stały recenzent  Łukasz Najder

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 59

  • American Psycho

    Łukasz Najder 2007-09-18

    Bohater tamtych czasów (w garniuturze od Armaniego)   (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Powieść Breta Eastona Ellisa otwierają te same słowa, które Dante umieścił nad wejściem do Piekła - "Porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy tu wchodzicie". I tak jest w rzeczywistości. Czytelnik, który pokona próg pierwszej strony, krąg pierwszego rozdziału, poczuje, że znalazł się w piekle, w infernum furii i frustracji, w kipiącym kotle wielkiego miasta. Wergiuliuszem jest tu młody, przystojny, majętny, wysportowany, doskonale ubrany i całkowicie niepoczytalny Patrick Bateman, który wiedzie czytelnika w głąb wrzącego Nowego Jorku i swojego wnętrza. Podążamy szlakiem szalonych imprez i biznesowych lunchów, spelunek i luksusowych lokali, magicznych ulic, na których lśnią modne drogie sklepy i zamglonych zaułków, gdzie z całą mocą tętni zakazane życie. Obserwujemy Patricka przy pracy, jak i podczas szczególnego hobby, którym to w jego przypadku nie jest hodowla kolorowych ryb, czy kolekcjonowanie numizmatycznych okazów, ale - mordowanie. Jesteśmy świadkami okrutnych zbrodni, przemyślnych aktów zadawania bólu, nurzania się we krwi i lęku ofiar. Patrick z lubością opisuje tak zawartość menu w drogiej restauracji, detale ubrania, własną płytotekę, jak i szczegóły swoich mordów. Książka Ellisa to oskarżenie rzucone w sztucznie uśmiechniętą twarz bezczelnego "japiszona", to krytyka konsumpcji ponad miarę, chorobliwego kultu ciała, przesadnej dbałości o strój i całkowitego odrzucenia ludzkich odruchów i uczuć. To karykaturalny obraz Ameryki lat osiemdziesiątych. Mroczna mocna książka.
  • Proust i znaki

    Łukasz Najder 2007-09-03

    W poszukiwaniu znaku   (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Proust w powszechnym mniemaniu, w uproszczonej i popularnej wersji, Proust dla mas (czy może raczej dla czytającej mniejszości) to rozwlekłe nużące zdania, unurzane w czasie i przestrzeni okresy, wielotomowa opowieść, której nikt nie poznał do końca (oprócz Prousta i Boya), arystokracja i zamożne mieszczaństwo, szeleszczące suknie i wystawne bale, wyścigi i wenty, Swann (mający rysy Jeremy'ego Ironsa z filmu Volkera Schlondorffa), narrator wiercący się w łóżku przez pierwsze 30 stron, może księżna de Guermantes i głogi - ale na pewno magdalenka i pamięć. I o ile to ciasteczko pozostanie nadal symbolem powieści Prousta, to już z pamięcią jako podstawową kategorią - tak treści, jak i techniki - może być krucho po przeczytaniu książki, którą napisał francuski filozof Gilles Deleuze. Otóż Deleuze w sposób nader ciekawy i przekonywujący nakłania do lektury niepokornej - lektury, która w sadze Prousta dostrzeże nie tylko osad przeszłości, lecz przede wszystkim uniwersum znaków. Znaków, które są poddawane nieustającej wrzącej interpretacji. Interpretacji, która nie jest prostą metodą docierania do podstawowego znaczenia, ale wiecznym eksperymentowaniem ze znakami, igraniem ze znakami, znaków tych niepokojeniem. I to tam - wedle Deleuzego - między zanikiem a znaczeniem znaku, kryją się podstawowe dla tego tekstu napięcia. A sam tekst jest nie tyle poszukiwaniem utraconego czasu, co prawdy, którą można jeszcze odnaleźć. Gorąco polecam!
  • W dialogu I
    • W dialogu I
    • Jorge Luis Borges, Osvaldo Ferrari
    • cena: 31,49 zł
    • (wysyłamy w ciągu 24 godz.)

    Łukasz Najder 2007-08-26

    Mówi Borges   (2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Utrata wzroku to tragedia dla każdego człowieka. Lecz kiedy ślepotą zostaje dotknięty wielki pisarz, co więcej dyrektor Biblioteki Narodowej i bibliofil, to jest w tym akcie coś z bezinteresownego okrucieństwa bogów, potężnych barbarzyńskich istot, które w imię zawiści albo też w rozpaczliwej obronie własnych interesów, dopuszczają się czegoś tak potwornego. Lecz on, Jorge Francisco Isidoro Luis Borges Acevedo, nie upadł na duchu, nie upadł na dno gnuśności i miotania obelg, ale każdego dnia przekonywał, że ten mrok nie okaże się milczeniem. Borges mówi. Borges pogrążył się w ciemnościach, ale nie przestał tworzyć. Zmienił technikę życia i tworzenia. Teraz nie opiera się na pracującej zawzięcie ręce, ale na strunach głosowych. Korzystając z bogactwa swej wiedzy i wyobraźni konstruuje utwór "wewnątrz siebie", a potem dyktuje go jednemu z sekretarzy. Ponadto naucza, objeżdża cały świat ze swoimi wykładami. Borges chętnie też słucha innych: lektorów, którzy czytają mu książki oraz tych, którzy zadają pytania. "W dialogu I" to właśnie seria takich pytań, które postawił pod koniec życia Borgesowi dziennikarz Osvaldo Ferrari. To zapis 45 radiowych rozmów. Krótkich, ciekawych, ironicznych. Tematyka dowolna i rozległa. Osią spotkania może być moc improwizacji i tożsamość Argentyńczyków, literatura modernizmu, etymologia wyrazu "biały", historia rodziny Borgesa, wrażenia z podróży, problem czasu, kogucie walki, sonet, Kipling, Kafka, a także wiele innych kwestii życia i sztuki. Polecam każdemu.
  • Splendor
    • Splendor
    • Vladimir Nabokov
    • (towar niedostępny)

    Łukasz Najder 2007-08-05

    Wyczyn i splendor   (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Jest wiele nonsensownych poglądów i tez, za pomocą których człekokształtne stado ekspertów, zawołanych arbitrów, znawców wielorazowego użytku, pacyfikuje wojowniczą naturę wolnego człowieka, pęta jego narowistą indywidualność, a w miejsce pierwotnych konfliktów i kontrastów ordynuje lepką letnią ciecz. Jedną z takich groteskowych i zgubnych teorii jest ta, która głosi, że wakacje są czasem, kiedy leniuchować do woli może i duch, i ciało. Co do cielesności - pełna zgoda. Uwolnienie z lassa krawatu i sieci pończoch - jak najbardziej! Swoboda manier i min - proszę bardzo! Nic tak lepiej nie poprawia humoru i krążenia jak nieobuta stopa wtapiająca się w kolące i kruche poszycie lasu. Po roku ciężkiej pracy na każdego winien czekać całodobowy raj radości i relaksu. Lecz - zaklinam! - niech to nie oznacza, że i nasz umysł ma wziąć sobie urlop. Że ma głodować - przechodzić posuchę. Domagam się gremialnej i gromkiej kontestacji (potężny wiec, wzniesione pięści) - skutecznej kontry, która zwali z nóg monstrum masowego przekonania, że lipcowa laba lub sierpniowa pauza, to stosowna chwila, by oddawać się rozkoszom w rodzaju tak zwanej "lekkiej lektury" - "lektury wakacyjnej" - "pozycji łatwej i przyjemnej". Nie i nein! Dość już oglądania brzuchatych panów, którzy z marsem na czole podążają tropem od stygnącego trupa do typa ściskającego w garści pistolet lub nóż. Starczy pań zawieszonych nad kolorową płachtą magazynu, którego treścią są rewelacje w rodzaju tej, że znany piosenkarz zjadł własny dywan. Kanikuła nie musi oznaczać intelektualnej kapitulacji. Oblana słonecznym blaskiem plaża, weranda w błogosławionym cieniu sutej winorośli, ławka będąca ci oparciem w oczekiwaniu na opóźniony pociąg, łupina łódki płonąca w łunie zachodzącego dnia, biały jak kreda szkielet greckiej świątyni, migocące światła Marakeszu, skalna półka w polskich Tatrach - Tartar upału na tureckiej równinie - żaden z tych punktów w przestrzeni nie powinien być wstępem do kalorycznego kryminału albo równie szkodliwego romansu, czy powieści sensacyjnej. Zasługujesz na coś więcej. Polegujące członki, tułów, w którego wnętrzu zachodzą miłe procesy trawienne, milczący telefon. Czas na książkę, która w całości, jak i w każdej ze swych części, frapuje i wciąga, hipnotyzuje mnogością artystycznych trików i plastycznością postaci, która jest pochwałą ruchu jako przeznaczenia człowieka i spokojną refleksją nad miejscem w świecie, rosyjską powieścią w klasycznym wydaniu i uniwersalną baśnią o smutku banity, o niespełnionej miłości - o bezinteresownej ofierze, odwadze wołającej na zoorlandzkiej puszczy. Ta książka to "Splendor" Vladimira Nabokova. Gorąco polecam.
  • Pejzaże miasta
    • Pejzaże miasta
    • Roberto Salvadori
    • cena: 22,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)

    Łukasz Najder 2007-07-29

    Miasto, miasto   (2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Wedle Roberta Salvadoriego przełomem w historii Europy okazał się moment, gdy miasto uwolniło się od wielowiekowego przymusu posiadania murów, a dzięki usunięciu tej maski, unieważniło też i własne milczenie. Miasto poczęło mówić - napełniło swe usta mową, wrzącą masą mieszczaństwa. Miasto - nagle nagie - otrzymało nową tożsamość i twarz, otworzyło szeroko okna swoich oczu. W pierwszej części tej książki autor opisuje różne rodzaje miast XIX i XX wieku. Mamy zatem i "miasto mieszczańskie", kanoniczną postać nowoczesnego miasta, wzorzec, podług którego kolejne pokolenia tworzą kopie na własny użytek. "Miasto impresjonistyczne" - stanowiące bodziec do powstania i rozwoju prekursorskich technik malarskich, za pomocą których artyści starali się odtworzyć pulsujące tempo metropolii. Są miasta "futurystyczne" (napawające się pięknem własnej sztuczności), "ekspresjonistyczne" (będące realizacją kunsztownego koszmaru), "metafizyczne" (ułożone ze snu i silnego światła). A także miasta islamu. Osobną kategorię tworzą miasta-potwory, monstra, które przyszły na świat z woli takich ludzi jak Mussolini i Hitler. Prócz tego "niewidzialne miasta" Italo Calvina. Prócz tego parę miast opisanych przez Claudio Magrisa - parę pereł nanizanych na nitkę Dunaju. Część trzecia to kilka krótkich szkiców architektoniczno-urbanistycznych o takich miejscach jak arabska Tabarka i Paryż, przemysłowe Roubaix i Poczdam. Mnie najbardziej do gustu przypadła środkowa partia - opis podróżowania po Europie Roberta Salvadoriego, galeria portretów odwiedzanych przez niego miast. W głównej mierze są to próby sporządzenia portretu, pocztówki, na których ograniczono się do kolorów i kształtów określających miasto, określających wrażliwość i wiedzę autora. Dla Salvadoriego miasto to nie tylko jego budowle i barwa bruku, ale i brak - bolesna nieobecność, pustka po - jak pustka po synagogach, które jeszcze sześćdziesiąt lat temu były nieodłącznym elementem krajobrazu miejskiego Europy Środkowej i Wschodniej. Teraz na ich miejscu otwiera się otchłań, próżnia, studnia bez dna, do której autor rzuca kilkanaście słów pożegnania i żalu. Zamiast domu modlitwy jest zapuszczony skwer, plac i spiżowa postać na placu, plama asfaltu, po której krążą ludzie i auta. Salvadori oprowadza nas po Lwowie i Wrocławiu - niemieckim Breslau, na którego glebę transplantowano lwowską florę, kwiat kresowej ludności. Odwiedzamy Ołomuniec, w którym Mozart skomponował VI symfonię F-dur. Wniwecz obrócone i odbudowane Drezno. Lipsk. Poznajemy różnicę, która dzieli Wiedeń i Budapeszt - kontrast między miastem muzealnym a miastem młodym. Kowno - ten kraniec architektonicznego baroku. Wilno. Tragiczną Pragę i Petersburg w teatralnej oprawie swoich białych nocy. Książka dla każdego, kto lubi podróże - i te prawdziwe z walizką i mapą, jak i te urojone - na kanapie, z książką w ręku.
  • Podkreślenia moje. Autobiografia

    Łukasz Najder 2007-07-29

    Opowieść świadka wieku   (1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Ciężkie to zadanie zamknąć w recenzji - jak w klatce - patos i piękno tej opowieści, prawdę i grę wyobraźni, czas, o którym opowiada, tłum ludzi, który biegnie, podróżuje, drepce, spaceruje po ulicach i placach europejskich stolic, tumult wzniosłych sporów, tempo doczesnych spraw, okrucieństwo i łaskę losu, magię śmierci i morał miłości. Zwierzenia Niny Berberowej - jak niebezpieczne i dzikie zwierzęta - są godne podziwu na wolności, na otwartej przestrzeni, pod zbełtanym bielą błękitnym niebem, na sawannach stronic, w cieplarnianym klimacie płonącej lampy, na kontynencie książki. Lecz za kratami tej krótkiej notki - w zorganizowanym zoo kilku zdań - są tylko pensjonariuszami, głodnymi widmami, które miotają się od ściany do ściany. Nina Berberowa (1901-1993) była przy narodzinach minionego wieku i nieomal doczekała chwili, gdy zatrzaśnięto nad nim wieko. Blisko sto lat życia. Jak najbliżej wielu przełomowych momentów - rewolucji i wojen, estetycznych deklaracji ogłaszanych szeptem przez poetów i ogłuszających pogróżek dyktatorów. Osobiście znała takich twórców jak Achmatowa i Nabokov - z oddali widziała Lenina i jego bandę. Mimo że obracała się w licznych grupach i gremiach, to propagowała samotność jako najbardziej naturalny stan człowieka. Swoich przyjaciół ukazuje jak na uczcie - weseli, rozmowni, gościnni, uwiecznieni w zamaszystym geście lub gromkiej głosce. Najczęściej znajdują dopełnienie swego istnienia w powściągliwym nawiasie, (poległ), (zginął na Wyspach Sołowieckich), (rozstrzelany). Rosyjska pisarka poznała trud tułaczki i tragedię prowizorycznego trwania na obrzeżach społeczeństwa, w gettach dla uchodźców, na marginesie dla tych, co nie chcieli się ukorzyć przed totalitarnym bogiem. Niezwykła opowieść o minionym stuleciu - stuleciu, które odbiło się w oczach Niny Berberowej - tego lustra, które przemówiło.
  • Łukasz Najder 2007-07-14

    Portret miasta   (3 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Jeden poeta. Dwa eseje. Miasto o wielu obliczach. Josif Brodski opowiada o Sankt-Petersburgu, które powstało jako realizacja szalonej i genialnej wizji cara Piotra I, o Piotrogrodzie czasów rewolucji bolszewickiej i wojny domowej, o Leningradzie własnego dzieciństwa i straszliwej, prawie trzyletniej blokady, kiedy oblężone miasto przez ponad 900 dni i nocy było wystawiane na próbę śmierci i głodu, mrozu i chorób. Opowiada także o swojskim Pitrze – miejscu, w którym narodziła się rosyjska literatura, w którym żyli tak potężni twórcy jak Dostojewski, Gogol, Puszkin, i które stało się dla nich natchnieniem i tworzywem, prawdą i literackim odbiciem. Również dla samego Brodskiego, Petersburg to i wena, dzięki której płodzi swoją niezwykłą poezję, swoją znakomitą prozę, i wspomnienie, i widmo, które nawiedza duszę wygnańca na amerykańskiej ziemi. Petersburg to miasto, które miało być oknem na świat dla całej Rosji – i było tak, póki komuniści nie wstawili w to okno krat. Z tego więzienia nikt nieprawomyślny nie mógł wyjechać, a jeśli to uczynił – to już nie mógł do niego wrócić. Brodski w tekście „W półtora pokoju” w przejmujący sposób opowiada o swoich rodzicach – opisuje ich ubóstwo i walkę o zachowanie godności, prostackie otoczenie i wewnętrzną wolność, opowiada o rozłące, która była rozdzieleniem na zawsze. O bólu dziecka, któremu nie pozwolono uczestniczyć w pogrzebie ojca i matki. O bólu rodziców, których kontakt z ukochanym synem ograniczał się do krótkich kontrolowanych rozmów telefonicznych. W tej książce Brodski to poeta, który za pomocą eseistycznego rozmachu przekazuje potomności piękno i pozór tego miasta – to pisarz, u którego pełną parą pracuje precyzja poety.
  • Nowa antologia osobista

    Łukasz Najder 2007-07-01

    Zaproszenie do podróży   (1 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Podróż to na pozór prosta sprawa i przyjemność - zadość, które czyni się ciekawości, oswojone pająki paniki, co spokojnie pną się po stopniach kręgosłupa, automat i magia, które umożliwiają przenoszenie z miejsca na miejsce. Podróż to dla większości prosta sprawa i przyjemność, lecz dla mnie - przerażające doznanie. Przeżycie i wstrząs - już na samą myśl, że wpadnę w tę próżnię, która powstaje na skutek ruchu, w ten rozziew między "już" a "jeszcze" (już nie tu, a jeszcze nie tam), w ten rów nazywany różnicą. Filozoficzna obawa o własną istotę, która pocznie się redukować i marnieć "która stanie się bytem niższego rzędu, transportowanym biletem i bagażem. Trwoga, że sięgną po mnie plugawe ręce powszechnych przekleństw i chorób - takich jak nuda, takich jak niepokój, że owioną mnie naturalne wonie, że okażą mi się tłuste nagości. Przekonanie, że padnę łupem umięśnionych łap i małpich uśmiechów. Unikam zatem, ograniczam się. Lecz są - niestety! - takie zderzenia zdarzeń, takie kolizje okoliczności, plątanina obowiązków i poleceń, z której nie uda się wyjść o własnych nogach, pokonać spacerem, parą zapracowanych stóp. I wówczas - w obliczu bólu, w kleszczach lęku, kiedy nieuniknionym okazuje się i podróż, i pociąg, staję przed plutonem egzekucyjnym wyboru, szukam skutecznego sposobu, dzięki któremu przetrwam, podołam trudom tej trasy. Dla jednego będzie to sen, dla drugiego spontaniczna rozmowa, dla innego kontemplacja pejzażu, lecz dla mnie - zawsze lektura. Lecz nie podrzędna i lekka, żaden tam kryminał, czy nagrodzona współczesna powieść, lecz Borges. To on jest lekiem na moje lęki, to jego książkę wsuwam do kieszeni. Jego opowiadania czytam - najpierw w pełznącym autobusie, potem w dworcowej poczekalni (pełnej sztywnych podróżnych i ruchliwych bezdomnych), na pędzącym korytarzu (pośród obcych korpusów i kończyn), wreszcie w klatce przedziału. Dzięki niemu, dzięki potędze jego prozy, mądrości esejów i wierszy rozpływają się postacie, znikają krajobrazy, te wszystkie stacje, która już teraz nie są niczym innym jak zwięzłym postojem, nieznaną wcześniej nazwą, charkotem megafonu. Po pewnym czasie nie wiem, już kto kogo zabrał w podróż: czy ja Borgesa czy Borges mnie? Skradam się od strony do strony, biegam w labiryncie, odbijam się od luster, wracam – by za chwilę pochłonąć kolejną kartkę i poznać kolejną krainę, kolejnego tygrysa przyczajonego w wysokiej trawie. Jestem i azteckim kapłanem, i jaguarem, i dżentelmen poszukującym nieistniejącego państwa w realnych encyklopediach. Nie odróżniam oryginału od kpiny z oryginału, od kopii powtarzanej w nieskończonych seriach. Bohatera od heroicznego bibliotekarza, ślepoty od jasnowidzącego snopu światła. Nie wiem, w końcu dokąd jadę - do miasta na Pomorzu czy do Buenos Aires? Zdążam do osnutego mgłą Londynu czy Jukatanu pogrążonego w gorączce upałów i zieleni? A może tak naprawdę nie ruszyłem się na krok z kanapy, na której leżę od kilku godzin i czytam? I wszystko to, co powyżej jest żartem, filologicznym popisem, zachętą do lektury - zawartością krzywego zwierciadła.
  • Nowa antologia osobista

    Łukasz Najder 2007-07-01

    Zaproszenie do podróży   (1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Podróż to na pozór prosta sprawa i przyjemność - zadość, które czyni się ciekawości, oswojone pająki paniki, co spokojnie pną się po stopniach kręgosłupa, automat i magia, które umożliwiają przenoszenie z miejsca na miejsce. Podróż to dla większości prosta sprawa i przyjemność, lecz dla mnie - przerażające doznanie. Przeżycie i wstrząs - już na samą myśl, że wpadnę w tę próżnię, która powstaje na skutek ruchu, w ten rozziew między "już" a "jeszcze" (już nie tu, a jeszcze nie tam), w ten rów nazywany różnicą. Filozoficzna obawa o własną istotę, która pocznie się redukować i marnieć "która stanie się bytem niższego rzędu, transportowanym biletem i bagażem. Trwoga, że sięgną po mnie plugawe ręce powszechnych przekleństw i chorób - takich jak nuda, takich jak niepokój, że owioną mnie naturalne wonie, że okażą mi się tłuste nagości. Przekonanie, że padnę łupem umięśnionych łap i małpich uśmiechów. Unikam zatem, ograniczam się. Lecz są - niestety! - takie zderzenia zdarzeń, takie kolizje okoliczności, plątanina obowiązków i poleceń, z której nie uda się wyjść o własnych nogach, pokonać spacerem, parą zapracowanych stóp. I wówczas - w obliczu bólu, w kleszczach lęku, kiedy nieuniknionym okazuje się i podróż, i pociąg, staję przed plutonem egzekucyjnym wyboru, szukam skutecznego sposobu, dzięki któremu przetrwam, podołam trudom tej trasy. Dla jednego będzie to sen, dla drugiego spontaniczna rozmowa, dla innego kontemplacja pejzażu, lecz dla mnie - zawsze lektura. Lecz nie podrzędna i lekka, żaden tam kryminał, czy nagrodzona współczesna powieść, lecz Borges. To on jest lekiem na moje lęki, to jego książkę wsuwam do kieszeni. Jego opowiadania czytam - najpierw w pełznącym autobusie, potem w dworcowej poczekalni (pełnej sztywnych podróżnych i ruchliwych bezdomnych), na pędzącym korytarzu (pośród obcych korpusów i kończyn), wreszcie w klatce przedziału. Dzięki niemu, dzięki potędze jego prozy, mądrości esejów i wierszy rozpływają się postacie, znikają krajobrazy, te wszystkie stacje, która już teraz nie są niczym innym jak zwięzłym postojem, nieznaną wcześniej nazwą, charkotem megafonu. Po pewnym czasie nie wiem, już kto kogo zabrał w podróż: czy ja Borgesa czy Borges mnie? Skradam się od strony do strony, biegam w labiryncie, odbijam się od luster, wracam – by za chwilę pochłonąć kolejną kartkę i poznać kolejną krainę, kolejnego tygrysa przyczajonego w wysokiej trawie. Jestem i azteckim kapłanem, i jaguarem, i dżentelmen poszukującym nieistniejącego państwa w realnych encyklopediach. Nie odróżniam oryginału od kpiny z oryginału, od kopii powtarzanej w nieskończonych seriach. Bohatera od heroicznego bibliotekarza, ślepoty od jasnowidzącego snopu światła. Nie wiem, w końcu dokąd jadę - do miasta na Pomorzu czy do Buenos Aires? Zdążam do osnutego mgłą Londynu czy Jukatanu pogrążonego w gorączce upałów i zieleni? A może tak naprawdę nie ruszyłem się na krok z kanapy, na której leżę od kilku godzin i czytam? I wszystko to, co powyżej jest żartem, filologicznym popisem, zachętą do lektury - zawartością krzywego zwierciadła.
  • Słownik Schulzowski
    • Słownik Schulzowski
    • Włodzimierz Bolecki, Jerzy Jarzębski, Stanisław Rosiek
    • cena: 55,49 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)

    Łukasz Najder 2007-06-25

    Przewodnik i przygoda   (2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Pierwsza lektura Brunona Schulza – spełniona ze szkolnego obowiązku – obudziła we mnie ognistą ochotę na poznanie wszystkiego, co wyszło spod pióra tego natchnionego twórcy. Ta pierwsza lektura spowodowała pożar, który płonie do dziś, palącą potrzebę badania, zgagę ciekawości. Ale nie chcę – nigdy nie chciałem – ugasić mojego pragnienia. Dlatego tak często, tak często i z taką przyjemnością, powracam do świata powołanego gestem i głosem tego skromnego człowieka, tego potężnego Demiurga. Dlatego po „Sklepach cynamonowych” poznałem „Sanatorium pod Klepsydrą”, a po obu zbiorach opowiadań, pełnoprawnych planetach obracających się na literackim firmamencie, jeszcze i nieukończone konstelacje utworów rozproszonych, drogę mleczną korespondencji, zabójcze meteory jego pism krytycznych. Oprócz tego panoptikum grafik. I historię życia – tę dramatyczną doczesność, którą rozpoczął epicki płacz najmłodszego, trzeciego dziecko Jakuba Schulza, kupca bławatnego, a zwieńczył krótki okrzyk i kula nazistowskiego oprawcy. Lecz poruszanie się na własną rękę – i obie ruchliwe nogi – po schulzowskim uniwersum nie jest zajęciem łatwym, prostą czynnością, zwięzłym przeciągiem czasu – to raczej nieskończona podróż, podczas której winno się kierować raz płochą intuicją, a raz porządną mapą – to ogarniać ogrom całości, to znowuż wnikać w miąższ detali. Przed zapuszczeniem się w głąb tej krainy, warto uzbroić się w parę pożytecznych przedmiotów – warto zatem zabrać ze sobą „Słownik schulzowski”. To pozycja godna polecenia i uwagi. Propozycja, której nie sposób odmówić. Uniwersalne narzędzie – które jest i kluczem do wielu drzwi, i pochodnią, przed którą pierzcha demon mroku, i nicią, która umożliwi nam lawirowanie po labiryncie. Słownikiem można się posługiwać na wiele sposobów – podążać szerokim traktem lektury linearnej, powoli piąć się po stopniach alfabetycznej gradacji, bądź to błąkać się jego sekretnymi ścieżkami, hasać od hasła do hasła – utwardzoną drogą zmierzać do celu lub też kręcić się i kluczyć kilometrami korytarzy, podejmować ryzyko daremnego duktu (a tylko takie wiodą do serca sekretu) albo poczekać na zorganizowany transport gotowych przyczynków i odsyłaczy. Klarowna polszczyzna, mnogość tematów, rój reprodukcji, piękno samego wydania. Polecam.

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Promocje - kupuj i oszczędzaj!