stały recenzent  Art 3

Wszystkie recenzje są subiektywne. W opiniach względem danego produktu nie mam zwyczaju krytykowania innych recenzentów za ich własne zdanie. Wszystkim odwiedzającym, życzę przyjemnej lektury.

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 774

  • The Future's What It Used To Be

    Art 2012-02-07

    Relikt lat 90 powraca przyzwoitym krążkiem

    Apollo 440 w latach 90 XX wieku, byli obok The Prodigy, The Chemical Brothers i Leftfield, sprawcami wielkiego, muzycznego boomu, gloryfikującego nowy styl oraz nową jakość w nieco ambitniejszej odmianie muzyki tanecznej, łączącej zarówno elementy techno, house, ambient z elektro-dubem. Brytyjski team przemycał również w inteligentny sposób typowo rockowe patenty. Z pewnością większość słuchaczy kojarzy klasyczny "Ain't Talkin' 'Bout Dub", powstały na kanwie rockowego klasyku Van Halen, "Ain't Talkin' 'Bout Love". Kolejnym dużym sukcesem okazał się rozpędzony "Krupa", będący intrygującym zestawieniem niemalże swingująco-trance'owego bitu z techno. "The Future's What It Used To Be", to kolejny dowód na modę lat 90 ale tylko i wyłącznie pod względem powrotów grup, które przeszły już dawno do lamusa. Jak okazuje się ani Underworld, ani The Prodigy i również Apollo 440, nie mają zamiaru odejść w zapomnienie. Jednakże w tym kontekście czymś zupełnie innym jest poziom samych produkcji, często nie dosięgający kompozycjom z dwóch minionych dekad. "Apollo 440 2012", jawi się jako najprawdziwsza "Odyseja kosmiczna", przenosząc słuchaczy w rejony dobrze znane, lecz nieco podrasowane cyfrową techniką brzmienia na miarę XXI wieku. W tym zestawie od razu daje po uszach hipnotyczny "A Deeper Dub", przypominający nieco klasyczny "Open Up" duetu Leftfield. Wykapane lata 90! Kompozycja jednak doskonale pasuje do stylistyki Apollo i jest jednym z kluczowych momentów "The Future's...", przy którym serce zaczyna bić mocniej. Dalej mamy nastrojowe "Love Is Evil", noszące jednak klimat na wskroś pokrewny Massive Attack. No i ta zgrabna solówka w finale. "Motorbootee" charakteryzuje się znów trance'owym motywem i całą ilością posklejanych sampli z różnych konwencji stylistycznych a "Traumarama", to zaś rzecz bardziej w kierunku krewkiego glam-rocka, podrasowanego całą feerią elektronicznych bajerów. Lecz zaskakujący finał "Music Don't Die", to kwintesencja wszystkiego z czym mieliśmy do czynienia przy okazji obcowania z tym krążkiem. Jednakże ten całkiem zgrabny album, nie jest kopalnią potencjalnych hitów dla szaleńców a zaledwie potwierdzeniem dobrej formy twórczej. Apollo 440, podobnie jak w/w koleżeństwo z branży, nie bardzo potrafi odnaleźć się w nowej muzyce i w nowych brzmieniach. Niestety to, co zostało powiedziane w bardziej wiarygodny sposób w połowie lat 90, dziś urasta do rangi swoistej ciekawostki a nowa produkcja legendarnych dinozaurów sprzed dwóch dekad, wywołuje momentami pobłażliwy uśmiech na twarzy.
  • The Singles
    • The Singles
    • Goldfrapp
    • cena: 45,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu 24 godz.)

    Art 2012-02-05

    Alison Goldfrapp - niekoronowaną królową elektro-popu

    Uwielbiam twórczość brytyjskiego Goldfrapp! Rytmiczne, pełne niepospolitej prostoty piosenki o przebojowo-alternatywnym charakterze. No i oczywiście względnie niebanalne melodie. Wiadomo, ikoną duetu jest oczywiście piękna Alison, dyponująca może głosem niezbyt mocnym, co z lekka dziewczęcym, który nota bene doskonale podkreśla muzykę Goldfrapp. Niezbyt wyszukany tytuł "The Singles" sygnalizuje, że mamy do czynienia z retrospekcją singlowych klasyków muzyki popularnej XXI wieku. A duet od 2000 roku, czyli od wydania ezoterycznego debiutu "Felt Mountain", dorobił się jeszcze czterech krążków, łączących balladowe konwencje z czasów Marleny Dietrich z nowoczesną produkcją z pod znaku kłującego elektro-popu. Wyjątkiem w twórczości duetu jest album "Seventh Tree", stanowiący kolaż bardziej tradycyjnych melodii i aranżacyjnych manipulacji rodem z psychodelicznego popu, czasem niemalże w klimacie żabojadów z Air. Niestety na nic zdały się ambicje stworzenia bardziej ambitnego oblicza Goldfrapp, tym bardziej w kontekście takich parkietowych pocisków jak "Train" czy "Strict Machine". Ale "The Singles", to przede wszystkim dwie całkiem premierowe kompozycje. Pierwsza "Yellow Hello", mogłaby spokojnie znaleźć się na ostatnim krążku "Head First" a fantazyjna melodia tej pieśni przynosi powiew wiosennego powietrza. Druga propozycja "Melancholy Sky", to znów oniryczna, popowa ballada w której elektroniczne plamy i subtelne tło budują aranżacyjną bazę. Jednakże jako całość pod względem melodycznym, utwór wypada blado i ma się nijak do poziomu znanych hitów duetu. Dla wielbicieli i oddanych fanów Goldfrapp, ten składak będzie fantastycznym odświeżeniem małej części najnowszej historii muzyki popularnej.
  • Lisa Stansfield [Remastered]

    Art 2012-01-15

    Soulowy, elegancki vintage

    Lisa Stansfield na początku lat 90, była zjawiskiem scenicznym. Debiutancki album brytyjskiej artystki pt, "Affection" (1989)skrojony niemalże w całości przez klubowy duet Coldcut, stał się spektakularnym sukcesem i do dzisiejszego dnia niezapomniane przeboje z tegoż krążka (min. "All Around The World", "This Is The Right Time") są chętnie grane na falach radiowego eteru. I w tym momencie możnaby zakończyć pasmo peanów, które spłynęło wówczas na Lisę. Kolejne albumy, jak dojrzały "Real Love" (1991) a tym bardziej stonowany "So Natural" (1993), nie powtórzyły sukcesów wspomnianego "Affection". Również czwarty z kolei krążek pt, "Lisa Stansfield" wydany w 1997 roku oprócz funkującego hitu "The Real Thing" (zaaranżowanego wyraźnie w duchu "Fastlove", George'a Michaela) , właściwie przeszedł bez większego echa w muzycznym światku. Na próżno dziś rozpamiętywać niepowodzenia sceniczne Stansfield, zwłaszcza w obliczu tak bardzo dobrego krążka. A mamy tutaj fantastyczną, elegancką oraz niezwykle miękką dawkę popu, soulu, funky oraz tradycyjnych ballad. Wszystko zmiksowane w jednorodną, bardzo stylową całość. Kołyszące rytmy z "pudełka" zachęcają do tańca. Czarny, rozsoulowany głos Stansfield i jej ekstatyczne interpretacje, to jak zwykle popis wokalnych umiejętności i obojętnie czy jest to, klasyk Barrego White'a czy emocjonalne pościelówki w rodzaju "Suzanne" i "I'm Leavin", tudzież tłuste funky jak się patrzy, ("The Line"). Wytworne, aranżacyjne smaczki oraz niebanalne melodie sprawiają, iż album nawet po latach od premiery nie sprawia wrażenia kolejnej szklanki zwietrzałego piwa.
  • Older
    • Older
    • George Michael
    • cena: 49,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 7 dni)

    Art 2012-01-15

    Szczere emocje w popowym fasonie

    Osobiście cenię i szanuję George'a Michaela jako artystę wszechstronnego i to obojętnie czy były to, występy pod szyldem "Wham!", czy też solowa kariera. Swoją pozycję umocnił również poprzez znakomitą interpretację "Somebody To Love" z repertuaru Queen, jak i również poprzez pamiętne duety z tuzami muzyki popularnej min. z Arethą Franklin oraz z Eltonem Johnem. "Older" z 1996 roku, trzeci z kolei album Michaela, to obok debiutanckiego krążka pt, "Faith" (1987), zdecydowanie jedno z najlepszych wydawnictw jakie wyszły spod kompozytorskiej ręki mistrza. Oczywiście premiera "Older" zbiegła się niefortunnie ze słynnym comingoutem George'a, który poprzez treść tegoż albumu, funduje nam cały bagaż doświadczeń i szczere emocje z najwyższej półki. A wszystko to ubiera w popowy fason, skrojony na miarę drugiej połowy lat 90. Otrzymujemy zatem poruszające wyznanie w przepięknej balladzie "Jesus To A Child" i osobiste wynużenia w tytułowej, pop-jazzowej kompozycji. Ogniste funky, podszyte mięsistym bitem i screatchingami dostajemy w przebojowym "Fastlove" oraz w równie udanym, nieco wodewilowym "Spinnig The Wheel". Zmysłowy "The Strangest Thing", kołysze leniwym bitem, podczas gdy "Move On" swinguje na całego a futurystyczny soul w "Star People", łaskocze podskórnie do właściwie do dzisiejszego dnia. Wszystko to, co słyszymy w ramach płyty "Older" intryguje, fascynuje, wzrusza i porusza. Przede wszystkim mamy tutaj okrągłe kilogramy emocji, odpowiednio wyważone tony niedopowiedzenia i popis doskanałego, jedynego w swoim rodzaju głosu o czarnej barwie, stwarzającego wespół z muzyką, wyrafinowany klimat. Po prostu creme de la creme!
  • Don't Explain
    • Don't Explain
    • Joe Bonamassa, Beth Hart
    • cena: 55,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu 24 godz.)

    Art 2011-12-28

    Stylowy blues-rock z przydrożnej knajpy

    Zaskakujący album "Don't Explain", to przede wszystkim zgrany duet, dwóch wybitnych postaci w szeroko pojętej muzyce z kręgu bluesa, rocka i jazzu. Beth Hart i Joe Bonamassa, bohaterowie tegoż albumu, którzy nie mają zwyczaju rozmieniania się na drobne i stawiają na konkretne opracowania klasycznych utworów z repertuaru innych wykonawców. Intrygującemu duetowi, towarzyszą jednak bardzo różne pomysły oraz inspiracje skłaniające się a to w kierunku Led Zeppelin, ("For My Friends") a innym razem otrzymujemy wyrafinowany soul, podlany barowym bluesem, ("Don't Explain"). Beth Heart - pierwszoplanowy głos tegoż albumu, mocny, zdecydowany, pełen żaru, wokalnej ekspresji, przekazujący odpowiedni wachlarz emocji. Gdy trzeba, śpiew wokalistki nabiera gardłowego manieryzmu, charakterystycznego dla bluesowych dam sprzed kilku dekad, ("Sinner's Prayer") a gdy trzeba wrzucić na luz i poddać się bardziej zrywnej, niemalże wodewilowej melodii, to mamy gwarancję stuprocentowego, lecz kontrolowanego wytchnienia, ("Chocolate Jesus"). Zaskakującym pozostaje jednak fakt, iż czasem sposób śpiewania Beth Hart, przywodzi na myśl interpretacje... Amy Winehouse! Jednakże nie ma w tym nic dziwnego, gdyż naturalnym jest fakt czerpania inspiracji gatunkowych przez obie wykonawczynie z podobnych źródeł. Takie pokrewieństwo ze śpiewem już niestety legendarnej Winehouse, mogą przywodzić na myśl fragmenty w rodzaju wspomnianego, tytułowego utworu, tudzież "I'd Rather Go Blind". Ale jest jeszcze fantastyczny Bonamassa, bluesman młodego pokolenia, serwujący kapitalne solówki, lecz wnikliwy słuchacz od razu wyłapie, iż to nie on jest wiodącym ogniwem płyty. Czasem mamy nieodparte wrażenie, iż gra i popisy gitarowe Joe, są nieco schowane za dominującym głosem i osobowością artystyczną Hart, lecz być może dobór samych kompozycji nie pozwala rozwinąć do końca skrzydeł zdolnego gitarzysty. Na finał pozostaje jedynie mała refleksja niżej podpisanego, iż "Don't Explain", gwarantuje emocje najwyższego kalibru, zarezerwowane (ku osobistemu zdziwieniu) dla szerokiego a już z pewnością dla muzycznie ambitnego odbiorcy.
  • Snapshots
    • Snapshots
    • Kim Wilde
    • cena: 38,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 7 dni)

    Art 2011-12-14

    Muzyczny patchwork z coverów   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Kim Wilde, może być autorytetem niemalże dla każdego fana, darzącego niekłamanym uwielbieniem pop-rockowe klimaty. A jakże inaczej. Po zeszłorocznej, bardzo dobrej płycie "Come Out And Play", przyszedł czas na całkiem nowe wydawnictwo. Tym razem mamy do czynienia z albumem wypełnionym w całości kompozycjami pochodzącymi z obcego repertuaru. "Snapshots", to przekrój przez blisko pięć ostatnich dekad muzycznych, a więc jak nietrudno się domyślić, mamy tutaj do czynienia niekiedy z zastanawiającym, tudzież bardzo kontrowersyjnym wyborem. Mianowicie, utwory East 17 i The Cure, mkną na równych prawach na tanecznych rytmach i są podrasowane modernistyczną produkcją a'la współczesny clubbing. Koszmar! Hit Sugababes, "About You Now" niewiele wnosi do całosci krążka a nieco rozkojarzona wersja klasyku Tasmin Archer, "Sleeping Satellite" również nie porywa podobnie z resztą jak "Wonderful Life", Blacka. Po prostu artyści oryginalnie wykonujący te piosenki, odcisnęli w nich ogrom swojej osobowości i pierwotne wersje tych kompozycji do dziś brzmią atrakcyjnie. Już lepiej, gdy Kim zabiera się za rzeczy mniej osłuchane a z pewnością zapomniane. "Remember Me", Diany Ross przypomina nieco opracowanie słynnego klasyku "You Keep Hangin' On" a znakomite "Anyone Who Had A Heart" Cilli Black, to jeszcze jedna wspaniała ballada na muzycznej mapie Kim Wilde. Nie brak również w ramach krążka "Snapshots" post-rockowych inklinacji Wilde jak chociażby fantastyczne wykonanie "Beautiful One's", Suede albo rockowe "Ever Fallen In Love" grupy Buzzcocks, które brzmi niemalże jak jeszcze jeden kawałek wyjęty z ostatniego albumu Kim. Na uwagę zasługuje również "Kooks" mistrza Davida Bowie, mogące kojarzyć się z niegdysiejszym hitem jasnowłosej wokalistki "Love Blonde". I trochę szkoda, że dopiero pod koniec albumu serce zaczyna bić mocniej, bo niestety brzmienie i baza aranżacyjna "Snapshots", została sprowadzona właściwie do mainstreamowej elektroniki oraz plastikowej produkcji, nie dającej Kim Wilde pola manewru dla jej wspaniałego głosu. Wszystko nazbyt asekuracyjne, przesadnie ułożone i pozbawione jeszcze niedawnej energii. W przypadku wykonawczyni tego kalibru, to zmaza na jej artystycznym wizerunku.
  • Torches [Jewelcase]

    Art 2011-12-14

    Lekkie wibracje z ambicjami

    "Torches", w wolnym tłumaczeniu znaczy "Pochodnie". I myślę sobie, że napewno jak narazie nie pochodnia ale całkiem wyraziste światełko w tunelu, rokuje amerykańskiemu Foster The People na przyszłość. Bo chłopaki mają multum pomysłów na swoją wizję muzyczną i nie wstydzą się swoich jakże dosadnych inspiracji (min. Cut Copy, Friendly Fires, MGMT no i Empire Of The Sun). Z drugiej jednak strony pomysły w/w kolegów z branży, brzmią jak narazie atrakcyjniej od propozycji Foster The People. Jednak sporym przebojem po obu stronach Atlantyku okazał się doskonały "Pumped Up Kicks", utwór tkwiący zarówno w tradycjach new-wave jak i w korzeniach młodzieżowej muzyki przełomu lat 60 i 70. Ale jest jeszcze kapitalnie rozkręcający się "Helena Beat" z melodycznym refrenem i bezpretensjonalne "Waste", "Call It What You Want" oraz równie hitowe "I Would Do Anything For You". Trochę rwanych bitów spod znaku Friendly Fires otrzymujemy w "Houdini" a finałowe "Warrant", to jakże rozkoszna krzyżówka New Order z Cut Copy. Nic, tylko słuchać, śpiewać i tańczyć gdyż, to niezwykle optymistyczna muzyka, nie pozbawiona twórczych ambicji i przyzwoicie kontrolowanego wstrząsu. I mam nadzieję, że jeszcze wszystko przed bohaterami omawianej płyty. Obym się nie mylił.
  • 50 Words For Snow [Digibook]

    Art 2011-11-22

    Po stronie najzimniejszej z pór   (4 z 8 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Jak widać Kate Bush może zaliczyć 2011 rok, do najbardziej płodnych, w swojej artstycznej karierze. Najpierw wydany w maju krążek "Director's Cut" a teraz możemy się delektować całkiem nowym wydawnictwem, ukrytym pod zagadkowym tytułem "50 Words For Snow". Powiem od razu, że jest to kolejny konceptualny album Kate Bush, zawierający tym razem trudną w odbiorze, introwertyczną muzykę, która wynika z poprzednich doświadczeń artystycznych Bush. To przede wszystkim długie, nieco mroczne kompozycje, gdzie chłodne brzmienie fortepianu nadaje ton całej muzyce. Już otwierający to wydawnictwo utwór "Snowflakes", nadaje odpowiedni ton i kreuje niejako obraz całej płyty. Ulotne akordy fortepianu, w tle subtelne, elektroniczne manipulacje i rzucane jakby w nocną przestrzeń, słowa i metafory. No i jeszcze ten głos znów unoszący się gdzieś wysoko, wysoko... Bez trudu można sobie wyobrazić zakuty w mróz i śnieg las oraz najciemniejszą z nocy. Podobny w klimacie "Lake Tahoe", wzbogacony jest niemalże klezmerskim chórkiem a bardziej zrywne "Wild Man" i duszne, mroczne, podane na niby plemiennym rytmie tytulowe "50 Words For Snow", wprowadzają w ziejące chłodem ramy albumu, nieco więcej ożywienia. Ale jest jeszcze jakby deliktanie improwizowane "Misty", no i jeszcze refleksyjno-mgliste "Snow In At Wheeler Street", zaśpiewane w duecie z jak zwykle znakomitym Eltonem Johnem. Całość materiału spaja przepiękny, emocjonalny finał w postaci ulotnego "Among Angels". I to właściwie wszystko. To trudna w odbiorze muzyka, gdzie zakute piękno wyłania się spod grubej płachty śniegu. Mroczny oraz nieco oniryczny charakter poszczególnych fragmentów, stwarza po raz kolejny dzieło warte poznania i odkrywania, zupełnie jakby ta zima, miałaby być jeszcze zimniejszą. Polecam ten album wymagającym słuchaczom.
  • Ceremonials
    • Ceremonials
    • Florence & The Machine
    • cena: 50,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu 24 godz.)

    Art 2011-11-07

    Mistrzyni ceremonii   (0 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Perfekcyjny profesjonalizm. Wciąż rosnące ambicje. Multum inspiracji. Twórcza wyobraźnia. Niepowtarzalna zdolność do pisania pięknych piosenek. Rozmach brzmieniowo-aranżacyjny, no i towarzysząca myśl podczas kolejnego odsłuchu, że tak dobra oraz intrygująca muzyka może powstać w dobie wszechobecnego kiczu, artystycznego manieryzmu, tudzież popularnego uwielbienia dla wszelakiej maści celebrytów, którzy więcej gadają, niż robią. A Flora wyróżnia się pracowitością i to należy bez watpienia dostrzec i docenić, gdyż "Ceremonials", to krążek na którym dzieje się bardzo wiele, a peany po wysłuchaniu tychże utworów, wprost same pchają się na usta. Rudowłosa Florence, kombinuje z wachlarzem przeróżnych stylistyk, lecz w żadnym utworze nie mamy wrażenia przeładowania formy i treści. Kompozycje z "Ceremonials", to delikatne wyprostowanie stylu, większa czytelność przekazu oraz bardzo równy poziom. Rockowe akordy sąsiadują tutaj z avant-popowymi manipulacjami, wyraźnie w klimacie Kate Bush, a ekspresja wokalna Flory wprost powala różnorodnością interpretacji. Tak więc wielogatunkowość, to również na drugim krążku brytyjskiej artystki, chleb powszedni. Obok singlowego, nieco skandowanego "Shake It Out" czy też obok bardziej mrocznych "Only If For A Night" i "Spectrum" na szczególne wyróżnienie zasługuje chłodne, hipnotyzujące "Seven Devils", przypominające nieco introwertyczną atmosferę nagrań Portishead a także nokturnowe, niepokojące "What The Water Gave Me", przeradzające się w finale w post-rockowy hymn. Ale to nie koniec, bo prosta, aczkolwiek niebanalna ballada "Never Let Me Go", czaruje fantazyjną melodią i nieco patetycznym nastrojem a kolejny numer "Breaking Down", to subtelny ukłon w stronę Goldfrapp, lecz zmiękczony smykami i nieco retrowatą atmosferą. To jakże bezpretensjonalna odskocznia od dusznej i nieco mrocznej całości, która z małymi przebłyskami nie opuszcza nas aż do finału płyty. Polecam wszystkim, którzy doceniają prawdziwą muzykę na wysokim poziomie.
  • Noel Gallagher's High Flying Birds [Polska cena]

    Art 2011-11-07

    Nie ma już Oasis, ale jest Noel Gallagher

    Starszy z braci Gallagherów Noel, nie spoczął na laurach i postanowił pewnego dnia, że stworzy całkiem niezłe muzyczne cacko, dając upust swoim artystycznym ambicjom. A że Noel ma się dobrze i nie wyszedł z formy po zawieszeniu działalności przez Oasis, świadczy krążek "Noel Gallagher's High Flying Bird's". To właśnie tutaj spotykają się doskonale psychodeliczne, post-oasisowe zgrzyty w rodzaju "Dream On" zestawione z utworami o nieco nowo-falowym charakterze, ("Everybody's On The Run", "AKA... What A Life"). Oczywiście nie zabrakło fantastycznych ballad z których na czele wybija się również oasisowa "If I Had A Gun". Oczywiście o pościelówach nie ma mowy a Noel w niemalże każdym fragmencie albumu podkreśla, że jest nadzwyczaj zdolnym i utalentowanym wokalistą oraz (ma się rozumieć) sprawnym kompozytorem. Nie ukrywam, że czasem przydałoby się trochę więcej czadowego, hałaśliwego grania i że czasem ogarnia nas tesknota za wygórowanym poziomem klasycznego już krążka Oasis, "What's The Story Morning Glory". Jednakże genialny Noel Gallagher stylistycznie jest tutaj najbliżej muzycznej konwencji, znanej z albumu "Standing On The Shoulder Of Giants", płyty Oasis z 2000 roku. Ale nie ma tutaj odcinania kuponów, ani kopiowania stylu macierzystej grupy. Gallagher w odróżnieniu od muzycznych poczynań swojego pyskatego brata, stara się wypracować swój własny styl muzyczny, tkwiący w niemalże mccartneyowskiej melodyce, połączonej z eleganckimi aranżacjami, ("AKA... Broken Arrow", "(Stranded On) The Wrong Beach"). Nie jest to specjalnie odkrywczy album, lecz artystyczna wiarygodność starszego Gallaghera jest niezachwiana i na dodatek podkreślona prawdziwie kunsztownymi piosenkami.
(Stron 78)

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Wszystkie zapowiedzi w Merlinie >>

Promocje - kupuj i oszczędzaj!