stały recenzent  Jacek Żardzin

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 35

  • Doobop / Tutu / Amandla [Box]

    Jacek Żardzin 2007-07-11

    Amandla - jazz na spokojnie

    "Amandla" i "Tutu" to bardzo pokrewne płyty. Powstały w latach osiemdziesiątych i niestety obarczone są stylistyką, jaka była wówczas modna. Chodzi mianowicie o brzmienia syntezatorowe oraz maszyny perkusyjne użyte w nagraniach, które obecnie brzmią nieco archaicznie i, delikatnie mówiąc, tandetnie. Na całe szczęście jest to jedyna wada, na którą zresztą można przymknąć oko, a po kilku przesłuchaniach materiału prawie wcale nie dostrzegamy owego specyficznego "soundu". Materiał bowiem broni się znakomicie. "Amandla" to przede wszystkim utwór ostatni - pełen liryzmu i delikatności poemat muzyczny zadedykowany zmarłemu, genialnemu basiście Jacowi Pastoriusowi. Mimo, że utwór powstał na smutną nutę, to jednak daje się w nim wychwycić radość życia. Jako całość płyta jest dość spójna, elementy funku przenikają się z soulem, a bębny kojarzą się ze stylem jungle. Bass na równi z trąbką Milesa króluje we wszystkich kompozycjach - nic w tym dziwnego skoro aranżerem i kompozytorem każdego utworu był Marcus Miller. Miller jako basista spisuje się fenomenalnie dając solidną podstawę pod brzmienia reszty instrumentów. Właściwie na płycie nie spotkamy typowych solówek, wariacji czy rozwijania w nieskończoność tematów muzycznych. Owszem, każdy muzyk ma swoje kilka sekund, w trakcie których daje popis wirtuozerii, lecz nie ma to nic wspólnego z szaleńczym przekomarzaniem instrumentalnym znanym choćby z okresu fusion. "Amandla" to jazz, jakiego ortodoksyjni słuchacze nie będą poważać - zatwardziali jazzmani mogą się oburzać na nadmiar elektroniki i popowe stylizacje. Lecz to właśnie według mnie stanowi o wartości tego dzieła. Miles nigdy nie chciał być żywym muzeum, od zawsze starał się wyprzedzać czas, tworząc często szokujące kompozycje, łącząc nurty z pozoru oddalone od siebie. Będąc wizjonerem śmiało robił swoje, nie przejmując się zasadami. Na całej płycie Miles gra stonowanie, nie szaleje jak niegdyś, nie improwizuje, choć wcale nie znaczy, by grał zachowawczo. Jazz na "Amandli" jest wielce melodyjny, utwór "Hannibal" można by na siłę podciągnąć pod smooth jazz - a wiadomo wszak jak miłośnicy jazzu reagują na hasło smooth jazz. Miles daleki jest od drapieżności, jego trąbka spokorniała by nie powiedzieć, że stała się cukierkowa. Warto zwrócić uwagę na partie saksofonu, Kenny Garrett mimo, że schowany w tle błyszczy i zachwyca talentem. Pomimo kilku, ale "Amandla" jest jedną z lepszych płyt Davisa z lat osiemdziesiątych, wciąż miło się jej słucha. Może nie wywołuje szybszego bicia serca jak płyty z przełomu lat 60/70, lecz jednak raduje ucho i wzbudza pozytywne emocje w słuchaczu.
  • Guilty - 25th Anniversary Edition

    Jacek Żardzin 2007-06-08

    Klasyka pop   (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Barbra Streisand - piękna brzydula jak mawiają o niej wielbiciele. Kobieta obdarzona w dwójnasób - wielkim talentem wokalnym, jak i sporymi zdolnościami aktorskimi. "Guilty" to album, który przysporzył Barbrze światowej sławy, album dzięki któremu jej konto bankowe rozrosło się niewyobrażalnie. Za sukces płyty odpowiedzialny był właściwie jeden człowiek - Barry Gibb. Jako główny kompozytor, aranżer i producent miał wpływ na ostateczny kształt dzieła a Barbra nie miała nic przeciwko jego artystycznym wizjom. Barry Gibb to podpora Bee Gees, geniusz muzyki disco, specjalista od melodii i chwytliwych rytmów. Jego kompozycje przesycone funkowym rytmem (np. "Promises") plus wielce emocjonalny wokal Barbry złożyły się na niemal epokowe dzieło. Utwory śpiewane w duecie (Barbra plus Barry) są największymi smaczkami na płycie. Obydwoje artyści dysponują niebywale rozpięta skalą głosową i, co najważniejsze, potrafią zaśpiewać w harmonii. Duety w wykonaniu Gibb/Streisand to przesycone uczuciem i zaangażowaniem małe arcydziełka. Na dodatek w chórkach słyszymy resztę składu Bee Gees, co niewątpliwie podnosi atrakcyjność albumu. "Guilty" to wielce elegancki pop, można powiedzieć, że wręcz klasyczny - muzyka zaaranżowana na instrumenty tradycyjne, starannie rozpisana na głosy z wyraźnie zaznaczoną linią melodyczną i sekcją rytmiczną przygrywającą w tle. Dziś nie śpiewa się z taką starannością czy dbałością o artykulację, nie spotyka się w obecnych nagraniach dbałości o czystość intonacji. Pomimo dyskotekowego obciążenia (Barry Gibb wraz z zespołem Bee Gees pod koniec lat 70-tych był niekwestionowanym królem disco/pop) Barry Gibb potrafił skomponować utwory przesycone liryzmem, spokojem czy rzewnością. Przykładem niech będzie ballada "The Love Inside" czy wielce emocjonalny "What Kind Of Fool" - ten ostatni śpiewany przez Barbre w duecie z Barrym. "What Kind Of Fool" to chyba jeden z najpiękniejszych duetów damsko-męskich, jakie powstały w ciągu ostatnich trzydziestu lat. Słuchając tego utworu nie sposób nie odczuć bliskości (nie erotycznej), łączącej kobietę z mężczyzną. Z kolei "Never Give Up" to typowo funkowy utwór przetykany wodewilową stylistyką - radosna kompozycja ukazująca kunszt kompozytorski, polegający na mieszaniu stylów muzycznych. Ostatnia kompozycja to mała perełka, tutaj Barbra błyszczy całym swym talentem, jej głos wibruje niczym nieograniczony a pod koniec utworu dostajemy pompatyczne (ale nie w złym tego słowa znaczeniu) i cholernie chwytliwe takty zaaranżowane na smyczki i sekcje dętą - smaczności! Miłośnicy wpółczesnego popu powinni nabyć "Guilty" czym prędzej, by przekonać się jak dwadzieścia siedem lat temu docierało się na szczyty przebojów i do serc/pamięci słuchaczy. Cóż, "Guilty" to klasyka, to płyta prześwietna i doskonała i co najważniejsze wciąż chwytająca za serce. Jako bonus na DVD dostajemy między innymi mały fragment z koncertu w Malibu (1986 r.), na którym Barry Gibb gościnnie zaśpiewał z Barbraąw utworach "Guilty" i "What Kind Of Fool" - warto to zobaczyć!
  • Aura
    • Aura
    • Miles Davis
    • cena: 37,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 7 dni)

    Jacek Żardzin 2007-03-16

    Feeria barw   (6 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Aura jest rzekomo zjawiskiem polegającym na obserwacji niematerialnych kolorów oraz kształtów otaczających ludzi i przedmioty. Umiejętność postrzegania i "czytania" aury jest uważana za zdolność paranormalną. Według osób deklarujących, że mają taką umiejętność, rozmiary i kolory mają świadczyć o odczuwanych emocjach, stanie duchowym, a nawet zdrowiu i witalności badanej osoby. Aura jest utożsamiana przez parapsychologów ze znaną w ikonografii chrześcijańskiej aureolą otaczająca głowy świętych. Według niektórych, widzenie aury jest możliwe przez każdego człowieka i wymaga zastosowania prostych ćwiczeń; inni utożsamiają aurę z polem morfogenetycznym. Istnienie takiego zjawiska nie znajduje potwierdzenia naukowego; wyjątek stanowi widzenie pól oraz barw wokół postaci i przedmiotów powstające pod wpływem substancji halucynogennych oraz będące objawem synestezji. - Źródło: wikipedia.pl Mając na względzie przytoczoną wyżej definicję widzimy, że "aura" to niezwykłe dzieło. Wszystkie kompozycje wyszły spod ręki Palle'a Mikkelborga, a płyta została pomyślana jako hołd złożony twórczości Davisa. Mikkelborg podczas komponowania oparł się na dziesięciu dźwiękach, z jakich budowane są akordy, główne tematy i skale. Owe dziesięć dźwięków ma swe źródło w dziesięciu literach z jakich składa się imię i nazwisko M-I-L-E-S-D-A-V-I-S. Ta mechaniczna i prosta zasada daje jednak wielkie możliwości, bowiem podchodząc do zagadnienia bardzo swobodnie kompozytor wyczarowuje utwory o sporej dawce emocjonalnej, będące jednocześnie dość zróżnicowanymi w warstwie aranżacyjnej. Każdy tytuł na płycie ma odzwierciedlenie w kolorze, jaki Mikkelborg dostrzega w muzycznej aurze Milesa Davisa. Przykładowo kolor i tym samym utwór "Orange" w postrzeganiu Mikkelborga symbolizuje powstawanie, formowanie się bytu, etap, jaki trwa do osiągnięcia pełnego rozkwitu – taki jest również owy utwór. Kompozycja łagodnie, wręcz leniwie budowana na dźwiękach gitary i trąbki z tłumikiem przechodzi w utwór "Red", kolor, jaki Mikkelborg kojarzy z ogniem, tak więc sytuacja nabiera tempa, a trąbka Davisa rozwija skrzydła. Wszystkie dzieła na albumie są konstruowane na odniesieniach kolorystycznych, pozwalając słuchaczowi zrozumieć skomplikowaną naturę legendarnego już muzyka. W kompozycje zgrabnie wbudowane są odniesienia do dotychczasowej twórczości Milesa. W "Yellow" czy w "Green" z łatwością odnaleźć można nawiązania do nagrań powstałych z udziałem Gila Evansa – bezproblemowo daje się wychwycić wspomnienie "Sketches Of Spain". Z kolei "Blue" zaaranżowany w klimacie reggae, ewoluujący powoli w utwór oparty na podziale 7/8 przywodzi na myśl w swej końcowej partii nagranie "Right Off" z albumu "A Tribute To Jack Johnson". Z powyższego zauważamy, że "Aura" to tzw. conept-album, płyta jakiej należy słuchać w całości od początku do końca. Fragmentaryczny odbiór nie jest wskazany, utwory wyrwane z całości nie będą działały na słuchacza z zamierzoną siłą, nie będą w stanie zaczarować odbiorcy. Cała bowiem magia ukryta jest w wsłuchiwaniu się w tematy powtarzające się w poszczególnych kompozycjach, w poszukiwaniu nawiązań i tropieniu kolorystycznych śladów. Mikkelborg stworzył dzieło niezwykłe, udało mu się połączyć ulotny, nieco chłodny skandynawski jazz z typowym dla Milesa Davisa elektrycznym stylem lat osiemdziesiątych. W brzmieniu płyta podobna jest troszeczkę do dokonań Briana Eno charakteryzujących się ambientowymi klimatami czy sennymi przebiegami. Znów typowi jazzmani będą mieli problem z dokonaniami na "Aurze" – aby doznać pełnego piękna tej płyty należy wyzbyć się wszelkich schematów i słuchać albumu bez najmniejszych uprzedzeń. Stwierdzenia typu "to nie jest jazz" będą prawdziwe jak i zarazem fałszywe - wszelakie szufladkowanie w przypadku "Aury" mija się z celem. Doprawdy nie warto doszukiwać się charakterystycznych dla danego gatunku muzycznego cech, należy się poddać i wyruszyć w kolorową podróż, a krajobrazy napotkane na płycie zagwarantują moc uniesień.
  • Aura
    • Aura
    • Miles Davis
    • (towar niedostępny)

    Jacek Żardzin 2007-03-16

    Feeria barw

    Aura jest rzekomo zjawiskiem polegającym na obserwacji niematerialnych kolorów oraz kształtów otaczających ludzi i przedmioty. Umiejętność postrzegania i "czytania" aury jest uważana za zdolność paranormalną. Według osób deklarujących, że mają taką umiejętność, rozmiary i kolory mają świadczyć o odczuwanych emocjach, stanie duchowym, a nawet zdrowiu i witalności badanej osoby. Aura jest utożsamiana przez parapsychologów ze znaną w ikonografii chrześcijańskiej aureolą otaczająca głowy świętych. Według niektórych, widzenie aury jest możliwe przez każdego człowieka i wymaga zastosowania prostych ćwiczeń; inni utożsamiają aurę z polem morfogenetycznym. Istnienie takiego zjawiska nie znajduje potwierdzenia naukowego; wyjątek stanowi widzenie pól oraz barw wokół postaci i przedmiotów powstające pod wpływem substancji halucynogennych oraz będące objawem synestezji. - Źródło: wikipedia.pl Mając na względzie przytoczoną wyżej definicję widzimy, że "aura" to niezwykłe dzieło. Wszystkie kompozycje wyszły spod ręki Palle'a Mikkelborga, a płyta została pomyślana jako hołd złożony twórczości Davisa. Mikkelborg podczas komponowania oparł się na dziesięciu dźwiękach, z jakich budowane są akordy, główne tematy i skale. Owe dziesięć dźwięków ma swe źródło w dziesięciu literach z jakich składa się imię i nazwisko M-I-L-E-S-D-A-V-I-S. Ta mechaniczna i prosta zasada daje jednak wielkie możliwości, bowiem podchodząc do zagadnienia bardzo swobodnie kompozytor wyczarowuje utwory o sporej dawce emocjonalnej, będące jednocześnie dość zróżnicowanymi w warstwie aranżacyjnej. Każdy tytuł na płycie ma odzwierciedlenie w kolorze, jaki Mikkelborg dostrzega w muzycznej aurze Milesa Davisa. Przykładowo kolor i tym samym utwór "Orange" w postrzeganiu Mikkelborga symbolizuje powstawanie, formowanie się bytu, etap, jaki trwa do osiągnięcia pełnego rozkwitu – taki jest również owy utwór. Kompozycja łagodnie, wręcz leniwie budowana na dźwiękach gitary i trąbki z tłumikiem przechodzi w utwór "Red", kolor, jaki Mikkelborg kojarzy z ogniem, tak więc sytuacja nabiera tempa, a trąbka Davisa rozwija skrzydła. Wszystkie dzieła na albumie są konstruowane na odniesieniach kolorystycznych, pozwalając słuchaczowi zrozumieć skomplikowaną naturę legendarnego już muzyka. W kompozycje zgrabnie wbudowane są odniesienia do dotychczasowej twórczości Milesa. W "Yellow" czy w "Green" z łatwością odnaleźć można nawiązania do nagrań powstałych z udziałem Gila Evansa – bezproblemowo daje się wychwycić wspomnienie "Sketches Of Spain". Z kolei "Blue" zaaranżowany w klimacie reggae, ewoluujący powoli w utwór oparty na podziale 7/8 przywodzi na myśl w swej końcowej partii nagranie "Right Off" z albumu "A Tribute To Jack Johnson". Z powyższego zauważamy, że "Aura" to tzw. conept-album, płyta jakiej należy słuchać w całości od początku do końca. Fragmentaryczny odbiór nie jest wskazany, utwory wyrwane z całości nie będą działały na słuchacza z zamierzoną siłą, nie będą w stanie zaczarować odbiorcy. Cała bowiem magia ukryta jest w wsłuchiwaniu się w tematy powtarzające się w poszczególnych kompozycjach, w poszukiwaniu nawiązań i tropieniu kolorystycznych śladów. Mikkelborg stworzył dzieło niezwykłe, udało mu się połączyć ulotny, nieco chłodny skandynawski jazz z typowym dla Milesa Davisa elektrycznym stylem lat osiemdziesiątych. W brzmieniu płyta podobna jest troszeczkę do dokonań Briana Eno charakteryzujących się ambientowymi klimatami czy sennymi przebiegami. Znów typowi jazzmani będą mieli problem z dokonaniami na "Aurze" – aby doznać pełnego piękna tej płyty należy wyzbyć się wszelkich schematów i słuchać albumu bez najmniejszych uprzedzeń. Stwierdzenia typu "to nie jest jazz" będą prawdziwe jak i zarazem fałszywe - wszelakie szufladkowanie w przypadku "Aury" mija się z celem. Doprawdy nie warto doszukiwać się charakterystycznych dla danego gatunku muzycznego cech, należy się poddać i wyruszyć w kolorową podróż, a krajobrazy napotkane na płycie zagwarantują moc uniesień.
  • Doobop / Tutu / Amandla [Box]

    Jacek Żardzin 2007-03-12

    "Tutu" - odmieniony, unowocześniony Davis

    Miles Davis przez ponad trzydzieści lat związany był z wytwórnią Columbia. W latach osiemdziesiątych kontrakt wygasł i Miles zdecydował się zawiązać układ z konkurencyjną wytwórnią Warner Bros. Niestety, niezbyt starannie przeczytał umowę i kładąc podpis zgodził się tym samym na mało korzystne warunki. Chodziło mianowicie o prawa autorskie do kompozycji, jakie na mocy kontraktu miałyby powstać dla Warner Bros. Kontrakt bowiem mówił, że tantiemy z tytułu autorstwa dzieł należeć będą do wytwórni. Z tego powodu Miles Davis zdecydował się nie komponować utworów i rolę twórcy powierzył swojemu muzykowi Marcusowi Millerowi. Od tej pory Miller stał się głównym songwritterem, będąc równocześnie odpowiedzialnym za charakter i styl muzyczny płyt realizowanych dla Warnera. Marcus nie będąc samolubem w tworzonych utworach zostawiał sporo przestrzeni dla trąbki Davisa. Powstał więc swoisty układ, gdzie Davis nadawał odpowiedni szlifu kompozycjom wychodzącym spod ręki basisty. Niektórzy się krzywią mówiąc, że "Tutu" to właściwie dzieło Marcusa Millera, a Davis daje "jedynie" swoje nazwisko. Warto jednak zaznaczyć, że podobna współpraca miała już miejsce w przeszłości, kiedy Davis nagrywał z Gilem Evansem. Mimo, że na "Sketches Of Spain" wszystkie kompozycje były autorstwa Evansa, to nikt nie twierdzi, że ta płyta nie jest Davisowa. Jak widać, chcąc zdeprecjonować dzieło, szuka się wszelakich argumentów. Miller jako rasowy basista wybija się dośc mocno w nagraniach, jego gitara pulsuje niskim tonem, tworząc solidny fundament, na bazie którego budowane są kolejne dźwięki. Brak długich solówek, brak improwizacji, brak szaleństwa – wszystko poukładane z chłodna wręcz kalkulacją. Nie usłyszymy na "Tutu" typowej jazzowej jazdy bez trzymanki, to dzieło chłodne i wyrachowane. Nie wybija się żaden muzyk, prócz Davisa i Millera nie dostrzegamy nikogo – cały skład chowa się w cieniu, pracując niczym trybiki w maszynie. Wyjątkiem jest utwór "Don't Lose Your Mind" gdzie na skrzypcach elektrycznych udziela się Michał Urbaniak. Jego solowa partia zapada w pamięć i trzeba powiedzieć, że pan Urbaniak odwalił kawał dobrej roboty. "Tutu" to album otwierający kolejny, nowy (który to już znowu?) rozdział w karierze Davisa. Miles odchodzi od brzmień akustycznych, aranżacja przesycona jest elektroniką - syntezatory i maszyny perkusyjne obecne są w każdym utworze. Oczywiście na poprzednich płytach elektronika już u Davisa gościła, lecz tym razem staje się ona głównym elementem składowym. Jazzowi puryści odwrócą się zniesmaczeni, słysząc dźwięki z "Tutu" – płyta ta bowiem ma tylu zwolenników, co przeciwników. Bliżej tu do popu zabarwionego jazzem niż do jazzu z domieszką popu. Niemniej jednak owe popowe aranżacje są wyśmienitej klasy. Mówiąc pop należy rozumieć te słowo nie stricte – chodzi o fakt, że kompozycje są niesamowicie łatwo przyswajalne przez słuchacza, dają się zanucić i pozostają na długo w pamięci niczym popowy kawałek z list przebojów. Przypadłością większości albumów Davisa z lat osiemdziesiątych jest kiczowate brzmienie syntezatorowe – niestety na "Tutu" zagrywki organkowe wręcz wykrzywiają twarz w niesmaku. W dodatku koszmarna maszyna perkusyjna, totalnie odhumanizowana krzywdzi poczucie smaku słuchacza. W latach osiemdziesiątych nie brzmiało to tak strasznie, lecz po bez mała dwudziestu latach "mowa" tych urządzeń trąci myszką. W 1985 roku instrumenty te brzmiały przełomowo i odkrywczo, ale czas niestety zweryfikował wrażenia. Nie ma się co łudzić, album brzmi przestarzale. Jednak mimo wszystko duch Davisa jest wyczuwalny, gdyby nie trąbka Milesa można by zapomnieć o tej pozycji. Utwory z "Tutu" znakomicie brzmią na żywo, można je znaleźć na płytach koncertowych Davisa – np. "Live Around The World" czy "Live In Avignon". Wersje live przyprawione o żywiołowe improwizacje i spontaniczność (której trochę brakuje na "Tutu") wypadają o niebo lepiej.
  • Doobop / Tutu / Amandla [Box]

    Jacek Żardzin 2007-03-12

    "Doo-Bop" - kolejna zmiana w historii jazzu

    Ostatnia płyta Milesa Davisa - wydana została już po śmierci muzyka. Mało kto by się spodziewał takiego dzieła po wielkim Davisie, z drugiej strony wcale nie ma się czemu dziwić. Wszak Miles Davis kilkakrotnie za swego życia zmieniał bieg historii jazzu i muzyki jako takiej. Davis nie stronił od nowości w jazzie, nie ograniczał się sztucznie do głównego nurtu, wychodził poza schematy, eksperymentował, próbował łączyć kierunki na pozór ze sobą nie powiązane i teoretycznie wykluczające się nawzajem. Bo jak niby połączyć rap i tandetny beat maszyny perkusyjnej z jazzowym frazowaniem? Okazało się, że można i po raz kolejny Miles Davis pokazał, że w twórczości nie istnieją żadne bariery. Płyta ta, to projekt Milesa Davisa i producenta znanego jako Eazy Mo Bee. Eazy Mo Bee to niczym nie wyróżniający się raper, ale dzięki współpracy z Davisem jego pseudo już na zawsze zostało wpisane do leksykonów muzycznych. Powstała płyta dość ciekawa, lecz mało Davisowska. Można powiedzieć, że to właściwie hip-hop powiązany z trąbką, jaka odzywa się raz na kilka taktów. Ale za to jak się odezwie, to nie można jej pomylić z żadną inną trąbką świata. Najbardziej denerwująca jest raperska melorecytacja, gdyby z albumu wyciąć wszystkie ścieżki wokalne to zapewne irytacja by ustąpiła, ale byłoby to równoznaczne z okaleczeniem pierwotnego pomysłu, polegającego właśnie na niespotykanej do tej pory syntezie ulicznego rapu (czy hip-hopu) z jazzem. Płyty słucha się milo, łatwo i przyjemnie - niestety. Kompozycje wpadają w ucho, można sobie śpiewać razem z wokalistami (wokalista to chyba za dużo powiedziane) ba, można nawet zatańczyć. Tak więc otrzymaliśmy sprawnie zrobiony album, jaki może bez wątpienia dotrzeć do sporej ilości odbiorców, nawet tych, którzy z jazzem nigdy dotąd się nie spotkali. I to jest chyba jedyna zaleta tej płyty. Istnieje prawdopodobieństwo, że dzięki niej hip-hopowcy, raperzy, wielbiciele popu spojrzą w kierunku półki z jazzem w najbliższym sklepie - sporo osób właśnie dzięki temu wydawnictwu (oraz dzięki płycie Tutu) zaczyna przygodę z mistrzem Davisem. Płyta niestety się zestarzała, brzmi ciut staromodnie. Za postarzenie płyty odpowiedzialne są brzmienia hip-hopowe, ich aranżacja, wykorzystane samplery i maniera wokalna. Dziś gra się nieco inaczej - każdy to stwierdzi, włączając radio na pierwszą lepszą stację. Jazz natomiast broni się na "Doo-Bop" znakomicie, partie jakie Davis wygrywa nie są zbytnio porywające czy rewolucyjne, ale na pewno nie można stwierdzić, że brzemię czasu odcisnęło na nich swe piętno. Właśnie z powyższej przyczyny album nie jest równy. W każdym bądź razie, było to wydawnictwo przełomowe, potem posypały się płyty realizowane w podobny sposób. Wystarczy choćby wspomnieć US3, Tab Two czy niezliczoną ilość zespołów nagrywających w nurcie acidjazzowym. Tak więc znów Miles Davis zmienił bieg historii muzyki i chwała mu za to!
  • Live Baby Live

    Jacek Żardzin 2007-03-12

    Sceniczne szaleństwo   (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Uwielbiam płyty koncertowe, można na nich poczuć klimat stadionu czy hali, można usłyszeć fałsze i techniczne niedostatki muzyków (o ile płyty nie są podrasowane w studiu), można poznać nowy wymiar dobrze znanych utworów. Koncertówki mają w sobie siłę, spontaniczność, naładowane są ekspresją, często zespół daje się ponieść improwizacjom, tworząc na żywo zgoła odmienny byt z doskonale znanych studyjnych kompozycji. Płyty koncertowe mają niestety jedną wielką "wadę" – należy ich słuchać tak głośno, jak tylko to możliwe. Oczywiście nie trzeba dodawać, że najczęściej spotyka się ta praktyka z ostrym sprzeciwem współdomowników czy sąsiadów. Album koncertowy słuchany cicho traci cały urok i basta! Wiele płyt koncertowych przeszło przez mój odtwarzacz – gorszych, lepszych, tandetnych czy genialnych. "Live Baby Live" należy do dzieł skandalicznie kiepskich. Kiepskich nie pod względem zawartości materiału czy umiejętności wokalno-instrumentalnych zespołu, lecz kiepskich pod względem realizacji. Szkoda, ach jaka wielka szkoda, że nagrania zostały wręcz zmasakrowane przez partacza za stołem mikserskim. Dźwięk, a szczególnie wokal, jest bardzo mało czytelny, często pojawiają się problemy ze zrozumieniem tekstu śpiewanego przez wokalistę. Płyta brzmi, jakby była nagrywana za pomocą schowanego pod kurtką mikrofonu przemyconego na stadion przez wiernego fana-pirata. Jedyne czego na płycie nie brakuje w warstwie realizacyjnej to mocnego basu – o tak, ściany miło drżą podczas głośnego słuchania. Ale właściwie co z tego, że techniczna strona jest mierna – ano nic. Istnieją bowiem płyty, które pomimo sporego niedostatku realizacyjnego są całkiem dobrymi dziełami. "Live Baby Live" zalicza się właśnie do tej wąskiej kategorii. Ładunku emocjonalnego na albumie jest wręcz przeogromna ilość – okrzyki, oklaski i piski z widowni rozbrzmiewają co chwila, dając odbiorcy złudzenie przebywania na wielkim koncercie. Zespół gra bardzo przyzwoicie, niemal fałszów brak, Michael Hutchence bez problemu radzi sobie z wokalizą, co świadczy o jego sporej klasie. Pomimo, że nagrań dokonano w Paryżu, Nowym Jorku, Londynie, Dublinie, Rio de Janeiro, Sydney i w wielu innych miastach to udało się otrzymać spójną całość. Szaleństwo sceniczne jest wręcz namacalne, odnosimy wrażenie, że zespół bawi się równie dobrze jak widownia – co wcale nie jest tak oczywiste. Często mamy do czynienia z koncertówkami, gdzie wręcz dobitnie słychać, iż zespół po prostu pracuje odgrywając kolejne numery męcząc się przy tym przeokrutnie. INXS daje popis spontaniczności nie oszczędzając się nawet przez pół taktu – ewidentnie czujemy, że muzycy byli w wybornej formie i kondycji. Repertuar to typowy "the best of", kompozycje znane i lubiane na czele ze wspaniałym "Never Tear Us Apart". W wersji live ten kawałek dosłownie zwala z nóg. Dziki szał na widowni wraz z pierwszymi nutami wygrywanymi na smyczkach (smyki są prawdopodobnie z playbacku) wciska słuchacza w fotel, kanapę, ścianę czy cokolwiek, na czym siedzimy czy przy czym stoimy. Hutchence w tym utworze jest wręcz genialny, dawkując napięcie niczym rasowy autor thrillerów nie pozwala ani na moment odetchnąć słuchaczowi – no i ten saksofon pobrzmiewający w połowie utworu, mistrzostwo świata. Poza tym na "Live Baby Live" dostajemy pełne energii "Need You Tonight" z rozpoznawalnym gitarowym riffem otwierającym kompozycję, mocnym basem i rytmiczną perkusją oraz "Suicide Blonde" z szaloną harmonijką ustną w roli instrumentu solowego. Te utwory są wręcz stworzone do grania na żywo. Świetny, mocny album ze wszech miar godny polecenia tylko dlaczego tak paskudnie zrealizowany? Lecz co tam technika, muzyka broni się znakomicie.
  • Jacek Żardzin 2007-03-12

    Sceniczne szaleństwo

    Uwielbiam płyty koncertowe, można na nich poczuć klimat stadionu czy hali, można usłyszeć fałsze i techniczne niedostatki muzyków (o ile płyty nie są podrasowane w studiu), można poznać nowy wymiar dobrze znanych utworów. Koncertówki mają w sobie siłę, spontaniczność, naładowane są ekspresją, często zespół daje się ponieść improwizacjom, tworząc na żywo zgoła odmienny byt z doskonale znanych studyjnych kompozycji. Płyty koncertowe mają niestety jedną wielką "wadę" – należy ich słuchać tak głośno, jak tylko to możliwe. Oczywiście nie trzeba dodawać, że najczęściej spotyka się ta praktyka z ostrym sprzeciwem współdomowników czy sąsiadów. Album koncertowy słuchany cicho traci cały urok i basta! Wiele płyt koncertowych przeszło przez mój odtwarzacz – gorszych, lepszych, tandetnych czy genialnych. "Live Baby Live" należy do dzieł skandalicznie kiepskich. Kiepskich nie pod względem zawartości materiału czy umiejętności wokalno-instrumentalnych zespołu, lecz kiepskich pod względem realizacji. Szkoda, ach jaka wielka szkoda, że nagrania zostały wręcz zmasakrowane przez partacza za stołem mikserskim. Dźwięk, a szczególnie wokal, jest bardzo mało czytelny, często pojawiają się problemy ze zrozumieniem tekstu śpiewanego przez wokalistę. Płyta brzmi, jakby była nagrywana za pomocą schowanego pod kurtką mikrofonu przemyconego na stadion przez wiernego fana-pirata. Jedyne czego na płycie nie brakuje w warstwie realizacyjnej to mocnego basu – o tak, ściany miło drżą podczas głośnego słuchania. Ale właściwie co z tego, że techniczna strona jest mierna – ano nic. Istnieją bowiem płyty, które pomimo sporego niedostatku realizacyjnego są całkiem dobrymi dziełami. "Live Baby Live" zalicza się właśnie do tej wąskiej kategorii. Ładunku emocjonalnego na albumie jest wręcz przeogromna ilość – okrzyki, oklaski i piski z widowni rozbrzmiewają co chwila, dając odbiorcy złudzenie przebywania na wielkim koncercie. Zespół gra bardzo przyzwoicie, niemal fałszów brak, Michael Hutchence bez problemu radzi sobie z wokalizą, co świadczy o jego sporej klasie. Pomimo, że nagrań dokonano w Paryżu, Nowym Jorku, Londynie, Dublinie, Rio de Janeiro, Sydney i w wielu innych miastach to udało się otrzymać spójną całość. Szaleństwo sceniczne jest wręcz namacalne, odnosimy wrażenie, że zespół bawi się równie dobrze jak widownia – co wcale nie jest tak oczywiste. Często mamy do czynienia z koncertówkami, gdzie wręcz dobitnie słychać, iż zespół po prostu pracuje odgrywając kolejne numery męcząc się przy tym przeokrutnie. INXS daje popis spontaniczności nie oszczędzając się nawet przez pół taktu – ewidentnie czujemy, że muzycy byli w wybornej formie i kondycji. Repertuar to typowy "the best of", kompozycje znane i lubiane na czele ze wspaniałym "Never Tear Us Apart". W wersji live ten kawałek dosłownie zwala z nóg. Dziki szał na widowni wraz z pierwszymi nutami wygrywanymi na smyczkach (smyki są prawdopodobnie z playbacku) wciska słuchacza w fotel, kanapę, ścianę czy cokolwiek, na czym siedzimy czy przy czym stoimy. Hutchence w tym utworze jest wręcz genialny, dawkując napięcie niczym rasowy autor thrillerów nie pozwala ani na moment odetchnąć słuchaczowi – no i ten saksofon pobrzmiewający w połowie utworu, mistrzostwo świata. Poza tym na "Live Baby Live" dostajemy pełne energii "Need You Tonight" z rozpoznawalnym gitarowym riffem otwierającym kompozycję, mocnym basem i rytmiczną perkusją oraz "Suicide Blonde" z szaloną harmonijką ustną w roli instrumentu solowego. Te utwory są wręcz stworzone do grania na żywo. Świetny, mocny album ze wszech miar godny polecenia tylko dlaczego tak paskudnie zrealizowany? Lecz co tam technika, muzyka broni się znakomicie.
  • Live Baby Live

    Jacek Żardzin 2007-03-12

    Sceniczne szaleństwo

    Uwielbiam płyty koncertowe, można na nich poczuć klimat stadionu czy hali, można usłyszeć fałsze i techniczne niedostatki muzyków (o ile płyty nie są podrasowane w studiu), można poznać nowy wymiar dobrze znanych utworów. Koncertówki mają w sobie siłę, spontaniczność, naładowane są ekspresją, często zespół daje się ponieść improwizacjom, tworząc na żywo zgoła odmienny byt z doskonale znanych studyjnych kompozycji. Płyty koncertowe mają niestety jedną wielką "wadę" – należy ich słuchać tak głośno, jak tylko to możliwe. Oczywiście nie trzeba dodawać, że najczęściej spotyka się ta praktyka z ostrym sprzeciwem współdomowników czy sąsiadów. Album koncertowy słuchany cicho traci cały urok i basta! Wiele płyt koncertowych przeszło przez mój odtwarzacz – gorszych, lepszych, tandetnych czy genialnych. "Live Baby Live" należy do dzieł skandalicznie kiepskich. Kiepskich nie pod względem zawartości materiału czy umiejętności wokalno-instrumentalnych zespołu, lecz kiepskich pod względem realizacji. Szkoda, ach jaka wielka szkoda, że nagrania zostały wręcz zmasakrowane przez partacza za stołem mikserskim. Dźwięk, a szczególnie wokal, jest bardzo mało czytelny, często pojawiają się problemy ze zrozumieniem tekstu śpiewanego przez wokalistę. Płyta brzmi, jakby była nagrywana za pomocą schowanego pod kurtką mikrofonu przemyconego na stadion przez wiernego fana-pirata. Jedyne czego na płycie nie brakuje w warstwie realizacyjnej to mocnego basu – o tak, ściany miło drżą podczas głośnego słuchania. Ale właściwie co z tego, że techniczna strona jest mierna – ano nic. Istnieją bowiem płyty, które pomimo sporego niedostatku realizacyjnego są całkiem dobrymi dziełami. "Live Baby Live" zalicza się właśnie do tej wąskiej kategorii. Ładunku emocjonalnego na albumie jest wręcz przeogromna ilość – okrzyki, oklaski i piski z widowni rozbrzmiewają co chwila, dając odbiorcy złudzenie przebywania na wielkim koncercie. Zespół gra bardzo przyzwoicie, niemal fałszów brak, Michael Hutchence bez problemu radzi sobie z wokalizą, co świadczy o jego sporej klasie. Pomimo, że nagrań dokonano w Paryżu, Nowym Jorku, Londynie, Dublinie, Rio de Janeiro, Sydney i w wielu innych miastach to udało się otrzymać spójną całość. Szaleństwo sceniczne jest wręcz namacalne, odnosimy wrażenie, że zespół bawi się równie dobrze jak widownia – co wcale nie jest tak oczywiste. Często mamy do czynienia z koncertówkami, gdzie wręcz dobitnie słychać, iż zespół po prostu pracuje odgrywając kolejne numery męcząc się przy tym przeokrutnie. INXS daje popis spontaniczności nie oszczędzając się nawet przez pół taktu – ewidentnie czujemy, że muzycy byli w wybornej formie i kondycji. Repertuar to typowy "the best of", kompozycje znane i lubiane na czele ze wspaniałym "Never Tear Us Apart". W wersji live ten kawałek dosłownie zwala z nóg. Dziki szał na widowni wraz z pierwszymi nutami wygrywanymi na smyczkach (smyki są prawdopodobnie z playbacku) wciska słuchacza w fotel, kanapę, ścianę czy cokolwiek, na czym siedzimy czy przy czym stoimy. Hutchence w tym utworze jest wręcz genialny, dawkując napięcie niczym rasowy autor thrillerów nie pozwala ani na moment odetchnąć słuchaczowi – no i ten saksofon pobrzmiewający w połowie utworu, mistrzostwo świata. Poza tym na "Live Baby Live" dostajemy pełne energii "Need You Tonight" z rozpoznawalnym gitarowym riffem otwierającym kompozycję, mocnym basem i rytmiczną perkusją oraz "Suicide Blonde" z szaloną harmonijką ustną w roli instrumentu solowego. Te utwory są wręcz stworzone do grania na żywo. Świetny, mocny album ze wszech miar godny polecenia tylko dlaczego tak paskudnie zrealizowany? Lecz co tam technika, muzyka broni się znakomicie.
  • Songs From the Labirynth

    Jacek Żardzin 2006-10-08

    Przeogromne rozczarowanie   (28 z 54 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Jestem przerażony. Dawno nie słyszałem tak kiepskiej płyty, tym bardziej, że jest to album sygnowany przez wielką gwiazdę. Doprawdy zupełnie nie mam pojęcia, co Sting chciał osiągnąć, wypuszczając "Songs From The Labirynth", co chciał udowodnić, publikując żenujące wręcz wydawnictwo. Owszem, być może wielbiciele talentu Stinga poszerzą dzięki temu albumowi horyzonty muzyczne i pozytywnie spojrzą w kierunku muzyki dawnej, ale szczerze mówiąc bardzo w to wątpię. Istnieją lepsze i bardziej wartościowe publikacje - choćby seria wydana nakładem audiofilskiej wytwórni Linn Records. Absolutnie niczym się owa płyta nie wyróżnia, dostaliśmy bardzo mierne dzieło, nagrane chyba dla podreperowania domowego budżetu. Fani Stinga oczywiście płytę kupią i, daję sobie łeb uciąć, iż tak jak ja teraz, będą psioczyć na artystę. Miałem cichą nadzieję, że Sting w końcu pokaże pazury, że wybudzi się z letargu, w jaki wpadł pod koniec lat osiemdziesiątych. Niestety, Sting z każdą nową płytą usilnie udowadnia słuchaczom, że wypalony artystycznie jest do cna. Być może tu właśnie tkwi haczyk. Nie mając pomysłu na kolejny album wydał płytę z zupełnie "innej bajki" myśląc, że zauroczy odbiorców nagłym zwrotem w artystycznej karierze. Czegóż można się spodziewać po kolejnych płytach? Mam cichą nadzieję, że Sting nie zechce nagrać ukraińskich pieśni ludowych czy zaśpiewów Indian południowoamerykańskich. Łudzę się, że Sting w końcu się otrząśnie i wyda dzieło na miarę "Nothing Like The Sun". Szczerze mówiąc wolałbym, aby Sting milczał niż publikował albumy pokroju "Songs From The Labirynth". Aby sprawa była jasna muszę dodać, że jestem wielkim miłośnikiem Stinga i The Police, ale The Police jak wiadomo nie istnieje, a Sting od "Nothing Like The Sun" stacza się po równi pochyłej. Niestety, z wielkim bólem serca muszę dobitnie stwierdzić, że Sting atrybuty męskości stracił w 1987 roku, a z wydaniem najnowszej płyty stracił i rozum.
(Stron 4)

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Wszystkie zapowiedzi w Merlinie >>

Promocje - kupuj i oszczędzaj!