Kamil Stasiewicz

Absolwent studiów historycznych drugiego stopnia. W kwietniu, przypadnie mi już 26 wiosen. Moja przygoda z merlinem zaczęła się kiedy, szukałem informacji na jakiś, już właściwie nie pamiętam dokładnie jaki temat. Tak przebrnąłem przez las filmów, i płyt, aż zatrzymałem się w katalogu książkowym i postanowiłem poświęcić mu więcej uwagi. Mój pierwszy zakup w merlinie to klasyka dziecięcej literatury Tajemniczy ogród F.H. Burnett, jednak juz wtedy miałem za sobą dużo przeczytanych książek. Do gatunku powieściowego, zawsze cos mnie ciągnęło, ale fakt faktem, ze przy obecnym rozwoju techniki i tzw. e-booków mało kto czyta w klasyczny sposób. Ba, niektórzy nawet wola posłuchać, niż przeczytać czego przykładem niech będzie od niedawna popularny w Polsce audiobook. Choć nie jestem wielbicielem bibliotek, odwiedzam je od czasu czasu, by sprawdzić, jakie to jeszcze pozycje w literaturze pięknej są godne uwagi. Mój krąg zdecydowanie się poszerza. Od przygody z powieścią Wiktora Hugo "Katedra Marii Panny w Paryżu" zacząłem sięgać po wszystko co było pod ręką i tak dziś czytam wszystko co wpadnie mi rękę. Nawet ulotki rozdawane na ulicy. Warto sięgnąć przede wszystkim po klasykę, by przekonać się jak piękna była nasza polszczyzna, stopniowo wyparta przez nowoczesny, wulgarny styl.
Rekomendacje:
- Mi Plan
- Closer
- Fairytales [Jewelcase] [Polska cena]
- The Fame Monster [Polska cena]
- Como Ama Una Mujer
- Magnetism
- 500 dni miłości
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 531
-
- Rozważna i romantyczna
- Jane Austen
- cena: 22,49 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Kamil Stasiewicz 2012-01-20
Austen między rozsądkiem, a emocjami
"Rozważna i romantyczna" stanowi właściwie pisarski debiut Austen, choć stykam się z książką, jako przedostatnią, gdyż w takiej kolejności (losowo) czytam twórczość pani Austen. Im dalej w las, tym weselej, aczkolwiek sztywności "Mansfield Park" czy też dowcipu "Dumy i uprzedzenia", aż tak mnie nie dosięgły podczas lektury. Widocznie niektóre powieści Austen są skierowane do ściśle określonej grupy odbiorców – czytelniczek. Ale przyznać jednak muszę, że ostro zacząłem kibicować pannie Mariannie, gdy na horyzoncie pojawił się wesoły pan Willoughby, który ostatecznie okazał się być tylko epizodem, przykrym w konsekwencjach. Pisarce udało się stworzyć bardzo przekonywujące postaci. W miarę jak je poznajemy, coraz bardziej role zmieniają się. Rozsądna i poważna Eleonora coraz bardziej zaczyna ulegać emocjom, z kolei Marianna po doznanym zawodzie, powoli uczy się rozsądku. W przeciwieństwie do pozostałych jednak powieści Austen – do tej szczęśliwe zakończenie jakoś nie pasuje. Miałem niejasne wrażenie, że autorka happy end wymusiła na sobie, dla lepszego przyjęcia przez czytelników. Ta kobieta na kartach powieści walczy jakby sama ze sobą. Z jednej strony struga nam obraz kobiet, które skazane na niebyt i niemalże wegetacje, muszą rozpaczać po nocach, gdyż jedynym wyjściem jest znalezienie bogatego męża. Z drugiej strony chcę wykazać ich samodzielność. O ile wokół tematyki zamążpójścia kręcą się wszystkie powieści Austen, do tej jakoś bardziej pasuje określenie „czas i przemijanie”. W tej powieści czas przemija, zmierzając bardziej ku jakiejś klęsce, tudzież pogodzeniu się z zastanym losem. Austen pogodzić się nie chciała. Pewnie dla czytelniczek wyszło romantycznie, dla mnie jednak było to zderzenie z ambitniejszą tematyką, z której Austen bała się stosownie wyplątać. -
- Baśnie - Andersen
- Hans Christian Andersen
- cena: 45,49 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Kamil Stasiewicz 2012-01-20
Jestem za, a nawet przeciw
Baśni Andersena przedstawiać nie trzeba. Polacy znają je dostatecznie dobrze. W zasadzie w naszym kraju cieszą się większą popularnością niż dokonania braci Grimm. Z kolei jeśli chodzi o pana Perraulta znajdą się jednostki, które nie będą wiedziały o kogo chodzi. W naszej kulturze Andersen zadomowił się na dobre. Solidnie wsiąkł w naszą świadomość, tak iż nowe wydanie zbioru jego baśni, może nastręczać kłopotu. Mianowicie są to baśnie bezpośrednio z oryginału. Do tej pory mieliśmy już wydane baśnie Grimm bezpośrednio z niemieckiego i baśnie Perraulta bezpośrednio z francuskiego. To samo musiało w końcu spotkać Andersena, jednak ku zdumieniu wydawców, jubileuszowe, specjalne tomisko opowieści Andersena nie jest tak kuszące jakby się mogło wydawać. Powód? Polacy kochają się w przekładach Sawickiego, czy Iwaszkiewicza, które rzadko były przepisywane żywcem z francuskich, czy niemieckich wersji. Mało tego! Zdarzało się Iwaszkiewiczowi, że nie konsultował się z zapiskami i sam coś dopisywał. Ostatecznie jednak Baśnie Andersena z ilustracjami Szancera cieszą się niesłabnącą popularnością. Ja czytając je w przekładzie pani Sochańskiej nabrałem sporego szacunku do osoby Duńczyka. "Mała syrenka", "Calineczka", czy "Królowa śniegu" dostały trochę nową jakość. W dodatku pojawiły się także opowieści mniej znane, ale bardzo ważne w swej tematyce. Andersen był gawędziarzem. Nie omijał ironii, ani kąśliwych uwag w stronę złośliwych konwenansów. Na kartach baśni w tym właśnie przekładzie da się dostrzec Andersena kpiarza – jak i Andersena, dobrego wujka. Obie te postacie znakomicie ze sobą współgrają. Ja staram się kupować nowy język i grafikę pana Jeppesena. Może nie jest to Szancer, ani zakurzony, podniszczony tom starego Andersena. A może tak naprawdę nostalgia bierze nade mną górę i nie chcę do końca się przekonać? Nie mam pojęcia. Póki co, pani Sochańska otrzymuje ode mnie 4 gwiazdki, a wydawnictwo Media Rodzina jeszcze jedną, za super wydanie (twarda oprawa, solidny papier, ładna grafika). Czyli w sumie 5 gwiazdek. Nie jest źle. Trudno mi się zdecydować. Jestem chyba za, a nawet przeciw. -
- Hostel 3
- Scott Spiegel
- cena: 49,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Kamil Stasiewicz 2012-01-20
Vanitas vanitatum
Eli Roth w porę zdał sobie sprawę, że być może jest chory psychicznie i postanowił sprawdzić, czy da się to wyleczyć. O usprawiedliwienie nieobecności przy produkcji następnej części poprosił jednego z producentów poprzednich odsłon - Scotta Spiegla. Nie dajmy się jednak zwieść, albowiem odbicia (niem. "spiegiel" - lustro), tudzież drugiego dna, w tym straszaku nie znajdziemy. Pan Spiegel zmuszony wydać film od razu na rynek DVD/Blu-ray nadał mu nieco innej jakości. Można powiedzieć, że pogrzebał jeszcze bardziej to, co wykreował Roth. Komputerowe cuda dzisiaj wolą straszyć w technologii 3D, a trzecia odsłona "Hostelu", nie wpisuje się w tą zasadę. Różnica między budżetem filmu, a poprzednikami jest mocno uderzająca. W zamian za brak przesadnej ilości krwi i tortur (co mnie akurat cieszy) reżyser mógł to wynagrodzić budując psychologicznie swoich bohaterów, by jakoś wyjaśnić sens istnienia takich krwawych zabaw. Nie udało się. Postacie są papierowe, nie atrakcyjne wizualnie, że o samym aktorstwie nie ma co mówić. W starych dobrych czasach, Marilyn Monroe przyprawiała o erekcję, kuszącym trzepotaniem powiek, tymczasem dzisiaj idziemy na całość. Mamy w zastępstwie falujące tyłki w klubie uciech i hojnie wyposażone przez naturę dziewczęta. Brzydkich kaczątek w "Hostelu 3" nie ujrzymy, aczkolwiek już same ich mierne talenty aktorskie są potwierdzeniem brzydoty tego filmu. Trzymać się od tego z daleko! -
- Księga Dżungli
- Rudyard Kipling
- cena: 45,49 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Kamil Stasiewicz 2012-01-20
Księga dżungli wydana po królewsku. Jak tradycja kazała!
Wydawnictwo Media Rodzina nie zapomina o wielkich skarbach literatury dziecięcej, co rusz przypominając niektóre tytuły. Tym razem wybór padł na wiekopomne dzieło Rudyarda Kiplinga. "Księga dżungli" jest lekturą uniwersalną. Zna ją niemal każdy. Co ciekawe jednak nie każdy jest w stanie wskazać, o czym dokładnie jest. Jeśli porównamy książkę Kiplinga z najpopularniejszą, disnejowską ekranizacją, możemy przeżyć niemały szok. Bowiem prawie nie ma cech wspólnych między oryginałem, a jego adaptacją. "Księga dżungli" – tytuł brzmi dostojnie i równie dostojnie książka jest wydana. Kipling zobowiązuje. Podobnie jak recenzentka Be El i ja sięgnąłem okazyjnie do opowieści o Mowglim jako pierwszy. I przeżyłem właśnie ów szok doszukując się multum różnic. Przede wszystkim króluje tutaj dżungla. To ona wyznacza prawo i jest osią napędową całej akcji. Mimo, że znajdziemy tu praktycznie tylko siedem opowiadań, to każde ma w sobie zawarte swoiste, konkretne wartości. Kipling gloryfikuje odwagę i postęp, potępia zacofanie, choć przyjmuje jednak rolę cierpliwego obserwatora. Nie zapomina także przy tym o tradycji i przyjętych normach. W tekście roi się od kultury i obyczajów wielkich Indii. Ale najważniejsze to chyba malowniczość ilustracji Józefa Wilkonia. W pewnym sensie… Tak! To taka praca zbiorowa na spółę pana Wilkonia i Andrzeja Polkowskiego. Kipling wydaje się być pretekstem do tego luksusowego wydania. Ale czy to źle? Księga to, wiec i jej należą się królewskie atrybuty! -
- XI [EP]
- Michał Szpak
- cena: 27,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Kamil Stasiewicz 2012-01-10
Panie Szpak, jak pan się nie wstydzi?! (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Firma Leszka Gierszewszkiego produkująca okna, zgodziła się objąć mecenatem młodego i aspirującego do miana polskiego Prince'a – wokalistę Michała Szpaka. Niestety szybko wyszło na jaw, to o czym, kiedyś prawiła celebrytka, której nazwiska nie wymienię – śpiewanie coverów, nie oznacza jeszcze talentu i statusu wielkiej gwiazdy. O ile Szpak nadał klasykom w X-Factorze wzmożonego powera i przyprawił samego Kubę Wojewódzkiego o orgazm na scenie, to już prywatnie nagrywając własny materiał dał kompletnie ciała. EP-ka "XI" to zwyczajne nieporozumienie. Płytka zawierająca zaledwie 5 piosenek, mogłaby śmiało robić za maxi-singiel. Ale nawet maxi-single są tańsze. Cena, za zaproponowane tutaj piosenki to jakiś żart. Pan Szpak, zamiast zająć się tworzeniem muzyki, skupił się wyłącznie na swoim wyglądzie oraz na paznokciach, czy aby na pewno wyglądają na kobieco – drapieżne. Niestety naostrzone pazury nie pomogły, bo płyta to soczysty pop, tak ordynarny i powszechnie spotykany, że szkoda na niego czasu. Słuchając "Sensualnego" i "Rewolucję" miałem wrażenie, że słucham dokonań nowej, elfiej Dody, jedynie głos się zmienił. O samym singlowym "Po niebo" to już nawet nie będę się zbytnio zastanawiał, bowiem tekstowo i nawet wokalnie Szpak całkowicie położył ten numer. Reasumując – płytki nie poleciłbym nawet najgorszemu wrogowi. Nie znajduję ani jednego ciepłego słowa na to wydawnictwo. Panie Szpak, jak pan się nie wstydzi?! -
- The Best Disney... Ever!
- cena: 57,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Kamil Stasiewicz 2011-12-17
W końcu jest składanka jak ta - lala!! (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Do składanek z cyklu "The Best …Ever!" należy podchodzić zawsze sceptycznie. Nie zapominajmy, że edycja "…Christmas" to nieporozumienie, zrobione na rachu-ciachu, byleby tylko wydać na święta. Właściwie większość składanek jest niekompletna i należy jak najbardziej podchodzić ostrożnie w kwestii kupna. Chyba tylko dla wersji "…Classics" da się znaleźć kilka miłych słów. Tymczasem niedawno premierę miała już XX płyta z tej serii. Tym razem wybór padł na… Disneya! I jak się okazało wybór był słuszny, bo po raz pierwszy czuje się zadowolony, zarówno tym, co na, aż czterech płytach znajdę oraz po drugie, że płyta jest praktycznie cała w języku polskim, no i w końcu po trzecie, że udało mi się naliczyć ponad 20 utworów, które po raz pierwszy zadebiutowały na CD Audio! W zeszłym roku EMI Music Poland wydało polskojęzyczną wersję "The Magic Of Disney", na której znalazło się zaledwie kilka utworów debiutujących na nośniku. Oczywiście, "The Best Disney …Ever!" także miejscami zahacza o nachalne promowanie w nieskończoność utworów, które pochodzą z soundtracków, jakie nadal funkcjonują w sprzedaży. Mowa tu min. o ścieżce dźwiękowej z filmu "Rodzinka Robinsonów" (znajdziemy w sumie, aż 4 piosenki z tego filmu). Na szczęście wybór jest tak wielki, że można przymknąć oko na powtórki, świeżo wydanych piosenek. Jeśli chodzi o premiery usłyszymy min. kultowe "Gumisie" Andrzeja Zauchy oraz "Nowe Przygody Kubusia Puchatka", szkoda tylko, że nie w wykonaniu Władysława Grzywny; kolejno rzadkie utwory z filmów: "Zakochany Kundel", "Księga Dżungli", "Oliver i Spółka", "Bambi", "Auta", "Tygrys i przyjaciele", "Zaczarowana", "Bambi 2", "Tarzan" oraz "Piękna i Bestia". Na drugim planie usłyszumy piosenki ze ścieżek dźwiękowych takich przebojów jak: "Król Lew", "Herkules", "Pocahontas", "Mulan", "Mój brat niedźwiedź", "Toy story" – do których płyty są nadal dostępne w sprzedaży. Oczywiście bez oporów jestem gotowy przyznać wydawnictwu mocne 5 gwiazdek, ale jest jedno 'ale' – chodzi o sposób selekcji utworów na składance. Płyta nr 1 to piosenki filmowe w wykonaniu aktorów; płyta nr 2 – to piosenki wykonywane przez polskie gwiazdy popu, na szczęście nie zabrakło dwóch najbardziej rozpoznawalnych standardów takich jak: "Kolorowy wiatr" Edyty Górniak oraz "Ani słowa" Natalii Kukulskiej; płyta nr 3 i 4 to jeden wielki bałagan gatunkowy, ale jeśli przywykniemy do tego, czym nas karmi seria "The Best …Ever!" to nie powinniśmy być zdziwieni. Trafią się i śmieci w postaci 4 piosenek w języku angielskim, które zwyczajnie do stylu krążka nie pasują (nie zmienia to faktu, że same w sobie są sympatyczne). Ale "The Best Disney …Ever!" to w końcu jakiś postęp, bo pewnie by nam przyszło czekać kolejne lata, aż nasze ulubione piosenki usłyszymy w wysokiej jakości. -
- Imaginaerum
- Nightwish
- cena: 36,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Kamil Stasiewicz 2011-12-01
Wyimaginowany zachwyt, czy wielki powrót Nightwisha? (3 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
Wydana w 2007 roku "Dark Passion Play" mocno podzieliła fanów. Albumowi zarzucano główne fakt, że nowa wokalistka jest zbyt przezroczysta, a ich wykonanie ani przez moment nie umywa się, do tych, jakie swego czasu wykonywała Tarja Turunen. Kiedy rany zostały zażegnane i dostatecznie zagojone, jedni fani postanowili dać grupie jeszcze jedną szansę po zawodzie, z odejściem Tarji, a drudzy spisali grupę na straty chrzcząc ją "Daywishem". Ostatecznie jednak wystarczająco długi (bo pierwotnie prawie 5-letni) czas oczekiwania na nagranie nowego albumu opłacił się. Nie tylko Tuomas Holopainen zdał sobie sprawę z tego, że nie można do końca życia opłakiwać Tej, Która Odrzuciła Jego Względy, ale i Anette Olzon zrozumiała nareszcie, że jako wokalistka fińskiej formacji, która od czasów "Once" osiągnęła szczyty popularności na świecie, nie może pozwolić sobie na to, aby wokalistka z popowym, milutkim głosikiem, była jego główną atrakcją. Tak więc na płycie nie dość, że usłyszymy Nightwisha w formie, to jeszcze da się wyczuć, że czasy epoki "Daywish" zespół ma już z sobą. Ktoś wreszcie dał Anette do zrozumienia, że powinna popracować nad sceniczną charyzmą, dzięki tym wytrwałym próbom stworzenia z niej „diwy” grupie udało się na płycie umieścić cudowną perełkę w postaci tajemniczego "Slow, Love, Slow", który po pierwszym przesłuchaniu sprawia, że kopara opada, a szczękę trzeba zbierać. Wszystkiego człowiek mógłby spodziewać się po Nigtwishu, ale na pewno nie tego, że wokalistka znajdzie odpowiedni kontakt z muzyką zespołu! A jednak udało się! Ta różnica wyzwala się w większości utworów na albumie. Anetka stała się bardziej drapieżna, by nie powiedzieć kusząca, choć nadal daleko jej do kusicielki z ogrodu Eden (gdyby Anette była ostatnią kobietą na ziemi, chyba zostałbym samotnikiem). Marco Hietala w nowej stylistyce czuje się jak ryba w wodzie, od czasu do czasu lekko porykując. Co więcej można odnieść wrażenie, że sama Olzon nie pozostaje mu wokalnie dłużna. Jako, że jestem po pierwszym przesłuchaniu płyty, nie jestem jeszcze w stanie dokładnie stwierdzić, jakiej jakości teksty wystrugał nam Holopainen, ale i do tego przysiądę, gdyż Nighwtish nagrał płytę wielokrotnego użytku. Zamykający się w 13 utworów album "Imaginaerum" jest konceptem, który składa się na ilustrację muzyczną do filmu o tym samym tytule, a o którym usłyszymy szerzej już w przyszłym roku. Propozycja Nightwisha to właściwie spektakl. Próba dokończenia tego, o co zabiegał swego czasu "Dark Passion Play", jednak nie udało się wówczas stworzyć albumu spójnego. Tutaj stylistyka, pomimo różnic, tej wyostrzonej muzyki filmowej, jest koncertem, który mógłby robić za wokalno-instrumentalny spektakl, działający na nasze dusze. Jestem totalnie zaskoczony. "Rest Calm", "Song Of Myself", "I Want My Tears Back". Co tu dużo mówić: po prostu szok! Pozytywny szok! -
- Imaginaerum [Limited] [Digipack]
- Nightwish
- cena: 63,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Kamil Stasiewicz 2011-12-01
Wyimaginowany zachwyt, czy wielki powrót Nightwisha?
Wydana w 2007 roku "Dark Passion Play" mocno podzieliła fanów. Albumowi zarzucano główne fakt, że nowa wokalistka jest zbyt przezroczysta, a ich wykonanie ani przez moment nie umywa się, do tych, jakie swego czasu wykonywała Tarja Turunen. Kiedy rany zostały zażegnane i dostatecznie zagojone, jedni fani postanowili dać grupie jeszcze jedną szansę po zawodzie, z odejściem Tarji, a drudzy spisali grupę na straty chrzcząc ją "Daywishem". Ostatecznie jednak wystarczająco długi (bo pierwotnie prawie 5-letni) czas oczekiwania na nagranie nowego albumu opłacił się. Nie tylko Tuomas Holopainen zdał sobie sprawę z tego, że nie można do końca życia opłakiwać Tej, Która Odrzuciła Jego Względy, ale i Anette Olzon zrozumiała nareszcie, że jako wokalistka fińskiej formacji, która od czasów "Once" osiągnęła szczyty popularności na świecie, nie może pozwolić sobie na to, aby wokalistka z popowym, milutkim głosikiem, była jego główną atrakcją. Tak więc na płycie nie dość, że usłyszymy Nightwisha w formie, to jeszcze da się wyczuć, że czasy epoki "Daywish" zespół ma już z sobą. Ktoś wreszcie dał Anette do zrozumienia, że powinna popracować nad sceniczną charyzmą, dzięki tym wytrwałym próbom stworzenia z niej „diwy” grupie udało się na płycie umieścić cudowną perełkę w postaci tajemniczego "Slow, Love, Slow", który po pierwszym przesłuchaniu sprawia, że kopara opada, a szczękę trzeba zbierać. Wszystkiego człowiek mógłby spodziewać się po Nigtwishu, ale na pewno nie tego, że wokalistka znajdzie odpowiedni kontakt z muzyką zespołu! A jednak udało się! Ta różnica wyzwala się w większości utworów na albumie. Anetka stała się bardziej drapieżna, by nie powiedzieć kusząca, choć nadal daleko jej do kusicielki z ogrodu Eden (gdyby Anette była ostatnią kobietą na ziemi, chyba zostałbym samotnikiem). Marco Hietala w nowej stylistyce czuje się jak ryba w wodzie, od czasu do czasu lekko porykując. Co więcej można odnieść wrażenie, że sama Olzon nie pozostaje mu wokalnie dłużna. Jako, że jestem po pierwszym przesłuchaniu płyty, nie jestem jeszcze w stanie dokładnie stwierdzić, jakiej jakości teksty wystrugał nam Holopainen, ale i do tego przysiądę, gdyż Nighwtish nagrał płytę wielokrotnego użytku. Zamykający się w 13 utworów album "Imaginaerum" jest konceptem, który składa się na ilustrację muzyczną do filmu o tym samym tytule, a o którym usłyszymy szerzej już w przyszłym roku. Propozycja Nightwisha to właściwie spektakl. Próba dokończenia tego, o co zabiegał swego czasu "Dark Passion Play", jednak nie udało się wówczas stworzyć albumu spójnego. Tutaj stylistyka, pomimo różnic, tej wyostrzonej muzyki filmowej, jest koncertem, który mógłby robić za wokalno-instrumentalny spektakl, działający na nasze dusze. Jestem totalnie zaskoczony. "Rest Calm", "Song Of Myself", "I Want My Tears Back". Co tu dużo mówić: po prostu szok! Pozytywny szok! -
- Smerfy
- cena: 35,49 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Kamil Stasiewicz 2011-12-01
Niesmerfne mutanty da się polubić! (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Hollywood cierpi na brak pomysłów. Gdy ich brakuje, trzeba czym prędzej zacząć polerować od nowa przyblakłą sławę wytwórni marzeń, a gdy się nie ma odpowiedniego środka, najlepiej zarobić na znanym już pomyśle, na bohaterach, które większość ludzi zna. Koncepcja, aby przenieść rysunkowe postacie z serialu animowanego jak i komiksu do kina aktorskiego, jak do tej pory okazała się być połowicznym sukcesem, niekiedy też kompletną porażką. Asterix przeniesiony do aktorskiego świata, długo walczył o to, aby widzowie go polubili. Powstały trzy filmy, a tylko jeden trzymał ironiczny klimat oryginału. Garfield w kinie aktorskim nie sprawdził się już zupełnie, a "Alvin i wiewiórki" choć mają już trzy odsłony wyraźnie działają mi na nerwy. Do tego wszystkiego załatwiono także smerfy. Czy niesmerfne mutanty są w stanie zawładnąć obecnym światem i stać się kasowym hitem? Tak. Jak najbardziej jest to możliwe. Odważna, choć banalna fabularnie – eksperymentalna próba nadania Smerfom nowej jakości, jest najzupełniej niepotrzebna, ale jako taki gadżet, nadaje się do oglądnięcia. Film ma zalety, jeśli pominiemy fabułę, której domyśli się chyba każdy, używający mózgu. Dlatego też pomówmy o technicznych zaletach filmu: przede wszystkim dubbing. Choć głosy są kompletnie inne i niekiedy kompletnie nie pasują do postaci trzeba przyznać, że w tej popkulturowej zabawie, naprawdę są zrobione pierwszorzędnie, a widz ani przez moment, nie ma wrażenia, że polska wersja językowa go gryzie. Oczywiście, jeśli rozbierzemy dialogi na czynniki pierwsze znajdzie się parę kwiatuszków, które robią ze "Smerfów" fastfooda, którego lepiej omijać z daleka. Druga rzecz to całkiem zgrabna piosenka niezawodnego Panic! At The Disco na zakończenie i zgrabna graficznie plansza z napisami końcowymi. Całościowo jest to film, który da się obejrzeć z uśmiechem na twarzy, a nawet z zaciekawieniem, jednakże te niesmerfne mutanty… trzeba trochę dni poświęcić, aby się oswoić z ich fizjonomią. -
- Och, życie
- Greg Berlanti
- cena: 21,52 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Kamil Stasiewicz 2011-12-01
Och, to rozkoszne... straszne życie!
Klasyczna opowieść o dorastaniu. Ale nie koniecznie o dojrzewaniu człowieka. Raczej o dojrzewaniu psychicznym dorosłego mężczyzny do bycia odpowiedzialnym i dojrzewania kobiety do uświadamiania sobie, że nie zawsze twarda powaga gwarantuje dobry kontakt z otoczeniem. Pełna dzieci, niemowlęcej kupy, gromady pieluch, dydaktycznych programów dla niemowlaków, ale przy tym zabawna i przepełniona ciepłem, komedia rodzinna. Jednak reżyser zdecydował się tak ułożyć fabułę, aby choć przez chwile drobne niuanse między scenkami nie wychodziły filmowi na złość jako kolejna komedia romantyczna. Film opowiada o życiu i podaje widzom na tacy scenki rodzajowe z codziennego życia nie przystosowanych do takiego stylu młodych rodziców. I robi to w sposób naprawdę przekonywujący. W tle gdzieś tam rodzi się „niechciane” uczucie, ale zostaje przeprowadzone w sposób tak spójny, że inne rodzinne produkcje wydają się wyglądać, przy tym blado. Mimo, że "Och, życie" to żadna rewelacja, to te drobne niuanse stanowią o jego wartości budując nam całkiem niezły kawałek kina dydaktycznego dla przyszłych rodziców. Polecam.






Merlin in English














![To co dobre [Digipack] - Andrzej Piaseczny](/To-co-dobre_Andrzej-Piaseczny,images_small,11,88697994862.jpg)





