowało z bohaterami. A potem przyszedł Pilipiuk i wyrównał... - Tomasz Paczenko (główny bohater książki) nienawidzi szkoły, przedrzeźnia w myślach swoich skomunizowanych nauczycieli. Kiedy kończy się rok szkolny, według schematu książek "z tamtych lat", powinien pojechać gdzieś na wieś do babci, by spędzić tam fascynujące wakacje. Ale nie. To byłoby zbyt proste. Miast tego - zostaje porwany przez KGB, następnie odbity (oficerowie rosyjskich spec służb giną), wysłany do Norwegii, następnie... He, he - akurat! Nic więcej nie powiem - sami przeczytajcie. Kolorytu opowieści dodaje również jego przyjaciel - Maciek Wędrowycz (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa), towarzyszący Tomaszowi. Humor, jakim oboje emanują bywa czarnawy, poza tym to bardzo dziwni młodzi ludzie, niejednokrotnie budzący się wzajemnie siekierami i czujący niepohamowany pociąg do materiałów wybuchowych, które sami z powodzeniem produkują. Autor z zawrotną prędkością, ale i gracją, sunie między groteskową komedią, a ostrym kryminałem. Jego szesnastoletni bohaterowie zdradzają objawy piromanii, mają też lekko zaburzony osąd rzeczywistości (pojedynek na szable w ich wyobrażeniu nie może skończyć się tragicznie) inne książkowe postacie są nienormalnymi indywidualnościami albo podejrzanymi typkami. Wątek sensacyjny zawiera szalone eksperymenty naukowe, kosmitów, teorie spiskowe, szpiegostwo. Przy tej książce nie można się nudzić. Nie odnotowano też, by jej przeczytanie trwało dłużej niż dwie doby.
- 1
- 2





Merlin in English














![To co dobre [Digipack] - Andrzej Piaseczny](/To-co-dobre_Andrzej-Piaseczny,images_small,11,88697994862.jpg)




