stały recenzent  Kamil Stasiewicz 3

Absolwent studiów historycznych drugiego stopnia. W kwietniu, przypadnie mi już 26 wiosen. Moja przygoda z merlinem zaczęła się kiedy, szukałem informacji na jakiś, już właściwie nie pamiętam dokładnie jaki temat. Tak przebrnąłem przez las filmów, i płyt, aż zatrzymałem się w katalogu książkowym i postanowiłem poświęcić mu więcej uwagi. Mój pierwszy zakup w merlinie to klasyka dziecięcej literatury Tajemniczy ogród F.H. Burnett, jednak juz wtedy miałem za sobą dużo przeczytanych książek. Do gatunku powieściowego, zawsze cos mnie ciągnęło, ale fakt faktem, ze przy obecnym rozwoju techniki i tzw. e-booków mało kto czyta w klasyczny sposób. Ba, niektórzy nawet wola posłuchać, niż przeczytać czego przykładem niech będzie od niedawna popularny w Polsce audiobook. Choć nie jestem wielbicielem bibliotek, odwiedzam je od czasu czasu, by sprawdzić, jakie to jeszcze pozycje w literaturze pięknej są godne uwagi. Mój krąg zdecydowanie się poszerza. Od przygody z powieścią Wiktora Hugo "Katedra Marii Panny w Paryżu" zacząłem sięgać po wszystko co było pod ręką i tak dziś czytam wszystko co wpadnie mi rękę. Nawet ulotki rozdawane na ulicy. Warto sięgnąć przede wszystkim po klasykę, by przekonać się jak piękna była nasza polszczyzna, stopniowo wyparta przez nowoczesny, wulgarny styl.

Rekomendacje:

  1. Mi Plan
  2. Closer
  3. Fairytales [Jewelcase] [Polska cena]
  4. The Fame Monster [Polska cena]
  5. Como Ama Una Mujer
  6. Magnetism
  7. 500 dni miłości

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 544

  • Król Lew: Best Of [Edycja specjalna] [OST]

    Kamil Stasiewicz 2011-11-06

    Nieskładny "Best Off..." cz. 2

    W edycji specjalnej soundtracku z "Króla Lwa" nie usłyszymy co prawda utworów instrumentalnych, aczkolwiek płyta dołączona do wydawnictwa, pt: "The Lion King Collection" jest znakomitym dowodem na to, że można jeszcze wydawać przyzwoite składanki. Niestety nie w Polsce. Płyta nr 2 – to singlowe utwory w wykonaniu Eltona Jonha, Tiny Turner czy Lebo M. Na składance nie mogło zabraknąć w związku z tym legendarnego "Can You Feel The Love Tonight" czy "Circle Of Life". Powita nas także Tina Turner i jej "He Lives In You". Na dokładkę mamy także "Upendi" w wykonaniu Wes jak i kultowy numer "The Lion Sleeps Tonight" Lebo M. Tak naprawdę to prawdziwym rarytasem na tym soundtracku są utwory w wykonaniu South African Choir będące ilustracją śpiewaną do kilku instrumentalnych dokonań Hansa Zimmera. Na szczególną uwagę zasługują tu chociażby: "Busa", "Noyana", "It's Time". Jedne z prawdziwych perełek. Dodatkowo na soundtracku skompletowano także kilka numerów z "Czasu Simby", w wersji oryginalnej oczywiście, gdyż soundtrack to iście amerykańska robota. Wydawnictwo również bezpośrednio odsyła nas do całych longlplayów, z których pochodzą utwory. Rzecz jasna "The Lion King" i "The Lion King 2: Simba's Pride". A także inspirowany filmem broadwayowskie arcydzieło "Rhytm Of The Pridelands". No cóż… wydawnictwo zawiera w sobie wszystko to, co powinniśmy oczekiwać. Rzecz jasna w zestawieniu z pierwszą płytą widać wyraźne braki, ale cena za tą Edycję Specjalną, jest na tyle kusząca, że oszczędniej byłoby zakupić zestaw dwupłytowy.
  • Someone To Watch Over Me

    Kamil Stasiewicz 2011-11-06

    Susan nadal śpiewa, ale powoli zaczyna ucichać   (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Susan Boyle, niczym mityczny Midas, czego tknie, zamienia się w złoto. Poprzednie krążki, debiutancki "Dreamed To Dream" i okazjonalny "The Gift" pokryły się platyną kilkukrotnie nie tylko w USA i na Wyspach, ale także w wielu innych krajach. Czy najnowszy, jeszcze świeżutki "Someone To Watch Over Me" podzieli los poprzedników? Na pewno wydawnictwu można zarzucić (o ironio!) to, że jest to kolejna płytka dla koneserów dobrej muzyki, szukających czegoś więcej niżeli tradycyjnej świeżości. Szkotka przyzwyczaiła nas już do tego, że jej specjalnością są covery, a za utwory oryginalne póki co się nie zamierza zabrać. Mimo, tego, przyzwyczaiła nas także do tego, że nieważne za jaki utwór się zabierze, zawsze obdarzy go swoją własną niezastąpioną interpretacją. Tak więc album nie powinien być zaskoczeniem. Jedyna różnica co najwyżej polega na tym, że piosenkarka zabrała się za kilka hitów dość dobrze znanych polskiej publiczności, których nie uda się nie poznać, nawet gdybyśmy przespali ostatnie 20 lat. Nałogowo, prawie każdego dnia, nie ma chwili, aby komercyjne stacje radiowe i telewizje muzyczne, nie przypominały nam klasyków tj. jak "Enjoy The Silence" Depeche Mode, czy "Unchained Melody" The Righteous Brothers rozsławione przez melodramat "Uwierz w Ducha". W interpretacji Susan kawałek Depeche Mode przypomina kolejną dość sławną już interpretacje "Wild Horses" Rolling Stones. Z kolei w "Unchained Melody" Susan uchwyciła swoje uczucia i pewnego rodzaju tęsknotę. Mimo to, na płycie Susan nie walczy z głosem, stopniowo wytwarzając wszystkie emocje. Stosunkowo delikatnie podchodzi do swoich utworów. Płytę otwiera i kończy utwór musicalowy: pierwszy to "You Have To Be There" z "Krystyny z Duvemali", drugi to tytułowy utwór płyty z musicalu "Oh, Kay!" skomponowany przez samego Gershwina. W środku znajdziemy jeszcze kilka perełek, do takich zaliczyłbym cudowne "Mad World", gdyby w tak melancholijnym i tajemniczym klimacie była skomponowana cała płyta to… mniam… Póki co, mamy nadal tradycyjną Susan Boyle. Dla tych, którzy nie maja dość, płyta spełni swoje zadanie. Dla tych, którzy jednak spodziewają się czegoś nowego, znajdą tylko kilka interesujących kawałków. Niby ta sama Susan, ale jakaś taka ciut przy krótka. Chyba za szybko wydaje płyty.
  • Someone To Watch Over Me [Eco Style]

    Kamil Stasiewicz 2011-11-06

    Susan nadal śpiewa, jednak zaczyna ucichać

    Susan Boyle, niczym mityczny Midas, czego tknie, zamienia się w złoto. Poprzednie krążki, debiutancki "Dreamed To Dream" i okazjonalny "The Gift" pokryły się platyną kilkukrotnie nie tylko w USA i na Wyspach, ale także w wielu innych krajach. Czy najnowszy, jeszcze świeżutki "Someone To Watch Over Me" podzieli los poprzedników? Na pewno wydawnictwu można zarzucić (o ironio!) to, że jest to kolejna płytka dla koneserów dobrej muzyki, szukających czegoś więcej niżeli tradycyjnej świeżości. Szkotka przyzwyczaiła nas już do tego, że jej specjalnością są covery, a za utwory oryginalne póki co się nie zamierza zabrać. Mimo, tego, przyzwyczaiła nas także do tego, że nieważne za jaki utwór się zabierze, zawsze obdarzy go swoją własną niezastąpioną interpretacją. Tak więc album nie powinien być zaskoczeniem. Jedyna różnica co najwyżej polega na tym, że piosenkarka zabrała się za kilka hitów dość dobrze znanych polskiej publiczności, których nie uda się nie poznać, nawet gdybyśmy przespali ostatnie 20 lat. Nałogowo, prawie każdego dnia, nie ma chwili, aby komercyjne stacje radiowe i telewizje muzyczne, nie przypominały nam klasyków tj. jak "Enjoy The Silence" Depeche Mode, czy "Unchained Melody" The Righteous Brothers rozsławione przez melodramat "Uwierz w Ducha". W interpretacji Susan kawałek Depeche Mode przypomina kolejną dość sławną już interpretacje "Wild Horses" Rolling Stones. Z kolei w "Unchained Melody" Susan uchwyciła swoje uczucia i pewnego rodzaju tęsknotę. Mimo to, na płycie Susan nie walczy z głosem, stopniowo wytwarzając wszystkie emocje. Stosunkowo delikatnie podchodzi do swoich utworów. Płytę otwiera i kończy utwór musicalowy: pierwszy to "You Have To Be There" z "Krystyny z Duvemali", drugi to tytułowy utwór płyty z musicalu "Oh, Kay!" skomponowany przez samego Gershwina. W środku znajdziemy jeszcze kilka perełek, do takich zaliczyłbym cudowne "Mad World", gdyby w tak melancholijnym i tajemniczym klimacie była skomponowana cała płyta to… mniam… Póki co, mamy nadal tradycyjną Susan Boyle. Dla tych, którzy nie maja dość, płyta spełni swoje zadanie. Dla tych, którzy jednak spodziewają się czegoś nowego, znajdą tylko kilka interesujących kawałków. Niby ta sama Susan, ale jakaś taka ciut przy krótka. Chyba za szybko wydaje płyty.
  • La Revolution Sexuelle

    Kamil Stasiewicz 2011-11-06

    Niestety to tylko słabe powstanie!   (4 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Rodacy, jest lepiej. Jesteśmy w Unii. Znajdujemy się w sercu Europy. Mamy już nawet takie same sprzęty jak oni. Takie same mikrofony i nagłośnienia. Taką samą magię neonów. A nasza muzyka, już dawno przegoniła ich muzykę. Tylko czemu, do czorta nadal jest w podziemiach?! Niejaki Marcin Majewski, ps. Madox postanowił to zmienić. Nagrywając "La Revolution Sexuelle" zapragnął dążyć to wytworzenia nowego gatunku w ewolucji człowieka - homo sapiens toleranticus, co jak na razie nijak mu wychodzi, bo o ile płyta (nie oszukujmy się wszyscy antyzwolennicy Madoxa) jest wyprodukowana w sposób perfekcyjny to nasz wojownik o nowy przełom w seksualnej rewolucji nie posiadł wystarczająco silnej amunicji. Płyta posiada bowiem trzy błędy. Nie są to błędy na tyle rażące, żeby płytę wyrzucić do kosza lub nakarmić im naszego wroga (antyfana Madoxa), ale jednak są. Pierwszy to zbytnia monotonność w jakiej podąża krążek na początku jego słuchania. Zabawa rozpoczyna się na dobre dopiero w połowie krążka, utrzymując się całkiem nieźle do samego końca. Dlatego drugi problem to nuda, jaka zachodzi w niektórych utworach. Część z nich negatywnie nastraja do odbioru (nawet usypia), dając złudzenie niekończącej się pieśni. Na ten drugi problem składa się problem trzeci: to osoba Madoxa. Właściciel androgenicznych rysów twarzy i głosu wskazującego na 14-latka który zatrzymał się na pierwszym etapie mutacji, a zbyt częste śpiewanie falsetem wyzwoliło kobiecą barwę, zdają się szkodzić albumowi. To niedobrze. W takim wypadku romans z Madoxem (bez względu na jaką płeć wygląda i jakie przejawia emocje) na dłuższą metę jest dość nieopłacalny. Madox chcę nas nauczyć francuskiego, nadużywając go w co drugiej piosence. Eksperymentuje miejscami z muzyką przenosząc ją na nowe podłoże, zamęczając mimo to słuchacza. Oczywiście nie można mu miejscami odmówić, że ma się wrażenie, iż śpiewa to Madonna (w kilku przypadkach – zwłaszcza zwrotki). Na całość, a raczej próbę przyporządkowania płyty do określonego gatunku Madox idzie dopiero pod koniec. Wpadający w ucho "Organic", interesujące "LSD", no i singlowe "On And On", dużo lepsze od pierwszego singla "High On You", które zdaje się gubić w tym towarzystwie. Podsumowując do postaci Madoxa jak i jego dokonań podchodzę z dużą rezerwą. No cóż… panoszy się miejscami mając wrażenie, że za chwilę okaże się kobietą. Ale należy dać mu szansę, jeśli tylko znajdzie właściwy język ze słuchaczami. Póki co, to raczej małe powstanie, niżeli rewolucja. Jeśli moje przewidywania okażą się prawdą Madox zostanie stłumiony. Z drugiej strony byłoby trochę szkoda, bo Doda ściągnęła już majtki dawno temu, Mandaryna nie nauczyła się śpiewać, Sara May nadal udaje profesjonalną piosenkarkę, a Michał Wiśniewski już dawno się skończył. Madox ze swoim wizerunkiem zdaje się pasować do tego towarzystwa wybryków natury, ale pomijając wygląd – dokonał rzeczy niebywałej. Pozostawił konkurencję tych dziwactw daleko w tyle, bowiem płyta naprawdę jest ciekawa, ale za słaba, by ją słuchać kilkukrotnie. Nie zapominajmy, że słuchając Wiśniewskiego, czy Sary May, poddalibyśmy się po dwóch piosenkach. Szacun!
  • Rio [OST]
    • Rio [OST]
    • cena: 34,49 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 14 dni )

    Kamil Stasiewicz 2011-11-06

    Muzyczna podróż do Rio de Janeiro

    Jeśli ktoś jeszcze nie słyszał o papudze Blu, która przybyła do Rio de Janeiro, by sparzyć się z ostatnią przedstawicielką swojego gatunku, a przy okazji zdobyć stolicę karnawału, to serdecznie zapraszam go do zapoznania się z zawartością tego soundtracku. Podczas gdy wszystkie wytwórnie prześcigają się w pomysłach 3D, tymczasem obok technologii 20th Century Fox postanowiło trochę umuzycznić "Rio". I tak więc już sam początek filmu rozpoczyna musicalowe wejście ptactwa wszlekiego rodzaju zamieszkujące dżungle na wzgórzach miasta (Real In Rio). Dalej nie jest inaczej: spowiedź Nigela (Pretty Bird), impreza w warzywnym (Hot Wings (I Wanna Party)), czy romantyczna bossa nova na dachu tramwaju (Fly Love). Wśród załogi wokalistów, znalazły się same gwiazdy: w tym will.i.am i Jamie Foxx, a na dokładkę mamy kilka nazwisk z brazylijskiego świata: Sergio Mendes (nowa wersja Mas Que Nada), Carlinhos Brown w duecie z Esther Dean (Let Me Take You To Rio), Bebel Gilberto (Samba De Orly). Oprócz tego możemy także usłyszeć piosenki z napisów końcowych, wśród których znalazła się kompozycja Taio Cruza (Telling The World) oraz remix Esther Dean (Let Me Take You To Rio). Szkoda bardzo, że nie postarano się w Polsce o brazylijską wersję soundtracku, albowiem niektóre z zaprezentowanych utworów, brzmią jeszcze bardziej apetycznie no i przede wszystkim jeszcze bardziej brazylijsko w wykonaniu tamtejszych gwiazd. Co więcej mogą się także pochwalić gwiazdami. Najnowsza animacja 20th Century Fox to świetne widowisko i niewielki powrót do musicalowej stylistyki. Co z resztą wyszło filmowi na dobre, bo pod wieloma względna w miarę czasu oglądania, stylistyka "Rio" nie wiele odbiega od produkcji stworzonych w ostatnich latach. Od establishmentu film broni się właśnie dzięki ścieżce dźwiękowej, oraz cudownej animacji.
  • Feel 3
    • Feel 3
    • Feel
    • cena: 37,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 7 dni)

    Kamil Stasiewicz 2011-10-24

    Feel się obudził, ale to ciągle marność   (0 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    O rzesz ty! – zawołałem zdziwiony, gdy przypadkiem natrafiłem na "Feel 3". Gdy już całkowicie zdążyłem zapomnieć o istnieniu grupy Piotra Kupichy, ona sama zaczęła wpychać mi się pod nogi. A co tam, może przesłucham? I tak założyłem słuchawki i odsłuchałem propozycje z następnego sequela bardzo popularnego na przełomie 2007-2008 przeboju o dziwo nie kinowego "Feel". Jeśli ktoś lubi nostalgię, to powinien być kolejnym seqeuelem zachwycony. W moich oczach "Feel 3" jest siłą wypadkową debiutu i jego średnio udanej kontynuacji "Feel 2". Na szczęście, kiedy szaleństwo na Feela się skończyło, a na koncertach gromadzi już tylko tłumy wiernych fanów i sympatyków wiejskich festynów, można spokojnie przysiąść do słuchania potencjalnych odrzutów z "Feela". Powyższa kontynuacja muzycznych dokonań mogłaby być samą w sobie lepszym kształtem debiutu, który pchał się do radia melodyjnymi refrenami, irytującym głosem wokalisty oraz hordami grafomańskich tekstów. Na "Feel 3" Kupicha przemyślał niedostatki z poprzednika i poprawił pozornie genialne kawałki z czasów po-sopockich sukcesów. I wyszło to krążkowi na dobre. Choć ilość jego nabywców będzie o wiele niższa niż pierwszego longplaya, to na pewno Feel będzie mógł od nowa zapracować (zasłużenie?) na nowy sukces. Oczywiście nie udało się uniknąć grafomanii, która z wokalistą zawiązała dość toksyczny romans, ale podejrzewam że zdążył już do tego przyzwyczaić wszystkich słuchaczy. "Jak nie to nie", "Może tak, może nie" – cóż… szczytu geniuszu tudzież erudycji nie ujrzymy zapewne nawet w 30-lecie działalności Feela. Wszystko wskazuje na to, że Feel wdepnął już na dobre do polskiej kultury masowej i już tam zostanie, mimo, że za 10 lat będą próbowali go zepchnąć z piedestału jarmarcznego grania inni wykonawcy. Ale zostawmy pewne uczucia dla Feela w końcu z uczuciami zespół ma najwięcej wspólnego. Zarówno z tymi pozytywnymi, jak i tymi uznawanymi za negatywne. Pewnie zapadną głosy oburzenia, że nie poświęciłem specjalnej uwagi na analizę poszczególnych utworów, ale z tą stroną płyty i tak poradzi sobie internet skutecznie promując grupę. Chyba nie ma sensu wylewać kolejnych żalów na grafomanię i przejrzane już melodie. Póki co, życzę Feelowi zbioru listów z różnymi uczuciami jak i ustalenia daty nagrywania kolejnego sequela, bo jak już oglądać jakiś cykl to ze wszystkimi częściami. I tak zostałem niewolnikiem cyklu (filmów?) o nazwie Feel, choć wcale mi się to nie nie uśmiecha. Ale cóż zasady stałego widza (słuchacza) zobowiązują.
  • Imię Róży
    • Imię Róży
    • Umberto Eco
    • cena: 30,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)

    Kamil Stasiewicz 2011-10-24

    Zagubiony w sosie mistrza Umberto Eco   (4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Szkoda, że o tej książce, napisano już wszystko. To, co można było wychwalać, nad czym zawiesić oka, i co można by skorygować, zostało już dawno omówione. Jednak ja jako rasowy czytelnik wolę delektować się arcydziełami popkultury wtedy, kiedy ten szał opada, a ja mogę w spokoju oddać się lekturze. Choć na świecie szał opadł już dawno, bo od chwili wydania powieści mija ponad 30 lat, to ja niedawno przewracając ostatnie strony powieści Umberto pragnę złożyć mu hołd. Wprost płaszczę się przed nim podziwiając ten ów sposób jaki Umberto znalazł na czytelnika łącząc przyjemne z pożytecznym. I tak Adso to zagubiony młodzian, który bez swojego mentora zagubiłby się we wnętrzach biblioteki opactwa X, tak samo jak czytelnik, albowiem Umberto nie idzie na łatwiznę, i żeby dokładnie przestudiować nie tyle duszą co oczami całą maestrię tajemniczej biblioteki należałoby spędzić kilka dni, zarywając i noce. Eco nie struga nam banalnego kryminału, choć sam motyw zbrodni można by przewidzieć ze względu na czasy, w jakich rozgrywa się akcja. Pisarz bawi się czytelnikiem zapraszając go w świat teologicznych dysput o śmiechu i jego roli w Nowej Ewangelii, to także opowieść o pierwszej miłości, kojarzonej bardziej z żądzą i o tym jak młodym umysłem miota namiętność, którą z trudem powstrzymuje. To także krytyka Kościoła za jego przepych i bogactwo, które stara się przewracać do góry nogami główne założenia nauki Chrystusa. Od razu widać, że pisarz nie przepada za Kościołem, albowiem jego wiedza i argumenty wykorzystywane w powieści zmuszają do refleksji, ale nie ma w nich jakiegoś zagrożenia, tudzież otumanienia pewnymi argumentami. Czytelnik sam zdecyduje czy przyjąć poglądy pisarza o średniowieczu za słuszne, lub też nie. Oczywiście choć powieść ma charakter historycznej, to nie należy brać sylwetek obranych przez pisarza za prawdziwe. Mowa tu oczywiście o postaci Bernarda Gui, którego Eco przedstawił jako opętanego inkwizytora, który w swoich wyrokach jest bezwzględny. Razem z Wilhelmem z Baskerville i Adso z Melku wędrujemy po opactwie, a czas akcji zamyka się w symbolicznej liczbie 7 dni. Od symboli trudno się nam odgonić, ale jeszcze bardziej, od stylu, który kusi za każdym zakamarkiem, mimo iż powieść liczy przeszło 750 stron. Na zakończenie autor przygotował "Dopiski na marginesie imienia róży", gdzie od kuchni poznajemy cały przebieg powieści. Samo wydanie należy uznać za luksusowe. Mamy obwolutę, ładną okładkę i trwały papier. A cena… no cóż… nawet ciut za niska jak na Umberto.
  • That Girl
    • That Girl
    • Natalia Lesz
    • cena: 37,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu 24 godz.)

    Kamil Stasiewicz 2011-10-23

    Wreszcie potencjalny sukces na Zachodzie! Natalia Lesz wraca do gry   (1 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Wreszcie. Dość długo Natalia Lesz kazała nam czekać na swój powrót z drugim albumem. Powodów tak długiego przekładania terminu nowego krążka może być kilka. Ja skupię się co najwyżej na dwóch najważniejszych. Po pierwsze, spore zaplecze finansowe bogatego ojca, które w szerokich środowiskach show biznesu nie jest zbytnio tolerowane. Po drugie, nawet przy ogromnych środkach finansowych, wydawanie całej płyty jest sporym ryzykiem, albowiem czy pieniądze wydane na płytę się zwrócą, zazwyczaj jest kwestią niepewną. Polskie płyty coraz gorzej się sprzedają, a polscy artyści nagrywający za granicą o dziwo są coraz gorzej przyjmowani. Może to głównie kwestia kryzysu, który wdziera się do naszych drzwi, a ceny płyt zamiast iść w dół, rosną w górę, ze strachu przed mizernymi zyskami? Coś w tym być musi. Ale przejdźmy do samej struktury krążka. "That Girl", lub też może "Natalia Lesz 2" miał się ukazać już w przełomie 2009/2010 roku, kiedy to Natalia wypuściła pierwszy polskojęzyczny singiel "Coś za coś". Bijący rekordy popularności w internecie kawałek, raczej do wyżyn geniuszu nie należał, to powiedzmy sobie jasno. Ale umieszczenie go na płycie jest uzasadnione, w końcu to pierwszy singiel z długo oczekiwanej płyty. Ostatecznie wyparł go w końcu naprawdę dobry numer "That Girl". Ten kawałek uderzył mnie świeżym stylem, trochę pokroju samej Kylie Minogue. Aż nie mogłem uwierzyć, że śpiewa to Natalia Lesz! Kiedy zebrał bardzo pozytywne recenzje, właściwie wydanie drugiego longplaya, było już tylko kwestią kilku miesięcy. Ostatecznie na płycie nie wylądował singiel "RadioActive" co może być sporym zaskoczeniem, gdyż wpasowuje się w stylistykę "That Girl". Ostatecznie na "That Girl" roi się od angielszczyzny co jakiś czas przerywanej niepotrzebnym intro, które niestety niczego specjalnego do płyty nie wnosi. Ale przejdźmy do głębszej analizy. O "That Girl" już wszyscy się zdążyli rozpisać w dniu jego premiery. Następne propozycje na krążku to kolejno "This Time", "Schizophrenic" i "It's OK." Te dwie szczególnie się od siebie nie różnią, ta trzecia oddycha wpływami zachodu, wręcz stylistyką made in USA. Myślę, że z powodzeniem mogłaby być kolejnym singlem. Następnie ciekawe "Beat Of My Heart", ciekawe zwłaszcza w refrenach "Imitation". Następnie to pochód powtarzających się po sobie numerów. Znalazło się miejsce na ballady, ale jest ich niewiele "In Love With You" i co ciekawe, całkowicie polskojęzyczne "Do stracenia już nic". I to byłoby na tyle. Zaletą "That Girl" jest jest genialna produkcja, dopieszczona z obsesyjną dokładnością. W tle tańczą dźwięki, w których Natalia zażywa kąpieli, ale brakuje mi w tym wszystkim jakiś unikatowych perełek. Na debiutanckiej "Natalii Lesz" dało się znaleźć kilka, choćby tajemnicze "Miss You". Płyty wychwalać pod niebiosa nie zamierzam, bo przy dłuższym słuchaniu zaczyna robić się monotonna, ale chyba w końcu przełamaliśmy kompleks polskiego artysty i gdyby Natalia tylko chciała, może zabierać ten krążek za granicę i pochwalić się nim Amerykanom. Myślę, że mieliby się czym podniecać, choć u nich taka twórczość do chleb powszedni. Druga część wydawnictwa to pierwsze DVD Natalii zawierające dotychczasowe teledyski z okresu 2009-2011. Na dokładkę mamy całkiem fajną sesję fotograficzną oraz krótką relację z planu teledysku do "That Girl".
  • Mylo Xyloto

    Kamil Stasiewicz 2011-10-23

    Coldplay na 5!   (4 z 7 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Jeśli ktoś oczekuje, szoku po kilku panach z Wysp Brytyjskich z charyzmatycznym Chrisem Martinem na czele, to "Mylo Xyloto" powinien go mu dostarczyć, bowiem są momenty, kiedy Coldplay zdaje się, nie mieć ochoty na odcinanie kuponów i nagrywanie numerów na tę samą modłę. Ci panowie mają chrapkę na o wiele więcej, a sukces ostatniego krążka "Viva La Vida" ani trochę ich nie rozleniwił. Tajemniczy "Mylo Xyloto" brzmi jak mieszanka inspiracji ostatnimi dokonaniami z "Viva La Vida" i "X&Y", do tego zupełnie nowe brzmienia plus kilka akustycznych mruczanek. "Mylo Xyloto" to dzieło dosyć szokujące, bo jakoś takie nie do końca spójne. Co jakiś czas Coldplay pcha nam pod nos intra, co w ich przypadków jakoś się nie zdarzało, by następnie wynagrodzić nam czekanie. Chyba nie zupełnie ów intra są potrzebne. W moim mniemaniu potencjalny słuchacz i tak czeka na więcej. Chwała bogu, że na szczęście nie zostaje oszukany, bo co jakiś czas grupa uśmiecha się do odbiorcy, nawiązując ponowny kontakt, po mało interesującym wstępie. Płytę otwiera mieszanka poprzednich stylizacji muzycznych "Hurts Like Heaven", następnie mamy singlowo-radiowe "Paradise", przeurocze "Charlie Brown" i pierwsza mruczanka "Us Against The World". Gdy Martin przestaje nas zachęcać tylko głosem, przechodzimy do następnego intra "M.M.I.X." by znaleźć się w singlowym "Every Teardrop Is A Waterfall". O tym singlu można powiedzieć tyle, że jest pierwszorzędny, a to chyba wystarczająca rekomendacja. Wydawać by się mogło, że grupa zacznie zwalniać tempa, jednak nadchodzi kolejna zachęta. "Major Minus" i druga mruczanka zatytułowana po prostu "U.F.O". Kiedy się uspokajamy, Coldplay zamierza dać nam piąchą w twarz, zapraszając na numer "Princess Of China". Na długo przed premierą nie mogłem zrozumieć, co skłoniło grupę do nagrania duetu z… Rihanną? Rihanna jak wiemy lubuje się w rozbierankach, a ostatnimi czasy stała się maszynką do zarabiania pieniędzy gubiąc gdzieś po drodze własne ambicje. Może tak naprawdę drzemie w niej coldplayowski styl? Coś czuję, że ci którzy kochają Rihannę, jak i ci którzy ją nienawidzą, paląc jej fotografię na stronie "Bravo" jako podpałkę, będą zachwyceni. Albowiem utwór mierzy w niezależność i myślę, że niedługo o nim usłyszymy w stacjach radiowych. Pytanie tylko, czy grupa nie pozwoli utrzeć sobie nim nosa, bowiem już Maroon 5 nawiązywało współpracę z Barbadoską. Jak to się skończyło, dobrze wiemy. Na zakończenie mamy ponowne spotkanie z akustyczną stroną krążka: "Up In Flames" oraz "Up With The Birds". "Mylo Xyloto" to interesujący powrót Coldplaya na listy przebojów, oraz w ramiona fanów, a za sprawą (my goodness!) duetu z Rihanną, być może nie tylko. Nie wiem, czy uda nam się usłyszeć o komercyjnych sukcesach piątego już krążka, gdy poprzedni zgarnął prawie wszystkie możliwe laury, ale poczekajmy. Pewna nietypowość i świeżość "Mylo Xyloto" powinna zostać sprawiedliwa nagrodzona. Ja zacznę jako pierwszy i nagrodzę grupę 4,5 gwiazdki, a jako, że nie ma połówek, niech już będzie 5.
  • Rio
    • Rio
    • Carlos Saldanha
    • cena: 19,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu 24 godz.)

    Kamil Stasiewicz 2011-10-02

    Tylko wizualne arcydzieło   (5 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Animacja to obecnie najbardziej dofinansowywany gatunek sztuki filmowej na świecie. Animowane cuda, jakie jawią się na kinowych ekranach z powodzeniem wykorzystują najnowsze zdobycze technologii. Wszystko w 3D. Epoka 3D wlewa się do kina i nie sposób jej powstrzymać. I temu urokowi ulega studio 20th Century Fox. Ojciec "Anastazji" czy trylogii "Epoka Lodowcowej". Niestety mając za konkurencję Disneya, Pixara czy DreamWorks studio Foxa wyraźnie nie radzi sobie fabularnie jak niegdyś. Historia o papudze Blu, która przeżywa szalone przygody w Rio de Janeiro, to urocza opowiastka o miłości przy zabawie wizualnej z widzami. Niestety pomijając kwestie wizualne, pozostaje mało interesująca już kwestia fabuły. Studio Foxa po filozoficznej przypowiastce "Horton słyszy ktosia", czy familijnej trylogii "Epoka lodowcowa" ma szczególne trudności z przystosowaniem się do nowych trendów i stworzenia czegoś ponadczasowego. O ile "Rio" to niesamowita i porywająca zabawa wizualna, to jest to szał do zapuszczenia na wielkim ekranie w 3D i przy dźwięku dolby serround. W innym przypadku to opowieść jakich wiele. Po prostu to wszystko już było. Ale jest jeden plus przemawiający za całością. Ścieżka dźwiękowa w postaci latynoskich hitów wykonywana przez same latynoskie gwiazdy. Tego na pewno warto posłuchać. Są momenty słabsze i lepsze, ale całość jest jak najbardziej smakowita dla naszych uszu. Miłośnicy egzotycznego Rio de Janeiro film muszą zobaczyć obowiązkowo. Ujrzymy wszystko: Copacabanę, fawele, górę Corcovado z rzeźbą Chrystusa Zbawiciela, karnawał, dżungle i całą faunę i florę regionu. Jednakże miłośnicy ambitnej animacji powinni poszukać dla siebie czegoś innego. "Rio" to wizualne arcydzieło, fabularnie to niestety nadal lektura filmowa w morzu wielu innych propozycji.

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Promocje - kupuj i oszczędzaj!