stały recenzent  Grzegorz Majkrzak

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 44

  • A Thousand Suns
    • A Thousand Suns
    • Linkin Park
    • cena: 34,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu 24 godz.)

    Grzegorz Majkrzak 2010-09-28

    Muzyczny miszmasz w który warto się wsłuchać   (3 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)

    A THOUSAND SUNS to czwarty pełnowymiarowy studyjny album amerykańskiej supergrupy LINKIN PARK (nie licząc płyt koncertowych, remixowych, odrzutów oraz projektu z JAY-Z). Jest to jednocześnie druga płyta nagrana przez popularnych muzyków we współpracy z legendarnym producentem Rickiem Rubinem. Poprzednia wspólna kolaboracja tego arcypopularnego zespołu z Rubinem zaaowcowała refleksyjnym, bardziej stonowanym niemal pop-rockowym materiałem jakim był krążek MINUTES TO MIDNIGHT. W 2007 roku formacja z Los Angeles zdecydowała się na ostry artystyczny zwrot w swej karierze i z całą stanowczością odrzuciła nu-metalową stylistykę, która u progu nowego MILLENIUM przyniosła im gigantyczną popularność. Z punktu widzenia marketingowego było to posunięcie udane, gdyż formacja LINKIN PARK nadal pozostaje na muzycznym topie wyprzedzając o kilkanaście długości wyblakłe nu-metalowe gwiazdki (Limp Bizkit, Deftones), który dziś egzystują gdzieś na obrzeżach mainstreamu. Album A THOUSAND SUNS to płyta na której muzycy niemal kompletnie odcinają się od swoich metalowych oraz nu-metalowych korzeni i stawiają na eksperymenty z wszelkiego rodzaju elektroniką i hip-hopem. Rezultatem jest nieco udziwniony eksperymentalny materiał, którego (pomimo pewnych zastrzeżeń) słucha się ze sporą dozą przyjemności. Ci, którzy kochają LINKIN PARK z czasów klasycznej HYBRID THEORY czy METEORY praktycznie nie mają tu czego dla siebie szukać. A THOUSAND SUNS to materiał, który od początku do końca jest emanacją muzycznych fascynacji Mike'a Shinody i Josepha Hahna. Mamy tu troszkę szlachetnego producenckiego brudu wymieszanego ze sporym udziałem instrumentów klawiszowych, syntezatora i ledwo słyszalnych gitar. Usłyszymy tu też eksperymentów z nakładaniem na siebie kilku wokali czy też użyciem autotune'a. Na 15 zawartych na albumie tracków jedynie 9 z nich to pełnowymiarowe piosenki. Reszta tu udziwnione, klimatyczne, udekorowane ścianą sampli intra. Mamy tu mocne hip-hopowe uderzenia (WHEN THEY COME FOR ME, WRETCHES AND KINGS), gdzie Mike Shinoda popisuje się swym całkiem niezłym flow. Nie brakuje też nieco bardziej oszlifowanych, niemal alt-popowych kawałków (IRIDESCENT, WAITING FOR THE END, BURNING IN THE SKIES) z obszernymi wokalnym udziałem Chestera Benningtona. Zaskakuje też albumowa, zdecydowanie bardziej surowa wersja hitowego singla THE CATALYST. Niespodzianką jest też refleksyjna i niezwykle chwytliwa ballada THE MESSENGER z udziałem gitary akustycznej. Niewypałem wydaje się utwór BLACKOUT w którym Chester przez 2/3 kawałka wydziera się jak za dawnych dobrych lat, ale jego popisy nijak nie pasują do klimatycznego, delikatnego podkładu. Niektórych słuchaczy razić też mogą miejscami dość banalne teksty niektórych piosenek. A THOUSAND SUNS to absolutny artystyczny zwrot w karierze nu-metalowego giganta, który tym razem rzuca słuchacza w wir czystego muzycznego eksperymentu. Jest to krążek (przede wszystkim) dla ludzi z otwartymi głowami, których muzyczne horyzonty sięgają daleko poza schematy muzyki gitarowej. Albumu tego słucha się z ciekawością, ale próżno szukać tutaj jakiś szczególnie nowatorskich rozwiązań z zakresu hip-hopu czy alternatywnego pop-rocka. MIke Shinoda i jego ekipa nagrali album nieszablonowy, odważny, który przełomem dla muzyki "pop" z pewnością nie jest- ale może stanowić milowy krok na nowej drodze artystycznej tej arcypopularnej grupy.
  • Sir Lucious Left [Polska cena]

    Grzegorz Majkrzak 2010-09-28

    Ciekawa solówka bardziej hip-hopowej połowy duetu OUTKAST

    SIR LUCIOUS LEFT FOOT... THE SON OF CHICO DUSTY to bezsprzecznie jedna z najciekawszych mainstreamowych płyt jakie w tym roku zrodził hip-hopowy światek. Powiedzmy sobie jednak wprost, że nie mogło być inaczej skoro mamy tu do czynienia z solowym projektem członka legendarnej i przełomowej grupy OUTKAST- BIG BOI'A. Big Boi wraz ze swoim kumplem Andre 3000 wprowadzili hip-hop w XXI wiek krążkami STANKONIA oraz SPEAKERBOXXX/ THE LOVE BELOW. Trudno więc się dziwić, że po tylu latach niezwykle owocnej współpracy artystycznej duet OUTKAST postanowił od siebie odpocząć. BIG BOI na swym solowym albumie ostatecznie udowodnił, iż fakt, że przez lata był niejako w cieniu ekscentrycznego Andre 3000 było niczym innym jak niedopatrzeniem ze strony odbiorców czarnej muzyki. SIR LUCIOUS LEFT FOOT to pełnokrwisty solowy album, który emanuje charakterystycznym dla raperów z POŁUDNIA USA luzem, niezobowiązującym poczuciem humoru i wielką dawką pozytywnej energii. Krążek rozpoczyna efektowne intro na podkładzie MALAY'A, a potem temperatura stale rośnie dzięki energetycznym i wyjątkowo nośnym DADDY i TURNS ME ON. Świetnie wyprodukowany przez Salaama Remi kawałek FOLLOW US zaraża swym przebojowym i gładkim refrenem. Dalej dostajemy singlowy SHUTTERBUG z bitem samego Scotta Storcha wracającego do formy. Najsłabsza jest tu środkowa część płyty z wyjątkowo skąpo zaaranżowanym przez Andre 3000 YOU AIN'T NO DJ czy pozbawionym ikry HUSTLE BLOOD z gościnnym udziałem (gwiazdy r'n'b)Jamie Foxxa przy akompaniamencie nieudanego, plastikowego bitu Lil Jona. Na szczęście dalej jest bardzo dobrze o czym świadczyć może klimatyczny hymn na cześć mądrości i życiowej witalności BE STILL z udziałem tegorocznej neosoulowej sensacji JANELLE MONAE (swoją drogą ten utwór by swobodnie mógł znaleźć swoje miejsce na jej fenomenalnym debiucie THE ARACHANDROID). Big Boi nie zapomniał też o starej gwardii muzyków w postaci George Clintona i Too Shorta, którzy wspomagają go w chilloutowo - funkowym FO YO SORROWS na charakterystycznym bicie Organized Noize. Kawałek ten z powodzeniem by mógł posłużyć jako kościec do nagrania czegoś na kształt unowocześnionego DOGGYSTYLE Snoop Dogga. Wyróżnia się tu też swobodnie płynący, bezpretensjonalny kawałek NIGHT NIGHT z udziałem młodego B.o.B.. Z kolei kawałek THE TRAIN 2 przywodzi na myśł klimaty dobrze znane z czasów STANKONII. SIR LUCIUS LEFT FOOT... to płyta na której wyraźnie widać dominację Big BOIA, który czaruje słuchacza swym szybkim, plastycznym flow, bezpretensjonalnym sposobem bycia i potrafi kompletnie przyćmić tak znanych mainstreamowych kolosów jak TI czy GUCCI MANE. Na koniec dodam, że doskonałym przykładem specyficznego poczucia humoru BIG BOI'A jest wyuzdany kawałek TANGERINE. SIR LUCIUS LEFT FOOT... to dobrze wyprodukowana (z bardzo nielicznymi wyjątkami), niesłychanie energetyczna i ostentacyjnie przebojowa płyta ikony POŁUDNIA jaką niewątpliwie jest BIG BOI. BIG BOI nie stara się tu oczarować słuchacza obecnie niesłychanie modną przearanżowaną ścianą dźwięków - zawarte na tym krążku bity są z reguły dość lekkie i nośne. Nie do przecenienia jest tu świetny flow rapera i całkiem niezłe teksty. BIG BOI nagrał płytę na której jest sobą, a nie sztucznym marketingowym tworem i za to mu chwała. SIR LUCIOUS LEFT FOOT... to album z duszą!
  • Who I Am [Polska cena]

    Grzegorz Majkrzak 2010-06-09

    Smakowity i zaskakujący "wyskok" młodej gwiazdki pop   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Nick Jonas to jeden z trzech członków braterskiego pop-rockowego bandu Jonas Brothers. Jonasowie rok temu nagrali różnorodną stylistycznie i dość dojrzałą płytę "Lines, Vines And Trying Times". Solowy projekt najmłodszego i najzdolniejszego z braci jest swoistą jego kontynuacją, która nie jest pozbawiona kilku nowych elementów. By nagrać owy krążek Nick udał się do Nashville, a jego gwiazdorski status pozwolił mu na najęcie do nagrania znakomitych muzyków, którzy kilka lat temu grali z New Power Generation współtworząc znakomite nagrania genialnego Prince'a. Nick Jonas to oczywiście nie Prince, ale muzycznej erudycji temu młodzieńcowi odmówić nie można. Płytę otwiera gładka i sympatyczna balladka "Rose Garden", po której następuje melodyjny pop - rockowy singielek "Who I Am". Jednak najciekawszymi kompozycjami zawartymi na tym krążku są energetyczne, sięgające do bluesowo-funkowych klimatów spod znaku Stevie Wondera kawałki - "State Of Emergency" czy "Conspiracy Theory". Na płycie nie zabrakło też nostalgicznych ballad w stylu Johna Meyera - "Olive & An Arrow" czy przebojowego "Tonight". Na uwagę zasługuje też zaopatrzony w dobry tekst i okraszony świetną pracą sekcji rytmicznej kawałek "Last Time Around". Niestety krążek "Who I Am" ma też znacznie słabsze momenty jak choćby kompletnie bezpłciową balladkę "Vesper's Goodbye". Projekt Nick Jonas And The Administration to ciekawy zlepek świetnie wyprodukowanych, dobrze zagranych i różnorodnych dźwięków. Muzycy tworzący niegdyś New Power Generation (Michael Bland, Tommy Barbarella) wnieśli do piosenek Nicka Jonasa sporo muzycznej kultury popartej profesjonalnym i szlachetnym brzmieniem. Na tej płycie usłyszymy dobre gitarowe riffy, dobrą pracę sekcji perkusyjnej oraz liczne wstawki instrumentów klawiszowych. Co ciekawe słodki, chłopięcy wokal Nicka Jonasa sprawdził się całkiem dobrze zarówno w klimatach bluesowo-funkowych, rockowych i popowych jakie da się usłyszeć na tym wydawnictwie. Krążek "Who I Am" nie powala na kolana, ale jest dowodem na to, iż można jeszcze nagrywać różnorodną, niegłupią i bogatą brzmieniowo muzykę z myślą o nastoletniej publice.
  • Rise Up
    • Rise Up
    • Cypress Hill
    • cena: 30,49 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 14 dni )

    Grzegorz Majkrzak 2010-04-23

    Średnio udany powrót po latach   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Kalifornijska formacja Cypress Hill to już żywa legenda sceny hip-hopowej i jedna z największych gwiazd muzycznych ostatnich dwóch dekad. B-Realowi, Sen Dogowi i spółce nie można odmówić charyzmy ani też wielkich zasług w populraryzacji hip-hopu jako gatunku. Pierwsze dwa albumy formacji Cypress Hill i Black Sunday zauroczyły krytyków i fanów hh połączeniem czarnych rytmów i stylistyki latino, a także luzackimi tekstami kręcącymi się wokół ulicznych nawijek i zabawnych opowiastek o paleniu "zioła". U progu nowego millenium formacja B-Reala sięgnęła po modne rap-metalowe brzemienia czego efektem był album Skull & Bones. Ostatnim wydawnictwem w dyskografii grupy był hitowy Till Death Do Us Part z 2004 roku. W roku 2010 formacja Cypress Hill powraca nowym albumem, pod szyldem nowej wytwórni i w nieco zmienionym składzie. Rise Up to krążek miejscami ciekawy, ale bardzo nierówny. Słychać, że grupa ta wyraźnie chce powtórzyć sukcesy sprzed 10-20 lat, ale nie potrafi odnaleźć na owy sukces właściwej receptury. Wartość krążka mają tutaj podnieść wyjątkowo liczne kolaboracje z pokaźną grupką sławnych gości. Wydawnictwo otwiera całkiem udany kawałek It Ain't Nothin', dalej otrzymujemy sprawne Light It Up. Później jest już bardzo różnie. Utwory takie jak Rise Up oraz Shut'em Down z udziałem gitarzysty (Rage Against The Machine) Toma Morello to spóźnione o ponad dekadę rap-metalowe "bangery", których klimat i riffy są jedynie bladym odbiciem twórczości kultowego Ratm. Nagrany wraz z jednym z liderów System Of a Down metalowy numer Trouble Seeker również brzmi jak niemrawa kopia dawnego hitu "Cypresów" pt. "Can't Get The Best Of Me". Kompletnym niewypałem zaś jest kawałek nagrany wspólnie z Everlastem Take My Pain. Płyta Rise Up broni się zaś hymnami na cześć "krzaka" takimi jak solidnie wyprodukowany przez DJ Muggsa i DJ Khalida Pass The Dutch czy też klimatyczne K.U.S.H.. Zadziwiająco dużo bitów na tej płycie wyszło spod ręki B-Reala, ale "produkcja podkładów" idzie mu ze zmiennym szczęściem w przeciwieństwie to składania celnych wersów - czego dowodem jest wyraźnie wysilone Bang Bang oraz nadzwyczaj udany i nośny numer Get' Em Up. Ciekawy jest też refleksyjny kawałek wyprodukowany przez (znanego z Linkin Park i Fort Minor) Mike'a Shinode Carry Me Away, który jest nieco popsuty przez fatalny i bezpłciowy śpiewany refren. Płytę wieńczy imprezowy utwór Armada Latina osadzony w latynoskich klimatach z udziałem PitBulla oraz Marca Anthony'ego. Krążek Rise Up to wydawnictwo, które do twórczości legendarnej kalifornijskiej formacji nie wnosi w zasadzie niczego nowego. Teksty chłopaków krążą tu głównie wokół ulicznych rozrób oraz palenia marihuany - tyle, że brzmią one mniej autentycznie niż przed 10-15 laty. Nie sprawdziło się tu też ponowne sięgnięcie po rap - metalowe klimaty, gdyż ta muzyczna formuła wyczerpała swój artystyczny i komercyjny potencjał już dekadę temu. Rise Up to zawierający kilka fajnych kawałków odgrzewany kotlet na którym B-Real i spółka kolejny raz ogrywają sprawdzone przez siebie patenty, lecz czynią to niejako mechanicznie i bez przekonania. Da się oczywiście tego wydawnictwa słuchać, ale do zachwytu tu jednak bardzo daleko.
  • Slash
    • Slash
    • Slash
    • (towar niedostępny)

    Grzegorz Majkrzak 2010-04-21

    Bezsprzecznie solidna porcja rockowego grania   (9 z 10 uznało tę recenzję za pomocną.)

    SLASH to chyba obok Carlosa Santany, Joe Perry'ego oraz Yngwie Malmsteen'a najbardziej rozpoznawalny rockowy gitarzysta na świecie. Slash to prawdziwy wirtuoz gitary o czym mogliśmy się przekonać słuchając jego rozbudowanych i zapierających dech w piersiach solówek z czasów legendarnego Guns'N'Roses. Kiedy w połowie lat 90-ych superband G'n'R w zasadzie się rozpadł (Slash nigdy do grupy nie powrócił) i niemal zniknął ze sceny na ponad dekadę - Slash podjął współpracę z wielkimi artystami (Michael Jackson) oraz zaangażował się w udane projekty zespołowe SNAKEPIT oraz VELVET REVOLVER. Nadszedł jednak rok 2010 i jeden z byłych liderów Guns'N'Roses zapragnął nagrać pełnowymiarowy solowy projekt. Rezultatem wysiłków artysty jest solowy album zatytułowany SLASH na który składa się 14 kawałków nagranych wspólnie z ikonami sceny rockowej. Album SLASH w jakieś mierze przypomina SUPERNATURAL CArlosa Santany - gdyż i tu otrzymujemy zestaw piosenek zaśpiewanych przez znamienitych wokalistów przy akompaniamencie gitary SLASHA. Płyty słucha się z dużą dozą satysfakcji pomimo faktu, iż nie jest to album ani przełomowy, ani też specjalnie odkrywczy. Solowe dzieło wybitnego gitarzysty broni się jednak jako solidny mainstreamowy produkt, który został nagrany z miłości do muzyki, a nie z chęci czystego zysku. Nie ma tu szaleńczej pogoni za najnowszymi trendami w muzyce gitarowej, a jedynie świetnie wyprodukowane hard - rockowe piosenki osadzone w klimacie lat 90-ych XX wieku. Płytę otwiera energetyczny kawałek GHOST nagrany z udziałem lidera grupy The Cult. Dalej mamy porywającą rockową "balladkę" z udziałem niezawodnego Ozzy Osbourne'a. Swoistym zaskoczeniem jest tu dobry kawałek BEAUTIFUL DANGEROUS z wokalnym udziałem Fergie z pop/rapowej grupy Black Eyed Peas, która (o, dziwo!) pokazała tutaj rockowy pazur. Najlepszym numerem jest tu fenomenalny utwór zatytułowany BY THE SWORD z udziałem wokalisty fromacji Wolfmother. Na krążku znajdzmemy też kawałki z pogranicza hard-rocka i bluesa jak choćby sympatyczne STARLIGHT czy znośne I HOLD ON. Nie można też zapomnieć o niezwykle energetycznym metalowym kawałku NOTHING TO SAY nagranym z udziałem lidera najlepszej i najpopularniejszej metalcorowej formacji na świecie AVENGED SEVENFOLD. Świetny jest tu też kawałek WE'RE ALL GONNA DIE z Iggy Popem na wokalu i wyjątkowo inteligentnym tekstem. Jedynym do prawdy słabym punktem tego wydawnictwa jest niemrawa, bezpłciowa ballada GOTTEN nagrana wspólnie z Adamem Levinem z Maroon 5. Wszystkie piosenki okraszone są tu niezawodnymi gitarowymi solówkami autorstwa Slasha, który pozostaje nieco w cieniu gości zaproszonych do nagrania tej płyty. Instrumentalny kawałek jest tu tylko jeden: mocny WATCH THIS DAVE. Solo Slasha udowodniło, iż jest on nadal artystą charyzmatycznym, wyjątkowo witalnym i pełnym pasji. Problemem tego wydawnictwa jest jednak fakt, iż zadziwiająco mało jest tu "Slasha w Slashu" i krążkowi by nie zaszkodził dodatek w postaci 2-3 czysto instrumentalnych kawałków, gdzie SLASH by mógł zaprezentować w pełnowymiarowej formie zestaw swoich niesamowitych "gitarowych chwytów". Nie mniej jednak ten krążek to zbiór bardzo dobrych rockowych piosenek nagranych przy udziale prawdziwej artystycznej śmietanki reprezentującej różne pokoleniowe generacje i muzyczne style. Warto się w niego wsłuchać.
  • Dziewczyna z sąsiedztwa

    Grzegorz Majkrzak 2010-04-15

    Lektura po której trudno się otrząsnąć   (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Jack Ketchum to obok Stephena Kinga, Clive Barkera, Deana R. Koontza, Grahama Mastersona, Anne Rice, Guya N. Smitha najbardziej poczytny twórca literatury spod znaku grozy. Dziw aż bierze, że DZIEWCZYNA Z SĄSIEDZTWA to dopiero pierwsza powieść tego uznanego twórcy, która została przełożona na język polski i doczekała się wydania. DZIEWCZYNA Z SĄSIEDZTWA to niewątpliwie unikalna, wstrząsająca i zmuszająca do refleksji lektura. Książka Jacka Ketchuma jest w USA od dwóch dekad swego rodzaju popkulturowym fenomenem. Dziś polski czytelnik ma okazję przekonać się dlaczego. Fabuła DZIEWCZYNY Z SĄSIEDZTWA została zainspirowana prawdziwym i niezwykle okrutnym morderstwem Sylvii Likens, które wstrząsneło amerykańską opinią publiczną w 1965 roku. Dzieło Ketchuma to rasowy psychologiczny horror w którym źródłem strachu nie są duchy czy wymyślne monstra, ale sami ludzie. Jack Ketchum w swej powieści przedstawia nam wyjątkowo głębokie, bezkompromisowe i w swej diagnozie ostre studium ludzkiej natury oraz zawodzących mechanizmów "społecznej kontroli". Powieść jest tym bardziej przerażająca, gdyż główną ofiarją straszliwego przestępstwa jak i jego współsprawcami są tu dzieci. W USA powieść Ketchuma jest ważna z jeszcze jednego powodu - DZIEWCZYNA Z SĄSIEDZTWA to książka demaskująca i demitologizująca złotą erę beztroskich lat 50-ych XX wieku. Autor celowo umieścił akcję swego horroru w 1958 roku gdzieś w New Jersey. Trzeba pamiętać, iż w USA były to czasy, gdy ludność przedmieść i małych miejscowości mieszkając dom w dom nie obawiała się bandytów oraz włamywaczy i z reguły zostawiała otwarte zamki w drzwiach... Ketchum ową "beztroską" atmosferę lat 50-ych kontrastuje tutaj z wyjątkowo przerażającą zbrodnią. DZIEWCZYNA Z SĄSIEDZTWA to lektura, która na bardzo długo pozostaje w pamięci czytelnika. Warto też wspomnieć, iż Jack Ketchum to pisarz, który potrafi wywołać w odbiorcy wielkie emocje za pomocą dość prostych środków. Język i styl jakimi operuje ten autor jest stosunkowo prosty i niewyszukany co w wypadku tej powieści jest gigantycznym atutem potęgującym jej realizm. Jack Ketchum to również pisarz, który unika taniego efekciarstwa i epatowania czytelnika wyjątkowo makabrycznymi opisami (najbardziej drastyczne szczegóły są tutaj ledwie zamarkowane przez autora). DZIEWCZYNA Z SĄSIEDZTWA to lektura przeznaczona dla wrażliwego czytelnika, który ma jednak dość mocne nerwy. Jedynymi minusami jej polskiego wydania są bardzo nieliczne (ale występujące) literówki oraz dość marnej jakości okładka. Na koniec pragnę pochwalić solidną robotę tłumacza Łukasza Dunajskiego, który bardzo się postarał aby jak najwiernej oddać styl pisania charakterystyczny dla Ketchuma. W swej krótkiej recenzji - tym którzy pragną się bardziej zagłębić w tematykę zabójstwa prawdziwej Sylvii Likens - polecam film AN AMERICAN CRIME z 2007 roku, który właśnie ukazał się na DVD. DZIEWCZYNA Z SĄSIEDZTWA też doczekała się filmowej adaptacji, chociaż (podobno) jest ona znacznie słabsza od literackiego pierwowzoru.
  • Contra
    • Contra
    • Vampire Weekend
    • cena: 60,49 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)

    Grzegorz Majkrzak 2010-02-04

    Kolejne świetne wejście "wampirków" z Nowego Jorku   (6 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Debiutancki krążek VAMPIRE WEEKEND był dla mnie jednym z najważniejszych muzycznych odkryć 2008 roku. Muzyka zawarta na tamtym albumie porażała oryginalnością, niebanalnymi aranżacyjnymi pomysłami oraz inteligentnymi, humorystycznymi tekstami. Nadszedł rok 2010 i czwórka absolwentów Uniwersytetu Columbia przygotowała dla swych wiernych słuchaczy kolejną muzyczną ucztę. Drugi album VAMPIREE WEEKEND pod tytułem CONTRA jest w zasadzie bardzo podobny do pierwszego- tyle, że tym razem chłopcy mieli do dyspozycji luksusowe, profesjonalne studio nagraniowe oraz wielkie zaufanie ze strony wytwórni fonograficznej. Wysiłek włożony w nagranie tego krążka się opłacił, gdyż płyta zachwyca jakością produkcji oraz (co najważniejsze) piosenkami nań zawartymi. Kolejny raz otrzymaliśmy tu wybuchową mieszankę indie - rocka oraz afro-popu, która przyprawiona jest syntezatorowymi brzmieniami, partiami instrumentów klawiszowych różnej maści oraz ciekawą linią basu. CONTRA wybija się wysoko ponad muzyczną przeciętność dzięki niasamowitemu klimatowi oraz specyficznemu wokalowi Ezry Koeinga. W muzyce tej grupy słychać echa twórczości Paula Simona, Talking Heads czy Petera Gabriela. Świetny jest tutaj otwierający wydawnictwo utwór HORCHATA z zabójczymi chórkami. Dalej jest jeszcze lepiej gdyż następuje radosny kawałek WHITE SKY z mocnym refrenem oraz równie melodyjne HOLIDAY i CALIFORNIA ENGLISH. Zespół tym razem sięgnął też po wolniejsze rytmy, które reprezentują tu tak fantastyczne piosenki jak TAXI CAB czy I THINK UR A CONTRA, których ozdobą są partie uroczo przygrywającego fortepianu. "Łowcy hiciorów" pokochają tu też singlowe COUSINS. Tak jak na poprzedniej płycie wielkim atutem są tu też niebanalne, bardzo literackie i niepodrabialne teksty piosenek. CONTRA to prawdziwa uczta dla fanów oryginalnej, nieszablonowej i niesłychanie radosnej muzyki. VAMPIRE WEEKEND to grupa, która cały czas się rozwija, wzbogaca swój muzyczny warsztat o coraz to nowe atuty. Warto się wsłuchać w ich najnowsze wydawnictwo, gdyż jest to świeży i inteligentny indie-pop, który może być doskonałą odtrutką na morze zalewającej nas (z każdej strony) muzycznej tandety.
  • Rebirth
    • Rebirth
    • Lil Wayne
    • cena: 18,49 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 14 dni )

    Grzegorz Majkrzak 2010-02-03

    Ten krążek jest dowodem na to, że gwiazdor z Nowego Orleanu zabrnął w ślepą uliczkę   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    REBIRTH Lil Wayne'a to jedna z najbardziej wyczekiwanych płyt 2010 roku. Czarny gwiazdor z Nowego Orleanu, który podbił serca słuchaczy krążkiem LIKE FATHER, LIKE SON nagranym z wspólnie Birdmanem oraz fantastycznym i arcypopularnym solowym albumem THA CARTER III- tym razem nie ma odbiorcy zbyt wiele do zaoferowania. Nad REBIRTH artysta biedził się prawie dwa lata i od ponad roku stale przesuwał w czasie datę premiery tego krążka. Lil' Wayne pragnął dać tu upust swoim rockowym fascynacją i zamiast materiału hip-hopowego nagrać płytę czystą gitarową. Niestety z ambitnego zamierzenia nie za wiele wynikło, gdyż REBITRH słucha się z narastającym znużeniem i zdziwieniem. Słucham bardzo różnych gatunków muzyki i muszę się przyznać, że ten krążek to bodaj najgorsza "rockowa" płyta jaką miałem okazję zakupić w okresie około 2-3 lat. Ten album od pierwszej do ostatniej piosenki nie porywa, nie płynie i nie czaruje słuchacza. Już pierwszy kawałek AMERICAN STAR to totalna katastrofa w której przy akompaniamencie bezpłciowo rzępolącej gitary- LIL' Wayne wydaje z siebie karykaturalne dźwięki stworzone za pomocą auto-tune'a. O ile na jego hip-hopowych płytach rap przetworzyny przez auto-tune nadawał jego flow specyficznego wdzięku, o tyle na tej płycie "auto-tunowy śpiew" artysty to męka dla ucha. Dalej jest jeszcze gorzej, gdy mamy okazję wysłuchać pozbawionych wyrazu kawałków w stylu DA DA DA czy ON FIRE. Krążek ostatecznie pogrąża prostacki i nieudolnie naśladujący punkowo/hardcorowe klimaty utwór THE PRICE IS WRONG. REBIRTH to "pop-rockowe" nieporozumienie na którym brak jest ciekawych melodii, interesujących gitarowych riffów i przede wszystkim dobrego głosu wokalisty. Cały ten krążek to gitarowa kakofonia, która jest wynikiem wybujałych artystycznych ambicji rapera, który nie potrafi przecież śpiewać. Jedynym nadającym się do odsłuchu kawałkiem jest DROP THE WORLD z gościnnym udziałem Eminema, który jak zawsze popisuje się mistrzowskim flow. REBIRTH ostatecznie pogrążają też płytkie i czasem boleśnie głupawe teksty. Tym razem Lil' Wayne'a zawiodło jego własne wyczucie muzycznego smaku, które zaowocowało wydaniem albumu, który nigdy nie powinien ujrzeć światła dziennego. Krążkiem tym raper z pewnością nie powtórzy komercyjnego i artystycznego sukcesu THA CARTER III. Trzeba mieć nadzieje, że planowanym na drugą połowę 2010 roku albumem THA CARTER IV Lil' Wayne się zrehabilituje i powróci do tego co potrafi robić najlepiej...rapowania.
  • Stronger With Each Tear

    Grzegorz Majkrzak 2010-01-28

    Kolejne solidne wejście "królowej hip-hop/soul"

    Mary J. Blige to pochodząca z Nowego Jorku ikona czarnej muzyki, która pomimo blisko 40 lat na karku cały czas zachowuje artystyczną witalność i świeżość. Od czasu fenomenalnego debiutu WHAT's THE 411? MARY jest na ustach wszystkich fanów muzyki soul i r'n'b, a przez wielu krytyków muzycznych uważana jest za właściwą następczynie ARETHY FRANKLIN czy Patti LaBelle. W trakcie swej niemal 20. letniej kariery Mary J. Blige współpracowała z takimi sławami jak Dr. Dre, Puff Daddy, DMX, U2, Terry Lewis, Method Man, Raphael Saadiq, R. Kelly czy John Legend. Wokalistka nagrywała przynoszące jej wielką popularność krążki jak NO MORE DRAMA, MARY, GROWING PAINS. STRONGER WITH EACH TEAR to najnowsze wydawnictwo popularnej divy. Na krążku znalazło się 12 utworów, które utrzrymane są głównie w nostalgicznych klimatach (poza 2-3 wyjątkami). Atutem wydawnictwa są szczere i inteligentne teksty na temat skomplikowanych relacji międzyludzkich czy też rozterek kobiecej duszy. Mary J. Blige jak zawsze czaruje tu swego słuchacza swym silnym i charakterystycznym głosem. Nieco gorzej sprawa się ma jeśli idzie o poziom zawartych na tym krążku kompozycji. Płytę otwiera bezpłciowy kawałek TONIGHT. Potem następuje imprezowy THE ONE z gościnnym udziałem wokalisty i rapera DRAKE'a, który zepsuty jest przez bezcelowo użyty tutaj auto-tune i oklepany bit. Wigoru krążek nabiera dopiero przy czwartym utworze GOOD LOVE z gościnnym udziałem rapera T.I.. Potem dostajemy porywający i przebojowy singiel I AM. Na plus wyróżnia się też okraszony świetnym podkładem autorstwa Supa Dups kawałek EACH TEAR. Jednak najlepiej Mary J. Blige czuje się tutaj w nastrojowych i przejmujących balladach w rodzaju: KITCHEN czy WE GOT HOOD LOVE. Album wieńczy koronkowa kompozycja osadzona w nieco gospelowych klimatach COLOR, która na potrzeby filmu PRECIOUS Mary J. Blige napisała razem z Raphaelem Saadiqiem. STRONGER WITH EACH TEAR to krążek bezsprzecznie solidny i zawierający kilka bardzo dobrych piosenek. Jadnak na tle wielu świetnych, klasycznych już krążków jakie w swej dyskografii Mary J. Blige posiada- ta płyta nie wyróżnia się niczym szczególnym. STRONGER WITH EACH TEAR to porcja nieźle wyprodukowanego r'n'b i soulu, która powinna zadowolić każdego fana tej wokalistki. Tym, którzy z muzyką Mary J. Blige nie mieli wcześniej wiele wspólnego radzę jednak sięgnąć po płyty: WHAT'S THE 411?,MARY czy NO MORE DRAMA, które już dziś stanowią niekwestionowaną klasykę gatunku.
  • Malice N Wonderland [Eastern European Version]

    Grzegorz Majkrzak 2009-12-31

    Kolejne udane wejście Snoop Dogga do gry

    Snoop Dogg to dziś liczący sobie 38 lat stary wyjadacz rap-gry. Na szczyty list przebojów i list sprzedażny Snoopowi pomógł się wdrapać legendarny raper i producent DR.DRE, który w roku 1993 przyklepał jego znakomity i debiutancki album DOGGYSTYLE. Ta rewelacyjna mieszanka g-funku z wyluzowaną nawijką rapera z miejsca podbiła serca fanów czarnej muzyki. Potem przyszedł niezły, ale gorzej sprzedający się album Tha Doggfather. Następnie przez kilka lat Snoop był związany z niesławną wytwórnią No Limit Records, pod skrzydłami której specjalnie nie błyszczał, choć nagrany w roku 2000 album The Last Meal jest dziś już klasykiem. Prawdziwy powrót na absolutny szczyty Snoop Doggowi zapewnił nagrany w roku 2004 krążek "R&G: Rythm & Gangsta" z 3. wysoce popularnymi singlami. Potem artysta nagrał 2. całkiem udane i w miarę popularne płyty "The Blue Carpet Treatment" oraz "Ego Trippin'". Najnowsze dziecko Snoopa "Malice'N'Wonderland" wychodzi w Polsce w niezbyt udanej przypominającej dawne pirackie CD-ki edycji przeznaczonej na Europę Wschodnią i bez specjalnej reklamy. W USA płyta ta zrobiła pierwszą poważną komercyjną klapę w karierze 38-letniego MC (jedynie 23. miejsce na liście sprzedaży Billboardu). Nie jest to jednak krążek zły. Wierni fani rapera powinni po jego wysłuchaniu poczuć się usatysfakcjonowani, gdyż Snoop Dogg w 14. zawartych tu kawałkach dokonuje skondensowanego przeglądu własnej kariery z okresu ostatniej dekady. "Maline'N'Wonderland" nie jest ani albumem świeżym, ani specjalnie oryginalnym - pomimo to nieźle się go słucha. Snoop nadal czaruje słuchacza swym wyluzowanym flow, choć w tekstach kopiuje sam siebie. Krążek jest muzycznie różnorodny, gdyż mamy tu bujający Crunk na bicie Lil' Jona (kawałek 1800) czy też niezobowiązującą próbkę stylistyki Dirty South w kawałku Pronto z udziałem młodego Soulja Boy'a. Jest tu też klasyczny west-coastowy Snoop Dogg (utwory "I Wanna Rock" oraz solidne "2 Minute Warning"). Ciepłe i wzbogacone o słoneczne r'n'b brzmienia dostajemy w takich kawałkach jak: "Different Languages", "Gangsta Luv", "Luv Drunk". Znalazło się tu też miejsce dla chilloutowej, bujającej i nieco autoironicznej kolaboracji z R.Kelly w kawałku "Pimpin Ain't EZ". Fani niegdysiejszych wspólnych dokonań The Neptunes i Doggy-Doga otrzymali tu niezły prezent w postaci utworu "Special", który nie może się jednak równać z pamiętnym "Drop It Like It's Hot". "Malice'N'Wonderland" to przyjemna płyta znanego rapera z pokaźnym zestawem popularnych gości i sporą ilością śpiewanych refrenów. Snoop Dogg w swej długiej karierze nagrywał już znacznie lepsze płyty, ale gdyby każdy raper w tak przyjemny i umiejętny sposób serwował nam przysłowiowe powtórki z rozrywki to być może mainstreamowy hip-hop by był w znacznie lepszej kondycji niż ma to miejsce obecnie...
(Stron 5)

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Wszystkie zapowiedzi w Merlinie >>

Promocje - kupuj i oszczędzaj!