Marcin Sawicki
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 3
-
- Szepty. Życie w stalinowskiej Rosji
- Orlando Figes
- (towar niedostępny)
Marcin Sawicki 2008-08-21
Przesycona strachem rzeczywistość komunizmu radzieckiego (2 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
To ogląd komunizmu od środka, widzianego oczami jego ofiar. Pozwala odczuć, a nie tylko zrozumieć grozę rzeczywistości radzieckiej lat 20-ych i 30-ych. Choć Figes nie jest psychologiem, stworzył pracę, która w istocie jest nie tyle historią społeczną ale wręcz historią psychologiczną, stawiając w centrum zainteresowań emocje i prywatny świat ludzi. Świat, który wystawiony był na potężne ciosy. Zgodnie z przyjętą metodą pisarską i badawczą Orlando Figes konstruuje swój tekst tak, by dopiero czytelnik ocenił opisywane postawy pod względem etycznym i wyjaśnił ich przyczyny. Może to być poczytywane za słabość książki. "Szepty" opowiadają o ludzkich emocjach, o tym jak życiem ludzi rządził strach, pozbawione są jednak próby wyjaśnienia pokazanych zjawisk z punktu widzenia psychologii czy socjologii. Czytelnik otrzymuje czasem szokujące a czasem intrygujące opisy postaw i zachowań, ale autor przeważnie nie pomaga ich zrozumieć. "Szepty" powstały dzięki współpracy Figesa z organizacją "Memoriał", która od końca lat 80-ych zajmowała się dokumentacją zbrodni reżimu komunistycznego. Wywiady ze starymi ludźmi, którzy przez całe życie chowali głęboko pamięć o ciężkich przeżyciach ujawniły głęboko zakodowany strach sprzed półwiecza. Wielu z rozmówców otrzymało pierwszy raz w życiu możliwość podzielenia się swoimi przeżyciami, dokonując nierzadko bolesnego rozliczenia ze swoją słabością. Książka ta stała się więc swoistą terapią. Przypadek to zaiste wyjątkowy. -
- Mężczyzna, który się uśmiechał
- Henning Mankell
- (towar niedostępny)
Marcin Sawicki 2007-07-09
Czytelnik też się uśmiechnie z zadowolenia! (4 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)
„Mężczyzna, który się uśmiechał”, wyd. W.A.B (2007) to najnowszy wydany w Polsce kryminał szwedzkiego pisarza Henninga Mankella. Autor ten, początkowo u nas nieznany, szybko zdobył sobie wiernych czytelników, spośród których jeden nawet zaczął nawet uczyć się języka szwedzkiego, bo tak bardzo chciał zobaczyć, czy książki Mankella w oryginale są równie dobre, jak w polskim tłumaczeniu [1]. Ten rodzaj poświęcenia daje do myślenia, wszak trudy szwedzkiej wymowy (jeśli dobrze pamiętam 18 samogłosek oraz bardzo obca Polakom melodia zdania) pokonać może tylko uzdolniony desperat lub fanatyk-lingwista. Och jag vet vad jag säger! I tym razem bohaterem kryminalnej historii dziejącej się na południu Szwecji jest czasem niedomyty i często rozczochrany oraz budzący sympatię komisarz Kurt Wallander. Choć wybrednym jego postać może wydać się mało oryginalna ze względu na pociąg do alkoholu, samotność, nieudane związki z kobietami oraz pewną abnegację – jest więc mieszanką cech Marlowa, Columbo i pewnie paru jeszcze słynnych detektywów, to jednak talent pisarski Mankella czyni całość oryginalną i godną uwagi. Dzieje się tak dzięki opisom relacji międzyludzkich, które bez popadania w skrajności i sztampowość wydają się bardzo przekonujące. Również tło akcji, na który składa się miasto Ystad, południe Szwecji i rolnicza Skania dodaje kryminałom Mankella wiele uroku. Przypominają one klasyczne brytyjskie powieści kryminalne, które chętnie i często swoją akcję toczyły właśnie na prowincji, wytwarzając dzięki temu atmosferę skupienia na szczegółach, ludziach i otoczeniu. Nie przypadkowo też, słabsze książki z Kurtem Wallanderem w roli głównej to te, gdy intryga przenosi się do Afryki lub na Łotwę („Psy z Rygi” i „Biała lwica”) – ale to oczywiście prywatna ocena autora tego bloga. „Mężczyzna, który się uśmiechał” jest tak wartką lekturą o tak zręcznie zbudowanej akcji, że miejscami zaczyna to aż przeszkadzać. Zanim oburzą się Państwo na tę dziwaczną sprzeczność, proszę o parę linijek zaufania i przeczytanie uzasadnienie tej oceny. Wydana właśnie w Polsce powieść ma akcję chwilami w stylu raczej filmowym niż literackim. Połączenie oszczędnego stylu, skupienia na psychologii i przyrodzie z pomysłami, by nagle komisarz Wallander zmuszony był biegać, skakać i celować z pistoletu, skutkuje zastanawiającym, niewiarygodnym kontrastem, którego na szczęście autor w późniejszych i lepszych książkach nie próbował powtarzać. Tu trzeba dodać, że cykl przygód komisarza Wallandera ukazuje się w Polsce w prawie dokładnie odwrotnej kolejności w stosunku do dat ich powstania. Zatem to, co napisał Mankell najwcześniej, u nas ukazuje się najpóźniej. I choć autor to niezwykle utalentowany, to moim zdaniem jednak doskonalił swój styl w miarę pisania, do prawdziwego mistrzostwa dochodząc właśnie w „Fałszywym tropie”, „O krok” czy „Piątej kobiecie”. Swoistym credo książki, która właśnie trafiła do księgarń jest zdanie ze strony 220. „To, czego Kurt potrzebował, to porządne morderstwo. Nie jakieś tam niechlujne zabójstwo w afekcie. Dwóch martwych adwokatów, mina przeciwpiechotna w ogrodzie i azjatycka mieszanka środków wybuchowych w baku na benzynę okazały się najlepszą receptą na uzdrowienie.” Jako trwale zakochany w omawianej prozie pozwalam sobie mieć wprost przeciwną opinię. To, czego Wallander potrzebuje by fascynować czytelników na całym świecie, to brak efekciarstwa, wybuchów i ciosów karate zadawanych nocą w krzakach przez dziwne typy, bo ten typ literatury czy szerzej kryminału przejadł się zupełnie. Tych z Państwa, którzy lubią czytać, ale kondycję fizyczną mają nienajlepszą, zniechęcam do zabrania omawianego kryminału Mankella na wakacyjny wyjazd. Ma on jedną cechę, której wadą nie ośmieliłbym się nazwać. Otóż czyta się go jednym tchem! Całe czterysta stron i nawet krótkiego turnusu „Mężczyzna, który się uśmiechał” nie wypełni. Zatem trzeba zabrać jeszcze parę książek, które znacznie zwiększą wagę dźwiganego bagażu. [1] Sprawa podobno autentyczna i dotyczy miłośnika kryminałów, dziennikarza pewnego poczytnego tygodnika. -
- Mężczyzna, który się uśmiechał
- Henning Mankell
- (towar niedostępny)
Marcin Sawicki 2007-07-09
Czytać!
„Mężczyzna, który się uśmiechał", wyd. W.A.B (2007) to najnowszy wydany w Polsce kryminał szwedzkiego pisarza Henninga Mankella. Autor, początkowo u nas nieznany, szybko zdobył sobie wiernych czytelników, spośród których jeden nawet zaczął nawet uczyć się języka szwedzkiego, bo tak bardzo chciał zobaczyć, czy książki Mankella w oryginale są równie dobre, jak w polskim tłumaczeniu [1]. Ten rodzaj poświęcenia zmusza do refleksji, wszak trudy szwedzkiej wymowy (jeśli dobrze pamiętam 18 samogłosek oraz bardzo obca Polakom melodia zdania i dwa akcenty) pokonać może tylko uzdolniony desperat lub fanatyk-lingwista. Och jag vet vad jag säger! I tym razem bohaterem kryminalnej historii dziejącej się na południu Szwecji jest czasem niedomyty i często rozczochrany oraz budzący sympatię komisarz Kurt Wallander. Choć wybrednym jego postać może wydać się mało oryginalna ze względu na pociąg do alkoholu, samotność, nieudane związki z kobietami oraz pewną abnegację - jest więc mieszanką cech Marlowa, Columbo i pewnie paru jeszcze słynnych detektywów, to jednak talent pisarski Mankella czyni całość oryginalną i godną uwagi. Dzieje się tak dzięki opisom relacji międzyludzkich, które bez popadania w skrajności i sztampowość wydają się bardzo przekonujące. Również tło akcji, na które składa się miasto Ystad i południe Szwecji, dodaje kryminałom Mankella wiele uroku. Przypominają one klasyczne brytyjskie powieści kryminalne, które często swoją akcję toczyły właśnie na prowincji, wytwarzając dzięki temu atmosferę skupienia na szczegółach, ludziach i otoczeniu. Nie przypadkowo, słabsze książki z Kurtem Wallanderem w roli głównej to te, gdy intryga przenosi się do Afryki lub na Łotwę („Psy z Rygi" i „Biała lwica") - ale to oczywiście prywatna ocena autora tego bloga. „Mężczyzna, który się uśmiechał" jest tak wartką lekturą o tak zręcznie skonstruowanej akcji, że miejscami zaczyna aż przeszkadzać. Zanim oburzą się Państwo na tę dziwaczną sprzeczność, proszę o kilka linijek zaufania i przeczytanie uzasadnienie tej oceny. Wydana właśnie w Polsce powieść ma akcję chwilami w stylu raczej filmowym niż literackim. Połączenie oszczędnego stylu, skupienia na psychologii i przyrodzie z pomysłami, by nagle komisarz Wallander musiał biegać, skakać i celować z pistoletu, skutkuje zastanawiającym, niewiarygodnym kontrastem, którego na szczęście autor w późniejszych i lepszych książkach nie próbował powtarzać. Tu trzeba dodać, że cykl przygód komisarza Wallandera ukazuje się w Polsce w prawie odwrotnej kolejności do dat ich powstania. Zatem to, co napisał Mankell najwcześniej, u nas ukazuje się najpóźniej. I choć autor jest niezwykle utalentowany, to moim zdaniem doskonalił swój styl w miarę pisania, do prawdziwego mistrzostwa dochodząc właśnie w „Fałszywym tropie", „O krok" czy „Piątej kobiecie". Swoistym credo książki, która właśnie trafiła do księgarń jest zdanie ze strony 220: „To, czego Kurt potrzebował, to porządne morderstwo. Nie jakieś tam niechlujne zabójstwo w afekcie. Dwóch martwych adwokatów, mina przeciwpiechotna w ogrodzie i azjatycka mieszanka środków wybuchowych w baku na benzynę okazały się najlepszą receptą na uzdrowienie." Jako trwale zakochany w omawianej prozie pozwalam sobie mieć wprost przeciwną opinię. To, czego Wallander potrzebuje by fascynować czytelników na całym świecie, to brak efekciarstwa, wybuchów i ciosów karate zadawanych nocą w krzakach przez dziwne typy, bo ten typ literatury czy szerzej kryminału przejadł się zupełnie. Tych z Państwa, którzy lubią czytać, ale kondycję fizyczną mają nienajlepszą, zniechęcam do zabrania kryminału Mankella na wakacje. Ma on jedną cechę, której wadą nie ośmieliłbym się nazwać. Otóż czyta się go jednym tchem! Całe czterysta stron! „Mężczyzna, który się uśmiechał" nie starczy więc nawet na krótki turnus. Zatem trzeba zabrać jeszcze parę książek, które znacznie zwiększą wagę dźwiganego bagażu. [1] Sprawa podobno autentyczna i dotyczy miłośnika kryminałów, dziennikarza pewnego poczytnego tygodnika.






Merlin in English














![To co dobre [Digipack] - Andrzej Piaseczny](/To-co-dobre_Andrzej-Piaseczny,images_small,11,88697994862.jpg)





