Magda Talik
Rekomendacje:
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 186
-
- Violin Concertos
- Nigel Kennedy, Polish Chamber Orchestra
- cena: 52,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Magda Talik 2008-06-13
Nigela odkurzanie i polerowanie klasyków (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Na czym polega siła dobrego wykonania muzyki? Wbrew pozorom nie na poprawności i twardym trzymaniu się reguł; raczej na kreatywności, obezwładniającej szczerości i zaskoczeniu. Pewnie dlatego najnowsza płyta Nigela Kennedy'ego z koncertami Beethovena i Mozarta odkurza cokoły, poleruje popiersia i każe zesztywniałym klasykom wyprostować się w fotelach. Beethoven traci tu marsowy wyraz twarzy stając się porywającym, uwodzicielskim romantykiem, Mozart zaś zostaje obdarzony pogodną zmysłowością. Dla fanów Kennedy'ego ten album nie powinien być zaskoczeniem, bo artysta od lat pracuje nad tym, by szokować a w sztuce autopromocji doszedł do prawdziwej perfekcji. Paradoksalnie prowokatorski image pomógł mu może w sprzedaży milionów płyt, ale też mocno zaszkodził. Zwłaszcza w kręgach muzyki poważnej, gdzie Kennedy zaczął być postrzegany jako rewelacyjny muzyk, który albo zbłądził albo po prostu się wypalił. Niewielu krytyków miało ochotę i odwagę przyznać, że angielski wiolinista jest osobowością potrzebującą ciągle nowych bodźców, by się rozwijać. I że każde z nabytych doświadczeń wykorzysta do wzbogacenia swojej gry. Po lekturze najnowszej płyty Kennedy'ego niektórym znowu zjeżą się włosy na głowie, pod większością jednak powinny ugiąć się kolana. Koncert D-dur Beethovena, jeden z najtrudniejszych (i najdłuższych) w literaturze skrzypcowej pod palcami Anglika i z towarzyszeniem Polish Chamber Orchestra nie zachwyca może od razu, ale stopniowo doprowadza do prawdziwej ekstazy. Najpierw trzeba przyzwyczaić serce do innego, bardziej energicznego a nawet porywczego rytmu, jaki na początku narzuca Kennedy. Potem wystarczy już tylko dać się ponieść muzyce. Tej samej, która w interpretacji wielu innych skrzypków nuży i jest przewidywalna a na tej płycie poraża czystością, pięknem, liryzmem i brzmi zaskakująco świeżo. To nie Beethoven - ostatni klasyk, to Beethoven - pierwszy romantyk, nie pozbawiony przy tym poczucia humoru. Tak radosnej ostatniej części koncertu próżno szukać w wielu znanych i uważanych za kanoniczne nagraniach. Z kolei w czwartym koncercie Mozarta Kennedy (także w roli dyrygenta polskiego zespołu) daje popis kameralistycznego kunsztu i zarazem wirtuozowskiego talentu. Sam bowiem skomponował kadencje (solowe popisy) do wszystkich części koncertu. Jak zwykle w jego własnym, niekonwencjonalnym stylu. Zbyt nowatorskie i dziwne, by spodobały się od pierwszego przesłuchania, nie dające się wyrzucić z pamięci, kiedy poznamy je bliżej. Kennedy udowadnia tą płytą, że wciąż gra w pierwszej wiolinistycznej lidze a cała showbiznesowa otoczka nie ma wpływu na jego wyobraźnię i wrażliwość. Za wizerunkiem irokezowego kumpla nadal kryje się fenomenalny artysta ćwiczący nas w zachwycie nad muzyką. -
- Przygody przyrody
- Zbigniew Machej
- (towar niedostępny)
Magda Talik 2008-05-28
Minibajki o maxisprawach (3 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
O tym, że na bajkowym rynku wydawniczym nastąpiła zmiana pokoleń wiadomo od pewnego czasu. Zamiast wierszyków Brzechwy czyta się teraz książeczki Grzegorza Kasdepke a ilustracje Pawła Pawlaka zastąpiły niegdyś bardzo popularne obrazki Jana Marcina Szancera. Co ciekawe, nie zestarzały się tylko tematy, podobne od wieków. Choćby bajka zwierzęca, znana w Europie od czasów Ezopa, której bohaterami byli obywatele fauny znani wszystkim dzieciom, jak kot, lis czy kruk. Zbigniew Machej w swoim rewelacyjnym zbiorku "Przygody przyrody" też pisze o zwierzętach - małych (wesz) i dużych (tygrys), pływających (karp), pełzających (ślimaki) i fruwających (kruk), udomowionych (pies) i dzikich (wilk), sympatycznych (osiołek) i denerwujących (muchy), szczęśliwych (mrówki) i cierpiących (krowy) - pokazując, że potrafią nieźle dać nam w kość, ale i my nie pozostajemy im dłużni. Oto mucha bywa tak uciążliwa ("gorsza od żmii", bo pojawia się "za uszami, przy szyi..."), że biedny Rysio nie jest w stanie przejść przez las ("I we włosach, i na czole.../Rysio traci już kontrolę"). Z kolei krowa stojąca w zimie w oborze ma złe przeczucia ("Ja się boję! Ja się boję!/Ludzie grożą mi ubojem!"). Czasem u Macheja wszystko zostaje postawione na głowie - wilka z bajki o Czerwonym Kapturku rozgrzesza się z połknięcia dziewczynki ("To Kapturek lazł do lasu./To Kapturek był Czerwony/i czynił wiele hałasu,/na co wilk jest uczulony") a człowieczy nos na przekór może użądlić osę. Zachwycają językowe zabawy, w których często wykorzystywane są zdania z poważnej literatury (mickiewiczowskie "Co to będzie, co to będzie?"), filmów akcji (słynne "Stój, bo strzelam" ma swoją pszczelą wersję - "Słój, bo pszczelam"), kołysanek ("Aaa, kotki dwa" u Macheja w wersji mocno hardcorowej) czy znanych bajek (np. z "Murzynka Bambo"). "Przygody przyrody" z pewnością nie nadają się dla bardzo małych dzieci, bo te mają jeszcze zbyt wąski zasób słów, ale warto je czytać starszym, by zobaczyły, że bajkowa polszczyzna nie musi być tylko grzeczna i zachowawcza, ale przesiąknięta czarnym humorem, niepokorna i wirtuozowska. Wierszyki Macheja (z cudownie ciepłą, miękką kreską ilustratora Tomasza Brody) warto też polecić dorosłym, którzy może już zapomnieli, że o maksisprawach czasem najlepiej mówić w miniformie. -
- Haydn: The Creation
- Gabrieli Consort & Players
- cena: 64,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)
Magda Talik 2008-05-09
Jak Haydn stwarzał świat (2 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
Już tytuł płyty - "Creation", czyli "Stworzenie świata" - może odstraszyć niejednego potencjalnego zainteresowanego. Kolejny religijny utwór potężnych rozmiarów (na dwóch krążkach). W dodatku autorstwa Haydna, który o mało nie zamęczył na śmierć potencjalnych melomanów, serwując im sto parę swoich symfonii, z których każda jest podobna do poprzedniej. Jak niesprawiedliwy sąd i stereotypowe myślenie niszczyły przez lata nasze wyobrażenie o najmniej popularnym z wiedeńskich klasyków udowadnia teraz Paul McCreesh i jego Gabrieli Consort & Players. Znakomity angielski dyrygent postanowił udowodnić, że Haydn był genialnym muzycznym strategiem. Do tego celu wybrał jego opus magnum - oratorium "Stworzenie świata". Poza muzycznymi walorami zainteresowały go okoliczności w jakich austro-węgierski twórca pisał utwór do angielskiego tekstu. Haydn zaczął bowiem komponować "Stworzenie świata" w Londynie, zafascynowany wysłuchanym tam "Mesjaszem" Haendla. Ów zachwyt w porę zauważył sprytny impresario Johann Salomon, który podsunął Haydnowi libretto (dziś zaginione) o stworzeniu świata, napisane niegdyś dla Haendla. Haydn, który słabo władał angielskim, poprosił o przełożenie tekstu na ojczysty niemiecki i utwór zaczął być odtąd znany jako "Die Schöpfung". Potem, kiedy kompozytor chciał wykonać oratorium w Londynie trzeba było znowu przełożyć tekst, ale tak, by w obydwu wersjach zgadzała się liczba sylab i wersów. Było to pierwsze libretto w dwóch różnych językach do tej samej muzyki. Utwór stał się szybko absolutnym przebojem końca XVIII wieku. Słuchając interpretacji McCreesha (wybrał angielską wersję libretta) uświadamiamy sobie, skąd brała się euforia melomanów. Muzyka Haydna jest niesłychanie obrazowa, żywiołowa, pełna radości a przy tym zawiera w sobie tę odwieczną tajemnicę, która kryje się w cudach, jakie Bóg uczynił w ciągu siedmiu dni. Wystarczy posłuchać początku pierwszej części, czyli przedstawienia chaosu. Kompozycja sprawia wrażenie nieuporządkowanej, muzyka zdaje się błądzić a fragmenty brzmią, jak zaczerpnięte z twórczości Wagnera. W czasach, kiedy forma trzymała muzykę w ryzach Haydn napisał utwór wbrew wszelkim zasadom. Nowatorski a jednak nawiązujący do tradycji, gdzie słowo i muzyka współistnieją w idealnej symbiozie. Kiedy Bóg stwarza światłość chór Gabrieli Consort z subtelnego i nieśmiałego piano przechodzi w potężne, triumfalne forte, wzmocnione przez orkiestrę Gabrieli Players. Ten fragment w naturalny sposób podnosi z miejsca a największych Haydnowskich niedowiarków rzuci na kolana. McCreesh z rozkoszą penetruje jednak i kolejne frazy, wyszukuje oryginalne brzmienie, dopieszcza arie pierwszych rodziców, solo instrumentów. A przecież mógł się równie dobrze poddać. Bo po co wchodzić na już udeptaną ziemię - przecież "Stworzenie świata" nagrywano niejednokrotnie. Dobrze jednak, że Brytyjczyk się nie ugiął. Dotychczas bowiem znaliśmy dobre rejestracje "Die Schöpfung". Teraz mamy zjawiskowe "Creation". -
- Muzeum doktora Mosesa
- Joyce Carol Oates
- cena: 29,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)
Magda Talik 2008-05-07
Amerykański gabinet grozy (1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Pokaż mi swoje lęki a wykorzystam je, by cię zniszczyć - tak powinno brzmieć motto opowiadań Joyce Carol Oates z tomu "Muzeum doktora Mosesa". Amerykańska pisarka, która na co dzień specjalizuje się w powieściach obyczajowych tym razem sięgnęła po broń znacznie cięższego kalibru - horror i grozę. I niech nie zmylą nas przesycone słońcem krajobrazy USA i na pozór szczęśliwe rodziny. Pod tą lakierowaną powierzchnią kryją się bowiem głębokie rysy - rosnąca frustracja, chęć zemsty za doznane krzywdy, pokutujący przez całe życie brak miłości. Bohaterowie to najczęściej zwykli ludzie z sąsiedztwa, których na co dzień nie dostrzegamy. O ich istnieniu przypominamy sobie, kiedy trafiają na czołówki gazet w związku z jakąś podejrzaną aferą. Oates świetnie eksploatuje tak charakterystyczne dla Ameryki problemy wynikające z uczestnictwa w społeczeństwie masowym - pojawia się tu seryjny morderca ("Złe nawyki", "Łowca"), obserwujemy też zirytowanego zwykłego obywatela, który w przypływie desperacji sięga po łatwo dostępną broń ("Hejka! Jak się leci?"). Są zdesperowani rodzice nie mogący pogodzić się z faktem, że po wypadku ich dotąd idealny beniaminek zamienia się w chuligana ("Zwierzak"). Mamy też syna, dla którego jedyną formą odzyskania uwagi swojego ojca jest emocjonalny szantaż w iście szatańskim wydaniu ("Na obserwacji") i córkę odkrywającą po latach, że jednak pragnie pomóc dotąd lekceważonej matce ("Muzeum doktora Mosesa"). Nie wspominając o byłym mężu szykującym dla żony upiorny walentynkowy podarunek ("Walentynka, lipcowa fala upałów"). Ale w książce nie przerażają nas akty przemocy. Te często widzieliśmy wcześniej choćby w sensacyjnych filmach, zaś pomysły, które podsuwa Oates bazują na już istniejących w kulturze motywach - choćby temat Sinobrodego ukrywającego przed żoną mroczne sekrety czy dziecka zmieniającego się niemal w zwierzę. Albo seryjnego mordercy polującego na uległe kobiety. W Stanach do dziś wspomina się zbrodnie niejakiego Richarda Ramireza nazwanego przez prasę Nocnym Łowcą, więc tytuł jednego z utworów to wyraźne do niego nawiązanie. Nie to jednak frapuje najbardziej w opowiadaniach. Wstrząsa nami raczej wnikliwy (także językowy) obraz tego, jak rodzi się przemoc, co ją powoduje. I Oates może nie bezpośrednio, ale sugeruje, że odpowiedzialność za to ponoszą rodziny, w których brak emocjonalnej więzi. Co prawda wyniesioną z nich samotność a nawet lęki można dobrze ukryć grając przed sąsiadami wyuczoną rolę normalnego człowieka. Tylko, co się stanie, kiedy aktorstwo już nie wystarczy? -
- Czarna dziewczyna, biała dziewczyna
- Joyce Carol Oates
- (towar niedostępny)
Magda Talik 2008-05-05
Czarna, biała, silna, słaba (3 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
W jednej z najnowszych powieści (pierwsze wydanie w Stanach sprzed dwóch lat) Joyce Carol Oates zaskakuje zarówno wyborem tematu, jaki i jego literacką realizacją. Która z białych amerykańskich pisarek mierzy się dziś z motywem prześladowania na tle rasowym i dodatkowo zadaje sobie trud, by przenieść akcję do połowy lat siedemdziesiątych i pieczołowicie oddać realia tamtego czasu. Zwłaszcza podskórnych konfliktów między ludnością białą i kolorową, ale może bardziej różnic w mentalności i oczekiwaniach. Dlatego bohaterkami "Czarnej dziewczyny, białej dziewczyny" uczyniła Oates dwie studentki, które poza wspólnym pokojem w akademiku ekskluzywnej szkoły, różni właściwie wszystko. Biała Generva Meade to zostawiona samej sobie córka lewicujących i zamożnych rodziców. Czarna Minette Swift jest pewną siebie i dumną córką surowego pastora, założyciela własnego kościoła. Co ciekawe, to Generva od pierwszej chwili wydaje się być niemal hipnotycznie zafascynowana silną osobowością czarnoskórej współlokatorki. Jednak wypracowywana z trudem przyjaźń staje pod znakiem zapytania, kiedy na drzwiach pokoju dziewcząt ktoś zostawia napis "Szczarna" a do skrzynki Minette wkłada rasistowskie liściki. Do tej pory butna Swift zaczyna wykorzystywać swój wizerunek skrzywdzonej, wymuszając na władzach uczelni coraz nowe ustępstwa i oddala się od innych uczennic. Powieść Oates jest przewrotna i nietypowa. Nie mamy tu do czynienia z biedną ofiarą prześladowań, gotowi jesteśmy nawet przypuszczać, że Minette sama zapracowała sobie na taką karę dystansowaniem się od innych dziewcząt w collegu (nawet czarnych), tupetem i niezbyt przyjazną aparycją. Już jej wygląd zewnętrzny (skłonność do tycia, niechęć do dbania o siebie) odbiega od przyjętego na Schuyler College zaś fanatyczna religijność nie dodaje przyjaciół. Jedyną bliską osobą wydaje się być Generva, która boryka się zarówno z własnym emocjonalnym dojrzewaniem, jak i rozwiązywaniem problemów ojca i matki, pokolenia dzieci kwiatów, którzy nie sprawdzili się w charakterze rodziców. Najciekawsze są u Oates opisy postaci. Genervę i Minette rysuje tak wyraźną kreską, że niemal instynktownie wyczuwamy, zanim pojawią się na kolejnej stronie. Nie wspominając o charakterystycznym dla Minette sposobie wysławiania się, celowym gubieniu przedrostków, by celowo jeszcze podkreślić swoje korzenie. Książka amerykańskiej pisarki to, paradoksalnie, nie lament nad biednymi czarnymi, bo opuszczeni i zagubieni są tu raczej biali. A polityczna poprawność (szkoła surowo kara za przejawy rasizmu) zostaje wręcz ośmieszona, kiedy wychodzi na jaw, kto podrzucał dziewczynie kartki i pisał na drzwiach "Szczarna". Interesujący, pobudzający do refleksji portret końca amerykańskiej niewinności, po aferze Watergate i po zakończeniu wojny w Wietnamie. Przedstawiony nie w zachowawczych pastelach, ale mocnych, intensywnych barwach. -
- Per Clavicembalo Moderno
- Isphording Gośka, Michał Kulenty, Marta Ptaszyńska
- cena: 29,49 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Magda Talik 2008-04-08
Muzyka nowa i wywrotowa (7 z 7 uznało tę recenzję za pomocną.)
Być może nie wszyscy zauważyli, ale powoli kończą się czasy, kiedy monopol na luzackie podejście do tematu miał tylko wykonawca muzyki rozrywkowej. Debiutancki album klawesynistki Gośki Isphording jest żywym dowodem na to, że klasyka nie musi oznaczać sztywniactwa pod krawatem, muszką czy w wieczorowej sukni. Krążąca między Holandią a Polską Isphording uwielbia bowiem eksperymentować, łączyć różne gatunki sztuki, bawić się konwencjami. Przede wszystkim jednak być sobą i robić to, co lubi. Właśnie dlatego nie zmienia zdrobniałej Gośki na bardziej nobliwą Małgorzatę, a na klawesynie nie gra Scarlattiego czy Couperina, ale muzykę XX i XXI wieku, często zresztą jej dedykowaną albo pisaną na specjalne zamówienie. Efekty są naprawdę fantastyczne. Instrument, który swoje największe triumfy święcił w XVIII wieku okazuje się genialnym tworzywem do pracy dla współczesnych kompozytorów. Niektórzy z nich (np. Hanna Kulenty w "E for E") przywołują w utworach barokowe techniki gry, inni (Zbigniew Bargielski w "Le cristal flamboyant") stawiają na budowanie klimatu, a pozostali (Marta Ptaszyńska "Touracou") - na kolorystykę. Płyta "Per clavicembalo moderno" jest cenna jeszcze z innego powodu. Przełamuje stereotyp - jeśli klawesyn, to gramy na nim tylko barok - i pozwala dostrzec nowe możliwości drzemiące w starym pudle rezonansowym. Oto wchodzimy w świat niepokojących dźwięków, dalekich od tonalności, przewidywalnych rozwiązań, bezpiecznego piękna, jakie serwowali barokowi twórcy. Klawesyn Anno Domini 2008 brzmi jak czający się w ukryciu złodziej, gotów zaatakować, kiedy najmniej będziemy się tego spodziewać. Pod palcami Isphording instrument poznajemy jako rozwibrowany i wirtuozowski a za chwilę punktujący, wręcz leniwy. Pachnący skandalem i diablo intrygujący. -
- Na plaży Chesil (oprawa miękka)
- Ian McEwan
- cena: 21,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)
Magda Talik 2008-03-31
Równanie inicjacyjne (3 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)
W niemal wszystkich recenzjach najnowszej książki Iana McEwana zwraca się uwagę na to, że akcja rozgrywa się "u progu" lub "w przeddzień" rewolucji seksualnej. Dziennikarze próbują tymi określeniami wytłumaczyć pełne zahamowań zachowanie głównych bohaterów w obliczu nocy poślubnej. Ale "najbardziej oczekiwana powieść roku" jest przede wszystkim historią niespełnionego równania. Wyjaśnieniem tego, że z działania "kochająca kobieta plus zakochany mężczyzna" nie musi wynikać seks, ale może też wyjść strach, potęgowany jeszcze niewiedzą. Wspólna noc Florence i Edwarda, pary nowożeńców przebywających nad kanałem La Manche, to katastrofa. Paradoksalnie młodzi żywią do siebie głębokie uczucie, są przekonani, że spędzą ze sobą życie. Jednak czar hipotetycznych zamierzeń pryska w czterech ścianach alkowy. Nagle obnażeni ze swojej kulturalności, dobrego wychowania i misternie przygotowanej garderoby tracą naturalność. W obliczu własnej fizjologii stają się sztucznie prowokujący i oschli, wstydzą się ograniczeń, nie potrafią rozmawiać o pragnieniach. Dziś ich problemy mogą wydać się abstrakcyjne, ale "Na plaży Chesil" brytyjskiego prozaika to opowieść o tym, ile barier stoi na, wydawałoby się, prostej drodze od zakochania poprzez ślub do sypialni. Albo też, ile przeszkód mogą na niej postawić ludzie. McEwan dokładnie prześwietla bohaterów, aby odpowiedzieć na pytanie, co spowodowało kataklizm pierwszej nocy. I daje niejednoznaczne wskazówki. Oczywiście, oziębłość Florence, perfekcyjnej w każdym calu skrzypaczki z dobrego domu, można uzasadnić surowym wychowaniem. Ale i Edward, historyk ze skromnej rodziny, nie był rozpieszczanym przez los beniaminkiem. Wydaje się, że dystans między młodymi mogły w przeszłości zapowiadać typowe angielskie szkoły z ostrym rozdziałem płci, które w niejednym przypadku zupełnie przytemperowały instynkty. Winna jest też kultura, która wtłacza człowieka w określone ramy. Wykształcony obywatel jest inteligentny, oczytany, panuje nad swoimi popędami, trzyma na wodzy fizjologię. W efekcie podczas gdy w pracy doskonale wpasowuje się w wytyczone koleiny, w życiu prywatnym jego umiejętności okazują się zupełnie bezużyteczne. Miłość zamienia się w snucie planów o kupnie domu, a łóżko staje się stołem ofiarnym. McEwan nie pyta, co byłoby, gdyby młodzi przeszli inicjację przed ślubem i dowiedzieli się o sobie czegoś więcej. Nie może, bo w książce mamy rok 1962, a kulturalne małżeństwo nie może rozwiązać inicjacyjnego równania. Zbyt wiele niewiadomych. -
- Hotel Belle Rouen
- Martha Grimes
- (towar niedostępny)
Magda Talik 2008-03-27
Ameryka B, prowincja fajna jest (5 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)
Co można robić będąc dwunastolatką, mieszkając w jednym z wielu małych, amerykańskich miasteczek ? Jeśli wierzyć Marcie Grimes, można sporo. Na przykład rozwiązać tajemnice miejsc i ludzi z przeszłości, jednocześnie pracując jako kelnerka w rodzinnym interesie - Hotelu Paradise. Trzecia i ostatnia z książek(poprzednie to "Hotel Paradise" i "Stacja Cold Flat Junction") o młodocianej detektyw zachwyca chyba najbardziej z całej trylogii. Paradoksalnie dlatego, że intryga nie jest tu najistotniejsza, znacznie ważniejszy jest klimat. Zawieszony w czasie i przestrzeni, bo nie wiadomo gdzie i kiedy naprawdę toczy się akcja powieści. Możemy się domyślać, że w latach czterdziestych ubiegłego wieku, ale w takim razie skąd główna bohaterka zna tytuł "Noc żywych trupów", który zaistniał w świadomości Amerykanów dopiero w 1978 roku wraz z premierą filmu George'a Romero ? Nie wiadomo. Podobnie jak nie znajdziemy na mapie miasteczka La Porte czy oddalonego od niego Cold Flat Junction. Niektóre z nazw istnieją na mapie USA, ale w zupełnie innej lokalizacji. Najważniejsze, że opisane przez Grimes miejsca są tak intrygujące, że dajemy się wciągnąć w ich baśniowy sztafaż. Tym razem Emma postanawia rozwiązać zagadkę Hotelu Belle Rouen, niegdyś najbardziej ekskluzywnego miejsca w okolicy, po którym pozostały zaledwie ściany i parkiet do tańca. Właśnie na nim wirowali pewnej nocy rodzice dziecka, które zostało wtedy porwane pod nieobecność opiekunki. Co stało się z małą Fay, czy żyje i czy to ją Emma widzi w różnych miejscach ? Jak zwykle nie otrzymamy definitywnych odpowiedzi na te pytania. Ale znowu owładną nami zapachy kuchni, jaką prowadzi matka Emmy - smak anielskiego placka, roladek z serka o smaku mango zawiniętych w szynkę czy kiełbasek w pomarańczowo-rumowym sosie. Wreszcie dostaniemy się do wnętrza Dużego Garażu na tajemniczy spektakl, jaki przygotowuje nastoletni brat Emmy - teatroman Will i jego przyjaciel - kompozytor Mill. Nie zabraknie wyrozumiałego szeryfa Sama, jednego a największych autorytetów Emmy i sympatycznych kelnerek w barze "Tęcza" oraz sprzedawanych przez nie pysznych pączków. W Cold Flat Junction wszyscy też będą, jak zawsze, siedzieli w barze "Na Wietrznym Szlaku" tylko po to, by Emma mogła zasięgnąć tam języka o interesujących ją sprawach. Martha Grimes zbudowała swoją powieść tworząc ciepłych, życzliwych i nieco ekscentrycznych bohaterów, mających małe słabości i czasem ekscentryczne hobby. Życie toczy się tu leniwie, bez pośpiechu, co nie znaczy, że bezowocnie. Nawet na południu Stanów, w tej sennej krainie, namiętności prowadzą do zbrodni a czas zaciera je w opuszczonych domach i zarośniętych bujną zielenią parkach. -
- Bez skrupułów
- Douglas McGrath
- (towar niedostępny)
Magda Talik 2008-03-04
Capote czyli człowiek rozdarty (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Sukces filmu zależy od wielu czynników - czasem wydawałoby się, najmniej istotnych. Na przykład zadania sobie zasadniczego pytania, czy ktoś na świecie nie kręci już obrazu o podobnej tematyce. W latach osiemdziesiątych na ekranach pojawiły się najpierw "Niebezpieczne związki", a następnie krótko po nich "Valmont". Nie trzeba dodawać, że obydwa filmy na podstawie tej samej książki. Ponieważ dzieło Frearsa z Glenn Close i Johnem Malkovichem szybciej trafiło do kin, "Valmont" siłą rzeczy cieszył się mniejszym zainteresowaniem, choć okazał się równie znakomity. Podobny pech przytrafił się reżyserowi "Bez skrupułów". Zanim widzowie mieli okazję go obejrzeć kupili już bilety na ";Capote'a". A ponieważ akcja obydwu filmów dotyczy tego samego okresu z życia amerykańskiego pisarza(czyli tworzenia powieści "Z zimną krwią"), wielu ludzi nie widziało potrzeby dodatkowego wydatku. A szkoda, bo "Bez skrupułów" w niczym nie ustępuje oscarowemu "Capote". To historia artysty i znanego w nowojorskich kręgach plotkarza, który wywrócił do góry nogami powieściowy gatunek, tworząc jego nową odmianę powieść-dokument(chełpi się w filmie, że "zastosował w dokumencie metody pisania fikcji") o morderstwie w małej miejscowości Holcomb, w stanie Kansas. Ofiarą zbrodni w listopadzie 1959 roku padła czteroosobowa rodzina okolicznego farmera. Capote potraktował to brutalne zajście jako temat wyjściowy dla reportażu. W międzyczasie jednak złapano sprawców, a pisarz postanowił zamienić gazetowy tekst w książkę. W tym celu, jako jedyna osoba z zewnątrz, dotarł do morderców - otworzyli się przed nim jak przed spowiednikiem. Jego znajomość z jednym ze skazanych - Perrym Smithem - zamieniła się(zdaniem wielu przyjaciół pisarza) w coś poważniejszego, a po egzekucji morderców przyjaciółka Capote'a - Harper Lee powiedziała, że tamtej nocy na szubienicy zmarło trzech ludzi, mając na myśli także Capote'a. Film Douglasa McGratha świetnie pokazuje rozdarcie pisarza i człowieka, walkę między obiektywną obserwacją a osobistym zaangażowaniem w wydarzenia. Pisarz tę walkę wygrał tylko połowicznie, bo choć "Z zimną krwią" przeszła do historii, jej autor pogrążył się w depresji. Dobrze skontrastowano dwa światy - prowincji Kansas i więzienia oraz zblazowanej nowojorskiej bohemy. Doskonały jest Toby Jones jako Capote - to uosobienie pewności siebie i zagubienia zarazem. Sandra Bullock w roli Harper Lee jest lepsza niż grająca ją w "Capote" Catherine Keener, a kreacja Daniela Craiga jako Perry'ego Smitha to jeden z atutów filmu. Realizatorom udało się też nie przekroczyć tej wąskiej granicy, jaka dzieli fascynację postacią mordercy od akceptacji jego czynów. Tak jak Trumanowi Capote- pisarzowi. Truman Capote- człowiek, nie był chyba tak silny. -
- Zemsta Nietoperza
- Polska Orkiestra Radiowa
- (towar niedostępny)
Magda Talik 2008-03-04
Strauss - danie wartościowe i lekkostrawne (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Wbrew powszechnym sądom nie odtrąbiono jeszcze śmierci operetki. Ma się wciąż dobrze, a szlagiery Straussa, Lehára czy Kálmána zna(i nierzadko nuci) większość z nas, choć nie każdy będzie miał odwagę się do tego przyznać. A szkoda, bo muzyka wiedeńska, nie wiedzieć czemu, w Polsce kojarzy się z pokoleniem naszych dziadków. Pora to zmienić, a miodem na uszy każdego fana chwytliwych melodii może się stać płyta "Zemstą nietoperza", z Jerzym Maksymiukiem przy batucie i plejadą świetnych polskich śpiewaków. Obecność twórcy Polskiej Orkiestry Kameralnej(dziś Sinfonii Varsovii) w lżejszym repertuarze jest sporym zaskoczeniem. Daje się jednak wytłumaczyć wszechstronnością maestra, która nie zawodzi i w tym przypadku. Dzieło Johanna Straussa syna posiada tak zaplątane i tak nieprawdopodobne libretto, że zaprotestowałby każdy dramaturg, ale muzycznie jest bez zarzutu, w charakterystycznym tanecznym, straussowskim rytmie. Już w uwerturze "król walca" nie mógł się powstrzymać i między kolejne takty wkomponował walca, potem dodał czardasza i wymyślił wiązankę melodii dając się dodatkowo wyśpiewać solistom. Polskie nagranie "Zemsty nietoperza" jest wyjątkowe z jednego, zasadniczego powodu. To pierwsza rejestracja operetki z librettem w naszym języku. Co prawda w teatrach operetkowych od lat można było usłyszeć ze sceny "Ach, jakże mi serduszko drży", ale dotychczas szukając nagrań trzeba było wypatrywać na półce nazwy "Die Fledermaus". Jak zmierzyliśmy się z dziełem Straussa? Bardzo udanie, choć, niestety, nie dostajemy do rąk kompletnego nagrania a tylko pout pourri z najlepszych fragmentów operetki. Dobre i to, bo w studiu udało się zebrać najlepszych obecnie polskich śpiewaków - Iwonę Hossę, Adama Zdunikowskiego czy Pawła Skałubę, którzy świetnie odnaleźli się w konwencji farsy i groteski. Dlatego też najbardziej nawet naiwne dialogi między bohaterami wypadają przekonująco, lekko i dowcipnie. A "Zemsta nietoperza" do najłatwiejszych nie należy - stawia przed wykonawcą spore wymagania, nie tylko techniczne. Najważniejsze to śpiewać z finezją, bez cienia patosu. Dodajmy do tego bardzo dobrą Polską Orkiestrę Radiową, chór Filharmonii Narodowej oraz Jerzego Maksymiuka i przepis na danie lekkostrawne i wykwintne gotowy.






Merlin in English






![Myśliwiecka [Digipack] - Artur Andrus](/Mysliwiecka_Artur-Andrus,images_small,4,MYSTCD188.jpg)













