stały recenzent  Grzegorz Majkrzak

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 44

  • Guilt
    • Guilt
    • Mims
    • cena: 52,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 14 dni )

    Grzegorz Majkrzak 2009-04-30

    Niezobowiązujący "pop-rap"   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Wywodzący się z Nowego Jorku raper MIMS to jeden z najgłośniejszych debiutantów w świecie hip-hopu jacy pojawili się na tej scenie w ostatnich latach. Za sprawą mega-hitu z roku 2007 "This Is Why I'm Hot" oraz dość udanego albumu "Music Is My Savior" cały świat mógł poznać tego utalentowanego rapera. 2 Lata później MIMS powraca do studia czego rezultatem jest najnowszy krążek "Gulit". To co da się stwierdzić już po pierwszym przesłuchaniu to fakt, iż "Gulit" nie bęzie hitem na miarę poprzedniej płyty. Na tej płycie nie ma nośnych kawałków na miarę "It's Alright" czy "This is Why I'm Hot". MIMS nagrał krążek z założenia komercyjny, ale paradoksalnie mający małe szanse na sukces. Problemem tego albumu są mało porywające, sztampowe i częstokroć ocierające się o pop (taj, tak!) bity. Meczą przesłodzone kawałki takie jak "Chasing Sunshine", "One Last Kiss" czy "Heal Me". Bardzo kiepski i dobity przez jednostajny bit jest tu utwór "Rock'n'Rollin" w którym MIMS i Tech N9ne sprytnie wymieniają wszystkie im znane sławy gitarowego grania. W warstwie tekstowej MIMS też niczym specjanym nie zaskakuje. Krążek "Gulit" drażni monotematycznością i brakiem przysłowiowego pazura typowego dla hip-hopowych artystów. Raper z Nowego Jorku skupia się tutaj na własnej własnej osobie i swej domniemanej świetności; Mims też sporo mówi o zarabianiu pieniędzy, wielkiej karierze jaką zrobił na przekór doń wrogo nastawionemu otoczeniu i uskarża się na miłosne zawody jakie dane było mu przeżyć. Teksty są tu więc płaskie i nijakie. Mimo wielu słabych punktów znajdziemy tutaj kilka fajnych kawałków: singlowy "MOVE", zajmujący "On & On", raggujący "One Day" i wieńczący płytę "I Do". Miły dla ucha jest też kawałek "Love Rollercoaster" (choć jest on nieco przesłodzony)ze śpiewanym przez LaToyę refrenem. Płyta "Gulit" to oczywisty skok obliczony na podbicie list przebojów. Szkoda tylko, że przy okazji tego skoku Mims jakby stracił całą swą energię, liryczne zaangażowanie jakie było obecne na pierwszej płycie. W rezultacie cały krążek nie zostaje na długo w naszej pamięci i wywołuje uczucie obojętności na zawartą tutaj muzykę.
  • The Way I See It

    Grzegorz Majkrzak 2009-04-30

    Kolejna świetna płyta Saadiq'a!   (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    RAPHAEL SAADIQ to postaćw świecie współczesnego soulu i r'n'b, której nikomu przedtsawiać nie trzeba. Ten obdarzony ciepłą barwą głosu wokalista i producent współtowrzył popularna grupę TONY! TONI! TONE! oraz współpracował z takimi muzycznymi tuzami jak Snoop Dogg czy Mary J. Blige. Od roku 2002 Saadiq rozwija swą solową karierę i nagrywa warte uwagi albumy. Jego najnowsze dziecko "The Way I See It" to płyta warta szczególnej uwagi przez wzgląd na fakt, iż to pierwszy album artysty , który (nie bez problemów) w końcu trafia do oficjalnej sprzedaży w Polsce. "The Way I See It" to chyba najbardziej udane i zaskakujące w karierze R. Saadiq'a dzieło. Czemu? Wokalista nagrał tu materiał przywołujący na myśl ciepłe soluowe brzmienia lat 60-ych i 70-ych spod znaku wytwórni MOTOWN. "The Way I See It" to krążek świadomie "staroświecki", utrzymany w samkowitej stylistyce retro. Saadiq oddaje tutaj swoisty hołd wczesnym dokonaniom Raya Charlesa, Stevie Wondera, Arethy Franklin czy Marvina Gaye'a. Album "The Way I See It" to ciepłe, radosne i niekiedy refleksyjne granie w rytm muzyki granej na "żywych" instrumentach. Trudno jest tutaj doszukać się jakiś większych mielizn czy niedoróbek. Ten album od początku do końca brzmi świetnie. Utwory takie jak "100 Yard Dash", "Keep Marchin", "Just One Kiss", "Calling", "Sometimes" pozostają na długo w pamięci słuchacza. Na szczególną uwagę zasługuje tuaj poruszająca i nagrana w dwóch wersjach piosenka "Big Easy" będąca otwartym nawiązaniem do tragedii jaka kilka lat temu spotkała Nowy Orlean. Miłośników ciekawych artystycznych kolaboracji na pewno ucieszą udane gościnne udziały takich sław jak Stevie Wonder, Joss Stone czy Jay-Z. Album "The Way I See It" to idealna porpozycja dla tych miłośników czarnej muzyki, którzy mają już nieco dość nowoczesnych elektornicznych bitów spod znaku The Neptunes czy Timbalanda. Jeśli cenicie tradycyjne i żywe granie w estetyce soul i r'n'b najnowsze dzieło Raphaela Saadiq'a z pewnością Was zauroczy.
  • Metamorphosis
    • Metamorphosis
    • Papa Roach
    • cena: 34,49 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 14 dni )

    Grzegorz Majkrzak 2009-04-25

    Bolesna wpadka   (0 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)

    "Metamorphosis" to szósta i zarazem najgorsza płyta w dorobku wywodzącej się ze stanu Kalifornia grupy Papa Roach. Papa Roach rozpoczęli swą wielką karierę na fali popularności nu-metalu/rap-metalu, który lata swej świetności przeżywał u schyłku lat 90-ych XX wieku i na samym początku XXI wieku. Płyta "Infest" wraz z niezastąpionym hitem "Last Resort" ustawiła ten band obok największych sław gatunku: Limp Bizkit, Korna, Linkin Park, Crazy Town i wielu innych. Niestety moda na nu-metal skończyła się równie szybko jak wybuchła, a grupa Papa Roach w rozpaczliwy sposób przez lata i kolejne albumy próbowała szukać swej "nowej" tożsamości. Początkowo zabiegi te były nawet udane czego rezultatem była inspirowana mocno dokonaniami (choćby) Faith No More bardzo solidna płyta "lovehatetragedy". Niestety kolejne nagrania tego zespołu prezentowały bardzo nierówny poziom i sprawiały wrażenie niezbyt autentycznego pospolitego ruszenia na szczyty list przebojów. Dzisiejszy Papa Roach zdecydowanie odcina się od swych nu-metalowych korzeni czego ostatecznym dowodem jest ich najnowsza płyta. "Metamorphosis" to mieszanka pozbawionego inwencji heavy metalu z trendową stylistyką emo. W wydaniu Papa Roach mieszanka ta prezentuje się jednak niezbyt emocjonująco, a co gorsza pozbawiona jest autentyczności. Bolączką "Methamorphosis" są bardzo słabe i chwilami głupawe teksty piosenek serwowane słuchaczom przez wokalistę J. Shaddixx'a. Większość napisanych przez tego dojrzałego faceta tekstów brzmi jak sztampowe i naiwne bzdurki wyjęte wprost z pamiętnika zbuntowanego licealisty. Wtrącane tu i ówdzie na siłe wulgaryzmy zamiast wzmacniać przekaz poszczególnych piosenek dodają im tylko pretensjonalności. Grupie brakuje pomysłu na nośne i ciekawe piosenki. Singlowe "Hollywood Whore" trąci banalną satyrą na laleczki show biznesu w stylu Paris Hilton (choć na pochwałę zasługuje nagrany do tej piosenki dość makabryczny teledysk). Schowany za przerośniętym ego Shaddixxa band usiłuje grać ostro, ale bark tutaj pomysłu na ciekawe rozwiązania rytmiczne i dobre gitarowe riffy. Zawarte na tej płycie piosenki raczej nie porywają i zlewają się jedną monotonną całość. Szczególnie męczący jest tu koniec albumu, który wypełniają przydługie i bezpłciowe ballady w stylu "Nights of love" czy "State of emergency". Mimio kiepskiego tekstu na wyróżnienie zasługuje tutaj nośny i ostry utwór "Change or die". "Metamorphosis" to wydawnictwo profesjonalnie nagrane, ale pozbawione istotniejszych wartości artystycznych. Nie przekonuje zmieniony na siłe image zespołu. Zawarte na tym krązku teksty drażnią, a do bólu sztampowa muzyka zlewa sie w trudną do wytrzymania i boleśnie przewidywalną całość. Trzeba - niestety- przynać, iż Papa Roach jako zespół nie ma już swoim fanom nic ciekawego do przekazania. Smutny przypadek tej kalifornijskiej grupy dobitnie dowodzi, iż bycie artystą rockowym to coś więcej niż posiadanie modnej fryzury, ciekawych ciuchów i wielu tatuaży...
  • Hey Stoopid
    • Hey Stoopid
    • Alice Cooper
    • cena: 24,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 7 dni)

    Grzegorz Majkrzak 2009-04-22

    Kolejny solidny album w dorobku legendarnego artysty   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    HEY STOOPID to płyta, która w prosty sposób jest kontynuacją wielkiego sukcesu jakim był wydany dwa lata wcześniej krążek TRASH. Alice Cooper po roaz kolejny śięgnął po modną w latach 80-ych (i na samym początku 90-ych) stylistykę pop-metalu. Jeśli ktoś ceni brzmienia w stylu Bon Jovi, Poison, Guns'n'Roses, Dokken doprawione szczyptą perwersyjnej fantazji Coopera powinien polubić ten album. HEY STOOPID nie okazał się gigantycznym sukcesem na miarę TRASH, ale i tak to bardzo ciekawe wydawnictwo. Alice Cooper w stosunku do poprzedniego krążka nadał nagranym tu utworom bardziej surowe brzmienie, da się też zauważyć większą ilość ciekawych wstawek, solówek gitarowych. Dobre brzmienie gitar dźwiga ten album- i nic dziwnego - bowiem w jego powstaniu mieli swój znaczący udział tak wspaniali muzycy jak: Slash, Steve Vai czy Joe Satriani. Krążek "Hey Stoopid" jest jak na pop-metalowe standarny średnio nośny i zdeycdowanie mniej przebojowy od swego poprzednika. Cieszą natomiast nieco odważniejsze teksty i typowa dla Coopera autoironia z domieszką makabry jaką możemy się delektować słuchając mocnego FEED MY FRANKENSTEIN i groteskowego kawałka WIND-UP TOY. Wielką siłę ma tutaj tytułowy singiel z płyty - HEY STOOPID. Na wyróżnienie zasłużył również ostry i energetyczny moment jakim jest piosenka SNAKEBITE. Sentymentali słuchacze na pewno polubią rozbudowaną balladę MIGHT AS WELL BE ON MARS. Reszta zawartych tutaj utworów też prezentuje bardzo solidny poziom. "Hey Stoopid" to smakowita porcja starego, dobrego i melodyjnego rocka.
  • Metro Station [Eco Style]

    Grzegorz Majkrzak 2009-04-07

    Radosna przeciętność   (2 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)

    METRO STATION to grupa, która reprezentuje popularny ostatnio nurt electro-rocka/ emo-popu. Grupa ta wywodzi swe muzyczne tradycje z modnych w dzisiejszej muzyce popularnej stylistycznych nawiązań do epoki lat 80-ych XX wieku. Debiutanckja płyta grupy ukazuje się w Europie w formie reedycji, gdyż właściwy album grupy ukazał się w USA już 2 lata wcześniej. Ten krążek trafia do międzynarodowej dystrybucji na fali popularności tanecznego singla "Shake It". Będąc zupełnie szczerym "Shake It" to w zasadzie najprzyjemniejszy moment tego przęciętnego albumu. METRO STATION to grupa, który muzycznie nie proponuje niczego nowego i zaskakującego. W nurcie electro-rocka zespół pozostaje daleko w tyle za szaloną i będącą rewelacją ubiegłego roku formacją MGMT, a w nurcie emo-pop/dance-pop kreatorzy hitu "Shake It" ustępują wyraźnie nieznanej szerzej w Polsce formacji CASH CASH. Teksty piosenek chłopaków z METRO STATION traktują o niepokoju dojrzewania, młodzieńczych rozterkach emocjonalnych i seksualnych. Próżno jednak szukać w nich jakiś głębszych przemyśleń czy czegoś szczególnie odkrywczego. Płyta mówiąc najogólniej nie porywa, choć ma swoje lepsze momenty. Najciekawsze i najprzyjemniejsze dla ucha są tu melodyjne single: "Seventeen Forever", "Kelsey", "Control". Na wyróżnienie zasługuje też nostalgiczna pieśń "Wish We Were Older" oraz dołączony w formie bonusa kawałek " After The Fall". Poozostałe zawarte na tym krążku piosenki raczej nie zapadają w pamięć. Wielkiem rozczarowaniem jest tutaj leniwy remix hitu "Shake It", który odbiera całą radosną energię jaką ma w sobie ta popularna piosenka. Debiutancki krążek grupy METRO STATION to żadna rewelacja, a tym bardziej muzyczna rewolucja. Otrzymaliśmy tutaj zestaw przęciętnych popowych piosenek, które zapewne podbiją serca 14-16 latków, ale dla starszych i bardziej wymagających słuchaczy płyta ta może okazać się na dłuższą metę nudnawa.
  • Trash
    • Trash
    • Alice Cooper
    • cena: 24,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 7 dni)

    Grzegorz Majkrzak 2009-04-07

    Jeden z najlepszych rockowych albumów końca lat 80-ych   (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Alice Cooper to gigant rocka, którego fanom gatunku nie trzeba przedstawiać. Szczyt swojej popularności w latach 70-ych osiągnął dzięki tak dobrym albumom jak "Killer", "School's Out", "Billion Dollar Babies", "Welcome To My Nightmare" oraz "Alice Cooper Goes To Hell". Kolejne lata były dla "mrocznej Alicji" znacznie mniej łaskawe. Swą popularność muzyk zawdzięczał ciekawym i kontrowersyjnym występom scenicznym oraz przewrotnym, czasem szokującym tekstom. Opisywany tu przeze mnie album TRASH to bodaj największy komercyjny sukces artysty i powrót tego muzyka na szczyty list przebojów. Wszystko to stało się za sprawą niezastąiponego i melodyjnego hitu "Poison". Alice Cooper podjął na tym krążku współpracę z legendarnym rockowym producentem Desmondem Childem i zaprosił do gościnnych popisów muzyków z Aerosmith i Bon Jovi. W rezultacie otrzymaliśmy jeden z najlepszych i najbardziej melodyjnych albumów ery tryumfów takich grup jak Guns'n'Roses, Poison, Dokken, Aerosmith. Muzucznie Alice Cooper nie odkrywa tu Ameryki i wpisuje się w ówcześnie popularny nurt pop-metalu i melodyjnego hard rocka. Legenda rocka czyni to jednak z klasą i sporym wyczuciem dzięki czemu słuchacz nie ma poczucia obciachu czy obliczonego na sukces finansowy koniunkturalizmu. Na tej płycie nie znajdziemy niczego szokującego czy przewrotonego - a do tego zazwyczaj przyzwyczaił nas Alice Cooper. Nie sposób jednak nie móc się cieszyć tą właśnie plytą. Wielkim atutem krążka jest energetyczna ballada "Hell Is Living Without You" oraz zaśpiewana w duecie z samym Stevenem Tylerem piosenka "Only My Heart Talkin'". Spory ładunek emocjonalny niosą ze sobą także dynamiczne i przebojowe kawałki w stylu "Bed Of Nails", "House Of Fire" czy " I'm Your Gun". W zasadzie kążdy utwór zawarty na tym krążku to potencjalny hit i kawałek solidnego rockowego grania. Album TRASH to smakowite danie nie tylko dla wiernych fanów Alice Coopera. Sądzę, że płyta może się spodobać szczególnie tym, którzy nie przepadali za wcześniejszymi dokonaniami tego artysty, a cenią sobie muzyczne klimaty w stylu najlepszych dokonań Guns'n'Roses czy Bon Jovi.
  • 808s & Heartbreak [Special Edition] [Digipack]

    Grzegorz Majkrzak 2008-12-13

    Ambitna porażka   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Kanye West to gwiazda czarnej muzyki, której nikomu przedstawiać nie trzeba. Od chwili porażającego debiutu z roku 2004 "Collage Dropout", aż po zeszłoroczny hitowy album "Graduation" - Kanye nie schodzi z pierwszych miejsc list przebojów. Za sukcesem komercyjnym idzie tu też (co nie jest dziś wcale tak oczywiste) sukces artystyczny potwierdzany dziesiątkami ważnych nagród (w tym statuetkami GRAMMY) oraz ogromnym szacunkiem całego muzycznego świata. Nowy album czarodzieja mikrofonu i konsolety był zapowiadany jako wielkie wydarzenie. "808s & Heartbreak" to album, który miał przynieść zupełną zmianę stylu muzycznego gwiazdora oraz wyznaczyć nowe kierunki w czarnej muzyce rozrywkowej. Czy się (choć w części) udało zrealizować te zapowiedzi (które głosił sam artysta). Odpowiedź brzmi: Nie! Zmiana stylu - owszem - jest. Kanye na tej płycie nie rapuje. Wszystkie nagrane tu piosenki raper zarejestrował używając autotune'a. Podkłady wykonano używając maszyny perkusyjnej Roland. Jaki dało to efekt? Bity przywodzą na myśl staroświecki soul i (niestety) tandetne disco z przełomu lat 70-ych i 80-ych ubiegłego wieku. Wszechobecny, wygenerowany za pomocą autotunea sztuczny wokal raczej męczy niż porywa. Kanye West nie potrafi śpiewać (to było wiadome), ale nawet z pomocą komputerowej obróbki głosu nie jest w stanie zachwycić słuchacza. Utworów jako tako ciekawych i zdatnych do słuchania jest tu jak na lekarstwo. Ciekawe są tu ironiczne "Heartless" i refleksyjny singlowy "Love Lockdown". Nieźle wygląda też taneczny "Paranoid" oraz kolaboracja z Lil' Wayne "See You in My Nightmares". Potencjał ma też otwierający krążek kawałek "Say You Will", ale szybko okazuje się, iż jednostajny bit i nudny wokal ciągną się tu w nieskończoność co czyni ten utwór wręcz "nie dającym się słuchać". "808s & Heartbreak" to nic innego jak ambitna porażka wielkiego artysty. Płyta ta miała być w zamierzeniu ciekawym eksperymentem artystycznym. Co otrzymaliśmy? Wtórny krążek, w którym nieszczęśliwie mieszają się undergrundowe ciągoty z komercyjnym potencjałem. W wypadku tej płyty nie jest to mieszanka zbyt szczęśliwa. Trzecia gwiazdka za dobre chęci rapera.
  • Exclusive - The Forever Edition

    Grzegorz Majkrzak 2008-09-15

    Niepotrzebna powtórka z rozrywki   (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Chris Brown to najnowszy nabytek wytwórni SONY/BMG oraz JIVE. Już nagrany w roku 2005 przez Chrisa debiutancki album zwiastował spory, nowy talent jaki zagościł na scenie R'n'B w ostatnich latach. Jednak dopiero wydany w 2008 roku album "Forever" oraz pochodzące z niego takie hity jak "Kiss, kiss" czy "With You" zapewniły młodziutkiemu piosenkarzowi status wielkiej gwiazdy i sprawiły, że cały świat oszalał na jego punkcie. Chris Brown, z dnia na dzień, stał się najbardziej rozchwytywanym artystą sezonu, który gościnnie udzielał się na płytach takich sław jak Ludacris, Jordin Sparks, Nas. Płyta "Forever" sprzedała się świetnie, choć nie była żadną muzyczną rewelacją. Owszem artysta nagrał na niej kilka dobrych i wpadających w ucho piosenek jak: "With you", "Take You Down", "Damage". Miodem na serce fanów czarnej muzyki stała się piosenka nagrana z pomocą Kanye Westa - "Down". Problemem krążka "Forever" był brak kolejnych potencjalnych przebojów na miarę "With You". Chris Brown nagrał więc szybko okupujący wszelkie listy przebojów kawałek "Forever". Przy tej okazji artysta zaserwował swoim fanom tę właśnie płytę. Znajdziemy na niej hit "Forever" oraz 3 zupełnie nowe utwory, z których na uwagę zasługuje tylko jeden - wzruszająca ballada "Superhuman" nagrana z udziałem Keri Hilson. Pozostałe piosenki nie odbiegają od przeciętnych standardów współczesnego R'n'B. Słowem zupełnie niepotrzebna reedycja średniej płyty! Na załączonym do CD krążku DVD umieszczono galerię wykonanych dla prasy zdjęć artysty oraz 27 minutową (przydługą) reklamówkę trasy koncertowej Chrisa Browna. Zawarte na niej wywiady nie są ani ciekawe, ani specjalnie odkrywcze, ani wciągające. Reasumując - nawet jeśli jesteście zaprzysięgłymi fanami tego młodego piosenkarza, zadajcie sobie pytanie czy warto wydawać kolejny raz 50 PLN na prawie ten sam produkt w nowym opakowaniu i z kilkoma mało znaczącymi atrakcjami...
  • Nas
    • Nas
    • Nas
    • cena: 34,49 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 14 dni )

    Grzegorz Majkrzak 2008-07-23

    NAS - niepoprawny politycznie wojownik   (6 z 7 uznało tę recenzję za pomocną.)

    NAS to już legenda hip-hopu z serca Nowego Jorku. Jego debiutancki album "Illmatic" ujawnił jeden z największych talentów rapu lat 90-tych. Kolejne krążki twórcy były już nieco słabsze, a za właściwy początek powrotu muzyka do formy uważa się nagrany w roku 2001 "Stillmatic". Kolejne lata były bardzo owocne w karierze rapera i przyniosły popularne, dziś już uważane za klasyki płyty: "God's Son", "Street Disciple" oraz "Hip-Hop is dead". Najnowsze dzieło legendarnego twórcy z Nowego Jorku "Nas" (lub jak woli sam artysta "Untittled") stanowi kontynuację dobrej passy twórcy. To album refleksyjny i niespodziewanie mocno zaangażowany politycznie. Na fakt ten zdaje się mieć wpływ obecna sytuacja czarnoskórych mieszkańców Ameryki oraz kandydatura na prezydenta USA ciemnoskórego Baracka Obamy. Zresztą sam Nas poświęca prezydenturze Obamy ostatni utwór zatytułowany "Black President". Nowa płyta Nasa składa się z zaangażowanych politycznie, inteligentnych i pełnych historycznych odniesień tekstów. Nas zdaje się być uważnym obserwatorem świata polityki, mediów i historii czarnych w Ameryce. Kto ma nadzieje na lekkie imprezowe kawałki lub teksty o zarabianiu pieniędzy, złotych łańcuchach i drogich samochodach - niech nie kupuje tej płyty! Owszem znajdziemy tu jeden bardzo melodyjny kawałek "Make the World Go Round" nagrany z popularnym wykonawcą R'n'B Chrisem Brownem - ale to jedyny "lekki" moment tego krążka. Nas krytykuje tutaj media za opieszałość i fałszywy obraz świata w piosence "Sly Fox", mówi o ciężkim losie rewolucjonistów i społecznych rewolt w kawałku "Untittled", wreszcie sam rozprawia się ze swoją własną legendą w singlowym "Hero". Moim zdaniem to bardzo ciekawy, przemyślany i interesujący album - a takich jest ostatnio jakby mniej w skomercjalizowanym świecie hip-hopu. Ten krążek nie jest może szczytowym osiągnięciem Nas'a, ale warto się w niego wsłuchać.
  • Grzegorz Majkrzak 2008-07-12

    Magia dźwięków z Nowego Orleanu   (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Lil' Wayne to obecnie najgorętsze nazwisko w branży muzycznej. Jego najnowsza płyta "Tha Carter III" w pierwszym tygodniu od premiery sprzedała się w USA w łącznym nakładzie ponad 1 mln egzemplarzy! Wynik ten jednak nie dziwi, zważywszy na fakt, że nowe dzieło 25-letniego rapera było najbardziej wyczekiwaną płytą 2008 roku w USA. Lil' Wayne już od 10 lat czarował świat czarnej muzyki swym skrzeczącym głosem, dziwacznym flow i nietuzinkową techniką. Pojawiał się gościnnie na płytach takich sław jak KETIH SWEAT czy DESTINY'S CHILD. Mimo wycieczek po muzycznym mainstreamie raper pozostał wierny undergrundowym korzeniom i przez lata nagrywał Mixteapy, szlifował swój flow na takich kolejnych solowych albumach. Jego muzyka to swoista kwintesencja cykającego i płynącego lekko hip-hopowego bitu spod znaku wytwórni CASH MONEY. Cykający bit i ostre teksty definiują hip-hop rodem z południa USA. Taki też jest i był styl muzyki tworzonej przez Lil' Wayne'a. Prawdziwym przełomem w karierze artysty okazała się kultowa płyta nagrana wraz z Birdmanem "Like Father, Like Son" z 2006 roku. To właśnie wtedy Lil' Wayne zauroczył szeroką publiczność swym charakterystycznym flow i nietypowymi, psychodelicznymi tekstami. Życie tego twórcy jest równie barwne jak jego muzyka. Lil' Wayne już w wieku 15 lat został ojcem, co bardzo mocno wpłynęło na jego muzykę. Raper znany jest ze swego nieco dziwacznego zachowania, enigmatycznych wywiadów i obfitujących w niespodzianki występów. Nie ma jednak wątpliwości co do faktu, iż mimo ogromnego komercyjnego sukcesu dla tego artysty bardziej niż sława i pieniądze liczy się sztuka, tworzenie dobrej muzyki. I w tym właśnie momencie dochodzimy do albumu "Tha Carter III", który jest najbardziej dojrzałą, wyrazistą i szczerą płytą rapera. Ciężkie doświadczenia życiowe, z jakimi przyszło się zmierzyć twórcy w jego krótkim życiu, znalazły swe odbicie także na tym krążku choćby w wieńczącym płytę ponad 9-minutowym utworze zatytułowanym "Dontgetit", w którym raper z dużym wyczuciem porusza problematykę rasową, polityczną i narkotykową. Najlepszym utworem jest tu piosenka "Mr.Carter" nagrana wspólnie z legendą hip-hopu JAY-Z. W tekstach obu artystów słychać duże zaangażowanie oraz serce włożone w ich tworzenie. Dodatkowym plusem "Mr.Carter" jest świetny bit utrzymany w klimacie soulowo-funkowym. Kawałki takie jak singlowe "Lollipop" i "Got Money" to utwory, które świetnie będą sprawdzać się na imprezach. Nie zabrakło tu też psychodelicznych lub chwilami zabawnych momentów - dowodem na to są choćby utwory "Phone Home" czy "Dr. Carter". Wielkim atutem płyty są przepełnione nostalgią, wzbogacone świetnymi refrenami wyśpiewanymi przez gwiazdy soulu utwory "Tie My Hands" czy "Playing With Fier". Duży przebojowy potencjał mają też kawałki "Mrs. Officer" (w duecie z gwiazdą r'n'b Bobbym Valentino) oraz "Comfortable" (z gościnnym udziałem legendy soulu BABYFACE). "Tha Carter III" to płyta bardzo różnorodna, przemyślana i przebojowa. Zadowoli ona niemal każdego miłośnika dobrego hip-hopu, który płynie z prosto z serca artysty i nie jest tworzony jedynie w celu osiągnięcia komercyjnego sukcesu. "Tha Carter III" to klasyk czarnej muzyki, a takie płyty coraz rzadziej pojawiają się na światowym rynku. Jeśli kariera młodego rapera z Nowego Orleanu będzie się rozwijała nadal tak dynamicznie, to być może za 5 lat jego legenda dorówna takim tuzom hip-hopu jak NAS, DR. DRE, JAY-Z, 2 PAC. Krążek "Tha Carter III" to płyta, w której się zakochałem i nie pozostaje mi nic innego jak zarekomendować ten album innym!
(Stron: 5)

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Promocje - kupuj i oszczędzaj!