Maciej Saskowski
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 57
-
- Black Summer's Night
- Maxwell
- (towar niedostępny)
Maciej Saskowski 2009-07-06
Czarne letnie nocne granie. (4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
Żyjemy w świecie, w którym siły namiętnej miłości zmagają się z siłami bezpłciowego seksu. Na ratunek Ziemianom 13 lat temu przybył Maxwell. Ta boska istota wynurzyła się ze Statku Matki, kosmicznego pojazdu, pojawiającego się często w pobliżu planety Neo-Soul. Maxwell, spadkobierca Marvina Gaye’a, kosmicznego mistrza soulu, to symbol nasyconej erotyczną energią muzyki. Ponieważ ludzkość nie była jeszcze przygotowana na przyjęcie sekretów nowego soulu, Maxwell ukrył je w studio na 8 długich lat. Wyposażony w nieziemski głos powraca z nową baterią pełnych pasji piosenek, które mają rozbudzić zmysły ludzi i wprawić wszechświat w „czarny letni nocny” ruch. Tym razem wokalista postanowił podzielić się ze słuchaczami szerszym niż dotychczas wachlarzem swoich emocji i to zarówno w warstwie tekstowej jak i muzycznej. Jego trzyczęściowa spowiedź zaczyna się tajemniczo i trochę groźnie. „BLACK” odkrywa ciemną stronę miłości. Już pierwszy singiel „Preety Wings” opowiada o „tym właściwym uczuciu, przytrafiającym się w niewłaściwym czasie”. Kolejny, „Bad Habbits” jeszcze wymowniej nakreśla przesłanie płyty. Dzięki swojemu wyczuciu Maxwell wypada intrygująco ogniście w każdej kolejnej balladzie jak i w utworach o nieco bardziej rozbudowanej motoryce. W myśl zasady, której jest wierny od początków swojej kariery, chce przywrócić do życia brzmienia, które odeszły w zapomnienie. I w zasadzie z tych starych zapożyczeń jego muzyka się składa. Co i rusz słychać pogłosy dokonań jego „kolegów” z dekad ubiegłych – co jest komplementem, bo większość panów współczesnej sceny soul upodabnia się do siebie nawzajem. Obok atutów starego soulu, album ma bardzo współczesne brzmienie i to bez umizgiwania się w stronę „nowoczesnej” publiczności. Dla niejednych zaskoczeniem będzie mocny, agresywny „Love You”, czy zamykający album funkowo-transowy „Phoenix Rise”. Spoiwem i siłą „BLACKsummers’night” jest przede wszystkim nastrój, który nieodparcie wiąże się z uprawianiem miłości, na szczęście nie ociekającej lukrem, a słodko-kwaśnym smakiem. Nie pozostaje nam więc nic innego jak skapitulować przed nadciągającym rażeniem Maxwella i przez kolejne 3 lata, czyli okres ukazywania się kolejnych odsłon trylogii „Black Summer’s Night” oddać się kosmicznej przyjemności jego muzyki. -
- Shuruvath
- Michał Rudaś
- cena: 36,49 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Maciej Saskowski 2009-06-11
Outsider rodzimej sceny pop ponad wszystkimi. (4 z 7 uznało tę recenzję za pomocną.)
Nie jestem zwolennikiem polskiej wersji muzyki hinduskiej. Sam pomysł łączenia tchnienia mazowieckich równin z tradycjami wielowiekowej kultury wydaje mi się nieporozumieniem. I tu zaskoczenie, ponieważ album Michała Rudasia "Shuruvath" jest niezwykle ciekawym spotkaniem kulturowym na pograniczu etno, pop i jazzu. Artysta był zawsze otwarty na najróżniejsze wpływy, ale wydaje się, że pomysł mariażu z muzyką wschodu, był strzałem w dziesiątkę. Producent płyty, Adam Sztaba, niezwykle celnie wpasował linie syntezatorów między dynamiczną sekcję rytmiczną a żywe popisy wokalisty. Pojawiająca się charakterystyczna dla muzyki Indii raga jest w wykonaniu Michała niezwykle soczysta, transowa, pełna wyszukanych solmizacji, zapierających dech ewolucji wokalnych. Urzekają orginalne i przetłumaczone z hindi poezje oraz polskie teksty piosenek opiewające glorię Najwyższego, kontemplujące miłość. Na "Shuruvath" Michał Rudaś prezentuje się zarówno w dynamicznym ("Dajesz mi mnie", "Zatrzymaj się") jak i nastrojowym repertuarze ("Pozwól napatrzeć się na Ciebie"). Jednak o ile w tym pierwszym jest wyśmienity, to wydaje się, że smutne piosenki są miejscami zbyt wysmakowane. Nie ma w nich miejsca na oddech, nieustanna mnogość urokliwych zaśpiewów, rodzi chęć posłuchania, jak Michał potrafi zwyczajnie śpiewać. Aranże rozpisane zostały z orkiestrowym rozmachem o ciężkim przepychu wschodnich kobierców. Choć grają znakomici polscy muzycy, inspiracją była tu niezwykła w swej romantyczno-egzotycznej koturnowości filmowa muzyka Indii. Sam Michał porozumiewa się ze słuchaczem na płaszczyźnie duchowej, na szczęscie nie udaje, że jest kimś innym i zachowuje własną tożsamość kulturową. Tylko podziwiać bogate spektrum nastrojów i muzycznej energii emanującej z krążka. Przemyślane, wysmakowane brzmienie, dobra, nowoczesna produkcja, dbałość o szczegóły to atuty, którymi "Shuruvath" wygrywa z resztą polskich produkcji popowych. Michał Rudaś ze swoją ciekawością muzyki, zainteresowaniem tym, co w orientalnej muzyce dzieje się najlepszego, korzysta z doskonałych wzorców. I nawet jeśli czasem wydaje się, że jego inspiracje są aż nadto przejrzyste, to nie jest to żaden wstyd - ten album jest jednym z niewielu krążków w Polsce wyprodukowanych z przekonaniem i świadomością tego, jakie brzmienie chce się muzyce nadać. "Shuruvath" jest katalogiem fascynacji wokalisty i jego możliwości twóczych. Teraz wystarczy je tylko docenić. -
- Hotel Costes 11
- (towar niedostępny)
Maciej Saskowski 2009-01-09
Gwarancja przyjemnego relaksu. (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
11 część serii, skompilowanej i sygnowanej przez znanego francuskiego producenta Stephana Pompougnaca w niczym nie ustępuje wysokiemu poziomowi poprzednich tomów. Odnoszę nawet wrażenie, że „jedenastkę” wypełnia jeszcze ciekawsza muzyka. Tym razem podopieczni Pompougnaca w większości zawartych na albumie kompozycji do minimum zwolnili tempo łamanych rytmów, które razem ze zwariowanymi, przesyconymi nowoczesnym jazzem aranżacjami ocierają się o eksperymentalny house, funky czy hip hop. Wśród wykonawców sama „nowobrzmieniowa” czołówka (m.in. Waldeck, Morten Varano), która z należnym Hotelowi Costes wdziękiem i romantyzmem spenetrowała acidjazzowo-funkowe, trip-hopowe, housowe i latynoskie rejony, czyniąc to w porywający sposób, wprowadzający w kompleksy większość mistrzów konsolety. 18 utworów i tyle samo strzałów w dziesiątkę. Na kompilacji usłyszeć można między innymi Variety Lab znane do tej pory z przygotowywania podkładów muzycznych do instalacji i pokazów mody, Club Des Belugas, artystów, którzy na płycie udowadniają jak mała odległość dzieli brazylijską sambę od acid house’u czy hip hopu. Album jest prosty i czarujący. Urzekający i uwodzicielski. Wyznaczający kanony nowoczesnego chilloutu, a zarazem perwersyjnie staroświecki. Idealny zarówno do klubowych komnat relaksacyjnych, jak i do błogiego lenistwa w domowym zaciszu. Mimo, że chwilami jest dość zgrzytliwie i dysonansowo, to i tak cały czas ma się wrażenie, że mamy do czynienia z czymś kruchym, delikatnym i zjawiskowym. Stephane Pompougnac nie tworzy klubowych przebojów, nie tworzy zimnych, ambientalnych pejzaży i galaktyk – on łączy muzyczne tkanki – leciutkimi pociągnięciami dźwięków. -
- Cafe Fogg [Jewelcase]
- (towar niedostępny)
Maciej Saskowski 2008-09-02
Fenomenalna płyta (14 z 18 uznało tę recenzję za pomocną.)
Wbrew swej pierwotnej funkcji jazz znowu stał się śmiertelnie poważny, a swobodniejsze odmiany, jak funky, house czy acid traktowane są jak enfant terrible. Tym większa jest radocha, gdy wpada nam w ręce coś zrobionego z poczuciem humoru, leciutko, a w dodatku nie mieszczącego się w żadnych mądrych klasyfikacjach. Przedstawiciele młodego pokolenia polskich muzyków, wyraźnie upodobali sobie odświeżanie starych, wydawałoby się zapomnianych, melodii. Na hasło "Cafe Fogg" zareagowali nie tylko ci, co jazzują na co dzień, ale przede wszystkim ci, których byśmy o to nigdy nie posądzili. Efekt jest wielce zadowalający, gdyż kreatorom nowych brzmień znad Wisły udało się, bazując na kompozycjach innych autorów, stworzyć własne, ciekawie brzmiące perełki. W pierwszych taktach, w rytmie fokstrota, wprowadza nas w radosny, taneczny nastrój Michał Rudaś, śpiewając "Bluzeczkę zamszową". Dalej pani Mika Urbaniak, w duecie z Gonzales Kolektiv swobodnie hiphopuje w "Już nigdy". The Bumelants zaskakują rześkim potraktowaniem standardu "Bo to się zwykle tak zaczyna". Marysia Sadowska daje sobie sprytnie radę z trudnym "Ta ostatnia niedziela", Janusz Szron poetycko melodeklamuje o "Jesiennych różach", a Aleksandra Nieśpielak kuszącym głosem namawia nas na seans "W małym kinie". Sławek Uniatowski klasycznie traktuje "Fredzia", gdy jego koleżanka Pinnawela jest pełna zmysłowości w funkowej interpretacji "Un Peu Demonde". Nawiązując do atmosfery imprezowego melanżu The Bumelants i DJ Twister, niczym woda z ogniem, rozprawiają o "Tango Milonga" i "A ja sobie gram na gramofonie". Novika dołącza odrobinę klubowego grania w dubowej wersji "Kiedy będziesz zakochany". Mocnym akcentem jest "Pikkunina" w eleganckim wykonaniu członków Muzykoterapii. Wreszcie Olga Szomańska-Radwan z odlotowym Smokee'm próbuje w nowoczesnych brzmieniach przeistoczyć się w "Jesienne róże". Na zakończenie pojawia się fragmencik popisu rozumienia współczesnego dj'owania samego producenta tego niezwykłego projektu - Seba Skalskiego. I tak mocnym uderzeniem kończy się płyta pachnąca dobrą muzyką, jazzem, luzem, wiosną, Warszawą, bo właśnie stolica była najbardziej przyjaznym jazzowi miejscem po naszej stronie Europy. Tam właśnie wymiękał niegdyś sam Mieczysław Fogg, a był to bardzo kapryśny twardziel. -
- Chillout & The City
- cena: 59,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Maciej Saskowski 2008-08-26
Trzydaniowy zestaw obiadowy (24 z 32 uznało tę recenzję za pomocną.)
Jeśli nawet cały współczesny jazz stał się zbyt łagodny, to z pewnością nie można wysuwać tego argumentu wobec zebranych tu artystów. Bo to właśnie delikatność jest ich atutową kartą. Przynajmniej w tych nagraniach. Z jednej strony ta kompilacja to oczywisty, akustyczny, balladowy format nowoczesnego jazzu kolacyjnego, do trawienia bardziej, niż do słuchania. Z drugiej zaś, jest wszystko, o czym jazzman marzyć powinien: perfekcyjne niewieście głosy, śmiali muzycy, niebagatelne linie melodyczne, ale też wieczorowe, a jednocześnie wymykające się ckliwości teksty. Wszystko nagrane blisko odbiorcy, tak jakby różne wokale sączyły się do uszka, a ten sam kontrabasista nieśmiało stał w kącie, a jego kompan dj miksował płyty w cieniutkich wełnianych rękawiczkach. Muzyczne dania zostały podane w estetyce radosnego, zmysłowego house'u oblanego latynoskim sosem. Wszystko świetnie, czujnie i smakowicie dobrane. I choć jazzowa konserwa może kręcić nosem nad "profanacją", a techno-puryści nad "łatwością" tej produkcji w kategoriach muzyki tanecznej i rozrywkowej, rzecz jest udana. Znakomity, odświeżający album, będący kolejnym dowodem na to, że przyszłość muzyki leży w... przeszłości. Sekret w tym, że współczesny pop nie rozmienia już sztuki na miedziaki, ale na żetony do wesołego miasteczka. -
- World Series. Live Paris
- (towar niedostępny)
Maciej Saskowski 2008-08-26
Śmierć dyskotece? Co to, to nie! (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Kolejny zestaw tanecznych petard brytyjskiej oficyny Hed Kandi już w chwili wydania okrzyknięty został na Wyspach parkietowym niezbędnikiem dla amatorów clubbingu, a więc tych, którzy po weekendowych szaleństwach chcą odświeżyć wspomnienia lub... sami sobie zrobić imprezę. Począwszy od opakowania (lakierowany digipack z zamknięciem na magnesik!), aż po zawartość, jak zwykle podwójny zestaw oryginałów i przeróbek house'owych hitów sezonu kusi jak diabli. Powyższa kompilacja to świadectwo imprezowego życia paryskich klubów, nijak mającego się do powszechnie znanego kawiarnianego lenistwa stolicy Francji. Przy takiej muzyce bawią się amatorzy żabich udek, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby i u nas na parkietach zagościła odrobina tego kolorowego, tanecznego cocktailu. Wszyscy artyści występujący na albumie to jednocześnie stali goście trójkolorowych parkietów, celujący głównie w muzyce house oraz funkowym disco z lat 70. Podejrzewam, że lektura listy płac (na płycie dominują artyści znad Sekwany, ale są tu także m.in. brytyjski The Brand New Heavies, amerykański Kings Of Tomorrow i Röyksopp z Norwegii) i tytułów remisów (dostępnych do tej pory tylko na DJ’skich winylach), zmusi do rozbicia świnki-skarbonki nie tylko małoletnie clubberki. Teraz powinna nastąpić uwaga, że francuska muzyka taneczna jest super - tylko po co? Przecież wszyscy już o tym wiedzą. -
- Only Pleasure
- (towar niedostępny)
Maciej Saskowski 2008-08-26
Kanapowy relaks (4 z 8 uznało tę recenzję za pomocną.)
To jedna z najprzyjemniejszych składanek, jakie ostatnio się pojawiły. Nie żadne hałasy, łomoczące bity i klubowa zawierucha. "Only Pleasure" jawi się jako oaza chilloutowych brzmień i wytchnienia. 33 elektroniczne kompozycje zawarte na tej kompilacji nie tylko wybornie smakują, ale niczym rozlewająca się szerokim strumieniem czekolada relaksują, poprawiają humor i osładzają gorzkie chwile. Wśród artystów są tacy, którzy zyskali już popularność (np. Morcheeba, Moloko, Groove Armada, Smolik), jak i mniej znani, ale równie interesujący, grający muzykę z górnej półki czyli trochę ambitniejszą od wypełniającej tło dla kanapowego relaksu. Ta muzyczna bombonierka pełna jest utworów o różnych smakach. Pod miękką, house'owo-jazzową "polewą" autorzy ukryli spokojne i rozleniwiające dźwięki "Until The Mornig" Thievery Corporation i "Homebase" Dzihan & Kamien, delikatne "All I Need" The Frankk Popp Ensemble czy jazzowe "California Dreamin'" Moc sha. Wydawałoby się, że tak podobne w klimacie utwory zaczną się w końcu zlewać, ale nic z tych rzeczy - każda z kompozycji ma wyraźny charakter. Razem tworzą uroczy i odprężający zestaw, w którym warto się zatopić na dłuższą chwilę. Efekty przewyższają działanie leków uspokajających. Pięknie wydany materiał na pewno zadowoli wielu miłośników takich brzmień. Będzie także świetnym materiałem poznawczym dla ludzi jeszcze nie obeznanych z muzyką nu-jazz, elektro, house. -
- Między Nami Cafe - In Roma [Digipack]
- (towar niedostępny)
Maciej Saskowski 2008-08-25
Włoskie wakacje (0 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Najbardziej bezpretensjonalny, pogodny i taneczny album w katalogu warszawskiej kawiarni "Między Nami Cafe". Kompilacja jest włoską wypowiedzią jej autora, Rawskiego - specjalisty od elektronicznych pasaży. Od pierwszych porywających dźwięków "In Roma" proponuje mariaż pełnych wyobraźni i humoru tekstów z muzyką przypominającą słoneczne puzzle złożone z fragmentów muzycznej tradycji. Słychać, że znajomość włoskich dźwięków wyssał z mlekiem matki, przy okazji po raz pierwszy dodając tak solidną dozę tanecznych brzmień. Artyści jak Montefiori Coktail czy Paolo Fedreghini są tu jak najbardziej na miejscu i trafnie oddają przesłanie całego albumu. Włoskie specjały, takie jak "Tu Vuo’ Fa’ L’Americano" czy "Quando Quando Quando" podano w absolutnie współczesnej aranżacji i paradoksalnie więcej w nich esencji Półwyspu Apenińskiego niż w oryginalnych interpretacjach. Na powitanie utwór "Mambo Italiano" dzięki remixowi Club des Belugas utrzymany w latynoskim charakterze i w zasadzie podobny klimat rozciąga się na resztę utworów. Płyta jest wariacko zróżnicowana, a przy tym przebojowa i inteligentna. Mambo i proste popowe numery, obok elektronicznych przeróbek, powodują, że kompilacja jest odrobinę niespójna, ale za to ani przez moment nie nuży. Cechuje ją eklektyzm, lekkość, witalny charakter, podane z olbrzymim poczuciem humoru, wdziękiem, werwą i frywolnością. I przy całym moim zachwycie nad tą płytą pojawiają się dwa zgrzyty. Po pierwsze, jak na kompilację, 42 minuty to stanowczo za krótko; po drugie, kopertowe wydanie to kpina z potencjalnych odbiorców, którzy widząc tak marną oprawę graficzną poważnie zastanowią się nad zakupem, tej z założenia wysublimowanej składanki. -
- Remixed & Reimagined [Digipack]
- Billie Holiday
- (towar niedostępny)
Maciej Saskowski 2008-06-24
Odmłodzone wersje piosenek Billie Hoilday
Wytwórnia Legacy postanowiła przypomnieć słynne piosenki amerykańskiej śpiewaczki jazzowej, Billie Holiday. Nie mamy tu jednak do czynienia ze zbiorem w stylu "Greatest Hits". Pomysłodawcy tego wydawnictwa postanowili odmłodzić muzykę "Lady Day", którą świat zapamiętał, jako przedstawicielkę "miejskiej", swingowej odmiany wokalistyki jazzowej. Album "Remixed & Remaigened" przynosi muzykę Holiday przepuszczoną przez sito pomysłów tuzów współczesnej muzyki klubowej. Jest więc Lady Bug, która przygotowała "Spreadin' Rythm Around" czy DJ Logic we własnej wersji "Glad To Be Unahappy". Te utwory, choć niewiele pod względem muzycznym mają wspólnego z oryginałami, nie straciły nic z klimatu pierwotnych wersji. Ale też wszechobecny jest tu głos nieżyjącej już śpiewaczki. Na wysokości zadania stanęła też grupa Sunday People, która jednak w nad wyraz luźny sposób potraktowała "You're So Desirable". Ale przecież z całą pewnością album ten nie został przygotowany z myślą o sympatykach czarnoskórej legendy, tylko o zwolennikach nieco współczesnej muzyki. Nowa wersja "Summertime" Organici, choć równie intryguje nastrojem, sympatyków pierwowzoru na pewno nie usatysfakcjonuje. Na wyróżnienie zasługuje również propozycja GXR "Long Gone Blues", przywodząca na myśl kompozycje Jean-Michel Jarre. Nie brak w tym zbiorze również ewidentnych wpadek. Przerażająco nudna disco wersja "Pennies From The Sky" Count The Money moim zdaniem jest absolutnie zbędna. Mimo kilku drobnych niedociągnięć, autorzy albumu proponują nam ponadgodzinną podróż w najodleglejsze zakamarki wyobraźni, w których magia głosu Billie Holiday zlewa się z elektroniczną rzeczywistością. To płyta, przy której warto się zatrzymać na dłuższą chwilę, oczyścić umysł z nawału prozaicznych spraw i poddać się czarowi eklektycznych dźwięków. -
- Northern Living [Digipack]
- (towar niedostępny)
Maciej Saskowski 2008-06-23
Skandynawowie bez kompleksów (0 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Czym się zajmują artyści w Skandynawii? Nadają nowe kierunki muzyce, której kształt Amerykanie tworzyli przez dziesiątki lat! Ta dwupłytowa kompilacja to świetna pozycja dla wszystkich, którzy chcieliby się dowiedzieć, co się dzieje nowego w ambitnym popie, zwanym przez niektórych elektronicznym jazzem. Skandynawska scena od dawna kreuje światowe trendy w tym kierunku. Na tym bowiem wiecznie mroźnym półwyspie muzycznie dzieje się bardzo wiele. Poza słynnym Koop jest tam wielu innych, równie utalentowanych muzyków. Składanka "Northern Living" jest przekrojem najbardziej reprezentatywnych, skandynawskich artystów młodego pokolenia. W odróżnieniu do obecnych elektronicznych dokonań reszty kontynentu Skandynawowie są oszczędni w samplach. Eliminuje to złudzenie ciągłego recyclingu. Gwarantuję, że żaden fan syntetycznych dźwięków nie będzie się nudzić. Album zawiera mnóstwo dobrej elektroniki: deep house, miękki drum'n'bass, jungle, nu-jazz downtempo i bossę. Wszystko z najwyższej półki. Mikstura ta obejmuje 24 kompozycje, które na zmianę relaksują, wprowadzają w trans i zachęcają do bujania. Drapieżne wokale ("Talk In Danger" Luomo) przechodzą w miękkie, kobiece partie ("Night Out" Promise & the Monster). Znalazło się kilka smaczków, między innymi świetnie zbudowany "The Ballad Of The Broken Birdie Rekord" Mum, a także genialny, drum'n'basowy "Time To Let Go" Sally Shapiro. Oczywiście dwudziestu czterech przedstawicieli nowych brzmień nie wyczerpuje listy wszystkich artystów, związanych z tym kierunkiem. Ale na początek można pójść śladem tej składanki i sięgnąć po płyty prezentowanych tu formacji.






Merlin in English














![To co dobre [Digipack] - Andrzej Piaseczny](/To-co-dobre_Andrzej-Piaseczny,images_small,11,88697994862.jpg)





