Jerzy Lengauer
Na bezludną wyspę z "Mistrzem i Małgorzatą", "Władcą Pierścieni" i "Kubusiem Puchatkiem". "To prawda, że w razie potrzeby może się położyć na ulicy jak dżentelmen" (Malcolm Lowry "Pod wulkanem"). Regularnie: "Zeszyty Literackie", "Midrasz" i "Ars Regia". Czasami: "Literatura na Świecie", "Gazeta Wyborcza", "Polityka", "Tygodnik Powszechny".
Rekomendacje:
- Traktat o łuskaniu fasoli
- Diabeł tkwi w serze
- Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie. Historia moralnej zapaści
- Nowe życie
- List do ojca
- Pachnidło
- Warunek
- Aimee i Jaguar. Historia pewnej miłości Berlin 1943
- Widnokrąg
- Kamień na kamieniu
- Siddhartha
- Lato przed zmierzchem
- Nowe przygody Mikołajka. Tom 2
- Nowe przygody Mikołajka (okładka filmowa)
- Kontrabasista i inne utwory
- Ptasiek
- Kubuś Fatalista i jego pan
- Miłość niemożliwa
- Trzech panów w łódce (nie licząc psa)
- Skarb w srebrnym jeziorze - książka audio na CD
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 83
-
- Lato przed zmierzchem
- Doris Lessing
- cena: 38,49 zł
- (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)
Jerzy Lengauer 2009-11-29
Europejskie wakacje (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Przeczytawszy pierwsze dwa rozdziały nie mogłem się zorientować, w jakich dokładnie latach powojennego Londynu i potem Europy osadzona jest fabuła. Równie dobrze mogły to być późne lata 60, jak i późne 80. Oczywiście, telewizja, lodówki, ale brak Internetu i telefonów komórkowych. Zapamiętałem tę sugestię Lessing. Czasy nie są ważne. Ważna jest postać bohaterki, 45-letnia (niecałe 10 lat młodsza od pisarki, kolejna sugestia?) Kate Brown, która coś boleśnie odczuwa. Odczuwa jakieś egzystencjalne wiercenie w duszy, pewien dyskomfort psychiczny. Powody takiego stanu duszy autorka poprzez monologi Kate Brown będzie nam powoli odkrywała. Wykształconą, piękną i bogatą Kate, a także na pozór zadowoloną z siebie, poznajemy w początkach lat 70. Prowadząc ogromny dom, kończąc opiekę nad dorosłymi prawie dziećmi, godząc się na romanse męża, dość cenionego neurologa, zbliża się do tego lata, które będzie dla niej prologiem przed zmierzchem, co jest przecież bardzo ładną i delikatną metaforą dojrzałości, nadchodzących poważnych zmian dla każdej kobiety, z którymi nie każda potrafi sobie poradzić. Czy Doris Lessing, przeżywając, bądź będąc w trakcie takich zmian, bierze do ręki dzwonek i dzwoni nim głośno, aczkolwiek delikatnie i miłosiernie nad uchem 40-50-letnich kobiet? Zmieńcie coś! Spośród szeregu postaci kobiecych, które otaczają Kate, wyławia dwie najważniejsze: Mary Finchley i Maureen. Każda z innej sfery, każda w innym wieku, każda o innym stosunku do życia. Obie wywierają na Kate wielkie wrażenie. Sprawiają, że nie tyle bohaterka się zmienia, co zaczyna się zastanawiać nad sobą. Patrzy na nie obie. Obserwuje ich życie, myśli o nich. Jeżeli Mary jest dla niej absolutnie przeciwieństwem jej postawy życiowej, to z kolei Maureen jest osóbką, której obserwacja pozwala Kate na sięgnięcie pamięcią z 20 lat wstecz. Między wielkim przewrotem a autoterapią w towarzystwie Maureen przebywa Kate Brown długą podróż pod obrysie europejskiego trójkąta, którego wierzchołkami są trzy miasta. To nie tylko podróż fizyczna, ale przede wszystkim duchowa, tyle, że bardzo nowoczesna i właśnie europejska. Nie przypomina na przykład transcedentalnych wędrówek Hessego, przemian w moralności, etyce, światopoglądzie, wzorowanych na wschodniej pracy nad sobą. Tutaj za punkty zwrotne dla własnej psychiki służą romanse, hotelowe rozmyślania, kieliszek wina, kontemplowanie nocnego życia w mieście, męcząca autobusowa podróż, choroba i tęsknota za powrotem do gniazda. Więcej w tej powieści zatapiania się w swoje minione życie niż akcji. Trudno się nawet czytelnikowi podniecać romansem Kate, ponieważ sprawom łóżkowym autorka poświęca jedynie kilka zdawkowych słów. Bardziej pisarkę interesuje zakotwiczenie kochanków w takiej a nie innej scenerii, która z jednej strony obejmuje konserwatyzm otoczenia, a z drugiej szaleństwa hippisowskiej młodzieży na plażach Półwyspu Iberyjskiego. Wszędzie tam, gdzie podczas tego lata, poprzedzającego zmierzch, znajduje się Kate Brown, autorka neurotycznie, nachalnie wręcz podnosi problematykę jej utożsamiania się z dotychczasowym życiem. Każde miejsce: stolik i krzesło, hotel, ulica, stanowią dla Kate platformę rozmyślań nad właściwym postępowaniem, o obarczaniu siebie winą, nad niepewnością własnych postaw, dotychczasowych zachowań. -
- Lato przed zmierzchem - audiobook (format mp3)
- Doris Lessing
- cena: 33,49 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Jerzy Lengauer 2009-11-29
Zmierzch - ładna metafora (2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Pudełko audiobooka jest dokładnym odzwierciedleniem okładki książki wydanej w 2008r., włączając w to teksty z okładki o samej książce i pisarce. Książka czytana przez aktorkę Annę Gajewską. Cóż, jej głos zachwyca i nie zachwyca. Miejscami wierci, nie pasuje, nie zdobywa słuchacza. To nie może być głos bohaterki! Tyle, że bohaterka nie jest narratorką. Jednak z drugiej strony, książka składa się z mnóstwa monologów, wyrażających myśli 45-letniej bohaterki. Głos jest bardzo jasny, przejrzysty. W powieści, gdzie akcja nie ma tak wielkiego znaczenia, właśnie taki sposób czytania daje słuchaczowi możliwość „wtopienia” się w to 10-godzinne słuchowisko, gdzie spokój słuchania chyba jest najważniejszy, bo daje poczucie wsłuchania w głośne myśli bohaterki. Co ważne, brak muzycznego podkładu. Lubię, gdy dobrze dobrana jest do czytanego tekstu muzyka. Ale tutaj nie zwróciłem uwagi na jej brak, co świadczy, że sam głos Anny Gajewskiej jest swoistą łagodną muzyką. Proszę zwrócić uwagę na konstrukcję powieści. Książka, która jest czytana przez 10 godzin, podzielona jest na 5 rozdziałów. Jednak według mnie jest to trochę chybione. Fabułę można podzielić na 3, może 4 części, które doskonale odzwierciedlają zmiany w życiu bohaterki, stanowią o pewnych etapach, które pisarka bardzo konkretnie pokazuje, otwiera, zamyka... Jest pewna scena w tej książce, której nie mogę zapomnieć, która ciąży w duszy, która coś z niej wyrywa. Warto było dla tej sceny słuchać audiobooka przez wiele godzin, podczas których ze spokojem przyjmowałem tekst czytany przez nieco ponad 30-letnią aktorkę, Panią Annę Gajewską. W tym momencie przestałem się zastanawiać, czy głos Pani Gajewskiej w jakiś sposób przekonująco odzwierciedla narrację 54-letniej Lessing i myśli ponad 40-letniej bohaterki. W tym momencie, w tej scenie lektorka sprawiła się znakomicie. Może dlatego, że doskonale wpisała się w rolę młodej zdenerwowanej matki, rozzłoszczonej na małe dzieci, których uczucia pisarka oddała przez opisanie milczącej rozpaczy w obliczu niezrozumiałej dla nich reakcji matki. Ale bohaterką jest ktoś inny. Piękną i bogatą Kate, a także na pozór zadowoloną z siebie, poznajemy w początkach lat 70. Prowadząc ogromny dom, kończąc opiekę nad dorosłymi prawie dziećmi, godząc się na romanse męża, dość cenionego neurologa, zbliża się do tego lata, które będzie dla niej prologiem przed zmierzchem, co jest przecież bardzo ładną i delikatną metaforą dojrzałości, nadchodzących poważnych zmian dla każdej kobiety, z którymi nie każda potrafi sobie poradzić. Czy Doris Lessing, przeżywając, bądź będąc w trakcie takich zmian, bierze do ręki dzwonek i dzwoni nim głośno, aczkolwiek delikatnie i miłosiernie nad uchem 40-50-letnich kobiet? Zmieńcie coś! Spośród szeregu postaci kobiecych, które otaczają Kate, wyławia dwie najważniejsze: Mary Finchley i Maureen. Każda z innej sfery, każda w innym wieku, każda o innym stosunku do życia. Obie wywierają na Kate wielkie wrażenie. Sprawiają, że bohaterka zaczyna się zastanawiać nad sobą. Między wielkim letnim przewrotem a autoterapią w towarzystwie Maureen przebywa Kate Brown długą podróż po Europie. To nie tylko podróż fizyczna, ale przede wszystkim duchowa, gdzie za punkty zwrotne służą romanse, hotelowe rozmyślania, kieliszek wina, kontemplowanie nocnego życia w mieście, męcząca autobusowa podróż, choroba i tęsknota za powrotem do gniazda. -
- Pachnidło - książka audio na 1 CD (format mp3)
- Patrick Suskind
- (towar niedostępny)
Jerzy Lengauer 2009-11-29
Dopełnienie trylogii
Kiedyś jedna z moich przyjaciółek rzekła, że okładka to drzwi książki. Wówczas nie wiedziałem, że plakat filmowy jest odzwierciedleniem okładki „Pachnidła” wydanego po polsku. I nie zwróciłem uwagi na film. Może pomyślałem, sugerując się trochę podtytułem „Historia pewnego mordercy”, że to na poły melodramat, na poły kryminał, nie zastanawiając się, w jakich czasach dzieje się fabuła. Ktoś zwrócił mi uwagę, że powinienem przeczytać „Pachnidło”. W witrynach księgarń nadal królowała uśpiona śmiercią dziewica. Książka mnie zafascynowała. Zawładnęła mną. Potem był film. Nieco rozczarowujący. Wyobraźnia narzuciła mi postać szkaradną, okropną, brzydką. Powłóczący nogą garbus, pokurcz Grenouille. W adaptacji był po prostu przystojny… Nie pasował do ohydztwa, które Süskind zafundował na kartach książki. Nie pasował do brudu, smrodu, szaleństwa. Może oczy… Ale cóż oczy! Nie był to pies, który węszy, który staje na dwóch łapach i wyłapuje nosem zapachy, którymi tylko i wyłącznie rozpoznaje świat! Takiego Jana Baptystę Grenouille’a, genialnego i odrażającego człowieka, odnalazłem na powrót w interpretacji Tomasza Traczyńskiego. Z ogromną przyjemnością wysłuchałem kolejnej „wersji” „Pachnidła”. Tym razem w formie audiobooka. Och, tak, aktor przede wszystkim teatralny, Tomasz Traczyński dopełnił trylogii „Pachnidła”. Książka, film, słuchana książka. Ten głos, który towarzyszył mi przez parę dni, w sumie przez ponad 10 godzin, wydobył, co najpiękniejsze z powieści. Zwrócił uwagę na to, czego wcześniej nie dostrzegłem, a co może gdzieś tam dobijało się do mych myśli, ale nie zostało sprecyzowane, może się zatarło. Ten, momentami tylko monotonny, głos, wyrywał, co kilka zdań słuchacza z jednostajności, każąc wręcz rozmyślać nad zmieniającym się nurtem historii pewnego mordercy. To właśnie wsłuchując się w głos Tomasza Traczyńskiego zacząłem zwracać uwagę na fragmenty powieści, które rozpostarły przed mną całkiem inną jej panoramę. Tomasz Traczyński to raz waży głos, innym razem przyśpiesza, albo odpowiednio akcentuje wskazując na nerwowość zachowań na przykład Baldiniego, czy też szybkość bądź ważkość akcji. -
- Siddhartha - książka audio na 1 CD (format mp3)
- Hermann Hesse
- cena: 27,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)
Jerzy Lengauer 2009-11-29
Wschodnia baśń
Przyznaję: to moja pierwsza „słuchana” książka… Jak ze wszystkim, do czego ma się wątpliwości, wynikające z niewiedzy, braku doświadczenia, braku obeznania, i z tym był kłopot. Nie wierzyłem, że może zastąpić „zwykłą” książkę. I oczywiście nie zastąpiła. Ale… Może przy audiobooku zadziałać wyobraźnia: książka towarzyszy przy prawie każdej okazji, gdy nie musimy szczególnie skupiać się umysłowo, mianowicie zmywając, prasując, jadąc samochodem, siedząc w pociągu, autobusie, tramwaju, w drodze do pracy i z pracy… Wystarczy tylko drobne urządzenie z napisem „mp3” i czarodziejska płyta… Bez dwóch zdań, sympatyczny głos ma lektor i aktor Zbigniew Moskal. Nie oglądam telewizji, a pan Moskal jest chyba przede wszystkim aktorem telewizyjnym. Ale to nie jest absolutnie ważne. Bo wagę przywiązać należy do brzmienia jego głosu. A przy czytaniu „Siddharthy” Hesse’go sprawdził się znakomicie. Łagodny, bardzo wyraźny głos, jest świetny jak na narratora, ale jakże pięknie prezentuje słuchaczowi wypowiedzi bohaterów książki: Siddharthy, Gowindy czy Wasudewy, którzy z racji swoich charakterów i postaw wypowiadają się łagodnie i spokojnie. Czasami lektor nadaje swojemu głosowi więcej nut basowych, co od razu przywołuje jego postać ze zdjęcia na okładce audiobooka. Taki głos mógł adeptów szukania wyzwolenia z samsary prowadzić do nauki prawidłowego wypowiadania świętej głoski OM. Taki głos mógł zadawać buddyjskie koany. I taki głos odczytuje słowa napisane przez Hermanna Hesse’ego przed prawie stu laty. Pewnie Hesse z całą literacką perfidią nadał swojemu bohaterowi imię Siddharthy. Pewnie już w pierwszej połowie ubiegłego wieku każdy szanujący się czytelnik interesujący się historią religii, Wschodem, czy buddyzmem wiedział, że to imię indyjskiego księcia z klanu Siakjów, który około 500 lat przed Chrystusem doznał Oświecenia, wyrywając się z zaklętego kręgu narodzin i śmierci. Czy to metafora skierowana do ówczesnego społeczeństwa? A może też to wielka pisarska wizja autora, który przewidział rozwój cywilizacji i widząc jej niedaleki duchowy upadek postanowił przypomnieć Europie o innych drogach prowadzących do rozwoju człowieka? W każdym razie wprowadzając do utworu wątki poetyckie i baśniowe stworzył niewielką w objętości, ale wielką w przesłaniu powieść na pozór filozoficzną, ale zawierającą nauki dla współczesnego autorowi czytelnika, jak i aktualną w XXI wieku. Konstrukcja utworu przypomina bajkę. Bajkę wschodnią. Hesse każe swojemu bohaterowi – młodemu adeptowi braminizmu, wyruszyć w drogę, którą znaczą rozstaje, na z kolei których bohater-wędrowiec dokonuje wyborów, które zmieniają jego życie, ale też scenę, opowieści i wprowadza na nią nowych aktorów. Hesse nie namawia do hedonizmu czy ascezy. Nie namawia do szukania towarzystwa kurtyzan, ani upojenia się hazardem. Nie namawia do siedzenia w lotosie pod drzewem bodhi. Nie namawia do oddania się religii, żeby pozbyć się pragnień nowych sprzętów i urządzeń, które umilają nam ciężkie na pozór życie. Hesse raczej pokazuje, że nie należy pogardzać pragnieniami innych, nie nosić się z dumą z powodu nadmiaru pieniędzy czy nadmiaru postu i ubóstwa. Że należy traktować każdego z taką samą cierpliwością, z jaką traktujemy samych siebie, ponieważ wszyscy jesteśmy skonstruowani duchowo w podobny sposób, nosząc pierwiastek Kosmosu, Boga, Nirwany, czy jak byśmy to nazwali. -
- Siddhartha
- Hermann Hesse
- cena: 26,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Jerzy Lengauer 2009-11-29
Hesse przypomina o złotym środku sprzed 2,5 tys. lat (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
To bardzo krótka powieść, napisana w 12 rozdziałach, licząca około 120 stron. Oczywiście można przyznać, że jest to poemat napisany prozą, niepoddany rygorom sztuki wierszowanej, ale będący refleksyjny i nacechowany wypowiedziami poetyckimi. Być może Hesse był wówczas pod wpływem starożytnej literatury indyjskiej, a szerzej - fascynacji kulturą Dalekiego Wschodu, po podróży na Wschód, którą odbył w 1911 roku? Dlatego powieści nadał taki a nie inny podtytuł. Być może wzorował się trochę na poemacie o życiu Siddharthy-Buddy, luźno swój utwór w warstwie narracyjnej na nim opierając, a raczej biorąc za podstawy swojej powieści opisane w nim życie Gautamy. Pewnie Hesse z całą literacką perfidią nadał swojemu bohaterowi imię Siddharthy. Pewnie już w pierwszej połowie ubiegłego wieku każdy szanujący się czytelnik interesujący się historią religii, Wschodem, czy buddyzmem wiedział, że to imię indyjskiego księcia z klanu Siakjów, który około 500 lat przed Chrystusem doznał Oświecenia, wyrywając się z zaklętego kręgu narodzin i śmierci. Czy to metafora skierowana do ówczesnego społeczeństwa? A może też to wielka pisarska wizja autora, który przewidział rozwój cywilizacji i widząc jej niedaleki duchowy upadek postanowił przypomnieć Europie o innych drogach prowadzących do rozwoju człowieka? W każdym razie wprowadzając do utworu wątki poetyckie i baśniowe stworzył niewielką w objętości, ale wielką w przesłaniu powieść na pozór filozoficzną, ale zawierającą nauki dla współczesnego autorowi czytelnika, jak i aktualną w XXI wieku. Spróbujmy zrozumieć wschodni spokój i łagodność dając się ponieść atmosferze bambusowych gajów, mijając pośród nich mnichów w pomarańczowych szatach. Hesse każe swojemu bohaterowi – młodemu adeptowi braminizmu wyruszyć w drogę, którą znaczą rozstaje, na których bohater-wędrowiec dokonuje wyborów, które zmieniają jego życie, ale i scenę opowieści i wprowadzają na nią nowych aktorów. Spotkanie każdej z tych postaci przez Siddharthę jest punktem zwrotnym w jego życiu. Stanowi o zmianie jego stosunku do samego siebie, do życia, do oglądu świata, w którym żyje, do smaku jedzenia, do kobiet, do rzeczywistości, jak chociażby wygląd nieba, śpiew ptaków, do pragnień, żądzy, pogardy do innych ludzi… Hesse nie namawia do hedonizmu czy ascezy. Pokazuje, że nie należy pogardzać pragnieniami innych, nie nosić się z dumą z powodu nadmiaru pieniędzy czy nadmiaru postu i ubóstwa. Że należy traktować każdego z taką samą cierpliwością, z jaką traktujemy samych siebie, ponieważ wszyscy jesteśmy skonstruowani duchowo w podobny sposób, nosząc pierwiastek Kosmosu, Boga, Nirwany, czy jak byśmy to nazwali. -
- Widnokrąg
- Wiesław Myśliwski
- cena: 37,49 zł
- (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)
Jerzy Lengauer 2009-11-08
Wędrówka po horyzont dzieciństwa (1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Może Myśliwski zaczął pisać tę powieść wróciwszy z miejsca, skąd mógł wpatrzony w horyzont czerpać wspomnienia z dzieciństwa? Bo horyzont to miejsce, gdzie wydaje się, że stykają się ziemia i niebo. Bo to zasięg lub granica czegoś. Ściana? Szare niebo? Dach kamienicy z naprzeciwka? Bo to zasięg naszej wiedzy… Zaś to wszystko, co sięga do tejże granicy jest widnokręgiem. Z jednej strony nigdy nieosiągalnym, z drugiej wypełnionym tymi zapachami i obrazami, stanowiącymi nasze wspomnienia. Więc, gdy ogarnia nas smutek wysilamy wzrok duszy i odgadujemy szczegóły, składając w dni, tygodnie, miesiące, lata naszej przeszłości. Z kreski, plamy wyłania się jakiś szczegół, kojarzy się z jakimś przedmiotem, ten z jakimś zdarzeniem, a ono rozwija w historię. Tak stworzył swoją powieść Myśliwski. Czy na przykład patrzył przez okno na hipnotyzujące go białe, ogromne płatki śniegu, spadające z szarego nieba? Szarego, wypełnionego wspomnieniami-szczegółami z dzieciństwa? Ta powieść to małe głupotki i przejmujące, mające wpływa na dorosłe życie, wydarzenia. To dziesięć rozdziałów z prologiem na miarę rozdziału, których tytułami są pewne szczegóły, zapełniające widnokrąg wspomnień, rozwinięte w historie, nieułożone chronologicznie, ale przychodzące z przeszłości wedle sobie tylko znanej tajemniczej zasady. Jakimś cudem Myśliwski odważył się, bo domyślam, że mnóstwo jest w powieści wątków autobiograficznych, na wydobycie z dzieciństwa wszystkiego, co miało później wpływ na dorosłe życie. Nie mam wątpliwości, że to, co spotkało nas w dzieciństwie, kształtuje dorosłość. Od drobiazgów po wielkie wydarzenia. Od zapamiętanego portretu matki, ojca, ciotek, wujków, dziadków po miejscowego łobuza, miejscowego wariata, miejscowe dziwki i miejscowych Żydów. A gdyby sięgnąć pamięcią odważnie, bardzo odważnie i bardzo głęboko, to od pierwszej wyidealizowanej miłości do dorosłych niewiast, pierwszego łyku wódki czy bimbru, ujrzenia po raz pierwszy trupa po zetknięcie się z prawdziwą inteligencją i pierwsze dotknięcie erotyki… To nadzwyczajna odwaga. Wiem teraz, a domyślałem się instynktownie dwadzieścia lat temu, jak bardzo oglądanie się do tyłu, spoglądanie ukradkiem przez ramię, jest bolesne, smutne, wprawiające w drżenie, budzące płacz, depresję, wzbudzające niepotrzebne emocje. Ile tych zdjęć, ile retrospekcji, od których chciałoby się uciec, gdzieś je zakopać, podrzeć i wrzucić do sedesu. Jak nieznośny jest ten film, puszczany bez pozwolenia w najbardziej nieoczekiwanych chwilach. Jacy nieznośni grają w nim aktorzy. Ile jeszcze razy trzeba oglądać te ledwo zapamiętane obrazki, ten nękający duszę melodramat na wzór reżyserii Bergmana, Felliniego, von Triera? Całe życie? Ile jego kopii wykonała dusza, umysł, serce? Gdzie są pochowane? Skąd straszą, przypominają, rządzą, nie dają spać, jeść… Ile miesięcy, może lat zmagał się z tym pisarz? Ile razy odrzucał napisany tekst? A w końcu, czy doznał ulgi? Czy zamiarem autora było podsunięcie czytelnikom swojego rodzaju psychologicznego seansu? I czy dana czytelnikom świadomość wejrzenia w dzieciństwo bez żadnych osłon, bez cieni, w pełnym słońcu, przyniosła ulgę? -
- Casino Royale (Blu Ray)
- Martin Campbell
- (towar niedostępny)
Jerzy Lengauer 2009-05-10
Czasy się zmieniają, ale czy Bond musi wraz z nimi (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
"Casino Royale" bliższe w brutalności Brudnemu Harry'emu, a nawet westernom Sergio Leone. Bo porównać do zwykłych sensacyjnych filmów klasy B to się jednak nie ośmielam. Z kolei w smutku, samotności i niezbyt szybkiej akcji to kryminały noir. Przypomina kryminały Chandlera, Hammetta, a Craig duszą, bo przecież nie fizycznie, postacie grane przez Bogarta. Być może "koreański" Bond już to zaczął, ale nie dostrzegliśmy tego z uwagi na Bonda-Brosnana: wykwintnego, szarmanckiego i uroczo cynicznego. Tutaj brutalność przestała być komiksowa. Jest wyrazista ponad miarę bondowską. A smutek przerażająco bliski najzwyklejszym ludziom. A przecież to my chcemy być jak Bond, a nie Bond jak my... Tylko, czy naprawdę tego już nie było? Czy Bond nie stawiał miłości ponad pracę? Przecież nawet był żonaty! -
- Aimee i Jaguar. Historia pewnej miłości Berlin 1943
- Erica Fischer
- cena: 30,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)
Jerzy Lengauer 2009-03-30
Z popiersiem Wodza w tle (3 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
Pamięć o tej książce to same emocje. To po prostu płacz. Rozżalenie i tęsknota, gdy siedzimy wpatrzeni w ścianę, z oczami mokrymi od łez. Gdy tęsknota, gdy potrzeba bliskości wydziera nam serce, a krzyk zamiera w krtani, żeby spotkać się ze światem zewnętrznym smętnym łkaniem. Gdy odjeżdża pociąg, gdy słońce zachodzi, gdy noc jest boleśnie czarna. Gdy jesteśmy za słabi, żeby wytrzymać samotność. Gdy wszyscy i wszystko wokoło nas to za mało. Za mało do życia. A żyć trzeba. Frau Wust wyła po nocach z tęsknoty? Może z pożądania? Na ile była silna, żeby pamiętać o dzieciach? Na ile starczało jej siły, żeby podnieść się z łóżka i żyć? Pytań na temat samej tylko miłości, tęsknoty, pożądania może czytelnik zadać sobie mnóstwo. Lilly Wust na zdjęciach z roku 1991, 1993… Pięćdziesiąt kilka lat po tragedii. Czy może pięćdziesiąt kilka lat po najpiękniejszym ze zdarzeń w jej życiu? Albo pięćdziesiąt kilka lat wielkiej samotnej miłości? Szczupła, siwa staruszka przyciskająca dłonie do twarzy. Znamy ten gest, prawda? To pamięć wielkich emocji. To trudna niezwykle próba sięgnięcia w głąb wspomnień. Bolesnych, ciężkich, przyprawiających o bicie serca, drżenie ciała. Rozdzierający smutek! Splecione palce dłoni, a na nich pochylona głowa. Nie widać oczu, nie widać wyrazu twarzy. Co się w nich maluje? Rozpacz czy ukojenie? Kolejne zdjęcie. Zaciśnięte pięści, w dużych oczach nie widać łez na czarno-białej fotografii, ale coś z nich emanuje. Wysiłek, który właśnie odchodzi? Nadchodzące ukojenie? Czy było warto wspominać, Frau Wust? Opowieść stworzona na bazie pamiętników, listów, wierszy, zapisanych w pamięci rozmów, owiniętej wydarzeniami lat 1933-45. Niezaprzeczalną bohaterką tej historii jest Lilly Wust. Kobieta narodowego socjalizmu. Matka dla dzieci, które będą tworzyły Naród i walczyły dla niego o europejską przestrzeń życiową. Mężnie znosząca niedogodności wojenne w Berlinie, czekająca na walczącego dla i za Führera męża. Ścierająca kurze, gotująca obiady, chodząca po zakupy Frau Wust jednak robi coś nowego - ulega przemianie najpierw w lesbijkę-kochankę, potem w Żydówkę-antyfaszystkę, by w końcu znienawidzić Wielki Naród Niemiecki. Warto uważnie przeczytać książkę. Warto prześledzić tę przemianę i zastanowić, co do tego doprowadziło. Bo można szukać powodów w wielkiej miłości. Można domyślać się, że Felice przemieniła Lilly w Aimée dzięki swojej niezwykłej, charyzmatycznej osobowości. Ale można przypuszczać, że to trochę czasy, wojna światowa, na ironię hitleryzm sprokurowały tak dziwną przemianę. Używam słowa „sprokurowały” świadomie, właśnie żeby miało trochę ironiczny i cyniczny wydźwięk, tak jakby nie na miejscu, ale żeby sugerowało szaleństwo a wręcz bezsensowność tychże czasów i działań. No i piękna, fenomenalna pod każdym względem Żydówka – Felice, zwana Jaguarem! Felice, która „ma długie nogi i lśniące jedwabne pończochy” -
- Jadąc do Babadag
- Andrzej Stasiuk
- cena: 26,49 zł
- (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)
Jerzy Lengauer 2009-01-03
Karpackie włóczęgi (4 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)
Czternaście esejów na trzystu stronach. Trzy piękne fotografie. Tytułowy esej zostawiony czytelnikowi na deser. Nagroda Nike w 2005 roku. Eseje drukowane we fragmentach w "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym". Nie można było nie kupić. Nie można było nie przeczytać. Stasiuk kocha świat i ludzi. Tak się zdarzyło nieszczęśliwie lub szczęśliwie, że kocha akurat Ukrainę, Mołdawię, Słowację, Węgry, Słowenię, Rumunię, Albanię. Porusza się gdzieś tam przez grzbiety Karpat, schodząc w te południowo-wschodnie wyżyny, stepy, równiny, niziny, zaczynając od polskich Bieszczad, a kończąc aż w Grecji... Stawiając żelazną kurtynę przed Europą Zachodnią: Hiszpanią, Francją, Holandią, Włochami, Austrią, Szwajcarią, całą Skandynawią. Czy słusznie? Gdyby się zastanowić i znaleźć powody zachwytu na przykład nad Mołdawią, to trudno się zgodzić nad brakiem uczuć w stosunku do Włoch. Dlaczego właściwa Stasiukowi jest apoteoza Bałkan i Karpat a nie Alp? Jeżeli podnieca się ugrofińskimi przemytnikami z Węgier, to dlaczego nie wybiera się w podróż do Finlandii? Skąd czułe opisy Romów bałkańskich, a nie Basków? Dlaczego bliżej Stasiukowi do Dojczlandu, który stawia prawie na równi z karpacką słowiańszczyzną, a nie jedzie za gastarbeiterami i złodziejami samochodów dalej, do Holandii, Belgii, Francji? Dlaczego nie pisze o Polakach, Romach, Ukraińcach myjących się w paryskich fontannach i zbierających szpinak w Hiszpanii? Miłość jest dziwna, niezrozumiała, szalona... Zatem co jest takiego wspaniałego w krajobrazie z "parterowymi chałupami zagrzebanymi w upale, z wynędzniałymi osłami, z przedwiecznym wzrokiem starych kobiet w czerni, wpatrzonych w pylistą pustkę". Czy, żeby to zobaczyć trzeba jechać setki, tysiące kilometrów? Własnym samochodem w strachu o benzynę, olej. Autostradami lub polnymi prawie że drogami, wypatrując zmęczonymi oczami przydrożnej oberży, gdzie niekoniecznie przyda się wyuczony w szkole angielski bądź niemiecki? Albo autostopem, zastanawiając się nad skutkami odezwania się słowem do miętolącego w ustach niebanderolowane marlboro śmierdzącego przemytnika czy wygolonego na łyso osiłka w czarnych okularach z napisem "adidas" w prawym dolnym rogu lewego lustrzanego szkła… Czy może z rozdygotanym ze strachu przyjacielem w rozklekotanym autobusie, zbliżającym się do granicznego przejścia w kraju, którego tak naprawdę nie ma? Podróże okazują się także szlakiem literackim, gdzie nie podpiera się przewodnikiem. Szuka w swoich fascynacjach literackich miejsc zapomnianych, na starych mapach dróg nieznanych. I stamtąd przywozi nieprawdopodobne wręcz opisy. Sceny jakby uwiecznione w przedwojennym kinematografie. Stasiuk zachwyca szczegółami, drobiazgami w opisywanych twarzach, garderobie, gdzie zwraca uwagę czytelnika na złote kolczyki w cygańskich uszach, czarne kapelusze. Zachwyca drobiazgami, nad którymi nikomu nie przyszłoby do głowy się pochylić: "Węgierskie bilety kolejowe są piękne. Przypominają małe banknoty". Należy też zwrócić uwagę na właściwy Stasiukowi soczysty język, który na szczęście pasuje do opisywanych scen: "Siedemdziesiąt lat jak psu w dupę". -
- Biały kruk
- Andrzej Stasiuk
- (towar niedostępny)
Jerzy Lengauer 2008-12-28
Ballada o warszawskich hippisach, ostatnich banderowcach i Joli - dziewczynie szybkiego partyzanta (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Stasiuk rozlicza się ze swoją warszawską młodością. Robi to mimochodem, tak przy okazji. Przy okazji wspomnień o szkolnym koledze, którego pewnie zrozumiał dopiero po latach. Zrozumiał jego ból szukania samego siebie w niewdzięcznych PRL-owskich latach, kiedy poszukiwania tożsamości poza komunistycznym rodowodem były bardzo niewskazane. Gdzie zainteresowania wychodzące poza "młodzież walczącą" i subkultury były niezrozumiałe dla opozycyjnych rówieśników. Ale to mimochodem ten ukłon w kierunku Bandurki. Naprawdę Stasiuk rozlicza historię swojej nowej ojczyzny - państwa Karpaty. Przewraca do góry nogami harcersko-studencki etos połonin wyśpiewywany przy ognisku. Oddaje Bieszczady tym, którzy już tam nie wrócą. Oddaje część gór Łemkom, Ukraińcom i wielu innym niezapamiętanym przez współczesnych. Staje u podnóża tych starych i niskich gór, gdzieś w Przemyskiem czy na Rzeszowszczyźnie. Może między jedną a drugą podupadającą, ale ocalałą wsią, gdzie stopy dotykają ukrytych w ziemi, trawie, kamieniach zgliszczy po wsiach polskich i ukraińskich. Piątka ostatnich partyzantów idzie przez straszną, mroźną noc. Szukają szałasu, gdzie mogliby odetchnąć. Szukają suchych gałęzi, żeby rozpalić ogień i ogrzać rannego towarzysza. Zbrojna potyczka. Wyłaniają się nagle z lasu. I tak samo nagle znikają. Jak cienie przeszłości. Krew na śniegu. Znowu ucieczka przed tropiącymi wojskowymi psami. Zwidy pijackie? Senne mary? Może leżą wycieńczeni przy ognisku i wszystko im się to tylko wydaje? Marzą o przeszłości? Znowu najazd na miasteczko, wieś. Po prowiant, po wódkę, papierosy. Przyjaźni mieszkańcy, wrodzy mieszkańcy... Dziewczyna dla znużonych partyzantów. Pośród tego hippisowsko-partyzanckiego szaleństwa nie-pułkownik Bandurko: "No więc byliśmy partyzanckim oddziałem dowodzonym przez Wasyla Bandurkę". A może po prostu, coś się Stasiukowi przewidziało? Przewidziało się tak, że czarny kruk siedzący na gałęzi drzewa w środku Bieszczad pod koniec zimy, z czapą śniegu na piórach, wydaje mu się białym krukiem? Ba! Wydaje... Nie otrzepał się, to jest i biały. Ejże! A może wszystko w tej powieści ma tę białą czapę? Może właśnie trzeba się otrzepać? Pozwolić oparom wódki wyjść z ciała. Ulecieć wspomnieniom. Ku PRL-owi? Ku Warszawie? Ku dwóm zdartym do cna płytom Muddy'ego Watersa?






Merlin in English






![Myśliwiecka [Digipack] - Artur Andrus](/Mysliwiecka_Artur-Andrus,images_small,4,MYSTCD188.jpg)













