stały recenzent  Michał Wróblewski

Rekomendacje:

  1. Najgorsza kapela świata. Występ pierwszy i drugi

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 30

  • Dramaty 1. Komedie zagrożeń

    Michał Wróblewski 2006-05-19

    U Pintera na urodzinach ...   (4 z 7 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Powoli dochodzę do wniosku, że jestem niepoprawnym „wychwalaczem”, który unosi pod niebiosa wszystko, co się nie rusza, jest z papieru, ma okładkę i pachnie drukiem. Brrr – czekam na straszny moment, kiedy otworzę drzwi od mieszkania, a tam już będzie na mnie dybać pikieta zatwardziałych krytyków - niszczycieli z przygotowanym i nawet oczyszczonym palem po Azji Tuhajbejowiczu. Z tą myślą siadam przed klawiaturą, chcąc wreszcie coś splugawić, zdeptać, napluć i wrzucić do literackiego ścieku, ale jak pech to pech. Zawsze pochwycę taką lekturę, że twarz mam kontentą od jednego ucha do drugiego. Tak było i tym razem, gdy wziąłem na ząb pierwszy polski wybór dramatów ubiegłorocznego noblisty, Harolda Pintera. Niestety, spodobało mi się, za przeproszeniem, cholernie i nici z włączeniem procesu niszczarki. Jeśli, co do dwóch ostatnich laureatów namaszczonych przez kapitułę, miałem pewne zastrzeżenia, to w tym wypadku chylę czoła przed „szwedzkim stołem”. Pinter to bowiem niekwestionowany guru współczesnego teatru absurdu – dopracowany warsztat i ciekawe spojrzenie na rzeczywistość. Wracając zaś do polskiego wyboru dramatów Pinetra pt. „Komedie zagrożeń”, to jest on trafiony i dobrze oddaje nazwą zawartość książki (jak i w ogóle cechę charakterystyczną twórczości noblisty ). Strach i śmiech - te dwie siły rządzą jego tekstami. Niepokój, sprawnie zastosowana fragmentaryczność akcji– wchodzimy do świata in medias res i opuszczamy go też jakby bocznym wyjściem, pozostając w aurze tajemniczości i niedopowiedzenia - to charakterystyczne cechy dramatów Pintera. Narastające wrażenie grozy, budowane umiejętnie jak u Hitchcocka, grozy tym straszniejszej, że nie dzieje się praktycznie nic nadzwyczajnego, co mogłoby widza wprawić w głęboki empatyczny stan, przytłacza wystarczająco. Ta gęstniejąca atmosfera dochodzi do punktu, w którym robi się na tyle „duszno”, że razem z bohaterami widz czuje się zaszczuty. Strach przed „jeszcze nie wiadomo czym” i śmiech, który staje kością w gardle, zatrzymywany jakąś przemożną indolencją, która zawisła w powietrzu, składają się na pinterowski sztafaż budowania „smutnych” komedii. Dramatopisarstwo Pintera to proporcjonalnie wymieszany napar z anglosaskich ziółek: trochę „estragonu” z Becketta, dwie szczypty Harwooda i jedna Stopparda – aptekarską ręką, do tego importowany z USA korzeń, wpływający na zdolność wnikania w psychikę ludzi i obyczajowe tabu – tabu czyli Tennesseeus Williamus (nazwa łacińska) oraz garść przypraw lingwistyczno – groteskowych, obnażających w krzywym zwierciadle konwencje językowe – Ionesco Ionescus (wprost z Rumunii). To wszystko skropione porządnie sosem współczesnego świata, biegnącego do nikąd ze swoimi dziwactwami i dewiacjami. Całość trzy razy zamieszana łyżką w lewo i „at last but not least” przetrawiona przez samego Harolda. To już wszystko – albo aż wszystko. Szczególnie zapraszam na „ Urodziny Stanleya - pełna „Samoobsługa”.
  • Borgia - tom 1. Krew dla papieża - tylko dla dorosłych

    Michał Wróblewski 2006-05-11

    Słodka trucizna   (11 z 12 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Ten komiks może doprowadzić do wrzenia nawet solidnie przemarzniętego Eskimosa. Kto nadal uważa, że opowieści rysunkowe są dobre jedynie dla dzieci, czym prędzej powinien kupić „Borgię”. Niech nie zraża się informacją krzyczącą z okładki: „tylko dla dorosłych”. Owszem – nie mogę powiedzieć, że „Borgia” to komiks pozbawiony przemocy i seksu – ale niewybaczalnym błędem byłoby zaliczenie go w poczet produkcji spod znaku wyuzdanej erotyki, chamstwa, brutalizmu i „grania na jednym tylko bębenku”. „Borgia” została stworzona przez dwóch mistrzów gatunku, Alexandro Jodorovsky’ego (scenariusz) i Milo Manarę (rysunki). Pierwszy z nich to niezaprzeczalny geniusz fabuły komiksowej, którego można reklamować dziesiątkami tytułów (warto chociażby wspomnieć Incalowskie uniwesum – z seriami takim, jak: „Incal” czy „Kasta Metabaronów”). Milo Manara zaś to klasyk komiksu erotycznego. Jego delikatna kreska i wręcz „perwersyjny pietyzm”, z jakim przedstawia każdą kobietę, to niedościgniony wzór warsztatu, czysty sex appeal. Mniszka czy frywolna kurtyzana potrafią urzec, każda na swój sposób. Milo Manara to także czysty kolor, rozpływający się po krągłych i falistych liniach piórka. Ci dwaj panowie, zasiadający na komiksowym parnasie, stworzyli porywająco – ciekawą opowieść o XV –wiecznych Włoszech. Oddana z malarska pasją i detektywistycznym zacięciem historia rodziny Borgiów, pełna zbrodni, oszustw i kłamstw śmiało może konkurować ze swoim powieściowym odpowiednikiem autorstwa „ojca chrzestnego” współczesnej prozy (Mario Puzo –„Rodzina Borgiów”). „Krew dla papieża” jest bardzo obiecującym prognostykiem całości cyklu. Sprawnie opowiedziana, wciąga od pierwszej kartki (również za sprawą maestrii rysunku). Fikcja miesza się tutaj z autentyczną historią, sacrum z profanum, krew z krwią - a ta płynie ulicami Rzymu i Stolicy Piętrowej, dalej i dalej, obmywając nagie i ubrane ciała, ciała upadłych kobiet, matron, dewotek, utrzymanek, przekupnych księży, prawych żołnierzy i zdradzieckich polityków. Wrota Świętego miasta stoją otworem, wejdźmy i zanurzmy się w grzechu.
  • Moscoviada. Powieść grozy

    Michał Wróblewski 2006-05-11

    Woland żyje!   (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Tę recenzję mógłbym zamknąć w jednym frenetycznym okrzyku: Ukraino, dzięki Ci za "Moscoviadę"! Myślę, że te kilka słów w pełni zadowoliłoby Jurija Andruchowycza, ale będę na tyle bezczelny, że posunę się dalej - niech tam - posądźcie mnie o jedną wielką hiperbolę, krzyknijcie – to apoteoza afirmacji, afirmacja apoteozy, pean na cześć, oda do andruchowyczości, gdzież w tym recenzja? Spalmy na stosie tego króla wazeliny i lepkiego komplementu - a gdy już ustawicie mnie na nowym Campio di Fiori, to ja z Giordana Bruna przemienię się w upartego quasi-Galileusza i powtórzę głośno: a jednak się kręci... mój zachwyt nad "Moscoviadą". Gdyby Michaił Bułhakow żył w latach 90, podejrzewam, że właśnie tak wyglądałby "Mistrz i Małgorzata". Moskiewskie historie – naziemne i podziemne, wielkie szczury, obskurne akademiki, bistra i tunele, (Mistrz) Otto von F., ukraiński poeta i jeden dzień z życia w molochu posowieckiego miasta zapraszają. To dzień grozy, strachu, ale i nostalgii, śmiechu - piękny dzień. Andruchowycz bez wątpienia odziedziczył celność pióra po autorze "Fatalnych jaj". Zapewne też z "Matki Rosji" musiała nadpłynąć nad Iwano-Franakwisk (dawne Stanisławowo, gdzie mieszka prozaik) ogromna chmura i opaść na niego deszczem atramentu skroplonego z Gogola, Wieniedikta, Jerofiejewa, Ilfa i Pietrowa. Andruchowycz to spadkobierca totalny, ale i spadkobierca innowator, czarodziej, Woland ukraińskiej literatury. "Moscoviada" to postmoderne spacery ulicami, wzdłuż latarni, ślepiących oczami Behemota. Tu może zdarzyć się wszystko i wszystko się zdarza.
  • Pizzeria ''Kamikaze''

    Michał Wróblewski 2006-05-05

    Podwójny ser na podwójnym cieście   (2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Czy miałeś kiedyś okazję poznać bliżej samobójców już po samobójstwie? Podejrzewam, że raczej nie. Teraz jednak nadarza się ku temu niepowtarzalna okazja. Ba! Możesz przemaszerować przez całą krainę, do której trafiają po śmierci. Makabryczne? Nie przeczę – ale też zapewniam luksusowe warunki podróży. Bez torsji, obrzydzenia i innych perturbacji fizjologicznych. Oferta „Last Minute” biura podróży Etgar Keret zaprasza, a ja, powróciwszy już z tej wycieczki, również zachęcam. All included: szwedzki stół, klimatyzacja i moc wrażeń na każdym kroku. „Pizzeria Kamikaze” to unikatowy bedeker po pozaziemskim świecie usytuowanym gdzieś w obszarze trójkąta bermudzkiego: piekło – czyściec - niebo. Egzystencja po śmierci? Jak dużo się zmieniło? Na ile ludzie są nadal ludźmi? Jak odbierają z perspektywy czasu swoje samobójstwo? Czego żałują, a czego nie? To opowieść o samotności i o śmierci, ale – paradoksalnie - przede wszystkim o życiu, życiu wykrzywionym, tak jak sylwetki i twarze samobójców ( „w zależności od tego, jak ze sobą skończyli” ). Duża dawka czarnego humoru i ironii czyni ten zbiorek opowiadań – tytułowa„ Pizzeria Kamikaze” oraz „Jetlag”, „Goodman” i „Katzenstein” - bliski klimatem Toporowi (ach, te „Cztery róże dla Lucienne”). To także literatura na wskroś dzisiejsza, z niebywałą wprawą poruszająca się po współczesnych problemach, tak materialno – bytowych, jak i etyczno - moralnych. A wszystko to podane w formie prawdziwie zaskakującej. Nie sądzę, żeby znalazł się ktoś, komu nie zaimponuje pomysłowość Kereta. Warto wyruszyć na spotkanie z Chaimem, Ariem, Lihi, ale też gadającym psem, Kurtem Cobainem i Mesjaszem Królem. Ulice, domy, puby, knajpy wśród nich „Pizzeria Kamikaze”. Chciałoby się powiedzieć – prawie jak w moim mieście - ale już jedno z pierwszych zdań książki wprowadza pewien dysonans: „ dwa dni po tym jak ze sobą skończyłem, znalazłem pracę w pizzerii „Kamikaze”(...) Przechodzą ciarki? I tak życzę smacznego. Naprawdę!
  • Powolność

    Michał Wróblewski 2006-05-05

    Przystanek   (1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Wreszcie zwalniamy. Wreszcie ktoś powiedział - veto! Nie chcę już biec, lecieć, pędzić. Cały świat gna jak ogłupiały, niech więc żyje nam słodka powolność. Kundera trafia w sedno. I trzeba mu przyznać, że robi to z niezwykłą subtelnością. Ta książka to zmysłowa apoteoza życia w całej jego efemeryczności, apologia jednostki i wolności. Ucieczka od wyścigowego tempa Formuły 1, ale ucieczka przeprowadzona w „bullet time”. Milan Kundera niczym „Zenon z Czechoelei” udowadnia na swój sposób, jak nie spieszący się nigdzie żółw egzystencji, wygrywa z szybkonogim Achillesem. Ruch nie tyle okazuje się niemożliwy, co szkodliwy. Pisarz z właściwym sobie humorem przemieszanym z nostalgią odmalowuje piękno chwili i piękno trwania. Pokazuje, ile tracimy w miłości, przyjaźni - relacjach między sobą, ile umyka nam z krajobrazu z własnych wspomnień, gdy ciągle gdzieś gonimy. Dlatego sam postanowił się zatrzymać i oddać cześć libertyńskim czasom, wiekowi „Niebezpiecznych związków”, ale także zachwytu nad życiem i nad jego przyjemnościami. „Powolność” to pean na cześć człowieka, pieśń, która ma go uwolnić od reguł i konwencji, ale przede wszystkim od nieustającego pędu. Czas więc przystanąć, rozejrzeć się, ujrzeć świat w pełni - to propozycja autora, który zachęca nas do rozkoszowania się każdym momentem, do swoistej retardacji i szeptania na ucho - „ chwilo trwaj”. Spróbujmy w takim razie posłuchać Kundery, zwolnijmy razem z nim, połóżmy się na trawie z „Powolnością” w ręce i czytając, kreślmy palcem po piasku – dolce vita, dolce vita.
  • Listy od zabójcy bez znaczenia

    Michał Wróblewski 2006-04-29

    Pełna osmoza   (8 z 9 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Muszę z zadowoleniem stwierdzić, że Jose Carlos Somoza ciągle potrafi mnie zaskoczyć. „List od zabójcy bez znaczenia” to inteligentna rozrywka - błyskotliwa zabawa z czytelnikiem. Somoza łączy w swojej krótkiej powieści elementy, znane z kryminałów Agathy Christie (szczególnie główna bohaterka, Carmen del Mar Poveda – tłumaczka i pisarka - ma w sobie jakiś uśmiechnięty pierwiastek Panny Marple) z potraktowaną z przymrużeniem oka tradycją powieści epistolograficznej. Quasi-sensacyjna historia jest zanurzona w barwnej rzeczywistości nadmorskiego miasteczka, z którym związane są ciekawe, wręcz „marqezowskie” historie trzech tajemniczych kobiet. Czy są one prawdziwe czy może to tylko kolejna „przechadzka po lesie fikcji”? Czy miasteczko naznaczone jest piętnem miłości i śmierci ? Kto jest przyjacielem, a kto wrogiem? Kim jest zabójca? Odpowiedzi na te pytania tkwią w precyzyjnie poukładanych wątkach – szkatułkach, ręcznie malowanych mistrzowską ręka pisarza. Warto wejść w labirynt opowieści, by po chwili zastanowić się nad tym, kto tak naprawdę próbuje znaleźć z niego wyjście. Czy robi to bohaterka czy już raczej to my szukamy drogi w odniesieniach literackich i próbujemy oddzielić świat wyobraźni Carmen od świata Somozy – Demiurga? Gra motywami i konwencją czekają.
  • Michał Wróblewski 2006-04-29

    Posłuchajcie Kaznodziei   (1 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Kto nie sięgnął do tej pory po serię „Kaznodzieja”, może pluć sobie w brodę. Garth Ennis (scen.) i Steve Dillon (rys.) stworzyli jedną z najbardziej charakterystycznych postaci w historii komiksu. Nie będę streszczał ani tego albumu,ani poprzednich – to trzeba przeczytać samemu! Jeśli jesteś żądny wrażeń, niebanalnych rozwiązań fabularnych i lubisz naprawdę wciągające opowieści, sięgnij po „Kaznodzieję”. Warto przeczytać wszystkie części. Dopiero wtedy można prawdziwie delektować się 10 tomem tej, bądź co bądź, zdrowo porąbanej historii. „Wojna w słońcu” nie odbiega bowiem poziomem od poprzednich odcinków. Ma w sobie to, za co tę serię się uwielbia lub za co nienawidzi. „Kaznodzieję” czyta się z zapartym tchem albo urządza się wielkie auto da fe. Dlaczego? To jasne już po lekturze kilku fragmentów. Mocna, brutalna historia, wybitnie dla dorosłych nie tylko ze względu na przemoc, wulgaryzmy i seks, których w niej nie brakuje, ale przede wszystkim przez to, że szarga wszelkie świętości. Nie ma tu problemów ani tematów, które byłby omijane: religia, polityka, homoseksualizm, ksenofobia, rasizm, dewiacje seksualne, współczesna pop – kultura, a nawet kanibalizm. Ale „Kaznodzieja” to również swoiste studium nad złem i dobrem, przyjaźnią i miłością, nad podstawowymi wartościami, ułożonymi tutaj w nową aksjologię. „Kaznodzieja” to komiks, który chwyta za gardło, nie dopuszcza najmniejszej ambiwalencji. Tutaj Bóg jest tchórzem, światem rządzi organizacja o nazwie „Grall”, „Święty od morderców” zastępuje Lucyfera, a najlepszym przyjacielem może być wampir z Irlandii, który nie stroni od butelki. To pełnokrwista historia bez eufemizmów. Dosadność, a zarazem ironia, humor, który potrafi zniszczyć, sugestywny rysunek, czysty kolor, pełna moc. Jeśli są rzeczy, które uderzają niczym powiew wiatru, to „Kaznodzieja” uderza gołą pięścią, stuprocentowym łykiem konkretnego trunku.
  • Dzieła prawie wszystkie

    Michał Wróblewski 2006-04-21

    Gorzki smak koktajli   (2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Wieniedikt Jerofiejew był pisarzem jedynym w swoim rodzaju. Jego oniryczno - alkoholowa twórczość to niedościgły wzór, po który sięgają liczni epigoni. Tym bardziej cieszy pojawienie się na rynku "Dzieł prawie wszystkich", których dopełnieniem są "Zapiski psychopaty" (Wydawnictwo Literackie 2000 ). Jerofiejew znany głównie z Moskwy - Pietuszek, pokazuje się czytelnikowi również jako dramaturg, autor poruszających listów i błyskotliwych aforyzmów, nieustępujących niczym wspomnianej Moskwie. Wieniedikt miał niezwykły zmysł obserwacji. Był wyczulony na absurd rzeczywistości sowieckiej. Bronił się własną, specyficzną metodą - cierpką ironią i alkoholem, które w połączeniu tworzyły nową jakość – koktajl. I to koktajl, który mógł uderzyć do głowy z taką samą mocą, jak wymyślne mikstury ze stronic Moskwy – Pietuszek: Łzy Komsomołki, Balsam Kaanański czy Psia Krew. Warto zatopić się w świat widziany oczami Wujaszka Wieni. Jednym haustem wypić mieszankę, której nie powstydziłby się ani Gogol ani Czechow. Więc pijcie, pijcie, dopóki jeszcze ciepło na dworze.
  • New Moon Daughter

    Michał Wróblewski 2006-04-21

    Księżycowa Cassandra   (2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    "New Moon Daughter" jest płytą, dzięki której uświadamiany sobie, za co kochamy Cassandrę Wilson. Głęboki, zmysłowy głos unosi się i płynie przez kolejne utwory. Niebanalna aranżacja, skromna, a jednocześnie dopracowana, świetnie współgra z charakterystycznym wokalem. Zadziwiająco dobrze wypada też cover "Love is blindness" - U2 . Ta płyta nie rozczarowuje. Nastrojowa, spokojna i kojąca, w sam raz na długie majowe wieczory. Marzenia zawisły w powietrzu, a nowy księżyc przy naszym uchu.
  • Jak będzie po śmierci i inne opowiadania

    Michał Wróblewski 2006-04-21

    Klimatyczny Ladislav   (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    O Ladislavie Klimie nie mówi się często i nie mówi się głośno, to duży błąd. Obok Jaroslava Haska, Karela Capka czy Bohumila Hrabala jest jednym z najciekawszych przedstawicieli literatury naszych południowych sąsiadów. Proza Klimy ma w sobie coś z późniejszej groteski Witkacego, ale widać w niej także nastrój podobny do tego z opowiadanek Poego, Grabińskiego, a nawet Durenmatta. Trochę w niej nymburkowej, gawędziarskiej nuty wujka Pepina, ale szczególnie dowcipu i tragikomicznego budowania świata, znanego z Capka. Codzienna rzeczywistość przeplata się z elementami grozy, fantasmagorii, wierzeniami i tajemniczością. Świat realny staje nagle pomiędzy jawą a snem, prawdopodobieństwem a niemożnością. Zbiorek "Jak będzie po śmierci" i inne opowiadania, to perełka krótkiej formy. Historie z przełomu wieku XIX i XX w trumiennym, zimnym sosie z niepokojących snów i zaskakujących zdarzeń czekają. Zapraszam do Królestwa Postmortalii.
(Stron: 3)

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Promocje - kupuj i oszczędzaj!