Łukasz Najder
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 59
-
- Podróż do wnętrza wiednia
- Gerhard Roth
- cena: 24,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Łukasz Najder 2010-02-21
Mroczny Wiedeń (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Książka Gerharda Rotha jest przewodnikiem po innym Wiedniu, niż ten oficjalny, kulturalny, zdobny, będący mekką turystów z całego świata. To opowieść o trzewiach Wiednia – o jego układzie trawiennym i wydalniczym, tym rozbudowanym mechanizmie, niezbędnym, co prawda, do życia i funkcjonowania dużego nowoczesnego polis, lecz zarazem na tyle odstręczającym w niektórych swoich przejawach, a przez to kolącym mieszczańskie oko i drażniącym mieszczańskie noski, że niekiedy bywają one pieczołowicie ukryte, zamaskowane, wyrugowane z powszechnej świadomości. Roth przywraca pamięć miejscom, w których na przestrzeni wieków wiedeńczycy kanalizowali – tak w celach praktycznych, jak i rozrywkowych – swoje potrzeby i pasje, nierzadko wywodzące się z patologicznego obszaru ludzkiej natury. Dlatego celowo omija okazałe parki i pałace, nie wyzyskuje obiegowych mniemań o Wiedniu i nie serwuje czytelnikom reklamowej laurki o międzynarodowej stolicy muzyki, mateczniku filozoficznej myśli, czy architektonicznych perłach baroku, lecz zstępuje w głąb, wybiera mrok, opowiada się po stronie marginesu. Dzięki temu niekonwencjonalnemu podejściu i dociekliwości autora dane jest nam odwiedzić i poznać takie przybytki jak c.k. szczwalnia, gdzie w cylindrycznej budowli próbowano w osiemnastym wieku wskrzesić rzymską ideę krwawych igrzysk i napawać się walkami dzikich zwierząt, wieżę szaleńców, sale koncesjonowanej kaźni, kafkowskie korytarze sądów, znajdujące się pod ziemią magazyny biblioteki, czy noclegownię dla bezdomnych, w której niecałe sto lat temu przemieszkiwał niedoszły student akademii plastycznej o nazwisku Hitler. Wnikamy w katakumby i ścieki kanalizacyjne. Wysłuchujemy przejmującej narracji o Leopoldstadt – dawnej dzielnicy żydowskiej, z której w okresie władzy nazistów wywieziono na zagładę ponad sześćdziesiąt tysięcy mieszkańców. Metr po metrze i wiek po wieku badamy konstrukcję i historię katedry świętego Szczepana, która wedle słów samego autora jest wiernym odbiciem psychiki i losów Austriaków – kluczem do zrozumienia ich traum i paradoksów, mapą zbiorowej mentalności narodu. Na koniec – blisko stustronicowa przechadzka po Muzeum Wojskowości, fascynująca, ale i przerażająca wyprawa po europejskich rzeziach i wynalazkach, które czyniły te rzezie jeszcze bardziej widowiskowymi i wydajnymi. „Podróż do wnętrza Wiednia” jest po części naukowym esejem, a po części osobistą rozprawą Rotha z grupową jaźnią jego ziomków – może nie tak radykalnie i dosadnie poprowadzoną jak u Jelinek, czy Berharda, jednak nie mniej pasjonującą. -
- Performerka
- Don DeLillo
- cena: 17,49 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Łukasz Najder 2009-03-28
Przeciętna sztuka (1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
„Performeka”, to pierwsza książka, którą DeLillo napisał po swoim opus magnum, czyli „Podziemiach”. „Performerka” jest od niej krańcowo odmienna. Bo tak jak „Podziemia” były imponującym epickim zamierzeniem, monumentalną narracją , w której opowiadano los amerykańskiej społeczności na przestrzeni kilkudziesięciu lat, tak „Performerka” jest zwięzłą i oszczędną konfesją, indywidualnym wyznaniem, historią osamotnionej kobiety, relacją z pierwszych tygodni wdowieństwa. Tytułowa „Performerka” to Lauren Hatke, artystka uprawiająca body art. Jest żoną Reya Roblesa, awangardowego reżysera filmowego, niespełnionego, zblazowanego twórcy undergroundowego kina, którego sława już dawno przebrzmiała. Jak można wnosić z pierwszych ustępów książki, nie jest to szczęśliwe małżeństwo. Lauren i Rey stanowią bardziej parę osób, które na mocy dziwacznego przyzwyczajenia spędzają razem czas w tym samym miejscu. Ich wspólne chwile to rodzaj przedziwnego groteskowego rytuału, w trakcie którego oboje nawzajem się wymijają, wyznaczają sobie linie graniczne, oznaczają przedmioty jako „twoje” lub „moje”, ustanawiają prawa, wygłaszają tuzinkowe kwestie, milczą. Ich związek to wymuszona symbioza dwóch wypalonych planet, które wirują po tej samej orbicie w lodowatym mroku kosmosu. Pewnego dnia Rey popełnia samobójstwo w nowojorskim mieszkaniu swojej pierwszej żony. Lauren zostaje sama w starym wiejskim domu. Jednak nie na długo. Bo nieoczekiwanie pojawia się w nim ktoś jeszcze. Właśnie kto? Czy młody mężczyzna, którego Lauren znajduje w jednym z pokoi to zbiegły pensjonariusz pobliskiego zakładu psychiatrycznego, duch, przybysz z innego wymiaru? Rozwiązanie tej zagadki sprawi, że Lauren dowie się o sobie i swoich relacjach ze światem więcej niżby sobie tego życzyła. Przyznam, że na „Performerkę” czekałem z niecierpliwością i nadzieją. Wierzyłem, że będzie to kolejna znakomita książka mojego ulubionego autora. Przekonanie, że „Performerka” stanie się literackim wydarzeniem, podsycały dodatkowo entuzjastyczne blurby wydawcy, że mamy tu do czynienia z metafizycznym dreszczowcem, relacją z otchłani. Jednak „Performerka” nie rzuca na kolana. Owszem jest dobrze – a miejscami nawet i bardzo dobrze – napisana. Oparta na intrygującym pomyśle. Śmiało i bez zająknięcia obnaża tajniki kobiecej psyche. Ma kapitalne zakończenie. Lecz to nie wystarcza, by zachwycać się tą książką. Daleko jej do misternej kondensacji „Graczy”, ekscytujących knowań „Libry”, piekącej ironii i artyzmu „Białego szumu”, rozmachu „Podziemi”. „Performerka” sprawia wrażenie napisanej z wysiłkiem, pod dyktando konieczności, a nie z w własnej natchnionej woli. Jakby dłoń pisarza nie była jeszcze w pełnej formie po latach zmagań z materią „Podziemii”. Wszystko to sprawia, że „Performerka” nie wywołuje – u mnie przynajmniej – gorętszych uczuć, miejscami nudzi i zniechęca ceremonialną „trudnością” i pozą na „wysoką literaturę”. Dla miłośników talentu DeLillo pozycja obowiązkowa, dla reszty – niekoniecznie. -
- Even Cowgirls Get the Blues
- Tom Robbins
- (towar niedostępny)
Łukasz Najder 2009-03-22
Rewolucja w drodze (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
„Even Cowgirls Get the Blues” to historia Sissy Hankshaw – historia niezwykłej dziewczyny. Wyjątkowo złośliwy los, albo jakiś bóg o dziwacznym poczuciu humoru, sprawił, że ta urodzona rewolucjonistka, zawołana buntowniczka, ta bojowniczka wnosząca chaos w każdy zastały porządek, przyszła na świat nie gdzie indziej jak w centrum wszelkiej zachowawczości, w dawnej stolicy Konfederacji, w Richmond, stan Virginia. Trudno o gorsze miejsce dla tak niespokojnego ducha jak Sissy. Sissy była fenomenem – zjawiskiem jaskrawo wyróżniającym się na tle społeczności bezmyślnych przeżuwaczy, sytych konsumentów, lojalnych obywateli, spełnionych użytkowników dekady Eisenhowera. Sissy była dziewczyną o największych kciukach na świecie. Właśnie ta unikatowa cecha anatomiczna sprawi, że Sissy pewnego dnia poczuje zew i zacznie z całą determinacją realizować swe przeznaczenie. Lecz również ta sama imponująca anomalia sprawiła, że ludzie – tak obcy, jak i najbliżsi – próbowali wyłączyć ją ze znormalizowanej populacji i zredukować do roli miejscowego kuriozum, albo szatańskiego pomiotu, albo kaleki, nad którą trzeba się litować. Dlatego Sissy musiała opuścić miasto. Autostrady w Ameryce to otwarte kanały do innej czasoprzestrzeni – tunele wiodącego do nowej, lepiej wyposażonej przyszłości. A dzięki swoim monstrualnym kciukom została najlepszą i najbardziej wydajną autostopowiczką w Stanach. Sissy, królowa szos, papieżyca poboczy. Nie było kierowcy, który by jej odmówił. Nie była auta, które by nie lgnęło do tej wiotkiej postaci niczym do magnesu. Sissy on the road. To początek wyprawy. Przed Sissy – jak i przed czytelnikiem – masa niesamowitych przygód: bicie rekordów w poruszaniu się autostopem bez odpoczynku, nieudane małżeństwo, kariera modelki u potentata z branży płynów do higieny intymnej, pobyt na Ranczu Gumowa Roża, tajna misja, intensywna miłość lesbijska, kontakty ze sprośnym guru Chinkiem, obrona ostatniego stada dzikich żurawi wędrownych, rewolucja, oświecony feminizm, wojna z rządem, utrata jednego z kciuków, najwyższy etap oświecenia. Fenomenalna powieść. Dzieło otwarte jak kocioł, w którym wirują i wrą najróżniejsze ingrediencje. Zmienne perspektywy narracyjne, rozbudowane partie liryczne, ironiczne komentarze odautorskie, wstawki encyklopedyczne. Niemal każda strona zapada w pamięć i pobudza czytającego do gromkiego śmiechu. Tom Robbins w„Even Cowgirls Get the Blues” pokazuje jak wypowiada się geniusz. -
- Kolonie Knellera
- Etgar Keret
- cena: 27,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Łukasz Najder 2009-03-08
Za najdalszą z granic (2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Dokąd trafia człowiek po śmierci? Są różne propozycje. Według materialistów i gorliwych sceptyków, zgon jest końcem, nieodwracalną zmianą stanu skupienia – przemianą czegoś w nic. Czyli – raczej marnie. Zero podróży w zaświaty. Żadnych last minute i wygodnych kwater, w których można przeczekać wieczność. Zostaje po nas co najwyżej jakiś pojedynczy jpg w pamięci bliskich, albo mleczna chmurka, którą czknie komin miejskiego krematorium w jesienne przedpołudnie. Dla tych, którym jednak nie pasuje rozpatrywanie własnej osoby w kategoriach potencjalnego nawozu, czy też sypkiego wkładu do urny, wiodące na rynku religie przygotowały ofertę specjalną. Mamy zatem rozbudowane kompleksy wypoczynkowe – aquaparki, ogrody, kaloryczne wyżywienie, all inclusive – dla ludzi dobrych i dziury bez klimatyzacji dla grzesznych. A dokąd trafiają samobójcy? To ważne rozróżnienie. Od dawna bowiem, tych, którzy targnęli się na swoje życie, umieszczano na marginesie wspólnoty – tak w wymiarze doczesnym, fundując im pochówki na rozstajach dróg, lub pod murem cmentarnym, jak i duchowym, wykluczając takowych na zawsze z pośmiertnych związków i komun. Ich losem miała być nieskończona tułaczka, nękanie żywych, wydawanie atonalnych dźwięków. Według Edgara Kereta takie przypadki trafiają do szczególnego miejsca, wydzielonego obszaru dla samobójców, który na pierwszy rzut oka nie rożni się niczym od świata żywych – i tutaj można znaleźć pracę, nowoczesną zabudowę, otwarte puby, laski. Wymierną odmienność stanowi to, że funkcjonują w nim wyłącznie samobójcy. Zarówno ci przeciętni, jak i przedwcześnie zgasłe gwiazdy szołbiznesu w rodzaju Kurta Cobaina. Podstawowym rytuałem w trakcie zawierania znajomości jest uważna obserwacja „tego drugiego” i odgadywanie, na podstawie ran, jaką metodą ze sobą skończył. Większość czasu upływa na nudzeniu się, łażeniu po lokalach, próżnych dywagacjach. Nie inaczej postępuje Chaim, główny bohater i narrator opowiadania „Kolonie Knellera”, zamieszczonego w zbiorze pod tym samym tytułem. Chaim to nieszczęśliwych zawiedziony kochanek, który tęskni za swoją miłością nawet w gnuśnej rzeczywistości pozagrobowej. Pewnego dnia dowie się, że i ona, Orga, tu przybyła. Razem ze swoim kumplem Arim i autostopowiczką Lihi wyruszy na jej poszukiwanie. Na swojej drodze napotkają Knellera, tajemniczego zarządcę tajemniczej koloni, Króla Mojżesza, przekupnego psa i … Wyjątkowo udany zestaw tekstów. Prócz znakomitych „Kolonii Knellera” możemy przeczytać jeszcze nostalgiczną opowieść o kierowcy, który chciał być Bogiem, infernalnego „Szprycerek z piekła” i fenomenalną „Macicę” – rzecz bez precedensów, ostrą jazdę, w której za główny obiekt literackiej wypowiedzi robi wycięta macica matki protagonisty. Keret pisze zwięźle, ostro, dosadnie. Zdania Kereta są niezasłużonymi policzkami. Igłami, które auto wbija znienacka w czytelnika. Porcją elektrowstrząsów. To proste instrumenty, za pomocą których można przeprowadzać wymyślne tortury. Niezwykłe doznanie. -
- Niemcy na peryferiach Europy. Wędrówki przez Litwę, Spisz i brzeg Morza Czarnego
- cena: 31,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)
Łukasz Najder 2009-02-22
Nieznane plemię (1 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)
Pierwszym uczuciem, które pojawiło się u mnie w trakcie lektury tej książki, było uczucie zdziwienia. Bo co i rusz dowiadywałem się nowych i niezwykłych rzeczy o miejscach – jak wydawało mi się, do tej pory – znanych, oswojonych, bliskich. Litwa, Słowacja, Krym. Któż by pomyślał, że można wyruszyć w te rejony w poszukiwaniu czegoś więcej niż stymulujące pejzaże i nieme zabytki, niż centra terapeutycznych uciech? A jednak. Okazuje się, że są to też mało gościnne azyle, w których żyją tajemnicze plemiona, niechciani sąsiedzi, zgorzkniałe niewielkie wspólnoty, Niemcy. Karl-Markus Gauss w swoim reportażu opowiada właśnie o ich losach – przedwojennych, które z perspektywy lat i zaznanych okrucieństw jawią się jako mityczne i sielskie, oraz powojennych, które były pasmem upokorzeń, prześladowań i alienacji. W opowieści Gaussa wojna jest tragicznym momentem zwrotnym w dziejach mniejszości niemieckich zamieszkujących terytoria Bałtów i Słowian. Odtąd będą one już na zawsze napiętnowane stygmatem zdrajców i wrogów. Dla Litwinów i Rosjan to hitlerowska piąta kolumna, dla swoich rodaków w rdzennych Niemczech to grupa dziwolągów, która kultywuje stare mrzonki i zabiega wyłącznie o zasiłki od rządu federalnego. Również sami dla siebie są utrapieniem i katalizatorem waśni – zrzeszeni w kilkanaście wzajemnie zwalczających się organizacji, rozgoryczeni, nikomu niepotrzebni, świadomi zmarnowanego życia. Oprócz zdziwienia, poczułem również współczucie. Najzwyczajniej w świecie żałuje się tych ludzi. Trudno jest zwłaszcza nie wzruszać się podczas czytania przejmujących historii dzieci, które pod koniec wojny straciły rodziców – zabitych przez Rosjan, albo też zmarłych w wielokilometrowych zimowych marszach. Niemieckie sieroty na Litwie tworzyły dzikie watahy tak zwanych Wolfskinder, „dzieci-wilków”, imających się najróżniejszych sposobów, żeby tylko przeżyć w ekstremalnie ciężkich warunkach. Cześć z nich trafiło do litewskich rodzin i zostało przez te rodziny adoptowane. Jednak często to nie impuls wspaniałomyślności, czy przypływ empatii decydował o przygarnięciu małego Niemca. W ten prosty sposób bowiem zyskiwało się oddanego parobka, który dobrze pracował i był wdzięczny za wikt i łaskę. Wielu Niemców zostało po wojnie wywiezionych do obozów pracy w Kazachstanie, lub nad Morze Arktyczne. Stalinowski reżym nie oszczędzał nikogo – nawet tych rosyjskich Niemców, którzy od urodzenia mieszkali w Kraju Rad i wiernie służyli komunizmowi. Karl-Markus Gauss wskazuje również winnego tych wszystkich potworności: to nacjonalizm. Rozwój państwa narodowego, który organizował społeczności wokół „naszych” idei, dziedzictw i zwyczajów w opozycji do „ich”. Póki ludzi tutaj żyli w dobrowolnej ekumenie, póki okazywali sobie niezobowiązującą wzajemność, póty panował pokój. Obok siebie funkcjonowały rożne religie, języki i narodowości. Znakomita książka. Zapadający w pamięć wykład o tolerancji. Zapis nieszczęścia. -
- Zagubiony kosmonauta
- Daniel Kalder
- (towar niedostępny)
Łukasz Najder 2009-01-11
Tropiciel pustki (3 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
"Zagubiony kosmonauta" to wyznanie antyturysty. Żarliwa proklamacja nowego sposobu eksplorowania świata. Kontrpropozycja wobec zbiorowej i zorganizowanej turystyki, dla której podstawowym celem jest przetransportowanie grupy zblazowanych mieszczuchów do jednego z czterogwiazdkowych kurortów nad błękitnym podgrzewanym morzem, do strefy klimatyzowanego tropiku, w okolicę słynącą z ułamanych kolumn, opróżnionych kurhanów i tanich dań narodowych. Nie dla antyturysty zatem piramidy schodkowe Azteków, warujący Sfinks i Tadż Mahal! Antyturysta jak ognia wystrzega się miejsc znanych. Znanych, a przez to banalnych - zbanalizowanych wielokrotnością odwiedzin i reprodukcji na światłoczułych kliszach i nośnikach cyfrowych. Książka Daniela Kaldera jest również - czasem zmyślnie zakamuflowaną, a czasem ostentacyjnie jawną - drwiną z zaangażowanego podróżowania, które uprawiają renomowane magazyny zamieszczające efektowne fotografie afgańskich jarmarków, kenijskich podchodów na grubego zwierza, czy też zoomowane twarze anonimowych szamanów pogrążonych w profetycznym widzie. Lecz "Zagubiony kosmonauta" to jednak coś więcej niż totalna krytyka skomercjonalizowanej turystyki, niż grymaszenie nad menu biur podróży. To zestaw czterech znakomitych reportaży, które mają przekonać czytelników - i potencjalnych globtroterów - że tak naprawdę nie ma miejsca na Ziemi, które nie może okazać się niezwykłe, każde zdarzenie może stanowić wstęp do iluminacji, rozmowy życia, przedostania się do innego wymiaru estetyki. Sam Kalder przekonał się o tym w trakcie swoich wojaży po byłych republikach Związku Radzieckiego. Już to sam, już to z kilkoma kumplami dziarsko przemierzał tak księżycowe krainy jak Tatarstan, Kałmucja, Mari Eł, Udurmuncja. Zaprawdę, trudno o bardziej osobliwe tereny! Są to bowiem zapomniane przez Boga i media państewka, którymi niepodzielnie władają komiczni i przerażający prezydenci, cierpiący na nieuleczalną manię wielkości i słabość do własnych portretów, najlepiej o rozmiarze reklamowego billboardu. Socjalistyczna architektura, brud, niedostatek, niezrozumiałe narzecza, koszmarne jedzenie, niedobitki rdzennej ludności, których tradycja i kultura zachowała się jedynie w groteskowej i szczątkowej postaci. Nic tylko wyjechać. Jednak Kalder tego nie uczynił i z uporem maniaka trwał w podrzędnych hotelikach, chadzał na nieudane przedstawienia miejscowych twórców, spacerował po ciemnych obskurnych ulicach. Efektem tego uporu jest "Zagubiony kosmonauta", itinerarium z drugiej strony rzeczywistości. Dzięki tej książce dowiemy się, że w szkołach Kałmucji szachy są przedmiotem obowiązkowym i że w Mari El funkcjonuje Najwyższy Kapłan. Poznamy 10 znamienitych Tatarów i udurmunckie miasto Iżewsk, wylęgarnię seryjnych morderców. Zrozumiemy, że nic jest równie fascynujące jak wszystko. -
- Stosunek seksualny nie istnieje
- Jaś Kapela
- (towar niedostępny)
Łukasz Najder 2008-12-21
Odpowiedni i odpowiedzialny (4 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)
Czym jest ta przedziwna książka? Książeczka właściwie, zważywszy jej fizyczną objętość. To coś w rodzaju postnowoczesnej „Ferdydurke” – ta sama co u Gombra buta i chęć rozprawienia się z otaczającym światem, podobna ironia i nieliczenia się z nikim i z niczym, lekkość pióra, zabójcza ironia, zapadające w pamięć obscena. To, jak napisałem, coś w rodzaju „Ferdydurke”, ale w wersji light. Bo w porównaniu do gombrowiczowskiego klasyka, powieści Kapeli brakuje jednak esencji właśnie, pożywnych kalorii geniuszu, którymi można utuczyć własny intelekt. Jak „Ferdydurke” jest spełnieniem – artystycznym, filozoficznym, estetycznym, wszelakim – tak „Stosunek seksualny nie istnieje” pozostaje próbą, intrygującą zapowiedzią, kampanią reklamową literackiego potencjału młodego twórcy. O czym traktuje debiut powieściowy Jasia Kapeli? O wszystkim. Wątły co prawda w sferze fabuły, na którą składają się prawie wyłącznie spotkania w modnych klubach oraz ekstatyczne dywagacje Eligiusza i Wojciecha, nadrabia za to wielością poruszanych, omawianych, postponowanych i idealizowanych kwestii intelektualnych i społecznych. Nie ma takiego zagadnienia i problemu z obszaru współczesnej myśli i bieżących wydarzeń, nad którym by się nie pochylili ci dwaj zacni dżentelmeni. Globalizacja, ekologia, Donald Tusk, substancje halucynogenne (naturalne i sztuczne), Irak, cyrkulacje kapitału, 11 września, Doda, kultura emo, symulakrum, obsługa w krakowskich knajpach, nicość. Sporo tu również mniej lub bardziej eleganckiego sztychów wymierzonych w stronę pokoleniowych rywali Jasia – Kapela nad wyraz cierpko pisze o Nahaczu, Piotrze Czerskim i Jacku von Dehnelu. Główni protagoniści utworu, studenci kierunku humanistycznego, leniwi perypatetycy, Wojciech i Eligiusz, toczą nieskończony spór o istotę rzeczywistości, możność nawiązania kontaktu z absolutem, najlepszą metodę poderwania dziewczyny. To Filidor i Filibert trzymający się nawzajem w klinczu – aż po wstrząsający finał. „Stosunek seksualny nie istnieje” jest lekką i niezwykle stymulującą lekturą, w trakcie której na przemian wybucha się śmiechem, czuje obrzydzenie i szuka odpowiedzi. To zbiór kapitalnych fraz: „Wnętrze Wojtka to nie Hollywood.”, „Brzydkie dziewczyny umierają młodo.”, „Płyny opuściły nas same”. Polecam. Ciekawy debiut istnieje. -
- Polowanie na Hitlera. Historia zamachów na wodza Trzeciej Rzeszy
- Roger Moorhouse
- (towar niedostępny)
Łukasz Najder 2008-12-21
Zasadzka na diabła (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Hitler. Jedna z najbardziej demonicznych i zbrodniczych postaci w całej historii rodzaju ludzkiego. Fanatyczny antysemita, zwolennik nieustających wojen, okrutny dyktator. Autor psychopatycznych teorii, które, na nieszczęście, udało mu się wcielić w życie. Choć ruch nazistowski w apogeum swego rozwoju liczył się w milionach, to jednak nie można było mieć wątpliwości kto jest najważniejszą personą w państwie i partii. Hitler sam decydował kogo należy zaatakować, gdzie przeprowadzić naloty, jak obchodzić się z ludnością na terenach podbitych przez Wehrmacht. Brał się nawet za kierowanie pojedynczymi bitwami. Ustalał priorytety dla niemieckiego przemysłu. Przesądzał, który projekt nowej broni wejdzie do produkcji. Nagradzał i dymisjonował. Był tyranem w ścisłym znaczeniu tego słowa - okrutny, nieufny, pragnący mieć osobisty wpływ na wszystko i wszystkich. I to właśnie wystawiało go na cel potencjalnego zamachowca. Oponenci Hitlera doskonale bowiem wiedzieli, że to on jest sercem i mózgiem wojennej machiny. Otaczał go co prawda dwór towarzyszy, generałów i klakierów, ale żaden z nich nie był w stanie go zastąpić - Hitler w przeciągu zaledwie kilku lat stał się dla Niemców symbolem i realizującym się na ich oczach mitem, wodzem, dla którego ginęli i w imię którego zabijali. Ani Himmler, ani Goering, ani żaden z feldmarszałków nie mógł zaszczepić w Niemcach takiego fanatyzmu i tak wydajnie kierować Rzeszą. Dlatego też w zabójstwie Hitlera upatrywano szansy na zatrzymanie nazistowskiego koszmaru. Historia zamachów na fuhrera jest długa - i sięga początków jego "kariery". Próbowano go już zgładzić, gdy był "tylko" przywódcą partyjnym. Niektórzy ludzie wyjątkowo wcześnie dostrzegli jakim może być zagrożeniem. Późniejsze ataki były wymierzone w najeźdźcę i okupanta. Próbowali go zgładzić Rosjanie, Brytyjczycy, Polacy i Niemcy. Najbliższy powodzenia był von Stauffenberg, którego bomba zabiła kilka osób z otoczenia Hitlera, jednak fuhrer i tym razem ocalał. Efektem lektury "Polowanie na Hitlera" jest gorzka konstatacja i niedowierzanie, kto lub co musiał dzierżyć nad tym potworem straż, iż ten uszedł z życiem z blisko dwudziestu zamachów. Jaka mroczna i przewrotna opatrzność musical czuwać nad tym, że zapalniki nagle przestawały działać, pociągi się spóźniały, nad lotniskami zalegała mgła, zamachowcom w ostatniej chwili brakował odwagi by nacisnąć spust lub detonator. O tym wszystkim właśnie traktuje książka Rogera Moorhouse'a, młodego angielskiego historyka, pilnego ucznia Normana Daviesa, współautora nie mniej fascynującego "Mikrokosmosu" (o dziejach Wrocławia). "Polowanie na Hitlera" czyta się jednym tchem, niczym misternie skonstruowany kryminał. Autor nie skupia się wyłącznie na sylwetkach karbonariuszy i metodach jakimi próbowano odesłać Hitlera do piekła, stara się również w każdym z rozdziałów oddać wszelkie okoliczności - militarne, społeczne, polityczne - na tle których rozgrywały się te dramatyczne wypadki. I udaje mu się to znakomicie. -
- Filmy mojego życia
- Alberto Fuguet
- (towar niedostępny)
Łukasz Najder 2008-11-16
Chilijska bildungsroman (1 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Są przynajmniej dwa powody, dla których warto sięgnąć po tę książkę. Pierwszym z nich jest postać autora, Chilijczyka, Alberto Fugueta. Ten młody twórca, filmowiec i pisarz, wykazał się nie lada odwagą i rzucił wyzwanie tradycji realizmu magicznego - marce uznanej i szanowanej przez miliony czytelników na całym świecie. Mając już dość opowieści o melancholijnych dyktatorach, widmowych miastach, lewitujących dziewicach i gadającej faunie lasów tropikalnych Ameryki Południowej, postanowił zaproponować coś innego - coś, co bardziej oddaje ducha współczesnych czasów, niż enta książka Marqueza lub jednego z jego licznych epigonów. Wydał słynną antologię McOndo, w której umieścił teksty prozaików, podobnie jak on, łaknących zmiany w literaturze iberoamerykańskiej. Książka ta była jak wymownym sygnałem, że oto pojawiła się nowa generacja, która ma coś ciekawego i ważnego do powiedzenia. Pokolenie McOndo nie zamierzało jednak wyręczać się chwytami i tematami, które przypadały im w spadku po realistach magicznych. Ci z McOndo chcą pisać o nowoczesnej aglomeracji, popkulturowych inspiracjach i życiu współczesnych ludzi - zalogowanych, poddanych ciśnieniu reklam, nieszczęśliwych w miłości, chadzających po niebezpiecznych ulicach - domenach występku. Drugim powodem, dla którego warto przeczytać "Filmy mojego życia" jest to, że powieść chilijskiego buntownika - realizująca hasła McOndo - jest niezwykle ciekawą propozycją literacką, którą czyta się z zainteresowaniem i czystą przyjemnością. Uwagę zwraca ciekawy zabieg formalny, który polega na tym, że losy głównego bohatera - sejsmologa Beltrana Solera - poznajemy poprzez komentarze do filmów, które obejrzał w dzieciństwie i wczesnej młodości. W kontekście literatury iberoamerykańskiej jest to nie tylko intrygujące rozwiązanie techniczne, ale i sugestywne wykazanie kolejnej rozbieżności między Macondo a McOndo: Fuguet poprzez swojego narratora komunikuje nam, że siłą, która formuje tak jego, jak i jego rówieśników, nie jest już dalej folklor i oralne przekazy najstarszych członków rodziny, lecz popkultura i kino amerykańskie. W rytmie kolejnych produkcji hollywoodzkich, które chłonie Beltran, poznajemy skomplikowane losy jego bliskich, Kalifornię końca lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku i dramatyczną historię Chile za czasów dyktatury Pinocheta. Stajemy się też świadkami procesu dojrzewania Beltrana Solera, sejsmicznego chłopca, zaznającego wszelkich przyjemności i upokorzeń dzieciństwa i wczesnej młodości. Razem z nim przechodzimy przez inicjacje, ryty i próby, które stawia przed nim ten wytrawny gracz zwany życiem. Niespodziewanym efektem lektury "Filmów mojego życia" będzie konstatacja, że adolescencja przebiega podobnie w Chile, jak i w Polsce - równie boleśnie i radośnie. -
- Uchodźcy i wygnańcy. Spacer po Portland w stanie Oregon
- Chuck Palahniuk
- cena: 29,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Łukasz Najder 2008-10-15
Palahniuk jakiego nie znacie (3 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)
Inny Palahniuk. Dziennikarz, twórca bedekera, portrecista niepowtarzalnego miasta, znawca i piewca Portland. Pewna ręka, czujne oko. "Uchodźcy i wygnańcy". Tekst, którego nadrzędną funkcją jest informowanie w zajmujący sposób, oswajanie z wyjątkowym kontekstem tego miejsca. Narracja będąca próbą transliteracji żywiołu - odtworzenia za pomocą liter fenomenu pogranicza. Pogranicze to ziemia wszystkich, odbytnica i serce kraju, wąska naelektryzowana strefa pełna zbirów i zjaw. To rana oddzielająca dwa skraje wspólnej niegdyś skóry. Tutaj normalni są dziwadłami, a ludzkie kurioza dzierżą władzę absolutną i dyktują modę. Można je sobie też wyobrazić jako bulgoczącą kadź, z której wyłaniają się nowe ulepszone tożsamości - albo i hibernacyjną komorę, w której zamierają stare niewygodne żywoty. Jakie Portland wyłania się z książki Palahniuka? Dziwne, wyjątkowe, fascynujące. Miasto, do którego chce się natychmiast pojechać. Albo chociaż posłuchać o nim jeszcze trochę. Miasto, o którym nie sądziło się wcześniej, że może stanowić jakąkolwiek atrakcję, bo przecież obiegowa teza głosi, że interesujący jest Nowy Jork, Los Angeles, Miami, Chicago, Boston, czy Detroit. Ale nie Portland. A to właśnie w Portland jest i samosprzątający się dom, i najmniejszy park miejski na świecie (oczywiście ten największy znajduje się również tutaj), gigantyczne muzeum zabawek, szkielet młodego triceratopsa (wiek: około 65 milionów lat), coroczna hulanka na całego, czyli Santa Rampage, labirynt przemytniczych tuneli, prężnie działająca sieć lupanarów i sklepów ze stymulującymi akcesoriami, sporo lokalnych duchów, kula sierści o rekordowej objętości (wyciągnięta z trzewi nadzwyczaj żarłocznej świni), Kościół Matki Boskiej Wiecznego Zapłonu, którego dewizą jest: "Legalny ślub w 10 minut lub krócej albo gwarantowany zwrot pieniędzy!&". Jaki Palahniuk wyłania się z książki o Portland? Na pewno nie ten z "Rozbitka", "Udław się!" i "Fight Clubu". W tamtych powieściach był "przerażaczem" - wprawiał w wibracje duszę czytelnika, nakłuwał go dziesiątkami pytań. Prowokował i bluźnił. Śmiał się z ustami pełnymi krwi. W "Uchodźcach i wygnańcach" Chuck nieco wyluzował i zapędził swe prywatne monstra do półki/szafy/piwnicy. To dzieło kapitalnego obserwatora i kompetentnego reportera. Faceta, który po prostu ciekawie opowiada.






Merlin in English














![To co dobre [Digipack] - Andrzej Piaseczny](/To-co-dobre_Andrzej-Piaseczny,images_small,11,88697994862.jpg)





