stały recenzent  karolina rodzaj

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 140

  • Warszawa. Tribute To Joy Division [Digipack]

    karolina rodzaj 2007-06-19

    Kilka perełek wśród utworów, o których lepiej zapomnieć   (2 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Z jednej strony legenda. Z drugiej - w większości przypadków - nieznane szerszemu gronu zespoły z polskiej sceny alternatywnej. "Warszawa. Tribute to Joy Division" to dowód na to, że muzyka skupiającej się wokół Iana Curtisa manchesterskiej grupy jest wciąż istotna, a jednocześnie dość trudna. W większości przypadków zmierzenie się z tekstami, osobowością wokalisty i specyficzną ciężką atmosferą unoszącą się nad płytami Dywizji Radości okazało się być zadaniem przerastającym naszych muzyków. Stolica w tytule nie tylko podkreślić ma, kto płytę zrobił, ale nawiązuje do historii bandu, który wcześniej nosił nazwę Warsaw. Zarzut pierwszy, który postawić można większości kowerujących Joy Division to niestety fatalna angielszczyzna, która kaleczy uszy. Chociaż Masala, która zaśpiewała po polsku "Warszawę", czyli "Warsaw" stworzyła utwór dość kuriozalny. Wykrzykiwane w refrenie "trzydzieści jeden gie" będzie prześladować mnie jeszcze długo. Wundergraft z "Love Will Tear Us Apart" (najbardziej chyba znany kawałek Joy Division) zrobiła smętną chilloutową pioseneczkę, a to w oryginale raczej nie było tak. Ocenianie płyt typu "Tribute To" to zawsze zadanie trudne - z jednej strony mamy utwory kultowe, pomnikowe, z drugiej próby zmierzenia się z nimi. Powstaje pytanie, gdzie leżą granice dobrego uwspółcześniania kawałków - robienie z wyrazistej muzyki rozmytych songów albo po prostu kilku minut hałasowania raczej mieści się poza tymi granicami. Nie chodzi o świętości, ale o to jak daleko moża odejść od wzorca? Zapewne dość daleko, o ile mimo wszystko odda się ducha utworu. Czas wskazać jeszcze kilku wykonawców, którzy zmierzyli się ze spuścizną Iana Curtisa i wyszli z tego starcia wygrani. Przede wszystkim Pustki (po albumie poświęconym poezji Władysława Broniewskiego to już druga składanka, na której zespół ten się sprawdził). "Koniec kryzysu" to twórcza polska rekonstrukcja piosenki "Passover" - świetnie zagrany znakomity tekst z szerokim marginesem na własne pomysły. Uwagę przykuwa również zaskakująca Jolanta Kossakowska z "New Dawn Fades" - jest ascetycznie, bo cała piosenka rozpisana została jedynie na głos i skrzypce, a jednocześnie jest monumentalnie. To chyba utwór, w którego prawdziwość najłatwiej jest uwierzyć. Chapeau bas! Smutno i niepokojąco - tak moim zdaniem powinno się grać Joy Division. Duch manchesterskiego grania spróbowali oddać także członkowie Ścianki i w przypadku rozedrganego "She's Lost Control". To nie jest ani wierne naśladowanie, ani wykonanie totalnie oderwane od pierwowzoru - jest dobrze. Sprawdził się też Kuba Wandachowicz (ale już "Atmosphere" NOT-u, grupy, w której gra, to totalna pomyłka) z zaśpiewanym w duecie "Wilderness". Na wyróżnienie zasługuje jeszcze "Ice age" Komet. I koniec. Jedna trzecia tracklisty to niestety niedużo. O części pozostałych wykonań chciałabym zapomnieć jak najprędzej. Szkoda też, że na płycie zamiast jednej z wielkich porażek nie pojawiło się grane przez Cool Kids of Death "Disorder". Zastanawiam się, dla kogo przeznaczona jest płyta "Warszawa. Tribute to Joy Division". Ortodoksyjni fani mogą poczuć się co najmniej rozczarowani, a z drugiej strony zamieszczone na krążku aranżacje raczej nie przekonają nikogo do sięgnięcia po dorobek grupy. Czyżby więc totalna klapa? Na szczęście znaleźć tu można kilka (szkoda, że naprawdę niewiele) kawałków, które co prawda albumu jako całości nie bronią, ale warte są posłuchania.
  • Czy słyszysz? [Limited Edition]

    karolina rodzaj 2006-06-14

    Nie słychać, o co tak naprawdę idzie...   (0 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    "Czy słyszy?" formacji Husky tworzonej przez Jacka Dojwę i DJ Patricię, wrocławskich specjalistów od klubowego grania to produkcja, o której wiele można byłoby mówić i niekoniecznie byłyby to rzeczy przyjemne. "Myśli rozbujane ubieram w szaty słów" śpiewa wokalistka w "Piosence nienasyconej", a słuchacz jest całkiem uprawniony do rozpoczęcia spekulacji czy nie lepiej byłoby te myśli pozostawić w sferze samych dźwięków. Najwdzięczniejszym kawałkiem płyty jest "Sibui", najwdzięczniejszym, bo pozbawionym tekstu, dźwięki płyną tu nieśpiesznie, ich połączenia dokonują delikatnego muzycznego, masażu mózgu... Rewelacji nie ma, ale jest po prostu przyjemnie. Z resztą warstwie muzycznej płycie nie można wiele zarzucić, a w porównaniu z warstwą tekstową, zasługuje ona wręcz na nagrodę. Klubowo, elektronicznie, z dość ciężką nutą trip-hopu. I tylko teksty psują to wrażenie, bo to właśnie na miażdżącą warstwę liryczną pozwolę sobie zrzucić odpowiedzialność za fakt, że również wokal niepokojąco drażnić może słuch. Na pierwszy ogień wybrać sobie można dwa teksty mało szkodliwe, bo śpiewane po angielsku, więc nie epatujące tak siłą swojej "głębi" - całkiem przyjemny do popląsania "Chaos, chaos in my head" grzeszące trwającą ponad sześć minut monotonią "Sususuprise", po którym ochota na wszelkie kolejne niespodzianki w wykonaniu zespołu zdecydowanie przechodzi. Warto wspomnieć na przykład „Na kozetce” i refren tej piosenki: „a on kłapie dziobem, kręci łbem, nie wie, nie wie, nie wie, nie wie, co mi jest, łowię uchem, słodkie obietnice, a on mówi, że wszystkiemu winni niedorośli do mnie mężczyźni,” Wyraźna liryka sytuacyjna, ale nie do końca wiadomo, jaki był cel. Nie wychodzi ani protest-song, ani ironiczna drwina, nie wychodzi nic poza paplaniem na zasadzie: jedna pani drugiej, niezainteresowanej pani przy herbacie. „Ikjoi” przypomina nieco nastoletnie wynurzenia, jakieś takie połączenie wzniosłości i brutalności: , „diabeł śpi, a z drugiej strony powiek wyciąga miecz, by podciąć aniołowi skrzydła, zdrada spi, a z drugiej strony powiek, zaciska pięść, by miłości dać po pysku, kocham cię, kocham cię, kocham cię”, co przyprawić może o ból głowy. Pozostałe rozważania o snach, oddechach, pustych sercach, ustach, aniołach to taki niezbyt strawny lukier-miód. Wobec żenującej całości "Melodia i sznur" prezentuje się całkiem nieźle. Nieco absurdalny tekst odsyła do hymnów kobiet upadłych w wykonaniu Los Trabantos. I tu złośliwi mogliby doszukiwać się pretensjonalności, ale można uznać ten kawałek za najbardziej charakterystyczny z całej płyty: "Jestem tylko lalką, serce z plastiku ukradł ptak, tak zabiłam miłość, czar prysł, nie ma mnie już, nie mnie już, nie ma, nie ma, nie ma." Pozbawiony jest taniej poezji, trochę surrealistyczny, nieco absurdalny. Szkoda, że zespół nie poszedł w tę stronę, szkoda. W miarę wypada też singiel ‘Iskrzy, iskrzy|” – na tle reszty tekstów wręcz urzeka on swoja prostotą i brakiem nawiązań do stylistyki panieńskich notatników. Powtarzających się kilka słów bez silenia się na coś więcej dało chyba najbardziej energetyczny kawałek na płycie, z której często wieje nudą. "Dziś tak dobrze mi z Tobą, ale jutro nie wiem..."- te słowa dobrze oddają napięcie na linii płyta-odbiorca, bo nawet jeśli wybaczyć teksty, nawet gdyby chcieć w ich specyficznej poetyce odnaleźć zasadę owego chaosu, to "Czy słyszysz?" i tak będzie płytą mizerną. Muzyka ginie tu pod naporem banału, kilka bardziej udanych fraz prawie nie daje się zauważyć... A iskrzyć przestaje na długo przed wyłączeniem płyty. I nie pomagają nawet załączone single.
  • Extraordinary Machine [Limited Edition]

    karolina rodzaj 2006-06-10

    Better version of Fiona Apple   (6 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)

    "Can't take a good day without a bad one" śpiewa na swojej trzeciej płycie charyzmatyczna Fiona Apple. "Extraordinary Machine" z pewnością pozwoli osłodzić sobie te gorsze dni, bo to płyta zupełnie magiczna. Całość wydaje się być nawet bardziej przebojowa niż chociażby "Tidal", prostsza w odbiorze, co nie znaczy jednak, że słabsza, a wręcz przeciwnie. To naprawdę lepsza, bardziej dojrzała Fiona Apple. Od czasu debiutu charakterystyczne dla utworów śpiewanych przez Fionę są teksty jej autorstwa - mają w sobie pazur, potrafią być i kpiące i liryczne jednocześnie, dojrzałość i świadomość kobiety wyzwolonej łączy z wdziękiem dziewczęcej bezczelności i otwartości. Dynamiczne kawałki ("Better Version of Me", czy "Get Him Back") przeplatają się z bardziej nastrojowymi (chociażby "Please Please Please"). "Extraordinary Machine" to płyta trochę bajkowa w nastroju (nie ma jednak mowy o przesłodzeniu!) z pogranicza pop rocka i jazzu, co okazuje się być adresem tak samo mało precyzyjnym, jak uwodzicielskim. Tak się dzieje, gdy niesamowite teksty porywają do tańca przepiękną muzykę. Wydawnictwo wzbogacone jest o teledysk do jednej z najlepszych piosenek panny Apple ("Not About Love") i nagrania z występów. To wyśmienita gratka dla fanów, a czy można nim nie być po usłyszeniu choć kilku fragmentów?
  • Ciało obce

    karolina rodzaj 2005-09-10

    O zgrozie   (7 z 7 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Bohater najnowszej powieści Rafała Ziemkiewicza siedzi w pociągu. Rozmyślnie wybrał miejsce w pierwszym za lokomotywą wagonie, który jest najmniej uczęszczanym. Na szczęście(?) nikt nie wsiadł do jego przedziału. Może być sam, zmierzając od wielkiego miasta do swojego przeznaczenia, które czytelnikowi objawiane jest stopniowo, jak obiekt wynurzający się zza linii horyzontu, rozsnuwa historię życiowej katastrofy, jaka przypadła mu w udziale. Opowiada o "Ciele obcym"- tak właśnie w pewnych momentach postrzegał samego siebie. Jako mięso, jako nic nie znaczące mięso… Hrabia, jak nazywali go niektórzy, do pewnego momentu miał wszystko: rodzina, praca, społeczny prestiż. Miał jeszcze kochanki i to stało się jedną z przyczyn końca uporządkowanego świata. Przyczyny powolnego obracania się w nicość małego imperium samozadowolenia były jednak bardziej złożone. Swoje źródła miały w przeszłości, w dzieciństwie i ojcowsko-synowskich stosunkach…Upadek narratora odbywa się przy akompaniamencie polityki, wielkich interesów i seksu, a w tle tej wybuchowej mieszanki awantury, pretensje. I melodia pociągu jako podkład obsesyjnych monologów podszytych alkoholem. Jednym z literackich patronów swojej powieści Ziemkiewicz uczynił Josepha Conrada i jego "Jądro ciemności". Drugim mottem książki są słowa: 'Pan Kurtz… on umrzeć." Przywoływana w ten sposób scena wskazuje na możliwość czytania "Ciała obcego" jako opowieści o zgrozie. "Zgroza! Zgroza" to były wszak ostatnie słowa Kurtza, które odczytywać można jako moralne samoosądzenie i poznanie własnego ja. W słuszności takiej interpretacji utwierdzać może pierwsze motto - dotyczący sumienia fragment "Psalmodii polskiej" Wespezjana Kochowskiego. Spojrzenia na powieść Ziemkiewicza przez pryzmat "Jądra ciemności" sposób pozwala na wydobycie jej posępności i mroku… "Ciało obce" wpisuje się w nurt literatury pokoleniowo-rozliczeniowej. Ostatnim z całego szeregu poprzedników Ziemkiewicza był Piotr Czerwiński z "Pokalaniem", ale to co zaprezentował laureat Nagrody Kisiela za rok 2001 większość "konkurentów" pozostawia daleko w tyle. Rafał Ziemkiewcz jako publicysta wyraziście prezentuje swoje poglądy. "Ciało obce" to rzecz momentami równie ostra. Można nie zgadzać się z optyką prezentowaną przez bohatera, można nie pochwalać takiej właśnie wizji świata, ale nie sposób obok tej historii i sposobu jej prezentacji- tak stylu, jak i formy- przejść obojętnie. Można się buntować i czuć sprzeciw, a jednocześnie zachwycić się słuchem autora i detalami książki. Gorąca, ostra i niesamowita! Właśnie pojawiło się wydarzenie - z całą pewnością to będzie ważna książka! Po "Ciele obcym" nie tylko jazda pociągiem się zmieni.…
  • Gułag
    • Gułag
    • Anne Applebaum
    • (towar niedostępny)

    karolina rodzaj 2005-09-01

    Przewodnik po archipelagu   (10 z 10 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Amerykańska dziennikarka, Anne Applebaum, proponuje wytrwałym czytelnikom podróż trudną i wstrząsającą. Tych, którzy sięgną po jej uhonorowany zeszłoroczną Nagrodą Pulitzera „Gułag”, czeka wyprawa do jednego z najtragiczniejszych zakątków historii XX-wieku. Do zakątka, który istniał przez wiele lat. W dwunastu strefach czasowych. Liczba ofiar nie została ustalona, a jej kwestii poświęcony został osobny rozdział książki. Applebaum zbiera i poddaje analizie cele, jakie przyświecały twórcom obozów pracy i ich zwierzchnikom w kolejnych okresach i środkach, jakimi je analizowano. Od pierwszych obozów po procesy dysydentów długo po śmierci Stalina. Obnaża absurdy i braki logiki, które wraz z okrucieństwem i nieludzkimi warunkami kosztowały życie niezliczonej masy ludzi. Gułag nie był niezmiennym i od razu ukształtowanym tworem - każda zmiana warty w polityce była odczuwana przez więźniów. Przepisy były raz liberalizowane, innym razem zaostrzane. Obok amnestii dla określonych grup więźniów istniały przedłużenia wyroków dla innej części obozowego społeczeństwa. Jedna z trzech części dokumentu poświęcona została życiu codziennemu w obozach. To solidne opracowanie, które zbiera w sobie wiedzę, jaką dają dokumenty oficjalne i przede wszystkim obszerne relacje tych zeków (nazwa więźnia pochodząca od skórtu z/k, zakluczonnyj), którym udało się powrócić z Archipelagu Gułag - Aleksandra Sołżenicyna czy Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Opis obozowej rzeczywistości został ułożony według aspektów życia uwięzionych - jeden z rozdziałów nosi tytuł „Strategie przetrwania”, inny został poświęcony sytuacji „Kobiet i dzieci”, a kolejny „Karą i nagrodą”, jakimi posługiwały się władze. „Gułag” to książka w tej samej mierze przerażająca, co fascynująca, tak szokująca, jak pobudzająca do refleksji nad mechanizmami państwa totalitarnego czy ludzką naturą.. Wobec przedstawionej w niej historii nie można przejść obojętnie. Celem imponującej publikacji nie jest tylko troska o pamięć mieszkańców zachodniego świata (sytuacja w Polsce z oczywistych przyczyn wydaje się być nieco inna). Applebaum mówi: „Książka ta nie powstała po to, by ‘nie doszło do tego ponownie’. Napisałam ją dlatego, że niemal z całą pewnością ponownie do tego dojść musi”. Nawet po wybrzmieniu ostatnich zdań nie pozwala czytelnikowi odetchnąć z ulgą.
  • Ostatni naiwni. Leksykon Kabaretu Starszych Panów

    karolina rodzaj 2005-06-27

    Staroświecki charm   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Wśród kabaretów, które zapisały się w annałach polskiej sceny bez wątpienia znajduje się kilka Kabaretów-Instytucji. Gwiazdą najwyższej klasy, zjawiskiem pierwszej wielkości był oczywiście Kabaret Starszych Panów. Rozmyślnie staroświecki charm, humor, elegancja. Swoje występy rozpoczynali piosenką bezbłędnie rozpoznawaną przez widzów: "(…) Starsi panowie, starsi panowie, starsi panowie dwaj! Już szron na głowie, Już nie to zdrowie, A w sercu- ciągle maj!" Kiedy pojawiali się w telewizji, wyludniały się ulice. Izolda Kiec w opracowaniu "W kabarecie" przywołuje anegdotkę opowiadaną rzekomo przez Agnieszkę Osiecką, która znać miała fanów Starszych Panów, którzy przed telewizyjnym spotkaniem z nimi przebierali się odświętnie i zasiadali do kolacji przy świecach. Pierwszy etap działalności Kabaretu tworzonego przede wszystkim przez Jeremiego Przyborę (autor tekstów) i Jerzego Wasowskiego (kompozytor), któremu poświęcona jest publikacja autorstwa Romana Dziewońskiego oraz Moniki i Grzegorza Wasowskich "Ostatni naiwni. Leksykon Kabaretu Starszych Panów" to w sumie szesnaście premierowych wieczorów, trzy spektakle zatytułowane "Piosenka jest dobra na wszystko", a także specjalny program sylwestrowy. Książka trójki autorów zawiera w sobie wszystko, co uszczęśliwić może fanów Kabaretu. Jest tam poręczny, dzięki licznym odniesieniom, leksykon, w którym pojawiają się cytaty, rekwizyty, anegdotki. Przykładowe hasła: liczby, numery i kwoty, dom, list, Safo, Salome, Głos Nie Wiadomo Skąd, Odrażający Drab. Do tego spis wszystkich programów wraz z obsadą, wybór aforyzmów, scenki i monologi. Pomiędzy okładkami znaleźć można także biogramy wszystkich aktorów, który tworzyli Kabaret. Fenomen tego opracowania leży także w obfitym materiale ilustracyjnym. Zdjęcia ze spektakli, rysunki, fotokopie artykułów prasowych, autorskie zapiski. Wszystko to połączone zostało z przebogatym materiałem stricte informacyjnym z dużym wyczuciem, w przepiękny sposób, który sprawia, że książka tworzy niezwykle spójną całość, która stanowi ucztę dla oka. Do tego urocza zakładka. Brawo!
  • Jak być kochanym

    karolina rodzaj 2005-06-27

    Wszystko błyszczy i śpiewa   (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Felieton jest tym gatunkiem publicystycznym, który pozostawia autorowi największą swobodę. Z tego braku reguł i skodyfikowanych norm chętnie korzystał Janusz Głowacki. "Jak być kochanym" to wybór jego tekstów publikowanych na łamach m.in. w "Kultury", "Rzeczypospolitej" czy "New York Times'a" . Powstałe na przestrzeni wielu lat teksty podzielić można na te ośmieszające życie w PRL-u, wskazujące na absurdy codzienności i te bardziej współczesne, dotyczące głównie polityki i związane z USA. Te drugie są świeższe, mocniej związane z teraźniejszością, ale to chyba tym odkurzonym i przypomnianym po latach przyznałabym palmę pierwszeństwa. Docenić w nich można przede wszystkim ironię i ekwilibrystyczną zręczność, z jaką Głowacki wyrażał swój krytycyzm wobec "określonej epoki" z wiersza Barańczaka, nie zadzierając jednocześnie z cenzurą. Wychwalanie pod niebiosa, kolokwialne zagłaskanie kotka wystarczyłoby zamydlić oczy cenzurze. Sam autor wspomina w przedmowie, że w czasach PRL-u prawdziwa wolność wypowiedzi obowiązywała jedynie na terenie toalet publicznych. Jemu jednak udało się krytykować, wytykać… Czemu? Zdarzało się, że sami czytelnicy opacznie rozumieli komunikat autora, co doprowadzało do polemik i powstania kolejnych felietonów. "Zrobienie kariery w oparciu o czytelników, którzy cenią mnie, gdyż wszystko co piszę, zrozumieli odwrotnie, wydaje mi się propozycją świeżą i zbyt kuszącą, abym z niej łatwo zrezygnował." Głowacki potrafił opowiedzieć o partyjnym spędzie, pisząc o zawodach fryzjerskich, które odbywały się w zbliżonym terminie. Przewrotna analiza dramatów Szekspira (teksty te obfitują w ciekawe spostrzeżenia), bajdurzenie o "Pieśni o Rolandzie" stanowiło jedynie kamuflaż sedna felietonów. Większość z tekstów Głowackiego to prawdziwy majstersztyk. W sporej część za punkt wyjścia swoich rozważań przyjął literaturę, film czy jak w cyklu rzymskim historię starożytną. W "Jak być kochanym" znajdzie czytelnik rozwinięcie myśli, które znalazła w "Z głowy" - nominowanej do Nagrody Nike autobiografii pisarza. Wybór felietonów stanowi znakomite uzupełnienie obrazu powstałego po lekturze tamtej powieści- obrazu tematów społecznych, świetnie malowanych pejzażach i anegdotkach z minionej epoki, ale przyda też nowe rysy do autoportretu autora "Kopciucha", czy "Antygony w Nowym Jorku". Tak jak "Z głowy" wybierać można było anegdoty całymi garściami, z "Jak być kochanym" czerpać można całą masę ciekawych fragmentów, zdań i spostrzeżeń. Chciałam już wypisać moje ulubione, ale jak w "Z głowy" okazuje się to niemożliwe- tyle tu błyszczy, śpiewa i przyciąga! Dobra zabawa gwarantowana.
  • Śpiąca Królewna

    karolina rodzaj 2005-06-27

    Dreszcz po plecach   (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Beztroskie dorastanie Ashley skończyło się w dniu, w którym jej ojciec i przyjaciółka zostali zamordowani przez zamaskowanego sprawcę. Ona sama była jedyną osobą, której dane było przeżyć wizytę psychopaty w domu, ostatkiem sił ojciec pomógł jej się uwolnić. Gdyby nie on, Ashley podzieliłaby zapewne makabryczny los swoje najlepszej przyjaciółki. Żeby zatrzeć złe wspomnienia i rozpocząć życie na nowo dziewczyna wraz z matką zmienia miejsce zamieszkania. Po wakacjach ma rozpocząć zajęcia w nowej szkole, gdzie w czasie letniej przerwy trenuje młodsze zawodniczki. Kobiety zaczynają dochodzić do siebie, zaczynają urządzać się nowym otoczeniu, kiedy odbudowywana codzienność Ashley wali się po raz drugi. Jej matka również pada ofiarą szaleńca. Zbieg okoliczności? Czyżby morderca ścigał je po całym kraju? Jaki miał motyw? Na te pytania w swojej bestsellerowej powieści paradokumentalnej "Śpiąca królewna" odpowiedział pisarz Miles van Meter bohater powieści… "Śpiąca królewna" Phillipa Margolina. I Margolin i jego bohater są piszącymi prawnikami. Jedenasta powieść Margolina odznacza się nadzwyczajnym pomysłem i przemyślaną konstrukcją, która odciąga uwagę od kilku stylistycznych niedoróbek. Niewiele jest thrillerów prawniczych, bo tak chyba można "Śpiącą królewnę" nazwać, w których centrum znajdują się książki. Ważna jest nie tylko publikacja van Metera, która objaśnia czytelnikowi dramatyczne wydarzenia. Dzięki innemu dziełku - tak potwornemu, że lekturę zostawimy czytelnikowi powieści- policja wpadła przecież na trop mordercy… Ramę powieści Margolina stanowi wieczór autorski bohatera jego książki. Uwielbiany pisarz spotyka się z czytelnikami w małym miasteczku. Opowiada im o pracy nad książką, czyta fragmenty. Sukces książki van Metera polegał między innymi na tym, że jedną z ofiar szaleńca była jego siostra, która na skutek uderzenia w głowę zapadła w kilkuletnią śpiączkę. Kontekst biograficzny zawsze potrafi przyciągnąć czytelników- to wie każdy. Warto wspomnieć o tym, co poza błyskotliwą fabułą przykuwa uwagę w "Śpiącej królewnie" - subtelne wskazanie kilku mechanizmów, na przykład rodzenia się medialnego sukcesu. Co to więc za atrakcja, kiedy sprawca mordów został wykryty? Nielicha, nielicha… Margolin napisał zapierającą dech opowieść, która kilkakrotnie zaskakuje czytelnika, mrozi krew w żyłach, i… w sam raz na wakacyjny odpoczynek.
  • Obłęd
    • Obłęd
    • Jerzy Krzysztoń
    • (towar niedostępny)

    karolina rodzaj 2005-06-14

    Wielka literatura   (5 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Dorota Masłowska wspomniała w jednym z wywiadów, że ceni sobie książki, które zmieniają fakturę mózgu! Choć z pewnością każdy osobny będzie mógł stworzyć kanon takich pozycji, dla mnie niewątpliwie na szczycie listy znajdzie się "Obłęd" Jerzego Krzysztonia. To książka o chorobie psychiatrycznej, której niezwykły rytm i melodia sprawiają, że czasami nie da czytać się jej inaczej niż w pewnym wzburzeniu, dziwnym hipnotycznym transie. Z bezpiecznej pozycji czytelnika pozwala otrzeć się o obłęd, spełnić perwersyjną zachciankę posmakowania szaleństwa. Całe strony upływają w niezwykłej gorączce opętańczego monologu, czytelnik skłania się czasami ku temu by zaufać bohaterowi, by jego wizję przyjąć za dobrą monetę. A przecież zdaje sobie sprawę z tego, że to czytanie znaków, doszukiwanie się w gestach przechodniów specjalnych wskazówek, szukanie zaszyfrowanych wiadomości na sklepowych wystawach, jakiemu oddaje się Krzysztof w pierwszej części książki jest jedynie pogrążaniem się w szaleństwie, umacnianiem osobistej spiskowej teorii. Dla niego każda rozmowa ma drugie dno, ubiór znajomych czytać można jak sekretny język, a każdy z jego otoczenia ma przeznaczoną rolę... Od tego dnia prosta droga wiedze bohatera do szpitala psychiatrycznego w Tworkach - co to za opisy, za charaktery i przemyślenia! Przeczytać trzeba koniecznie. W opowieść o obłędzie, w badanie wewnętrznej geografii własnego mózgu, wpisane są liczne odwołania historyczne czy kulturowe. Obok napomknień o wydarzeniach z niedawnej, peerelowskiej przeszłości (czas akcji książki przypada na lata siedemdziesiąte minionego wieku), pojawiają się aluzje o wiele starsze. Filozoficzno-teologiczne rozważania Krzysztofa splatają się z całym morzem aluzji literackich- do "Wesela", do Witkacego, do Gombrowicza, do opowieści tak uniwersalnych, jak ta o Don Kichocie czy wreszcie- na nią narrator powołuje się nadzwyczaj często - o wędrówce Odyseusza, z którego losem dzieje Krzysztofa mają kilka wspólnych punktów. Pogrążony w dziwacznym stanie umysł rzuca się w korowód z diabłem, postaciami literackimi, własnymi wyobrażeniami. Nie można także zapomnieć o etosie romantycznym, do którego odwołania można znaleźć co krok. Już sama postać i pomysł ratowania świata przywodzą na myśl romantyczny straceńczy mesjanizm. Z kolei pobyt w szpitalu czy wcześniejsze spotkanie z kolejarzem-diabłem przywodzą na myśl "Kordiana". Kolejną areną odniesień jest sztuka- porównania ludzi do postaci z obrazów konkretnego malarza są przecież bardzo plastyczne. Krzysztoń nie tylko utrzymuje w ryzach całą tę olbrzymią -monumentalną wręcz- opowieść, której przemyślana konstrukcja przypomina czasami niezwykle bogaty utwór muzyczny, ale daje poznać się także jako mistrz fragmentu. Wiele zdań, wiele akapitów zapada w pamięć, odciskają się gdzieś w fakturze mózgu... "Obłęd" to mocna, czasami wręcz wyczerpująca swoją intensywnością proza, która podstępnie wdziera się w oddech czytającego, ale pozwala także na przeżycie czytelniczego katharsis. Wielka to literatura!
  • Marta
    • Marta
    • Eliza Orzeszkowa
    • (towar niedostępny)

    karolina rodzaj 2005-05-10

    Głos w imieniu niemych ofiar marzeń i złudzeń   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Eliza Orzeszkowa jest nie tylko pisarką znaną z kanonu lektur szkolnych. To także publicystka, walcząca o prawa mniejszości żydowskiej i kobiet. Uznanie i opinię bojowniczki za kobiecą sprawę przyniosło jej "Kilka słów o kobietach", opublikowane w "Tygodniku Mód i Powieści". W tej samej redakcji ukazywała się w odcinkach tłumaczona potem nawet na japoński powieść "Marta". Była ona odpowiedzią na twierdzenie Zachariasiewicza, jakoby kobiety chorowały z powodu braku wielkiej miłości. Odpowiedzią efektowną, pełnym pasji i złości oskarżeniem systemu, który doprowadza do powstania kobiecej niedoli. "Wybredni czytelnicy, a przede wszystkim czułe i wrażeń łaknące czytelniczki, czy przebaczycie mi tę opowieść moją, pozbawioną w zupełności tajemniczego węzła intrygi i zajmującego widoku dwóch serc przeszytych ognistymi strzałami?" Pisarka nie bez powodu zadaje to pytanie. Wszak "Marta" ma wszystkie wady powieści tendencyjnej: czarno-białych bohaterów, z góry określoną tezę, do której udowodnienia fabuła prowadzi nieuchronnie, podobnie jak sztywne dialogi. Te wady można jednak puścić w zapomnienie wobec problemu, jaki autorka "Nad Niemnem" podniosła w swojej książce - problemu kobiet, które nie są w stanie zarobić na swoje utrzymanie. Jak doszło do tego, że Marta Świcka - dziecko ziemiańskiej rodziny, ukochana córka i żona - musiała zakasać rękawy do pracy? Mąż jej umarł, a w sile swojej młodości nie uznawał był przymusu oszczędnośći, zapobiegliwości i myślenia o przyszłości. Zamożny urzędnik wszystkie pieniądze wydawał na zaspokajanie potrzeb swojej żony i czteroletniej córki. Tym sposobem zostawił je zupełnie same, na pastwę losu i nieżyczliwości. Sprzedawszy co cenniejsze sprzęty, została niemalże bez grosza. Czy kobieta będzie w stanie znaleźć dla siebie jakiekolwiek popłatne zajęcie? Kolejne próby - nauczycielka, rysowniczka, szwaczka, tłumaczka...- pokazują, że będzie to trudne niewyobrażalnie. Orzeszkowa krok po kroku pokazuje przyczyny dramatycznej sytuacji: kobiety kształcone na sposób salonowy, który wystarczał do prowadzenia konwersacji i nabrania pewnej ogłady, same bez odpowiedniego wykształcenia nie mogą udzielać lekcji. Chociaż mężczyzna na ich miejscu mógłby udzielać lekcji początkującym. Umiejętności jej w żadnej dziedzinie nie są wystarczające do podjęcia pracy, starczają do zabawiania siebie i otoczenia. By się wybić potrzeba kobiecie ogromnego talentu, mężczyzna z takimi umiejętnościami jak ona dałby sobie radę. Nadto - nie wypada, by kobieta stanęła za ladą czy podjęłą pracę w męskim gronie. A jeśli już przyjmie się ją do pracy, jest wykorzystywana ponad wszelką miarę. Paradoksalnie, jako ta, która przecież może pracować, jest młoda i zdrowa, nie może liczyć na pomoc. Co gorsza, nie ma solidarności między kobietami- ty lepiej sytuowane nie mają chęci, boją się przełamywać społeczne ograniczenia. Oznakami nędzy Marty jest coraz mizerniejszy wygląd Jańci i jej matki, znikanie sprzętów z wynajmowanej nory. Co zostaje kobiecie postawionej w tak trudnej sytuacji? Tragiczna historia pani Świckiej nie wzbudzi raczej zachwytów u spragnionych przeżyć artystycznych. "Marta" ważna jest raczej ze względu na wartość dokumentalną i przekazanie pewnych prawd o społeczeństwie, z których - jak pokazują badania socjologów- niestety nie wszystkie straciły na aktualności. Do nauki, rodaczki!
(Stron 14)

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Wszystkie zapowiedzi w Merlinie >>

Promocje - kupuj i oszczędzaj!