stały recenzent  Maciej Saskowski

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 57

  • The Greatest Hits

    Maciej Saskowski 2008-02-09

    Przyjemne brzęczenie dla niewymagających

    "Pop-music" - to nie brzmi źle. Pod warunkiem, że mamy do czynienia z twórczością artystów pokroju Another Level. Nazwanie ich boysbandem byłoby krzywdzące dla ich artystycznej kreacji. Członkowie tego brytyjskiego kwartetu rzeczywiście lubią ładnie wyglądać, ale - co najważniejsze - potrafią nagrywać dobre płyty. Wprawdzie wbrew ich nazwie nie jest to kolejny poziom nowatorstwa w męskim R&B a jedynie zbiór przyzwoitych soulowych piosenek opartych na najlepszych amerykańskich wzorcach, ale wystarczyło to, by dwa dotychczasowe wydawnictwa osiągnęły wysokie miejsca na angielskiej liście bestsellerów płytowych. I nie jest to jedynie zasługą zastępu producentów pomagających niegdyś m.in. Mary J Blige czy Whitney Houston. W szybszych kompozycjach, w których są zresztą bezkonkurencyjni, panowie potrafią zachęcić do tańca, w delikatnych balladach - rozczulić. Wydaniem kompilacji ze swoimi najbardziej znanymi przebojami postanowili pożegnać się z fanami. Na "From The Heart - Greatest Hits" znalazło się aż szesnaście nagrań, na które złożyły się największe hity, na czele z "Freak Me" i "From The Heart" oraz pięć remiksów autorstwa m.in. Frankiego Knucklesa i Full Intention. W sumie otrzymujemy nowoczesną, bardzo stylową odmianę muzyki pop, która z jednej strony przywodzi na myśl dokonania Backstreet Boys, z drugiej przypomina osiągnięcia twórców acid jazzu, funky czy soulu. Szczególną uwagę zwraca "Holding Back The Years", przebój Simply Red, tutaj zrealizowany w stylu nu-soul.
  • Urban Hang Suite

    Maciej Saskowski 2008-02-01

    Soulowy kochanek dla każdego   (1 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Największym szczęściem dla tej płyty był fakt, że wytwórnia fonograficzna, z którą Maxwell zakontraktował swój debiut, opóźniła jej wydanie prawie o 2 lata, dzięki czemu "Urban Hang Suite" miał wystarczająco dużo czasu, by jeszcze przed premierą, zostać okrzykniętym, nie bez racji, dziełem przełomowym i kultowym. Porównywany do Marvina Gaye, obdarzony pięknym, aksamitnym głosem Maxwell nie ma sobie równych wśród najmłodszej gwardii twórców soulowych. Wspaniałe kompozycje oczarowują nie tylko kunsztem wykonawczym, aranżacyjnym i wokalnym największego współczesnego czarnego pieśniarza, ale również mniej lub bardziej dyskretnie unoszącą się mgłą seksualnych skojarzeń. Ten facet ma tylko jedno na myśli - tak właśnie to. Jest gotowy demonstrować swą uwodzicielskość niezmordowanie przez cały czas odtwarzania płyty, a nawet dłużej, jeśli ktoś zapamięta jego bezpruderyjne teksty. "Urban Hang Suite" to pierwsza płyta tego wyzwolonego obyczajowo wokalisty, uważanego przez wielbicielki za symbol nowoczesnej męskości. Muzycznie płyta jest oczywiście solidną produkcją, której brzmienie odpowiada tematowi utworów - jest więc sexy, nastrojowo i rytmicznie. Dużo tu kołyszących, wpadających w ucho piosenek, w których nowoczesne brzmienie miesza się z kocim wokalem Maxwella. Płytę otwiera krótki instrumentalny utwór, który jest doskonałym wprowadzeniem w klimat, jaki będzie nam towarzyszył przez kolejną godzinę odsłuchiwania albumu. Bardzo dobre, delikatne i pełne smaczków "Welcome", pulsujące funkiem "Sumthin'Sumthin'". Perełką tej płyty jest olśniewające "Ascension", w którym Maxwell odsłania nam pełnię swoich wokalnych możliwości. Retrospektywy dostarcza "Dancewitme" - doskonały staromodny numer, w którym odbijają się echa czarnej muzyki poprzednich dekad, soulu i funku. "...Til the Cops Come Knockin'" ma ciekawe tempo i jest piękniutką miłosną balladą (nawet jeśli w rzeczywistości jest o strachu przed policjantami) podobnie jak pozostałe utwory na płycie. Całość, niczym klamra, zamyka instrumentalne "The Suite Theme", w którym pojawiający się głos Maxwella rozgrzeje wyobraźnię każdego słuchacza. A takich jest już ponad pół miliona, bo tylu właśnie odbiorców znalazł ten brawurowy album.
  • Live At Ronnie Scott's

    Maciej Saskowski 2008-01-21

    Rozkołysana i zmysłowa Lisa Stansfield   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Bardzo dobry, równy, dojrzały koncert artystki, która osiągnęła pełną kontrolę nad środkami wyrazu i całkowitą niezależność stylistyczną. Tym razem, z pełną konsekwencją, opowiedziała się stylistycznie przy smooth jazzie. Teraz prezentuje rozkołysaną, zmysłową, wręcz erotyczną, zawsze bardzo osobistą wersję muzyki soul, w jej intymnym balladowym wydaniu. Mogła być "białą królową muzyki dance", ale nie stanęła w rozwoju (jej ambitne, osobiste teksty wykraczały zawsze poza wąskie ramy gatunku). Lisa śpiewa wspaniale, jej głos w dolnych rejestrach nabrał tego szczególnego, bardzo erotycznego vibrata, właściwego najlepszym czarnym wokalistom soul. Falsety - dźwięczne i czyste - eksplodują ponad bogatymi partiami wokalnymi i dopełniają to niezwykle atrakcyjne, efektowne (bez efekciarstwa) brzmienie. Sekcja rytmiczna "pracuje" spokojnie, wybijają się partie gitary basowej, "ciężar dźwiga" najczęściej fortepian. Koncert jest zbiorem dotychczasowych dzieł piosenkarki, czyli utworów na wskroś nowoczesnych, inspirowanych tanecznymi "przytulankami" soulowych lat 70. Poprzez daleko posunięte przearanżowanie, niektóre hity Stansfield trudno jest od razu przywołać z pamięci. Jednak większość repertuaru stanowią melodie, wykonane w konwencji klasycznej, bez eksperymentowania, prosto i szczerze, i właśnie na tym polega ich urok. Układ rozpoczyna mniej znany utwór "8-3-1", ale już kolejna pozycja to "The Real Thing", piosenka która rzuciła urok na całą karierę artystki. Całość zamyka, chyba największy przebój Brytyjki "All Around The Word". Występ Lisy Stansfield w Ronnie Scott's, z jednej strony jest nostalgiczną podróżą przez jej dotychczasowe muzyczne dokonania, z drugiej zaś jest wizją drogi jaką artystka, mam nadzieję będzie podążać w przyszłości.
  • Come Find Yourself

    Maciej Saskowski 2008-01-21

    Kryminaliści popełniający muzyczną zbrodnię na hip hopie   (0 z 8 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Kolejny biały zespół, który pozazdrościł czarnym hip hopu i postanowił dotknąć go przy użyciu gitar. Z hip hopu mamy tu rytmy i sposób tworzenia kompozycji. Gra instrumentów imituje technikę zapętlania sampli, a niekiedy Fun Lovin Criminals posuwają się do samplowania (jak sami twierdzą, ze względów ekonomicznych) granych przez siebie fraz. Brzmienie jest zdecydowanie rockowe. Na przykład "Scooby Snack" do złudzenia przypomina pod tym względem późniejsze produkcje The Pixies, The Fun Lovin' Criminals to brzmieniowo - odrobinę wyprostowany Beck. Wokalista zarówno barwą głosu jak i rytmiką rymowania do bólu przypomina Everlasta z House Of Pain, co - twierdzę - nie jest przypadkowe. Tematyka jest bardziej zbliżona do stylistyki punkowej niż do liryki czarnych raperów. Fun Lovin' Criminals od Beastie Boys dzieli przepaść wiedzy i umiejętności i jak czas pokazał, ci pierwsi nigdy nie byli w stanie jej pokonać. Dla zdeklarowanego fana hip hopu płyta jest nie do przełknięcia, tak ze względu na słabiutkie rymy jak i na duże ilości bzyczącowarczących gitar. Jednoznaczny tytuł wydawnictwa to fonograficzne oszustwo, bo nikt poszukujący czegoś ciekawego, nic takiego na tej płycie nie znajdzie. Kto ma braki w hiphopowej edukacji, niech się trzyma z dala od kompletnie nieudanej propozycji FLC i od razu sięgnie po NWA DR.DRE i Ice Cube'a, którzy znacznie dalej i lepiej wykraczają poza granice sceny rapowej.
  • Reload
    • Reload
    • Tom Jones
    • (towar niedostępny)

    Maciej Saskowski 2008-01-21

    Wespół w zespół   (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Wokalista będący dla młodej publiczności ucieleśnieniem obciachu nagrał album do spółki z idolami współczesnych nastolatków, m.in. The Cardigans, Robbie Williams czy Portishead. Płytę w całości wypełniają przeróbki cudzych kompozycji. Ośmielony sukcesem coveru "Kiss" Prince'a nagranego wspólnie z Art Of Noise, dziadzio Jones postanowił wykorzystać ten sam patent w sezonie '99. Zestaw artystów zaproszonych do współpracy oraz dobór repertuaru są co najmniej zaskakujące, jeśli nie szokujące. Oczywiście znajdą się twardziele, których nie poruszy przeróbka "Lust For Life" Iggy Popa, popełniona wespół z Chrissie Hynde, ani niezapomniane "Never Tear Us Apart" INXS, wykonane w nieznośnie klezmerskiej, acz uroczej manierze w duecie z Natalie Imbruglią. Sensacją są "All Mine" Portishead znakomicie zaśpiewane razem z Divine Comedy i duet Tom Jones / Robbie Williams katujący "Are You Gonna Go My Way?" Lenny'ego Kravitza. Album "Reload" to niezwykła mieszanka stylów, swobodnie potraktowanych przez uczestniczących w jego powstawaniu artystów. W miejsce wielkiej, nadętej sztuki otrzymujemy gwarancję dobrej zabawy bez uprzedzeń. Ciekawe czy i na rodzimej scenie doczekamy się takich odważnych muzycznych poczynań dinozaurów polskiej sceny. Już sobie wyobrażam Marylę Rodowicz wykonującą wraz z Pidżamą Porno piosenki Marylin Manson. Zanim jednak ten egzotyczny duet się sformalizuje, warto sięgnąć po "Reload" Toma Jones'a.
  • Między Nami Cafe 5 [Digipack]

    Maciej Saskowski 2008-01-10

    Spokojnie, nastrojowo, erotycznie   (0 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Tych, którzy zetknęli się z czterema poprzednimi składankami tej serii, nie trzeba będzie namawiać do zakupu części piątej, jednak ci, którzy poszukują w muzyce czegoś zaskakującego, sromotnie mogą się rozczarować. Z niezwykle starannie wydaną kompilacją spod znaku "Między Nami Cafe" jesteśmy już oswojeni, a ponadto żadnych rewolucyjnych nowinek autorzy nie proponują, idąc śladem poprzednich dokonań. Najnowszy krążek jest kontynuacją oryginalnego pomysłu Stephena Meyera (dla niewtajemniczonych - członek Unnder Pressure DJ Team), tyle że tym razem, za jego brzmienie odpowiada Rawski, znany głównie jako remikser kawałków Smolika, Sofy czy Noviki. Autor projektu umieścił na płycie materiał tyleż reprezentatywny dla stylistyki lounge, co różnorodny - a zarazem niepozbawiony atrakcyjności komercyjnej. Na "Między Nami Cafe" dominują delikatne, eteryczne utwory w rodzaju "Black Is The Night" DJ Vadima, choć są i ciągnące w stronę latin jazzu "Near The Ocean" wspomnianego wcześniej kolektywu Unnder Pressure czy utrzymane w bardziej triphopowym klimacie "S.Dreams" Smolika. Nad wszystkim jednak dominuje połamany, erotyczny beat, co jest niewątpliwą zaletą serwowanego zestawu. Niestety perfekcja doboru utworów pod względem muzycznych klimatów bierze zdecydowanie górę nad emocjami, a przydałoby się trochę odlotów. Niewątpliwie jest to kolejna składanka wykorzystująca koniunkturę na mieszankę chill out, down tempo, latin jazz, jednak nie można zapominać o tym, że to właśnie "Między Nami Cafe" rozpętała w Polsce modę na clubo-kawiarnianą muzykę.
  • Rufus Does Judy At Carnegie Hall [Jewelcase]

    Maciej Saskowski 2008-01-08

    Gwiazdor w roli swingującego chłopca   (3 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Prawdziwy geniusz opery i jazzowego wibrafonu - przewyższający pod każdym względem bardziej popularnego, ale "zniewolonego" przez swing i komercję Michaela Buble - próbuje swych sił na deskach słynnego Carnegie Hall. Na płycie daleko mu do największych artystycznych wzlotów (takich jak choćby "Poses", który okrzyknięto hymnem młodości autora), bo i formuła tej płyty jest inna. Wainwright prezentuje się na niej jako wirtuoz muzyki lekkiej i przyjemnej, żywo swingującej, przeznaczonej dla miłośników klasycznego jazzu środka. Repertuar płyty zdominowały standardy - m.in. "When You're Smiling (The Whole World Smiles With You)", "A Foggy Day" czy "This Can't Be Love". Niestety tym razem muzyka Rufusa zupełnie nie oddaje ani barwy jego osobowości, ani też znakomitych umiejętności wokalnych i kompozytorskich. Po latach ignorancji ze strony światka muzycznego, kiedy to w końcu przebił się ze świetną płytą "Release The Stars", dziś otrzymujemy wydawnictwo pod publiczkę, wyprodukowaną na fali światowej mody na swingujących panów. Całość brzmi rzeczywiście intrygująco, tak jakby połączyć manierę wokalną Neila Tennanta z Pet Shop Boys z orkiestrowymi aranżacjami mistrzów soft jazzu. Do tego głos Rufusa brzmi jak narkotyczny trans, dzięki czemu jego muzyka zyskuje niepowtarzalny, pokręcony klimat. Z jednej strony, jest w tej płycie coś zupełnie innego niż wszystko inne, co słyszymy w dzisiejszej muzyce, z drugiej jednak, skojarzenia z Michaelem Buble są jak najbardziej na miejscu. Lecz co na takie porównanie powiedziałby sam Rufus, którego idolką jest psychodeliczna Bjork? Na okrzyknięcie arcydziełem ta płyta raczej nie może liczyć. Straci na tym sam artysta, z którego dotychczasowymi dokonaniami niewątpliwie warto się zapoznać.
  • Pozytywne wibracje IX [Digipack]

    Maciej Saskowski 2007-12-07

    Pozytywne inaczej   (6 z 7 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Wydana po raz pierwszy dziesięć lat temu kompilacja muzyczna "Pozytywne wibracje" miała być nośnikiem dobrej energii w inteligentnym, eleganckim, ale uniwersalnym stylu. Pomysł był taki, by zaprezentować "trudniejsze", bardziej ambitne gatunki muzyczne. Niewiele z tych założeń twórcy serii Stanisława Trzcińskiego dotrwało do ukazującej się właśnie 9 części jego sztandarowego projektu. "Pozytywne wibracje" już dawno temu przestały być kierunkowskazem w poszukiwaniu nowych klimatów muzycznych. Wydaje się, że dzisiejszą ideą "Pozytywnych wibracji" jest promowanie muzyki tanecznej inspirowanej funkiem i disco z lat 70. Tyle że redagowane przez Trzcińskiego kolejne płyty cyklu charakteryzują się coraz większym chaosem. Jakim cudem obok Raya Charlesa pojawiają się dyskotekowe gnioty Miki i Boba Sinclara? Czy to jest właśnie to "dicho z ludzką twarzą", o którą chodziło na starcie serii? Z jakiej okazji na imprezowej części albumu (CD1) odnaleźć można patetyczny utwór "Proud" Heather Small? Oryginalnych wykonań też tu jak na lekarstwo. Instrumentalna wersja "When I Fall In Love" Dianne Reeves to stanowczo za mało, by móc o tym albumie powiedzieć "odkrywczy". Zdecydowanie nie jest to wysublimowana i nowoczesna podróż po najmodniejszej muzyce zagranicznych artystów. Mimo wszystko "Pozytywne wibracje" to projekt godny polecenia: młodszym, by przekonali się, że dziś modne brzmienia nie wzięły się znikąd; starszym, by przekonali się do artystów, których słucha młodzież. I tylko szkoda, że chyba po raz pierwszy w historii "Pozytywnych" zabrakło polskiego artysty, który tradycyjnie swoim singlem promowałby album.
  • Stay - Live At The Royal Albert Hall [Polska cena]

    Maciej Saskowski 2007-11-29

    Simply Red "na żywo" im starszy, tym lepszy   (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Mick Hucknall to pierwszorzędny artysta, który jak żaden inny potrafi w pełni wykorzystać dobrodziejstwa współczesnej technologii, umożliwiającej zamieszczenie na jednej płycie ponad dwóch godzin materiału. W ciągu ostatnich kilku lat konsekwentnie dokumentował na płytach DVD swoje występy na żywo na najważniejszych scenach świata. Po wycieczkach na Sycylię ("Home Live in Sicily") i Kubę ("Cuba!") Simply Red powraca do macierzy. "Live at the Royal Albert Hall", przedstawiający serię sześciu koncertów, które zespół zagrał na legendarnej scenie londyńskiego teatru, jest bez wątpienia jednym z najlepiej przygotowanych koncertowych DVD w karierze muzyków formacji. Jest to perfekcyjnie zrealizowane widowisko, w którym legendarny Royal Albert Hall przypomina rzymskie Koloseum, a muzycy starożytnych bohaterów, w których wpatrzona jest rozentuzjazmowana widownia. Simply Red zagrało 21 piosenek z różnych okresów kariery zespołu, w tym praktycznie wszystkie największe przeboje zespołu (m.in. "For Your Babies", "Stars" i "If You Don't Know Me By Now"). Od strony realizatorskiej płycie nie można praktycznie niczego zarzucić, w końcu za jej jakość odpowiada sam David Mallet, który dał się poznać jako reżyser koncertów takich gwiazd jak Madonna, David Bowie czy Elton John. Prezentowane DVD charakteryzuje się również świetnie skonstruowanym menu, na którym, obok trwającego 2 godziny koncertu, odnajdziemy także niepublikowane do tej pory materiały z prób, wywiad z Mickem Hucknullem, galerię zdjęć i fragmenty koncertu z Amsterdamu. Być może jest to jedna z ostatnich okazji, by obejrzeć koncertowe Simply Red. Zespół zapowiada koniec wspólnej kariery i tylko można wyrażać nadzieję, by solowe dokonania Micka Hucknalla były równie dobre co "Live At The Royal Albert Hall".
  • Absolutnie fantastyczne, seria 3 odc. 1-6

    Maciej Saskowski 2007-11-29

    Absolutna dawka humoru   (5 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Przepływ kreatywnych umysłów do brytyjskiej telewizji znacząco odbił się na jakości produkowanych na wyspach seriali. Kultowe już "Absolutnie fantastyczne", których emisję na antenie BBC zakończono w 2004 roku, to serial iskrzący inteligentnym humorem, fantastycznymi dialogami, a przede wszystkim wspaniałym aktorstwem Jennifer Saunders i Joanny Lumley. Serial lepszy od większości produkowanych w Anglii filmów, a także dużo od nich odważniejszy. "Absolutnie fantastyczne" kpią z politycznej poprawności, żartując ze wszystkich społecznych stereotypów. Tytułowe Edina i Patsy, które swą młodość mają już dawno za sobą, żyją tak, jak gdyby czas zatrzymał się dla nich, gdy miały po 20 lat. Rozwijając swoje życie zawodowe, niczym prawdziwe gwiazdy showbiznesu, bez ogródek i zahamowań sprawiają sobie przyjemność wszystkimi możliwymi używkami. Tym wszystkim wybrykom przygląda się córka Ediny - Saffy, która ku niezadowoleniu matki jest osobą o poglądach raczej "moherowych" niż wyzwolonych. 3 seria serialu to 6 kolejnych odcinków, a w każdym z nich coraz to śmielsze poczynania bohaterek. Rozpoczyna się perypetiami z wydawałoby się błahym problemem jakim jest wybór klamki do drzwi (odc. 1). Kto by pomyślał, że po tak drobny przedmiot trzeba lecieć aż do Nowego Jorku. Dalej jest tylko ciekawiej, niespodziewana wizyta siostry Patsy podczas sylwestrowej nocy (odc. 2), dwaj panowie lekkich obyczajów nieudolnie zaspakajający potrzeby wymagających pań (odc. 3), zazdrość o nagrody przyznawane ludziom przemysłu rozrywkowego (odc. 4), strach przed nieuchronną menopauzą (odc. 5) i w końcu koniec przyjaźni (czy oby na pewno?) (odc. 6). W tym serialu jest wszystko, co najlepsze w angielskim humorze, a ilość powiedzonek zaczerpniętych z języka bohaterek, które przeniknęły do mowy codziennej wyspiarzy jest tylko dowodem na absolutnie fantastyczną rozrywkę przed telewizorem.

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Promocje - kupuj i oszczędzaj!