stały recenzent  Jacek Żardzin

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 35

  • Electric Cafe

    Jacek Żardzin 2006-05-30

    Elektrownia - sto procent mocy!   (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Kraftwerk to żywa legenda elektronicznego brzmienia i muzyki jako takiej. Trudno sobie wyobrazić jak wyglądałaby współczesna muzyka pop, gdyby nie panowie w czerwonych koszulach. Kraftwerk i ich słynne eksperymenty natchnęły dziesiątki muzyków i zespołów, odbiły się na twórczości niemal każdej grupy. Często nawet sami dzisiejsi twórcy nie wiedzą, że są spadkobiercami i beneficjantami brzmień wynalezionych przez niemieckich kompozytorów. Samplery i maszyny perkusyjne zagościły na dobre we współczesnej muzyce pop, dziś nie są niczym nadzwyczajnym, natomiast w latach kiedy Kraftwerk zaczynał mało kto w ogóle wiedział o istnieniu takich "grających dziwadeł". To właśnie Kraftwerk ucywilizował sampler, syntezator, maszynę perkusyjną i inne wydające dźwięki wytwory myśli inżynieryjnej, pokazał jak można ujarzmić bestię naszpikowaną elektroniką. Z laboratoriów wyprowadzili na szerokie wody urządzenia, jakie do tej pory kojarzyły się tylko i wyłącznie z prądem czy zagmatwanymi, nieartykułowanymi odgłosami. Jako wykształceni w konserwatorium muzycy posiedli zdolność do komponowania utworów melodyjnych, opartych na syntetycznych bitach i hipnotyzujących powtarzającymi się sekwencjami rytmicznymi. Wszak płyta "Trans Europa Express" to symfonia oparta na stukach kół pociągu, "Autobahn" natomiast to dźwięki zebrane na przejażdżce po autostradzie. "Electric Cafe" to jedno z późniejszych dzieł "pracowników elektrowni". Nie jest to już awangardowy elektroniczny pop, to zgrabny zestaw utworów skomponowany na dawnej kraftwerowskiej recepturze - bit plus wokal plus melodia plus trans. Słuchając ma się nieodpartą chęć powtarzania za zmodyfikowanym elektronicznie głosem tekstu wyśpiewywanego przez artystów a że warstwa wokalna w ogóle nie jest skomplikowana przychodzi to z wielką łatwością. "Electric Cafe" jest albumem atakującym słuchacza sporą dawką przebojowych utworów. Może nieco się zestarzał, jako że postęp w dziedzinie elektroniki na polu muzycznym jest przeogromny, ale zestarzał się jednak w dobrym klasycznym stylu, nie wywołując na ustach słuchacza grymasu zniesmaczenia. To istna kopalnia dla poszukiwaczy sampli, materiał jaki może natchnąć niejednego twórcę do kompozycji w stylu techno, drum & bass, house czy acid. Warto poznać dokonania zespołu by dowiedzieć się skąd pochodzą i jak ewoluowały bity wszechobecne w dzisiejszej muzyce tanecznej. Na rozpoczęcie przygody z Kraftwerk, album ten nadaje się znakomicie, potem warto sięgnąć po starsze wydawnictwa. Warto zaznaczyć, ze Kraftwerk mieli w zwyczaju wydawać swoje płyty w dwóch wersjach językowych - niemieckiej i angielskiej. Osobiście preferuję wersje niemieckie, pasują idealnie do czystej, dokładnej niemieckiej roboty.
  • Doo-Bop
    • Doo-Bop
    • Miles Davis
    • cena: 19,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 7 dni)

    Jacek Żardzin 2006-05-30

    Wielki Miles Davis znów zaskakuje   (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Ostatnia płyta Milesa Davisa - wydana została już po śmierci muzyka. Mało kto by się spodziewał takiego dzieła po wielkim Davisie, z drugiej strony wcale nie ma się czemu dziwić. Wszak Miles Davis kilkakrotnie za swego życia zmieniał bieg historii jazzu i muzyki jako takiej. Davis nie stronił od nowości w jazzie, nie ograniczał się sztucznie do głównego nurtu, wychodził poza schematy, eksperymentował, próbował łączyć kierunki na pozór z sobą nie powiązane i teoretycznie wykluczające się nawzajem. Bo jak niby połączyć rap i tandetny beat maszyny perkusyjnej z jazzowym frazowaniem? Okazało się, że można i po raz kolejny Miles Davis pokazał, że w twórczości nie istnieją żadne bariery. Płyta ta, to projekt M.D i producenta znanego jako Eazy Mo Bee. Eazy Mo Bee to niczym nie wyróżniający się raper, ale dzięki współpracy z Davisem jego pseudo już na zawsze zostało wpisane do leksykonów muzycznych. Powstała płyta dość ciekawa, lecz mało Davisowska. Można powiedzieć, że to właściwie hip hop powiązany z trąbką, jaka odzywa się raz na kilka taktów. Ale za to jak się odezwie to nie można jej pomylić z żadną inną trąbką świata. Najbardziej denerwująca jest raperska melorecytacja, gdyby z albumu wyciąć wszystkie ścieżki wokalne to zapewne irytacja by ustąpiła, ale byłoby to równoznaczne z okaleczeniem pierwotnego pomysłu, polegającego właśnie na niespotykanej do tej pory syntezie ulicznego rapu (czy hip hopu) z jazzem. Płyty słucha się miło, łatwo i przyjemnie - niestety. Kompozycje wpadają w ucho, można sobie śpiewać razem z wokalistami (wokalista to chyba za dużo powiedziane) ba, można nawet zatańczyć. Tak więc otrzymaliśmy sprawnie zrobiony album, jaki może bez wątpienia dotrzeć do sporej ilości odbiorców, nawet tych, którzy z jazzem nigdy dotąd się nie spotkali. I to jest chyba jedyna zaleta tej płyty. Istnieje prawdopodobieństwo, że dzięki niej hiphopowcy, raperzy, wielbiciele popu spojrzą w kierunku półki z jazzem w najbliższym sklepie - sporo osób właśnie dzięki temu wydawnictwu (oraz dzięki płycie "Tutu") zaczyna przygodę z mistrzem Davisem. Płyta niestety się zestarzała, brzmi ciut staromodnie. Za postarzenie płyty odpowiedzialne są brzmienia hiphopowe, ich aranżacja, wykorzystane samplery i maniera wokalna. Dziś gra się nieco inaczej - każdy to stwierdzi włączając radio na pierwszą lepszą stację. Jazz natomiast broni się na "Doo-Bop" znakomicie, partie jakie Davis wygrywa nie są zbytnio porywające czy rewolucyjne, ale na pewno nie można stwierdzić, że trącą myszką. Właśnie z powyższej przyczyny album nie jest równy. W każdym razie, było to wydawnictwo przełomowe, potem posypały się płyty realizowane w podobny sposób. Wystarczy choćby wspomnieć US3, Tab Two czy niezliczoną ilość zespołów nagrywających w nurcie acidjazzowym. Tak więc znów Miles Davis zmienił bieg historii muzyki i chwała mu za to!
  • Street Fighting Years [Remastered]

    Jacek Żardzin 2006-05-29

    Warto!   (10 z 11 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Z Simple Minds jest mały problem. Zespól szalenie utalentowany, muzycy na wysokim technicznym poziomie, wokalista, który potrafi śpiewać, kompozycje nieszablonowe, a jednak jest niedoceniony przez publikę. Do Simple Minds przylgnęło dość deprecjonujące określenie - U2 dla ubogich. Wielce niesprawiedliwa definicja zważywszy na materiał, jaki znajdujemy na ich płytach. U2 i S.M. to swego czasu były dość pokrewne zespoły, grające w tym samym nurcie angielskiego rocka z charakterystycznym pazurem i zacięciem. O ile U2 grali raczej "prosto", to S.M starali się tworzyć utwory bardziej rozbudowane i nieco mocniej skomplikowane. Niestety, Simple Minds nie mają tak charakterystycznego frontmana, jak Bono w swoim składzie. Jim Kerr pomimo talentu wokalnego uchodzi za brzydala, reszta zespołu także urodą nie grzeszy - to chyba jedyna przyczyna, z powodu której ekipa nie zaskarbiła sobie takiego uznania jak U2, do których od zawsze byli porównywani. Od U2 różniło ich (na korzyść S.M) podejście techniczne do wydawanych płyt. Dzieła Simple Minds są bardzo starannie zrealizowane, technicznie dopracowane do ostatniego szczegółu, dźwięki wszelakie brzmią czysto i klarownie, nie ma miejsca na najmniejszy fałsz i kiepskie zagrywki. Jakby nie było, U2 słynie z nieumiejętności grania, fałsze The Edge'a (szczególnie słyszalne na koncertach) są wręcz przysłowiowe, a i Bono także ma problemy z czystym śpiewem. U Simple Minds nie zauważamy takich niedociągnięć warsztatowych. "Street Fighting Years" to sztandarowe dzieło chłopców z Glasgow. Ponad 60-minutowy zestaw zawarty na albumie przyciąga uwagą od pierwszej piosenki. Gitary, perkusja, wokal i klawisze - nic więcej grupa nie potrzebuje by wyczarować pasjonujące brzmienie. Wokal Kerra poraża czystością i zdolnością właściwego dawkowania emocji, nie atakując przy tym słuchającego przesadną, teatralną sztucznością. Tam gdzie należy potrafi ryknąć, jest też w stanie namiętnie nucić z uczuciem w wymagających tego partiach. Przyjemność z wsłuchiwania się w jego sposób śpiewania jest zaiste wielka. Rozbudowany zestaw perkusyjny wtóruje mu z pasją, zmuszając odbiorcę do podkręcania gałki głośności na wzmacniaczu - np. w utworze trzecim. To typowy zespół, gdzie lidera brak, cały skład pracuje na równi by uzyskać zamierzony efekt - nikt nie stara się wychodzić przed front; basista przebiera palcami, pałkarz grzmi, a gitarzysta nie popisuje się zbędnymi solówkami. Utwory pulsują rytmicznie, ręce same składają się by naśladować grę na gitarze. Maszyna perkusyjna użyta bardzo oszczędnie, niemal trudno ją zauważyć - "This Is Your Land". Można powiedzieć, że to elegancki rock, może niektórym wyda się trochę ułagodzony i stonowany, lecz w każdym razie nie jest to wadą. W utworach mamy nie tylko nachalny rytm, ale także i zgrabnie zaznaczone linie melodyczne. Technicznie album ten jest mistrzostwem świata w realizacji. Jakże mogłoby być inaczej, kiedy za stołem mikserskim dwóch złotouchych panów słynących z niesamowicie wysokiego poziomu produkcyjno-realizatorskiego - Trevorn Horn i Steven Lipson. Pseudo pod jakim znany jest Trevorn Horn (Nóź) mówi samo za siebie. Z ciekawostek na "Street..." znajdujemy kawałek "Biko" skomponowany przez Petera Gabriela - niestety, to zdecydowanie najsłabszy utwór na płycie. Poprawność polityczna tej kompozycji sprawiła, że krążyła ona swego czasu po stacjach radiowych - utwór poświecony bojownikowi o wolności i równouprawnienie rodzimych mieszkańców Afryki. Gościnnie pojawiają się na wydawnictwie Lou Reed ("This Is Your Land") oraz Stewart Copeland znany wszystkim z The Police. Swoistego uroku dodają kompozycjom wykorzystane instrumenty, pojawiające się w roli przeszkadzajek. Mało na której płycie można usłyszeć umiejętnie wplecione w aranżacje szkockie dudy, skrzypce czy wiolonczele, nie wspominając o flażolecie czy irlandzkim bębnie obręczowym (bodhran). Polecam wszystkim, którzy chcieliby zaznajomić się z zespołem, jaki od zawsze pozostawał niesłusznie w cieniu.
  • Guilty Pleasures
    • Guilty Pleasures
    • Barbra Streisand
    • cena: 24,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 7 dni)

    Jacek Żardzin 2006-05-29

    Odgrzewany kotlet

    Nie potrafię się zgodzić z poprzednimi recenzjami. Płyta jest po prostu tragicznie słaba. Oczywiście nie można odmówić wielkiej Barbrze talentu wokalnego, potrafi śpiewać jak mało która artystka. Technicznie - śpiew na najwyższym poziomie, pomimo upływu lat pani Streisand wciąż prezentuje bardzo wysoką formę. Ale co z tego, skoro utwory są, mówiąc delikatnie, bezpłciowe. Od takie sobie śpiewanie do takiej sobie muzyki. Barry Gibb tym razem nie wspiął się na wyżyny. Mając w pamięci fenomenalny album, jaki duet Gibb i Streisand stworzyli ponad dwadzieścia lat temu, chciałoby się dostać ponownie coś tak samo niezwykle pięknego. Niestety otrzymaliśmy odgrzewany kotlet, polany ketchupem by zabić smak niezbyt świeżego dania. Żadna, ale to żadna piosenka nie pozostaje w pamięci, kiedy CD przestaje się kręcić w odtwarzaczu. Jednym uchem wpadło, drugim wyleciało. Nie ma ani jednej kompozycji na miarę "Guilty", "What Kind Of Fool" czy prześlicznego "Woman In Love". Czekałem na to wydawnictwo, lecz wielce się zawiodłem. Nie pozostaje nic innego jak wrócić do pierwowzoru, czyli płyty "Guilty" wydanej w 1980 roku. Jeśli jednak ktoś ma zamiar się skusić na "Guilty Pleasures", to niech czym prędzej zamówi także "Guilty" - będzie to doskonały materiał do porównania.
  • Doo-Bop
    • Doo-Bop
    • Miles Davis
    • cena: 19,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 7 dni)

    Jacek Żardzin 2006-05-25

    Kolejna zmiana w historii muzyki jazzowej

    Ostatnia płyta Milesa Davisa - wydana została już po śmierci muzyka. Mało kto by się spodziewał takiego dzieła po wielkim Davisie, z drugiej strony wcale nie ma się czemu dziwić. Wszak Miles Davis kilkakrotnie za swego życia zmieniał bieg historii jazzu i muzyki jako takiej. Davis nie stronił od nowości w jazzie, nie ograniczał się sztucznie do głównego nurtu, wychodził poza schematy, eksperymentował, próbował łączyć kierunki na pozór ze sobą nie powiązane i teoretycznie wykluczające się nawzajem. Bo jak niby połączyć rap i tandetny beat maszyny perkusyjnej z jazzowym frazowaniem? Okazało się, że można i po raz kolejny Miles Davis pokazał, że w twórczości nie istnieją żadne bariery. Płyta ta, to projekt M.D i producenta znanego jako Eazy Mo Bee. Eazy Mo Bee to niczym nie wyróżniający się raper, ale dzięki współpracy z Davisem jego pseudo już na zawsze zostało wpisane do leksykonów muzycznych. Powstała płyta dość ciekawa, lecz mało Davisowska. Można powiedzieć, że to właściwie hip-hop powiązany z trąbką, jaka odzywa się raz na kilka taktów. Ale za to jak się odezwie to nie można jej pomylić z żadną inną trąbką świata. Najbardziej denerwująca jest raperska melorecytacja, gdyby z albumu wyciąć wszystkie ścieżki wokalne, to zapewne irytacja by ustąpiła, ale byłoby to równoznaczne z okaleczeniem pierwotnego pomysłu, polegającego właśnie na niespotykanej do tej pory syntezie ulicznego rapu (czy hip-hopu) z jazzem. Płyty słucha się miło, łatwo i przyjemnie - niestety. Kompozycje wpadają w ucho, można sobie śpiewać razem z wokalistami (wokalista to chyba za dużo powiedziane) ba, można nawet zatańczyć. Tak więc otrzymaliśmy sprawnie zrobiony album, jaki może bez wątpienia dotrzeć do sporej liczby odbiorców, nawet tych, którzy z jazzem nigdy dotąd się nie spotkali. I to jest chyba jedyna zaleta tej płyty. Istnieje prawdopodobieństwo, że dzięki niej hip-hopowcy, raperzy, wielbiciele popu spojrzą w kierunku półki z jazzem w najbliższym sklepie - sporo osób właśnie dzięki temu wydawnictwu (oraz dzięki płycie Tutu) zaczyna przygodę z mistrzem Davisem. Płyta niestety się zestarzała, brzmi ciut staromodnie. Za postarzenie płyty odpowiedzialne są brzmienia hip-hopowe, ich aranżacja, wykorzystane samplery i maniera wokalna. Dziś gra się nieco inaczej - każdy to stwierdzi, włączając radio na pierwszą lepszą stację. Jazz natomiast broni się na Doo-Bop znakomicie, partie jakie Davis wygrywa nie są zbytnio porywające czy rewolucyjne, ale na pewno nie można stwierdzić, że trącą myszką. Właśnie z powyższej przyczyny album nie jest równy. W każdym razie był to przełom, potem posypały się płyty realizowane w podobny sposób. Wystarczy choćby wspomnieć US3, Tab Two czy niezliczoną ilość zespołów nagrywających w nurcie acidjazzowym. Tak więc znów Miles Davis zmienił bieg historii muzyki i chwała mu za to!
(Stron: 4)

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Promocje - kupuj i oszczędzaj!