stały recenzent  Jerzy Lengauer

Na bezludną wyspę z "Mistrzem i Małgorzatą", "Władcą Pierścieni" i "Kubusiem Puchatkiem". "To prawda, że w razie potrzeby może się położyć na ulicy jak dżentelmen" (Malcolm Lowry "Pod wulkanem"). Regularnie: "Zeszyty Literackie", "Midrasz" i "Ars Regia". Czasami: "Literatura na Świecie", "Gazeta Wyborcza", "Polityka", "Tygodnik Powszechny".

Rekomendacje:

  1. Traktat o łuskaniu fasoli
  2. Diabeł tkwi w serze
  3. Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie. Historia moralnej zapaści
  4. Nowe życie
  5. List do ojca
  6. Pachnidło
  7. Aimee i Jaguar. Historia pewnej miłości Berlin 1943
  8. Widnokrąg
  9. Lato przed zmierzchem
  10. Nowe przygody Mikołajka. Tom 2
  11. Nowe przygody Mikołajka (okładka filmowa)
  12. Kontrabasista i inne utwory
  13. Ptasiek
  14. Kubuś Fatalista i jego pan
  15. Skazana na życie
  16. Podwójny krajobraz
  17. Trzech panów w łódce (nie licząc psa)
  18. Lato
  19. Skarb w srebrnym jeziorze. Książka audio CD

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 82

  • Skarb w srebrnym jeziorze. Książka audio CD

    Jerzy Lengauer 2011-08-01

    Mówiąc jednym słowem: Dzieciństwo

    „Skarb w Srebrnym Jeziorze” został napisany pod koniec XIX wieku. W Polsce wydano książkę w latach dwudziestych następnego wieku. Ja znam ją w przekładzie powojennym. Do słuchacza trafia audiobook czytany na podstawie przekładu z 1925 roku. Jak według mnie wypada porównanie? Tak jak porównanie powołanych na początku tego tekstu powieści przygodowych z książkami Karola Maya. Nie za dobrze? Nie do końca. Starałem się ukazać wartość powieści Maya, pomimo jej prostoty, wręcz infantylności, miejscami irytującej dorosłego czytelnika. Tak samo jest z tekstem czytanym przez Wojciecha Dąbrowskiego. Chwilami drażni. Za nim jednak o tym dlaczego, to najpierw chcę napisać, że po przeczytaniu informacji na okładce audiobooka o przekładzie, od razu pomyślałem przedwojennych polskich filmach. Każdy przecież zna stare kino! Nienaturalny makijaż mężczyzn. Nienaturalne ruchy. Nienaturalna mimika. Nienaturalny ton, tembr głosu. A wszystkich nas to bawi. Odbieramy to pozytywnie. I tak jest z tym przekładem. Tak jest z interpretacją Dąbrowskiego, przecież doświadczonego aktora teatralnego i filmowego, od trzydziestu lat grającego w filmie. Nie sądzę, że aktor chciał zlekceważyć lektorską pracę. Wręcz przeciwnie. Uznał pewnie, że powinien się dostosować do przedwojennego przekładu i nawet za cenę irytacji wzbudzonej u słuchacza. Zatem lektor potraktował powieść niezbyt poważnie i w tenże niepoważny sposób zinterpretował dialogi, a co za tym idzie i postacie. Moim zdaniem całkiem słusznie. Trudno przecież wyobrazić sobie, żeby bohaterowie Maya mogli być realnymi postaciami. I ów brak realizmu w postaciach Dąbrowski odpowiednio artykułuje. Piskliwy głos Ciotki Droll, tubalny i dumny aż do przesady głos Winnetou, emanujący ewangelicznym kaznodziejstwem głos Old Shatterhanda. Aczkolwiek tam, gdzie pisarz epatuje nas potwornością opisów lektor odsuwa żarty na bok. Wówczas nie czas na krotochwile. Co zatem drażni? Przede wszystkim „sztuciec Henry’ego”. Naprawdę trudno odgonić wyobrażenie narzędzia kuchennego zawieszonego na plecach Old Shatterhanda. A po za tym, i to chyba jednak wina lektora, brak konsekwencji w wymawianych przydomkach zakończonych na „-hand”. Dąbrowski raz wymawia „e”, innym razem „a”. Podobne niekonsekwencje w wymowie trafiają się przy nazwach plemionach. Jeżeli lektor czyta oryginał przekładu bez własnych poprawek, to przepraszam i nie mam zastrzeżeń.
  • Skarb w Srebrnym Jeziorze

    Jerzy Lengauer 2011-08-01

    Mówiąc jednym słowem: westman

    Bezwzględnie należy podkreślić, że „Skarb” różni się zdecydowanie od „Winnetou” i „Old Surehanda”. Należy pamiętać, że w obu tych powieściach narracja prowadzona jest w pierwszej osobie. Narratorem i głównym, pomimo sugestii tytułowych, bohaterem jest Old Shatterhand. “Skarb” ma narratora w trzeciej osobie, zaś Old Shatterhand i Winnetou pojawiają się dopiero w mniej więcej połowie powieści. Pierwszy z nich wprawdzie pełni przez kilkadziesiąt stron dość ważną rolę, to jednak potem oddaje pole innym. Winnetou z kolei jest sprowadzony do roli statysty. O ile w „Winnetou” May przy pomocy swojego alter ego – Old Shatterhanda przedstawia czytelnikowi dzieje wodza Apaczów Mescalero, zaś w „Old Surehandzie” dzieje także bohatera tytułowego, to w „Skarbie w Srebrnym Jeziorze” już bez niczyjej pomocy opisuje przygody ostatniego z wymyślonej przez siebie „Wielkiej Czwórki”. Mowa o Old Firehandzie. Karol May znalazł upodobanie w tworzeniu przydomków westmanów z przymiotnikiem „stary”, oznaczającego tutaj raczej „legendarny”, „doświadczony”, albo przybierającego formę rzeczownika. Czytelnik pamięta przecież „Old Wabble’a” czy „Old Deatha”. Czasami w tekście brzmi to śmiesznie, gdy któryś z białych zwraca się do naszego bohatera per „Mr Shatterhnad” czy „Mr Firehnad” – „Panie Grzmocąca Ręka”, „Panie Ognista Ręka”. To niezaprzeczalny urok powieści. Podział na dobrych i złych jest jasny jak słońce. Żaden z Indian, oprócz Apacza i obu Niedźwiedzi, nie dostąpił zaszczytu stania się bohaterem. Cóż, to jeszcze epoka literacka przed takimi książkami jak „Pochowaj me serce w Wounded Knee”, czy „Ishi: Człowiek dwóch światów”, które diametralnie zmienią postrzeganie Indian i Ameryki Północnej XIX. i początku XX. wieku. Ale dzięki temu od czytelnika nie wymaga się rozumienia kulturowo-historycznych niuansów. W książce jest dość prosto: Utah są tymi niedobrymi, Navajo to sprzymierzeńcy pozytywnych bohaterów. Żeby było kolorowo w opisywanych przygodach Karol May tworzy kilka wyrazistych postaci wodzów i wojowników. Pisarz jasno wartościuje uczynki. Wyraźnie rysuje postacie. Fabułę kreśli dość infantylnie. Czasami można dostrzec nielogiczności w jej nurcie. Nie ma to jednak wpływu na obraz Dzikiego Zachodu. Nie jest on cukierkowy, ponieważ autor nie ucieka od makabrycznych opisów mordów, walk, porwań, kradzieży, co było kwintesencją w XIX wieku pomiędzy Wschodnim a Zachodnim Wybrzeżem Ameryki Północnej. May stara się przywołać jak najbardziej realny wachlarz postaci mieszkających, włóczących się, polujących na tym obszarze: farmerów, ranczerów, pracowników kolei, trampów, rafterów, westmanów, Indian. Przygody stara się umieszczać wszędzie, gdzie, jego zdaniem, mogli dotrzeć, przebywać bohaterowie. Do znanych z poprzednich jego książek dorzuca w „Skarbie” parowiec płynący po Arkansasie.
  • Jerzy Lengauer 2011-08-01

    Mówiąc jednym zdaniem: Mrozi krew w żyłach

    Ten kryminał zasługuje na co najmniej przyzwoite czytanie. I chyba interpretacja krakowskiego aktora teatralnego i filmowego czyni zadość takim wymaganiom. Artur Dziurman, wykonując swoje lektorskie zlecenie, miał czterdzieści parę lat. I to słychać. I to jest zaleta! Głos lekko basowy, ale nie przytłumiony. Trochę, absolutnie nie nachalnie, nosowy, sugerujący coś w rodzaju dojrzałości artystycznej. Może się podobać. W moim przekonaniu świetnie wymawiający angielskie nazwy miejscowości, imiona i nazwiska. Nie jestem w stanie ocenić wyrazów niemieckich i francuskich, lecz nie przypominam sobie, żeby coś w wymowie raziło. To że czytanie jest niezwykle wyraźne, jest chyba zasługą odpowiedniej akcentacji i dostrzegania przez lektora znaków przystankowych, spójników, a nawet świetnego odczytywania partykuł i umiejętnego dzielenia zdań złożonych, co pewnie wynika z nauki właściwego oddychania w czasie czytania na głos, a to moim zdaniem rzadko się zdarza wśród lektorów. Mimo że wielokrotnie aktor musi oddać podniecenie, szybkość mówienia, zdenerwowanie, czy złość szczególnie u kobiet, i to młodych kobiet, tekst nie traci na wyrazistości. Słowa nie zlewają się ze sobą, słuchacz doskonale słyszy końcówki. Ten audiobook nie wymaga głośnego odtwarzania. Nie ma także nachalnej, nienaturalnej interpretacji głosów damskich i męskich. Chociaż mnogość postaci mogłaby zwabić lektora do słuchowiska radiowego, to jednak do końca zostajemy przy czytaniu książki przychylnie traktując zmiany tembru głosu przy wypowiedziach bardziej charakterystycznych postaci powieści.
  • Śmierć na Nilu
    • Śmierć na Nilu
    • Agatha Christie, Agata Christie
    • cena: 23,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 7 dni)

    Jerzy Lengauer 2011-08-01

    Mówiąc dwoma nazwiskami i spójnikiem: Race i Poirot

    Nie mogę pozbyć się wrażenia, że Agata Christie z pewnością tę powieść, a może i wszystkie swoje kryminalne powieści i opowiadania, zaczynała pisać od środka. Ten środek, czy może raczej punkt, jądro wypełniony zostaje przez rekwizyt, a tenże z kolei obłożony, otulony mniej znaczącymi przedmiotami czy zjawiskami, których funkcją jest jednak takie działanie, takie wywieranie wpływu na czytelnika, takie jego mylenie, żeby przez wiele stron powieści mógł czytelnik uważać za „punkt programu” co rusz to inne nagromadzone przez pisarkę rekwizyty. Jest to absolutnie zrozumiałe. W ten sposób autorka odwzorowuje rekonstruowanie przez śledczych popełnionej w rzeczywistości zbrodni: odczytywanie kolejnych tropów, odrzucanie mylnych śladów, składanie w całość elementów-rekwizytów kryminalnych puzzli. Gdybyśmy tak dla zabawy, dość mgliście, dość niejasno, wyobrazili sobie zdanie stanowiące kwintesencję tego kryminału, to z pewnością nasz rekwizyt stanowiłby w tym zdaniu dopełnienie. Teraz należałoby zacząć szukać podmiotu. To oczywiste, że bez niego się nie obejdziemy. Ale żeby kryminał był zajmujący, a zbrodnia i pozostałe wydarzenia niewydumane, a bliskie realiom, to podmiotów Christie wprowadziła mnóstwo. I one stanowią kolejną otulinę jądra ciemności, kolejną warstwę zakrywającą rozwiązanie zagadki. W tej warstwie rzecz jasna mamy coś w rodzaju węzełków, pętelek, jakby na kipu. To są informacje, czy punkty informacyjne, które pomagają czytelnikowi, gdy nie może poradzić sobie z układaniem kolejności wydarzeń i przypisywaniem ról kolejnym osobom. Za biurkami owych turystycznych punktów informacyjnych, bo przecież jesteśmy na wycieczce po Egipcie, po Nilu, siedzą Herkules Poirot i jeszcze przynajmniej ze dwie osoby, ale przyjemność odkrycia, kim one są należy pozostawić czytelnikowi. Podmioty krążą po kryminalnym kole, wypadają z kręgu podejrzeń, znowu wpadają. Autorka tworzy już na początku powieści ich numerus clausus, do czego doskonałą racją był pomysł wycieczki, która jest przecież z jednej strony zamkniętym miejscem dla jej uczestników, a z drugiej narażona, otwarta na bodźce z zewnątrz, tym samym kreująca jednocześnie ciasną, duszną atmosferę kręgu znanych sobie mniej lub bardziej osób, i wystawiona na niebezpieczeństwa pochodzące spoza tego kręgu, z takim ciągłym poczuciem zagrożenia. Po raz pierwszy autorka nacisnęła swoje pióro w tym najważniejszym punkcie fabuły, następnie prowadząc je po kolejnych kołach, warstwach. Zewnętrzna pętla zawiązana jest przez dwie postacie, pełniące funkcję, kogoś w rodzaju komentatorów rzeczywistości, wprowadzających czytelnika w fabułę, zapowiadaczy, odźwiernych, w końcu wypowiadających coś w rodzaju morału, przypieczętowujących zdarzenia, które mamy już za sobą.
  • Lektor
    • Lektor
    • Bernhard Schlink
    • cena: 28,49 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)

    Jerzy Lengauer 2011-06-01

    Jak masz na imię, Chłopczyku?   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Obraz powojennych Niemiec. Pozornie normalne życie, obejmujące uczuciowe dorastanie, naukę, rodzinę, studia, wejście w dorosłość, pokrywa cień tego, co zdarzyło się na tych ziemiach od czasu upadku Republiki Weimarskiej. To nie jest cień, który powoli nadszedł i pokrył swym bezmiarem rzeczywistość, nie dając szans na ucieczkę. Dostrzegamy raczej fruwające strzępy. Jak nieuprzątnięte resztki śmieci, w których już nie brodzimy po pachy, ale jeszcze depczemy po nich, budzą nasze obrzydzenie. Bohater to dorosły mężczyzna, prawnik, pisarz. I przynajmniej z tej racji możemy przypuszczać, że Michael Berg jest alter ego autora. 15-letni uczeń, nazywany przez Hannę „Chłopczykiem”, pewnie zafascynowany byłby każdą dojrzałą kobietą. Jednak to ta z jasnopopielatymi, długimi włosami i bladymi ramionami kobieta zawładnęła jego miłością i seksualnością. Historia jakich wiele w literaturze i w życiu. Oprócz jednego: Schlink decyduje się nadać 15-letniej miłości cechy dorosłości. Michael kocha jak mężczyzna. Na zewnątrz miłości jest uczniem. W uczuciu – rówieśnikiem Hanny. To trochę dziwne, bo odnosi się wrażenie, że atrybuty takiej miłości można przypisać tak samo mężczyźnie, jak i ledwo dojrzałemu chłopcu. Jeżeli zatem jesteśmy świadkiem banalnych uniesień, to czy także czeka nas trywialne ich zakończenie? Inaczej być nie mogło. Biorąc pod uwagę kilkadziesiąt stronic wcześniej nakreśloną historię Hanny Schmitz. Biorąc pod uwagę, że akcja powieści toczy się w powojennych Niemczech. Biorąc pod uwagę, że… miłość jest zazwyczaj tragiczna. Młoda, błękitnooka blondynka była kapo. Była zła, niedobra. Była częścią nazistowskiej machiny. Była maszyną w fabryce Holokaustu. Była oprawczynią. Była morderczynią? Gdzieś tam z okrucieństwa obozowego kapo, nadzorcy, pani życia i śmierci, poganiacza w „biegu śmierci”, strażniczki zaryglowanych drzwi do wolności, wyłania się piękna i czuła kochanka. To przewartościowuje słowa „wina” i „kara”. To plącze w kłębku wszystkie łączące ich nicie. Nawet tę najważniejszą. Bo nagle słowo „lektor” zaczyna brzmieć w uszach jak „niewolnik”, bez względu na to, czy jest to mundur obozowej kapo, czy tramwajowej konduktorki, bo przecież ona „lubi umundurowanie”. Okrutna jest każda machina, która mieli w swoim wnętrzu ludzkie życiorysy. Z tej machiny zwanej Trzecią Rzeszą Schlink wyciąga strzęp człowieka – Hannę Schmitz. Pokazuje ją czytelnikowi w kilku odsłonach. Najpierw widzimy ją na ulicy. Bez wyglądu, bez wieku. Pomocna, ale szorstka. Beznamiętna. Mogłaby zaraz zniknąć z fabuły. Z tego trywialnego kokonu wylatuje tajemniczy, fascynujący motyl, żeby przepaść wraz z nadejściem późnego lata, a wrócić jako zawzięty, twardy, żelazny symbol nazizmu, by w końcu przybrać postać postarzałej, zniszczonej, niemającej siły zadbać o siebie kobiety. W pytaniach o morale plącze się nie autor, ale czytelnik, gdy zdaje sobie sprawę, że nie można uciec od porównania traumy 15-letniego Michaela i traumy 21-letniej, niewykształconej, niepiśmiennej Hanny, ofiary faszyzmu. Stąd niedaleko już do rozważań o bezmyślnych wykonawcach rozkazów, wytresowanych nie tyle w czynieniu okrucieństwa, ale wychowanych przez Vaterland w nierozróżnianiu dobra i zła.
  • Lektor - książka audio na CD (format MP3)

    Jerzy Lengauer 2011-06-01

    Jak Ty masz właściwie na imię?   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Schlink żongluje uczuciami czytelnika. Gdy zdajemy sobie sprawę z tragedii Michaela, nagle każe nam pochylić głowę nad nieszczęściem Hanny. Rozrywa na strzępy jak nazistowska maszyna postać swojej bohaterki. Nurza je w fekaliach po hitlerowskich Niemczech. Zadaje pytania nie tyle o jej winę i karę, ale raczej o jej emocje, intelekt, zdolność do prawdziwych uczuć. Jak czyta powieść Krzysztof Banaszyk, aktor głównie teatralny i dubbingowy? Jak wybrnął z tego, że narratorem może być mężczyzna w niesprecyzowanym wieku? Czy daje się ponieść emocjom 15-latka, a potem modulować swój głos? Cóż, gdy nie wiadomo jak się zachować, należy zachować się przyzwoicie. I w tenże sposób czyta Krzysztof Banaszyk. Po prostu bardzo przyzwoicie. Może właśnie dlatego przyszło mi do głowy, że powieść mogłaby być autobiografią Schlinka? Bo aktor, chyba nie pozując, nie przybierając maniery, nie modulując głosem, czyta czysto i wyraźnie, jeżeli można tak powiedzieć – odautorsko. Jeżeli przyjąć, że Schlink napisał „Lektora”, mając około 50 lat, a Banaszyk czytał ją w wieku 40, to słuchacz otrzymuje przekaz, który nie musi grać emocjami, zmianami tonu i brzmienia. Dla mnie taki sposób czytania okazał się niezwykle ważny. Gdy autor gromadzi w tej krótkiej powieści tak dużo emocji, gdy fabułę rozciąga na okres wielu lat, lektor zachowuje taki sam nastrój, pozwalając słuchaczowi na własne jego korygowanie i grę wyobraźni. Nie kusi aktora wiek narratora, nie kuszą także inne postacie. Niezmiennie czyta jak beznamiętny narrator, alter ego pisarza. Szerzej o książce piszę w tekście na jej stronie.
  • Lato
    • Lato
    • Tove Jansson
    • cena: 22,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu 24 godz.)

    Jerzy Lengauer 2011-05-04

    Kraina, do której odchodzi Włóczykij; być może...

    Tak samo jak wszystkie opowieści o Muminkach, „Lato” zostało wydane przez Naszą Księgarnię. Wydawca nie odszedł od niezwykle pięknie zaprojektowanej przez Mirosława Tokarczyka okładki, której formuła nierozerwalnie łączy się z okładkami książek o Muminkach. Stronice zszyte, okładka twarda. Takie same jak w „Muminkach” kolory, format. Szata graficzna, kompozycja imienia i nazwiska autorki, tytułu stwarzają wrażenie, że jest to jedna z części „Muminków”. Zdaje się, że ilustracje są autorstwa pisarki. Czarno-białe, z tendencją do impresjonistycznego ukrywania szczegółów. Rzecz składa się z dwudziestu dwóch rozdziałów, dość luźno powiązanych ze sobą. Opowiadania dzieją się pewnego krótkiego lata. Fabuła zamknięta jest w klamrach, opisanych w początkowych zdaniach pierwszego i ostatniego rozdziału. Klamry co jakiś czas niezwykle się rozszerzają, nawet znikają. Czasami potrafi im umknąć cały rozdział. Sprawia to, że trzecioosobowy narrator ma możliwość opowiedzenia zdarzeń, historii pochodzących z innych pór roku, cofnięcia się w czasie, podpowiedzi czytelnikowi czegoś na temat bohaterów. W czyją rolę mógłby wejść narrator? Za dużego wyboru nie ma. Mała Sophia. Babka Sophii. Tata Sophii, będący jedynie rekwizytem dzieciństwa, chociaż wydaje się, że niewątpliwe ważnym i kochanym. Bardziej niż postacią jest emocją, uczuciem. Niezbędną metafizyką, ale zostawiającą trwały, materialny ślad w życiu dziecka i babki, co najbardziej widać w dwóch rozdziałach: „Szlafrok” i „Sztorm Sophii”. Poza tym trzy czy cztery postacie, wymieniające razem kilka, może kilkanaście krótkich zdań. Postacie, z których każda na scenę lata wchodzi tylko raz, nadając odpowiedniego rytmu jednej z opowieści i zaraz znikając z życia obu pań. O niektórych z nich wiemy, że owo pojawianie się i znikanie zdarzało się wcześniej, w czasie poza książką, i będzie nadal się zdarzało. Inne to tylko osobliwy przedmiot, rzecz, coś na podobieństwo patyka niesionego wartkim nurtem strumienia, przelotnym ptakiem, wartym uwagi, nawet opowieści, ale tylko raz. To może ta kraina, do której co roku odchodzi Włóczykij? Tak egzystencjalnie podobna do miejsc uwiecznionych przez Erica Rohmera albo Tadeusza Konwickiego. Miejsc, w których jedno zdanie, jedno słowo wyjaśnia wszystko, łagodzi napięcie jak lekka bryza. W tych miejscach nad Zatoką Fińską, kilku, może trzech, czterech, mała Sophia, albo mała Tove, uczy się żyć. Kłębek pytań o mrówkę, Boga, śmierć, kota, strachów, lęków, obruszania się, dziecięcych złośliwości, obrażania, budowania murów i ich burzenia. Nie bez kozery napisałem, że to mogłaby być kraina, do której podąża Włóczykij. Na stronie 195 jest prześliczny, rozdzierający serce rysunek. Ptaki na tle ogromnego słońca. Poniżej odwrócone plecami babcia i Sophia. Babcia w kapeluszu, oparta jedną ręką o laskę. Przypomina ilustrację ze strony 181 „Lata Muminków”, na której widzimy siedzących w trawie, odwróconych do nas plecami Muminka i Włóczykija, oczywiście w kapeluszu, tyle, że zamiast laski, trzymającego w tej samej, prawej ręce fajkę. Ale to nie wszystko, bo podobnych, nierozłącznych przyjaciół, równie niezwykle ważnych dla literatury, uwiecznił Ernest Shepard na ostatniej stronie „Chatki Puchatka”. Przypadek?
  • Spóźnieni kochankowie
    • Spóźnieni kochankowie
    • Wiliam Wharton
    • (towar niedostępny)

    Jerzy Lengauer 2011-05-04

    Tercet sztuk w literackiej dzielnicy Paryża

    Rzecz dzieje się w 1975 roku w Paryżu. Chociaż tunele pamięci dwojga bohaterów przenoszą czytelnika wstecz o kilka, kilkanaście a nawet kilkadziesiąt lat, to centrum wydarzeń mieści się tylko i wyłącznie w okolicach, czy wręcz na samym Placu Saint-Sulpice, kościołów Saint-Sulpice i Saint-Germain-des-Prés. Prawie, że w samym sercu literackiego Paryża. Dzięki temu powieść ogniskuje w swej treści kulturalny tercet, zbiera w sobie trzy najważniejsze sztuki: muzykę przez osobę Mirabelle’i, malarstwo dzięki Jacquesowi i właśnie literaturę przez umiejscowienie fabuły w tej mieszczańskiej dzielnicy elegancji. Tam właśnie historia zapłakała pewnego wojennego dnia, niszcząc na wiele lat szczęście rodzinne. Tam mała, a o zgrabnych, dziewczęcych nogach i delikatnej skórze 72-letnia Mirabelka doczekała się zerwania z powoli usychającego drzewka w z wolna chylącym się do odejścia w przeszłość sadzie. Ale zanim to nastąpi, ten przykryty nocą sad zamieni się w malarskie atelier, gdzie brodaty, półwieczny malarz zachwyci Paryż portretem w formacie 20F. Gdy za sprawą malarza życie Mirabelki nabierze kolorów, barwy, te emanacje sztuki malarskiej, zaczną przybierać także prozaiczne formy. Tam, gdzie świat osnuty jest ciemnością, gdzie dzień i noc, każdy fragment życia wyznaczają kościelne dzwony i uliczny ruch, gdzie najważniejszą ze sztuk jest muzyka, stół okryje się białym obrusem, który niejeden raz przywita déjeuner. W pokojach, w kuchni, w łazience znowu, bo kilkudziesięciu latach, zaświecą jasnym światłem żarówki. Ściany, pomalowane w wyśnione, wymarzone kolory, rozjaśnią słoneczne promienie, które wpadną przez umyte okienne szyby. Sypialnia Mirabelki, jakby kompletnie ignorując minione lata, jakby kpiąc ze współczesności i wieku tej właśnie przebudzonej królewny, odetchnie bielą i pastelą. Jak kwiat śliwy, jak jej owoc… Stawiając tamę alergicznemu konsumpcjonizmowi, który niszczy więzy rodzinne, który delikatny, czuły, pachnący tkliwością i tuleniem seks zamienia w rozwydrzone emocje, czyniące z kobiety drapieżnego wampa mijającego się z miłością gdzieś w drodze między kosztownymi boutique’ami a drażniącymi nos i kieszeń perfumeriami, Jack-John-Jean nie tyle, że doświadczył życia hippisa-kloszarda, co krok za krokiem uświadamiał sobie, iż okoliczności urodzenia i wychowania, predyspozycje, oraz wolność mogą zbiec się w jednym punkcie z odwagą i talentem, co zaowocuje nieoczekiwanym spotkaniem prostego chłopaka z Pensylwanii i niewidomej paryskiej damy.
  • Spóźnieni kochankowie - książka audio na CD (format mp3)

    Jerzy Lengauer 2011-05-04

    Paryski melodramat   (1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Dlaczego ta melodramatyczna opowieść niesie powiew świeżości? Bo zaprzecza wszystkiemu. Poczynając od tego, że nie śmiem, a nawet nie przyszło mi to do głowy, nazwać 72-letnią kobietę staruszką, a kończąc na tym, że Paryż został zamknięty nie w Luwrze, muzeach, Place du Tertre, Polach Elizejskich, czy Jardin de Luxembourg, ale w gołębiach i Poire William z zamkniętą w środku gruszką. Cały ten paryski świat jest właśnie jak stado gołębi, których zwyczaje opisuje tak ładnie Mirabelle, mówiąc, że ludzie mogliby się od nich uczyć żyć. Cóż ma na myśli to twierdząc? Że łączą się w pary na całe życie? Że zachowanie stada nie ulega zmianie, choć śmiercią i narodzinami natura obdarowała gołębie znacznie hojniej niż ludzi? Albo jest jak ta gruszka, której subtelna słodyczy może być równa tylko i wyłącznie delikatnemu sposobowi powstania likieru. Cóż mogę powiedzieć o wykonaniu Mirosława Kowalczyka? Dlaczego przychodzi mi do głowy tylko jedno zdanie, że to aktor w każdym calu? „Spóźnionych kochanków” czytałem wiele lat temu. I przed nimi i po nich poznałem całość pisarstwa Whartona. Głos, który kilkanaście dni temu po raz pierwszy usłyszałem w słuchawkach odtwarzacza mp3, był wyobrażonym głosem pisarza. Bez wątpienia, to ciągle ten sam narrator w pierwszej osobie. Głos o niezwykle jasnym tembrze. Głos, który utwierdza słuchacza, że każda z książek Whartona to wyprawa do miejsca, gdzie nie ma wyznaczonych granic między życiem a sztuką, magią a rzeczywistością. Wszystkie przymiotniki będące synonimami delikatności można by przyporządkować interpretacji dokonanej przez aktora. Owa wrażliwość, którą w „Spóźnionych kochankach” spotykamy, co krok, doskonale została oddana przez lektora. Mimo różnicy wieku obojga bohaterów, mimo różnicy płci, wszystko tu pasuje. Ani na moment ton czytającego nie staje się zbyt egzaltowany, płaczliwy, melodramatyczny. Oczywiście jest czuły, jest emocjonalny. Czułość Kowalczyk przekazuje czytając wolniej, ciszej. Gdy grają emocje, aktor przyśpiesza. W momentach, w których bohaterowie szepczą, lektor nie szepcze, ale tak gra, iż ten szept dudni nam w uszach uczuciami! Powiedziałbym, że Kowalczyk przeprowadza słuchacza przez książkę, jak matka czytająca dziecku pierwszą bajkę, tak umiejętnie, iż nie słyszymy w głosie płaczu, śmiechu, wściekłości, ale od razu potrafimy te uczucia sobie wyobrazić.
  • Jerzy Lengauer 2011-03-07

    Bez didaskalii

    Marcin Hycnar to jeden z najczęściej zatrudnianych aktorów dubbingowych młodego pokolenia. Nie dziwię się temu. Obecnie to artysta Teatru Narodowego w Warszawie i już to może służyć za rekomendację. Powiedzieć, że ma głos radiowy, za mało. To głos jasny, czysty. I gdy uda nam się w wyobraźni odpowiednio zinterpretować, przetłumaczyć owe przymioty, będziemy wiedzieli, że Hycnar nie musi się szczególnie wysilać, żeby czytana przez niego książka przykuwała naszą uwagę nie tylko interesującą treścią, fabułą, bo ten głos omota, oplącze i przyciągnie nie puszczając przez długie godziny z dźwiękowych objęć. A gdy późna noc, czy galopujące o poranku przed pracą minuty każą nam wyłączyć płytę, zdjąć z uszu słuchawki, schować odtwarzać do kieszeni, zatęsknimy. Oczekiwałem od początku w intonacji sensacji, podniecenia, jakiegoś podpuszczenia, jak chociażby u Hitchcocka, gdy na otwarcie otrzymujemy metaforyczne trzęsienie ziemi, a potem jest jeszcze ciekawiej, jeszcze bardziej intrygująco. Widownia otwiera oczy z przerażenia, podnosi dłonie do ust, wzdycha, zewsząd słychać tłumione okrzyki. W przypadku „Tragedii w trzech aktach”, wysłuchując pierwsze zdania, nie spadam z fotela, nie zatrzymuję kroku na ulicy. Nie cofam płyty, bo umknęło mi coś niezwykle ważnego. Hycnar zaczyna wyraźnie, wolno. Kompletnie bez emocji. Jakby czytał powieść obyczajową, i to jeszcze ze współcześnie dziejącą się akcją, bez wartych uwagi historycznych dekoracji. Jeżeli jednak ktoś zasiada do słuchania tego kryminału jak do świątecznego obiadu, jak do czegoś oczekiwanego, do czegoś, na co czekało się z przyjemnym podnieceniem, czemu chcemy poświęcić całą uwagę i koncentrację, to wśród nic nieznaczących nazwisk reżysera, asystentów reżysera, kostiumologa zwróci uwagę na pracownika odpowiadającego za światło na scenie. I wówczas będzie wiedział, że Agatha Christie nie napisała scenicznego dramatu, że Hycnar nie będzie czytał didaskalii, a akcja nie zamknie się w narzuconych przez „Sztukę poetycką” Nicolasa Boileau’a klamrach. Pomimo tego, że czytnik formatu mp3 pokaże pliki zapisane w trzech aktach. Dlaczego? Bo za światło na scenie tego angielskiego teatru odpowiada Herkules Poirot. Tyle o audiobooku. O książce papierowej w notce pod nią.
(Stron 9)

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Wszystkie zapowiedzi w Merlinie >>

Promocje - kupuj i oszczędzaj!