Magda Talik
Rekomendacje:
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 186
-
- Pochowajcie mnie pod podłogą
- Paweł Sanajew
- cena: 22,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Magda Talik 2009-06-27
Takiego durnego wnuka wychowuję
Podobno w Rosji książka Pawła Sanajewa wywołała prawdziwy skandal w środowisku artystycznym. Wywodzący się z rodziny filmowców pisarz (jego ojczymem był znany reżyser Rolan Bykow) nie zawahał się opisać patologii panującej w familijnym stadle i zrobił to w stylu, jak na debiutanta, absolutnie mistrzowskim. W Polsce nie odczytamy z pewnością kontekstu, który tak szokuje naszych wschodnich sąsiadów, niemniej jednak i nam ta opowieść może się z czymś kojarzyć. Przede wszystkim przywodzi na myśl autobiograficzny film dokumentalny Marcina Koszałki „Takiego pięknego syna urodziłam”. Jego główną bohaterką jest matka reżysera, która swoim słowotokiem zadręcza rodzinę, zabija w niej radość i optymizm, z bezwzględnością zwalcza przejawy samodzielności i narzuca własne zdanie. Podobnie jest w „Pochowajcie mnie pod podłogą”. To straszno-śmieszna historia Saszy Sawielewa, którego wychowuje autorytarna nadopiekuńcza babcia i sympatyczny, choć całkowicie zdominowany przez nią dziadek. Uznany za chorowitego wnuczek jest poddawany nieustannym kuracjom, jego niezdarność albo ciekawość świata kara się wiecznym utyskiwaniem a chęć częstszych kontaktów z matką uchodzi niemal za zdradę. Rodzicielka nie potrafi, zdaniem babci, odpowiednio przypilnować własnego potomstwa, bo znalazła sobie karłowatego artystę. Babcia rządzi więc niepodzielnie umysłem i ciałem Saszy. Pozornie zabawna książka Sanajewa w rzeczywistości jest wstrząsającą wiwisekcją domowych pieleszy, z jakich wyszło pewnie niejedno dziecko. Wyszło słabe i chwiejne, bo wyzywanie od idiotów, gówniarzy i kretynów- swoista tyrania dorosłych upokarza, wzbudza lęk i nie pozwala na posiadanie choćby odrobiny własnego świata. Postać babci- histerycznie poświęcającej się, to znowu chorobliwie nieufnej i nieustannie narzekającej została utkana misternie i pewnie ma swoje odbicie w istniejącej niegdyś osobie. Autor nie usiłuje nawet stwarzać wobec niej dystansu, najwyraźniej ta kobieta wciąż kładzie się cieniem na jego życiu. Doskonale udało się też Sanajewowi odtworzyć głos wewnętrzny głównego bohatera, który opowiada nam swoją historię nie szczędząc szczegółów. Sasza jest wrażliwy, zainteresowany tym, co dzieje się wokół, gotowy potłuc klosz babcinej opieki i wyrwać się do matki. Jego bystry umysł rejestruje wszystko, czasem fantazjuje, z precyzją odtwarza i analizuje rozmaite humory babci, by pokazać rodzinne piekło, jakie są w stanie zgotować sobie najbliżsi ludzie. Wszystko spisano stylem precyzyjnym i językiem ostrym jak lancet. Trafia on chwilami we wrzód, jakim jest życie rodzinne, rozcina go i sprawia, że śmierdząca zawartość wypływa na powierzchnię. Widzimy ją wtedy wszyscy. -
- Kontrakt panny Brandt
- M. Kabat
- cena: 22,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Magda Talik 2009-03-20
Romans w złym guście (5 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)
Kim jest Mija Kabat ? Nie dowiemy się tego z okładki. Może i dobrze, bo podobnych do niej autorów powinno się karać za szerzenie złego gustu. Oto niejaka Anna Lubieniecka zostaje wybrana przez Franza von Steinberga, komendanta oflagu na damę do towarzystwa. W zakres usług wchodzi głównie konwersacja i "bycie uległą". Pomysł Kabat od początku budzi niesmak a jego realizacja wywołuje śmiech mieszający się z zażenowaniem. Oczywiście Niemiec, mimo że jest komendantem obozu dla żołnierzy nie akceptuje swojej pracy i po cichu pomaga Żydom a Anna naraża się na kłopoty bawiąc się w pielęgniarkę. Zaś egzystencja płynie im głównie na rozmowach i seksie z poczuciem winy bohaterki. Nie mówiąc o tym, że ma ona też okazję poznać matkę swojego Niemca i niemal się z nią zaprzyjaźnić. A wszystko to podlane obrzydliwie sentymentalnym sosem, okraszone infantylnymi dialogami i, co chyba najważniejsze, żenujące, bo autorka wygodnie dla siebie szybko rozwiązała dylematy postaci. Przy "Kontrakcie panny Brandt" Rodziewiczówna i jej "Między ustami a brzegiem pucharu" to arcydzieło i szczyt wysublimowania. Tam też Polka pokochała Niemca wbrew woli. Z tą różnicą, że Rodziewiczówną czyta się dziś z łezką w oku a "Kontrakt panny Brandt" ze wstydem. -
- Massenet: Manon
- Daniel Barenboim, Anna Netrebko, Staatskapelle Berlin
- cena: 134,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Magda Talik 2009-03-13
Love story w stylu glamour (4 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)
Niemieckie sceny słyną z dyskusyjnych inscenizacji operowych. Nierzadko górę bierze tam myślenie: „Im bardziej skandalizujący spektakl, tym większy sukces”. Melomanów już nieraz oburzało odczytywanie libretta wbrew intencjom autora i wizji kompozytora. Jednak realizacja perły francuskiej opery - „Manon” Julesa Masseneta w berlińskiej Staatsoper Unter den Linden, mimo że uwspółcześniona a chwilami odważna, nie zakłamuje ani na chwilę treści i cudownie eksponuje muzykę. Reżyser Vincent Paterson nie dał się do końca uwieść stylistyce glamour, jaką wykreował na scenie. Dlatego zamiast kiczu oglądamy pięcioaktową wysmakowaną wizję love story pomiędzy piękną i temperamentną Manon Lescaut (Anna Netrebko) a zakochanym w niej do szaleństwa Kawalerem des Grieux (Rolando Villazon). Duet Netrebko-Villazon to dziś magnes ściągający do oper prawdziwe tłumy wielbicieli obydwojga solistów. Netrebko, wychowanka Teatru Maryjskiego w Sankt Petersburgu i Villazon, meksykański tenor nie tylko świetnie razem wyglądają a ich głosy doskonale razem brzmią, ale widać, że wspólne śpiewanie daje im sporo przyjemności i są dla siebie prawdziwym oparciem na scenie. Nikt nie dywaguje, czy mają romans, bo od dawna wiadomo, że są wyłącznie dobrymi przyjaciółmi. „Manon” to kolejna po verdiowskiej „Traviacie” produkcja zarejestrowana na DVD, w której biorą udział. Zresztą przez cały czas trwania spektaklu nie sposób uciec od porównań z tamtą słynną realizacją z Salzburga. Po pierwsze historie są do siebie zbliżone, po drugie widać, że Paterson uważnie obejrzał „Traviatę” a nawet się zainspirował. W II akcie kochankowie też biegają po sypialni i rzucają w siebie poduszkami, w IV akcie des Grieux uprawia hazard, by zdobyć pieniądze dla ukochanej a w finale Manon umiera w ramionach ukochanego, oddarta z całego blichtru, jaki towarzyszył jej za życia. Gwiazdą tego przedstawienia jest Anna Netrebko. Rosjanka fenomenalnie buduje postać Manon - wokalnie i aktorsko. Na początku jest nieświadomą jeszcze swojego uroku trzpiotką, która kredką do oczu maluje sobie szwy na łydkach, by być bardziej trendy z ówczesną modą lat pięćdziesiątych. Potem dojrzewa do uczucia, a aria „Żegnaj mały stoliku” z II aktu śpiewana z tkliwością i pewną rezygnacją zarazem to prawdziwe arcydzieło. Ale Manon Netrebko ma też w sobie coś z zepsutego jedynaka, który chce mieć nowe zabawki, ale niechętnie oddaje innym stare. Dlatego kiedy kochanek zostaje księdzem Manon chce go natychmiast odzyskać. Krwistoczerwona suknia, w której przychodzi kusić w kościele jest arcydziełem samym w sobie. Jest wreszcie Manon osamotniona, ubrana w łachmany, wycieńczona niczym więźniarka z Auschwitz. Des Grieux to postać mniej złożona, choć wokalnie Villazon błyszczy, zwłaszcza w drugiej odsłonie aktu III, kiedy ubrany w sutannę wyznaje jej miłość i prawdziwie pożąda. Dyrygent Daniel Barenboim prowadzi orkiestrę bez szaleństw, ale muzyka brzmi stylowo a kiedy trzeba soczyście. I dlatego nie wolno tego wszystkiego przegapić. -
- Z archiwów Dalkey
- Flann O′Brien
- cena: 25,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Magda Talik 2009-03-12
Prowincja po irlandzku (1 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Błogosławmy Świat Literacki, który chciał wydał ostatnią powieść Flanna O’Briena. Błogosławmy Hannę Pustułę, która z taką wirtuozerią przełożyła ten osobliwy tom. Błogosławmy też i Jamesa Joyce’a, bo gdyby nie duch jego „Ulissesa” unoszący się nad całością, „Z archiwów Dalkey” byłaby zupełnie inną książką. A póki co przyjrzyjmy się, gdzie dokładnie jesteśmy i ustawmy radar na małą mieścinkę nieopodal Dublina zwaną Dalkey. Centrum wszechświata jest tu pub „Rzepicha”, ośrodkiem kształcenia dom niejakiego de Selby’ego, poligonem doświadczalnym pobliskie jezioro a konfesjonałem komiczny posteruneczek policji sierżanta Fottrella. W pubie przelewane są litry piwa i dokonuje się wymiany informacji (często o fundamentalnym znaczeniu, o czym później). De Selby, oprócz whiskey własnej produkcji, oferuje teologiczne dysputy z ojcami kościoła w podwodnej grocie a oprócz tego planuje zagładę grzesznego świata. Zaś sierżant boleje nie nad rosnącą przestępczością, ale krążącymi w przyrodzie molikułami. Mamy jeszcze niejakiego Micka, który przechodzi w Dalkey swoiste katharsis - od bywalca pubu po religijnego prozelitę. Od ogólnego życiowego otępienia po intelektualne szczyty i dyskusje z samym Jamesem Joyce’em. Joyce’em? Jakim sposobem jednak, skoro mamy niemal lata pięćdziesiąte a autor „Ulissesa” od niemal dekady spoczywa na cmentarzu w Zurychu. Takim to, że informacja o jego śmierci okazała się mocno przesadzona. Oto bowiem James Joyce żyje i mieszka w małym irlandzkim kurorcie. Ba, nalewa tam piwo w jednym z pubów i zaprzecza jakoby on był autorem tej bredni, jaką jest „Ulisses”. Widząc i doświadczając podobnych dziwów właściwie trudno już do końca ufać sobie. Krzepki Irlandczyk Mick nie traci jednak głowy, bo w jego kraju nie od dziś rzeczywistość jakimś trafem miesza się z fikcją a laickość z żarliwą religijnością. Błogosławmy więc i Flanna O’Briena, że zanim odszedł, tak cudownie opisał ten świat i pozwolił nam go dotknąć. -
- Na wzgórzach Idaho
- Bartosz Marzec
- cena: 42,49 zł
- (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)
Magda Talik 2009-02-23
W cieniu Papy Hemingwaya (2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Pierwotnie książka Bartosza Marca miała mieć wieloznaczny tytuł „Magnetic Pole” (zarówno Magnetyczny Polak, jak i Pole magnetyczne). Tak bowiem Ernest Hemingway nazywał Bronisława Zielińskiego, przyjaciela oraz tłumacza swoich powieści. I trudno byłoby chyba wymyślić lepszy tytuł dla książki o człowieku, który spędził życie szukając najlepszego przełożenia obcych słów i ich kontekstu na rodzimy język, realia. A jednak ostatecznie biografia Zielińskiego pojawiła się w księgarniach pod bezpieczniejszą, choć mniej poetycką nazwą „Na wzgórzach Idaho”. Nawiązuje ona zarówno do dzieła Hemingwaya „Zielone wzgórza Afryki”, jak i położenia jego ukochanej chaty w stanie Idaho (mieścina Ketchum), gdzie amerykański pisarz spędzał sporo czasu tworząc (obowiązkowo w pozycji stojącej). Zieliński odwiedził go tam w 1958 roku, wspólnie polowali i nawiązali prawdziwie przyjacielską nić porozumienia. Przy wyjeździe Bron (tak mówił na niego Hemingway) dostał od potężnie zbudowanego literata ołówek, zdjęcia a Papa kupił mu dodatkowo ciepłą kurtkę na polowania. Pozostali w kontakcie przez następne trzy lata aż do samobójczej śmierci amerykańskiego noblisty. Bronisław Zieliński był jedną z nielicznych osób, którym żona pisarza ofiarowała osobisty drobiazg - tłumacz otrzymał torbę z jaką Papa chodził polować. Ale w książce Marca pojawiają się też inne fundamentalne dla literatury postaci - Truman Capote, jeszcze przed swoim największym sukcesem, czyli napisaniem „Z zimną krwią” i John Steinbeck, już po wydaniu „Na wschód od Edenu” i o krok od twórczego kryzysu. Obydwu ich Zieliński poznał a z Capote’em wymieniał też korespondencję. Wspaniale czyta się dość okazały album Bartosza Marca, choć stała się w nim rzecz zupełnie niebywała. Mianowicie autor został całkowicie przyćmiony przez swojego bohatera. Z wypiekami na twarzy czytamy nie część biograficzną (choć przecież bardzo interesującą), ale autentyczne zapiski samego Bronisława Zielińskiego z dziennika podróży po Stanach Zjednoczonych z 1958 roku. Są nie tylko bezcenną kroniką znajomości z Hemingwayem (z cytatami wypowiedzi Papy na różne tematy, ze zdjęciami, jakie zrobił mu Zieliński), czy pozostałymi pisarzami. Świadczą także o wielkim talencie literackim tłumacza, który do końca życia, choć ceniony w swojej profesji, pozostał w cieniu mistrzów, jakich książki przekładał. Podziwiał ich i przyjaźnił się nimi. W ostatnim rozdziale znajdziemy pieczołowicie opatrzone przypisami przez Marca listy do Hemingwaya i te napisane przez Papę do Zielińskiego. Także korespondencję od Capote’a, wyjątkowo cenną teraz, gdy dopiero doczekaliśmy się pierwszego tłumaczenia biografii tego znakomitego autora. Postacią pierwszoplanową pozostaje jednak Zieliński, człowiek nad wyraz skromny, pokorny a przy tym nie pozbawiony temperamentu, czaru i elegancji. Człowiek, któremu Hemingway nie wahał się powiedzieć : „Mówię z Panem tak jak z bratem”. -
- Intymne życie niegdysiejszej Warszawy
- Stanisław Milewski
- cena: 41,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Magda Talik 2009-02-23
Warszawa, czyli polskie Sin City (12 z 14 uznało tę recenzję za pomocną.)
Po kolejnej oskarowej gali wzdychamy z zazdrością, że u nas takich filmów jak za oceanem raczej się nie nakręci. Nie wolno jednak porzucać nadziei, bo potencjalnych hollywoodzkich scenarzystów właściwie już mamy. Na kanwie książki Stanisława Milewskiego mógłby powstać jeden z bardziej fascynujących obrazów kinowych. Pokazujący świat, który odszedł do przeszłości, ale wciąż barwny i jeszcze nie w pełni odkryty. "Intymne życie niegdysiejszej Warszawy" to rodzaj przewodnika niekonwencjonalnego. Zamiast na wycieczkę po muzeach, Pałacu Kultury czy oddanej do użytku końcowej stacji metra, zabiera nas na spacer w miejsca dziwaczne, podejrzanie kuszące albo wręcz niebezpieczne, ale w... XVIII i XIX wieku. Że jest o co kruszyć kopie niech zaświadczy Krakowskie Przedmieście, na którym ludzie tratowali się, by podnieść z bruku rozrzucane przez podskarbiego monety koronacyjne Stanisława Augusta Poniatowskiego. Niech przemówią strusie, ukochane ptaki króla Stasia, trzymane w Łazienkach (i tam dokonujące żywota), niech zakrzyczą małpy, jakie za, bagatela, ćwierć miliona złotych sprowadził brat ostatniego króla. Usłyszymy pewnie śmiech publiczności w murowanym (tak, tak !) cyrku przy ulicy Ordynackiej, który musiał znać i Bolesław Prus, szelest balowych sukien i jęki omdlewających kobiet na publicznym balu (tzw. reducie) u Włocha Salwadora przy ulicy Piekarskiej. Przy odrobinie szczęścia na Polach Mokotowskich spotkamy może autentycznych "Indian" (niektórzy mówią po polsku). Potem będzie można przespacerować się na tor wyścigów konnych, zwany przez Sienkiewicza "jarmarkiem próżności ludzkiej", obstawić swojego faworyta i zgrać się "do gołej skóry". Jeśli jednak trochę grosza nam pozostanie dojedziemy na Rynek Starego Miasta, gdzie zaserwują nam flaki czy żur, choć jeden Niemiec zarzeka się, że Polacy najchętniej piją wino. Nie wypada ominąć przy tej okazji piwnicy win węgierskich w kamienicy Teofila Fukiera na Starym Mieście. Jeśli przypadkiem otworzymy gazetę z lat 80-tych XIX wieku zaroi się w niej od ogłoszeń matrymonialnych. Być starą panną do trzydziestki? Niestety niektóre anonsy były pułapką dla przyszłych kandydatek do zagranicznych domów publicznych. Przybytków rozkoszy nie brakowało i w stolicy. Na ulicy Towarowej brylował zakład "mamy" Ślimakowskiej, żony aktora teatrzyku ogródkowego. Ale pieniędzy nie trzeba było koniecznie tracić w lupanarze. Można było łatwiej. Na ulicy. Kieszonkowców nie brakowało, choć złodziejska arystokracja lokowała się gdzie indziej. Kimiarze rabowali domy bogatych obywateli podczas ich snu. Najbardziej zuchwały "Pająk" chodził po gzymsach. Kiedy któregoś razu nie dopisało mu szczęście spadł na trotuar tracą przy tym życie. Inny, Szejnert, przystawiał drabiny do balkonów pałaców przy Krakowskim Przedmieściu, ale go złapano. Policjanci starali się czuwać. Zwłaszcza, gdy mieli za szefa Augustyna Glińskiego, "glinę". Jego odejście długo opłakiwano. Witajcie w Warszawie, polskim Sin City. -
- Piano Concerto No.2 / Piano Concerto in G
- Yundi Li
- cena: 35,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 14 dni )
Magda Talik 2009-02-12
Pożegnanie z Yundi Li (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Cenionym muzykiem jest się niezależnie od koniunktury. Pod warunkiem jednak, że w kieszeni spoczywa kontrakt podpisany z prestiżową firmą fonograficzną, która także potem wyrazi zainteresowanie jego przedłużeniem. Chiński pianista Yundi Li stał się gwiazdą w chwili wygrania Konkursu Chopinowskiego w 2000 roku. Niepisaną tradycją było bowiem, że triumfator tej imprezy zostaje artystą znanej wytwórni Deutsche Grammophon, wydaje płyty, jeździ w trasy koncertowe, zdobywa doświadczenie i sławę. Tak jak Maurizio Pollini, Martha Argerich, czy Krystian Zimerman, który dla niemieckiego koncernu nagrywa już ponad ćwierć wieku. Jednak płyta z koncertami fortepianowymi Prokofiewa i Ravela to pożegnanie Yundi Li z potentatem fonograficznym, który nie chce dłużej zatrzymywać u siebie Chińczyka. Jednym z powodów może być kontrakt z Rafałem Blechaczem. Innym, być może bardziej prawdopodobnym, swoisty brak zdecydowania, może nijakość Yundi Li, która jest po trosze widoczna i na tym albumie, notabene jednym z najlepszych tego artysty. W obydwu utworach prym wiedzie bowiem nie solista, ale orkiestra Berlińskich Filharmoników pod batutą niezrównanego Seiji Ozawy. Jak soczyście brzmi ten zespół, jak chwilami złowieszczo i niepokojąco w Prokofiewie, jak wirtuozowsko ścigają się w koncercie Ravela instrumenty dęte, jak pikują, docinają i dowcipkują. Czy w tym anturażu odnajduje się solista? W II koncercie Prokofiewa Yundi Li pokazuje pazur dopiero w imponująco zagranej kadencji pod koniec I części, trochę jednak zbyt późno. Może jego wrażliwość, tak idealna do odczytywania intencji Chopina, tutaj nie wytrzymała starcia z masą brzmieniową i rodzajem pewnej zamierzonej prymitywności. Przydałoby się usłyszeć w Prokofiewie uderzenie znamionujące nie lekkość, ale raczej coś celowo przyciężkiego, brutalnego, kategorycznego. W związku z tym Chińczyk powinien był lepiej odnaleźć się w pełnym kolorów, nieco jazzowym koncercie G-dur Ravela. I rzeczywiście, słychać, że estetyka impresjonisty jest znacznie bliższa Yundi Li, czemu daje wyraz zwłaszcza w II części utworu, zagranej istotnie blisko ideału. Dlaczego jednak, kiedy włącza się orkiestra pianista zdaje się tracić odwagę, woli akompaniować niż kontrapunktować. Z pewnością jeszcze usłyszymy o Yundi Li, bo mimo wszystko udało mu się uniknąć losu innego rodaka - Lang Langa, taniego efekciarza i głodnego sukcesu lwa salonowego. Ale większy sukces wróżyć należy Rafałowi Blechaczowi, który pod skrzydłami Deutsche Grammophon rozwija się w zadziwiający sposób. -
- Lady Susan. Watsonowie. Sanditon
- Jane Austen
- (towar niedostępny)
Magda Talik 2009-01-29
Jane Austen mniej znana (5 z 9 uznało tę recenzję za pomocną.)
Zebrane w tej książeczce trzy nowele to propozycja raczej dla wiernych fanów twórczości Jane Austen aniżeli postronnych czytelników, którzy mogą się poczuć rozczarowani pewnymi niedociągnięciami autorki „Dumy i uprzedzenia”. Ale też „Lady Susan”, „Watsonowie” i „Sanditon” pechowo dla nas współczesnych powstawały albo jako autorskie wprawki albo jeśli nawet Austen traktowała je poważnie, z różnych względów pozostały niedokończone. Wczesna „Lady Susan” jest utrzymana w odrobinę dziś niewygodnej formie listów, jakie bohaterowie wymieniają do siebie nawzajem. Korespondenci aż płoną z ciekawości, by osobiście poznać tytułową Lady Susan Vernon, kobietę, która jest w stanie usidlić praktycznie każdego mężczyznę, mimo, że młode lata ma już za sobą (notabene, jest kobietą przed czterdziestym rokiem życia!). Mężczyźni ulegają jej urokowi, nawet ci najbardziej wytrwali i hardzi. Co innego kobiety. Te ostrzegają się wzajemnie w listach, by nie ufać słodyczy i przyjacielskiemu nastawieniu Lady Susan. O ile pierwsza z nowel wydaje się zamkniętą całością, o tyle drugi z utworów - „Watsonów” Austen zarzuciła po napisaniu kilkunastu wstępnych stron. Szkoda, bo historia pochodzącej z ubogiej rodziny, ale dystyngowanej Emmy Watson mogła być prawdziwym przebojem. Pisarce starczyło inwencji, by przywołać przygotowania do balu, samą scenę zabawy w Surrey oraz następujące po niej kilka dni. Towarzystwo opisała jak zwykle trafnie i z dowcipem, różnicując je według pozycji społecznej i stanu posiadania a także cech charakteru. Rozsądnej Emmie nie spodoba się, wbrew oczekiwaniom, przystojny hulaka Tom Musgrave, za którym wzdycha jej siostra, ale ktoś bardziej powściągliwy, by nie zdradzać zamiarów panny. Wiemy z przekazów siostry Austen, jak miała wyglądać dalsza część „Watsonów” i jak planowała poprowadzić akcję. Tym bardziej niepowetowana to strata. Powstawanie ostatniej z nowel - „Sanditon” przerwała śmierć Austen a być może mielibyśmy do czynienia z doskonałą satyrą na kuracjuszy miejscowości uzdrowiskowych, jakie w czasach pisarki wyrastały niczym grzyby po deszczu (sama mieszkała przez pewien czas w Bath, więc miała okazję przyjrzeć się przebywającym tam ludziom). Bohaterem jest bowiem pomysłodawca i założyciel jednego z takich kurortów, przejęty swoją rolą gospodarza dla sprawiającego niemałe kłopoty środowiska przyjezdnych. Trudno wszystkie trzy utwory Austen polecać tym, którzy znają ją jako mistrzynię powieści obyczajowej końca XVIII wieku. Szkice są bowiem zbyt niedopracowane i otwarte. Jednak miłośnikom charakterystycznego stylu Angielki nawet te trzy osierocone przez autorkę nowele sprawią sporo radości. A przed walentynkami szczególnie warto rozważyć ich kupno. Dla kobiet wszystko, co sygnowane znakiem Jane Austen kojarzy się tylko pozytywnie. -
- Songs My Mother Taught Me
- Magdalena Kozena
- cena: 50,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 14 dni )
Magda Talik 2009-01-29
W magicznym świecie czeskich pieśni (3 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)
Nie od dziś wiadomo, że czeska mezzosopranistka Magdalena Kożena chyba najbardziej intrygująco rozwija swój talent w projektach uwzględniających pieśni. W 2000 roku nagrała olśniewającą płytę "Love songs" z twórczością rodzimych kompozytorów (Dworzaka, Janaczka i Martinu). Cztery lata później pojawił się także znakomity krążek z utworami wokalnymi Ravela, Szostakowicza czy Brittena. Najnowszy album "Piosenki, których nauczyła mnie matka" to po raz kolejny powrót do czeskiej muzyki. Sama Kożena przyznaje w wywiadzie, że śpiewanie w swoim własnym języku daje jej ogromny komfort. Nie trzeba korzystać z usług korepetytorów, zawsze wiadomo, na które słowo czy frazę przypada akcent. Nazwa płyty to nie tylko tytuł przepięknej pieśni Antonina Dworzaka. Mezzosopranistka zapewnia, że wiele z tych miniatur poznała istotnie za sprawą swojej matki, która wprawdzie nie była śpiewaczką, ale chętnie nuciła i znała wiele ludowych melodii. Już pierwsza z wykonywanych tu pieśni "Gdybym była truskaweczką" śpiewana a capella to nieco rzewna piosenka tradycyjna anonimowego autora. Pozostałe to utwory wybitnych czeskich twórców, których twórczość w dużej mierze była zorientowana na silne przywiązanie do tego, co ludowe. Dlatego Janaczek napisał kilka utworów na bazie tekstów wiejskich poetów (przepiękna "Ławeczka", "Jabłuszko" czy skoczni "Muzykanci") a Dworzaka inspirowały melodie cygańskie (wśród nich jest melancholijna tytułowa "Piosenki, których nauczyła mnie matka" czy żywiołowa "Nastrojona struna") i morawskie (fantastyczne duety morawskie, które Kożena śpiewa z niemiecką sopranistką Dorotheą Roschmann). Przy większości wspomnianych pieśni towarzyszy Kożenie wrażliwy akompaniator, pianista Malcolm Martineau. Dzięki niemu pieśni zyskują dodatkowo nastrojowy rys. Ale na płycie jest też zupełnie zaskakujący cykl zmarłego dwa lata temu kompozytora Petra Ebena. Nietypowy, bo głosowi wtóruje lutnia, imitując brzmienie, jakie kojarzymy z renesansowymi pieśniami Dowlanda, ostatnio tak modnymi za sprawą klasycznego albumu Stinga. Kożena doskonale czuje się w tym repertuarze, mimo że śpiewa nie tylko po czesku, ale w kilku językach. Jej może nie porażająco silny, ale za to niezwykle subtelny głos tutaj znajduje pole do prawdziwego popisu. Czy chodzi o oddanie klimatu radosnego i rubasznego czy przepełnionego smutkiem, bardziej refleksyjnego. Czesi mogą być dumni ze swojego muzycznego ambasadora a Polacy powinni powalczyć o skuteczniejsze "sprzedanie" w świecie przepięknych pieśni Karłowicza, Żeleńskiego czy Szymanowskiego. -
- Matka
- Roger Michell
- (towar niedostępny)
Magda Talik 2009-01-27
Niedopasowani do życia (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Ten skromny film Rogera Michella świadczy o talencie reżysera znacznie dobitniej niż lekkostrawny a rozreklamowany „Notting Hill”. Nie ma tu ani szeroko uśmiechniętej hollywoodzkiej gwiazdy, ani brytyjskiego specjalisty od ról nieudaczników. Jest natomiast mało atrakcyjna, starzejąca się kobieta, desperacko pragnąca odnaleźć się po śmierci męża. Sztampowa historia? Niezupełnie. May (intrygująca Anne Reid) nie jest typem kochającej żony i matki, która z rozkoszą oddawała się rodzinnemu stadłu. Raczej nienawidziła tego, że małżeństwo i dzieci zamknęło ją w złotej klatce, pozbawiło możliwości wyboru. Naiwnie wierzy więc, że odejście męża otwiera przed nią nowy świat. Wdaje się w ekscytujący romans z budowlańcem Darrenem (doskonała kreacja Daniela Craiga), partnerem jej córki, próbuje się zbliżyć do własnych dzieci, które są dla niej jak zupełnie obcy ludzie. Ale wbrew reklamowym sloganom, życia nie można zacząć zupełnie od nowa, zwłaszcza, że w tym celu trzeba zamieść pod dywan niegdysiejsze problemy. Michell z pomocą znanego angielskiego pisarza Hanifa Kureishi stworzył w „Matce” przejmujący portret kobiecy. Nie taki, jakiego byśmy się spodziewali - uległej i zrozpaczonej wdowy. Inny - wciąż pełnej temperamentu i zarazem od lat rozczarowanej swoim życiem osoby. Reżyser nie poucza, nie daje żadnych wskazówek, najczęściej po prostu przygląda się swojej bohaterce i pozostałym postaciom. Żadna z nich zresztą nie sprawia wrażenia zadowolonej z tego, co osiągnęła. Córka May boryka się z nieustannymi uczuciowymi problemami, syn mija się ze swoją atrakcyjną żoną, a wyluzowanie Darren to też rodzaj pozy, reakcja obronna na rozpaczliwą sytuację. Szkoda, że ten ważny film Michella przeszedł praktycznie niezauważony w kinach i przez widzów. Traktuje bowiem nie tyle o starości, ile o swoistym niedopasowaniu do społecznych ról, jakie przyszło nam pełnić. I pozostawia z tym problemem.






Merlin in English














![To co dobre [Digipack] - Andrzej Piaseczny](/To-co-dobre_Andrzej-Piaseczny,images_small,11,88697994862.jpg)





