Adam Świętek
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 66
-
- Gun
- (towar niedostępny)
Adam Świętek 2007-09-30
W krainie westernu
Efektowne pościgi, strzelaniny, kowboje, Indianie na wojennej ścieżce i opustoszałe saloony - to przede wszystkim z tych puzzli, składa się nasze wyobrażenie na temat Dzikiego Zachodu. I choć jest to obraz nieco zdeformowany i przelukrowany, to w jakimś sensie egzemplifikuje klimat i tło historyczne tamtego okresu. Programiści z Neversoft, oddają do dyspozycji graczy świat Dzikiego Zachodu z całym dobrodziejstwem inwentarza. Jako młody kowboj Colton White, podróżujemy po krainie Westernu, mszcząc zabitego ojca. Wchodzimy w spółki z wszelakiej maści szubrawcami i ludźmi o marnej reputacji. Nierzadko zrywamy z nimi koalicję w chwili ukończenia misji, a oni sami stają się dla nas śmiertelnymi wrogami. Przyjdzie nam się zmierzyć z hordami łotrów, nieustannie dybiących na nasze kowbojskie życie, których poczęstujemy amunicją z koltów, winchesterów i innych rodzajów broni. A gdy już się wystrzelamy do ostatniego pocisku, zawsze pozostaje nóż. Za środki lokomocji, posłużą nam nie tylko własne nogi, ale też okazałe rumaki, dyliżansy, słynna kolej żelazna, a nawet statki i barki. Gra nie zanudza, imponuje dynamiką, zmiennością sytuacji i brawurowymi scenami batalistycznymi. Szczególnie efektownie wyglądają potyczki na pełnej szybkości, z użyciem dyliżansów oraz pościgi konne. Należy też pochwalić autorów za staranne oddanie architektury oraz rozwoju techniki tamtych czasów. Oprócz warstwy czysto rozrywkowej bowiem, gra pełni też funkcję edukacyjną, przybliżając realia Ameryki przełomu XIX i XX wieku. Częstym oskarżeniem, rzucanym pod adresem tego typu przygodówek, jest możliwość ich ukończenia po ledwie kilku godzinach zabawy. W tym przypadku jest inaczej - całkowite wyczerpanie fabuły i dotarcie do finiszu gry, zajmie nam długie dni, wyciskające z nas siódme poty. Przyjdą też chwile zmęczenia, rezygnacji, chęci zrzucenia kowbojskiego kapelusza i zamiany gry na lżejszą, np. pasjansa. Faktem jest niestety przeszarżowanie poziomu trudności w niektórych momentach. Szczególnie ma to miejsce wtedy, gdy rozprawiamy się z tzw. bossami, czyli wyjątkowo odpornymi przeciwnikami, których pokonanie zwieńcza pewien etap gry. Ładowanie po raz sto dwudziesty drugi tej samej lokacji, naprawdę może doprowadzić do szewskiej pasji (w tym przypadku kowbojskiej). Oprócz zadań wchodzących w skład głównej osi fabuły, twórcy przygotowali też wiele misji dodatkowych, dzięki którym zyskujemy prestiż, pieniądze i nowe rodzaje broni. Wszystkie lokacje mieszczą się w obrębie jednego stanu i niemal w dowolnej chwili możemy galopem udać się w stronę wybranego miasteczka. Częste porównania "Gun" do serii "Grand Theft Auto" są więc jak najbardziej na miejscu. Zdecydowanie warto pochylić się nad tą produkcją. Warto zachłysnąć się odrobiną wolności, podziwiać zachód słońca pędząc na rumaku wśród pustynnych bezdroży i wczuć w rolę samotnego kowboja, wymierzającego sprawiedliwość w zepsutych miasteczkach Dzikiego Zachodu. -
- Komórka
- David R. Ellis
- cena: 19,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 14 dni )
Adam Świętek 2007-09-23
Po obu stronach telefonu (2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Uprowadzona kobieta zostaje uwięziona na strychu kryjówki przestępców. Tam szczęśliwie znajduje telefon, z którego metodą losowania, wykręca numer do "kogokolwiek". A tym kimś, okazuje się chłopak o imieniu Ryan (Chris Evans), który rozpoczyna walkę z czasem, by uwolnić nieznajomą. W grę wchodzi życie kobiety i jej nastoletniego syna, poczucie obowiązku bohatera oraz ciemne interesy policji z Los Angeles. "Komórka" to jeden z tych filmów, gdzie każda scena przynosi zwrot akcji o co najmniej 120 stopni, więc zdradzając zbyt dużo treści, przebijałbym kolejne baloniki, wypełnione przyjemnością płynącą z oglądania. Dlatego też oszczędnie zagospodarowałem objętość streszczenia. Mogę za to powiedzieć, że film ogląda się miodnie, a momentami na bezdechu. Każda scena napędza kolejną, a akcja dzieje się zbyt szybko, by można było na chwilę odsapnąć. Obraz jest też niezwykle efektowny: pościgi, strzelaniny, eksplozje - tym wszystkim nasycona jest fabuła. Momentami wykrzykniemy z pewnością: "akurat!", mając na myśli skrajną nierealność niektórych sytuacji. Tak to już jest jednak w filmach sensacyjnych, że cenę za efekciarstwo płaci się przerysowaniem konwencji i lukami w fabule. Występuje klasyczny podział na dobrych bohaterów i czarne charaktery - przysłowiowych łajdaków. W gestii widza pozostaje wybór, komu postanowi kibicować. Część akcji rozgrywa się w realu, a część w nadajnikach telefonów. To właśnie komórki są spoiwem wszystkich wydarzeń. Główny bohater zmienia je jak rękawiczki, albo jak... komórki. Są jedyną możliwością utrzymania kontaktu z zagrożoną kobietą. Widzimy jak bohaterowie "biorą się za bary" z własną osobowością - Ryan musi przeistoczyć się z roztargnionego młodzieńca w super-bohatera, natomiast jeden z policjantów zrozumieć, jak bardzo był manipulowany i w miarę możliwości, zadośćuczynić własnemu sumieniu oraz ludziom, którzy znaleźli się w niebezpieczeństwie. Najsłabszą stroną produkcji, jest rola porwanej Jessici Martin (Kim Basinger), która przez 70% filmu, nieumiejętnie udaje skrajne przerażenie, a sama wygląda nieco plastikowo. Ale nawet ona, nie jest w stanie zatrzeć pozytywnego wrażenia jakie pozostanie w naszej świadomości. Film nie wymaga co prawda wzmożonego wysiłku intelektualnego, ale dostarcza sporo rozrywki, w postaci wartkiej akcji i nietuzinkowego scenariusza, w rytm którego, akcja rozpędza się do szybkości pędzącego bolidu. Ponad półtorej godziny spędzone na projekcji filmu, mija w oka mgnieniu. Pozostaje mi tylko zachęcić do obejrzenia i wystosować apel o nieodbieranie telefonu od nieznajomego, bowiem może to oznaczać poważne tarapaty. A jakie konkretnie - o tym przekonamy się w filmie. -
- Fahrenheit 9.11
- Micheal Moore
- cena: 18,55 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Adam Świętek 2007-09-16
Stricte propagandowy przekaz (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
"Nieważne kto głosuje, ważne kto liczy głosy" - ta maksyma jest chyba najlepszym komentarzem do sposobu, w jaki według Michaela Moore'a, George D. Bush został prezydentem USA. Miało do tego dojść w wyniku fałszerstw i manipulacji wyborczych. Objęcie tej funkcji przyniosło Ameryce wiele zła, głównie ze względu na powiązania finansowe prezydenckiej administracji z niesławną rodziną Bin Ladenów. Autor daje do zrozumienia, że niemała część podejmowanych decyzji, wynikała nie tyle z interesu państwa, co prywatnego interesu firm przemysłu zbrojeniowego i paliwowego. Decyzją o najcięższym kalibrze był oczywiście atak na Irak. Od kilku lat mamy do czynienia z grą na styku polityki i biznesu, której stawką są miliardy dolarów. Na szali kładzione jest przy okazji życie setek żołnierzy, uczestniczących w walkach zbrojnych, zwykłych cywilów i tragicznych historii, będących wynikiem okrucieństwa wojny. Do takiej wizji współczesnej amerykańskiej polityki stara się przynajmniej przekonać autor. W żadnym z kadrów tego filmu Michael Moore nie ukrywa, jakie odczucia żywi w stosunku do Georga W. Busha - przodują wściekła nienawiść i odraza. Wyznaje on spiskową teorię dziejów, według której poddawani jesteśmy zbiorowej psychozie i manipulacji, prawda zaś ukryta jest głęboko wśród pól naftowych. Saudyjscy szejkowie prowadzą z klanem Bushów interesy, których celem nie jest szeroko pojęta racja stanu, a wyłącznie powiększanie własnej fortuny. Problem z tym filmem jest taki, że widz nie jest w stanie w żaden sposób zweryfikować "faktów" ujawnionych w kolejnych scenach. Zasypani zostaniemy bowiem mnóstwem tajnych dokumentów, umów handlowych, postaci, o których istnieniu wie chyba tylko sam autor. Historia opowiadana przez narratora głosem o klimacie przypominającym czarnoksiężnika Gandalfa z "Władcy Pierścieni" to na pozór doskonale zmontowana układanka. Nie wiemy tylko czy jej składowe nie zostały dobrane w sposób stronniczy i wybiórczy. Czy w procesie oszczędnego gospodarowania prawdą nie pominięto niewygodnych informacji? Czy dotrzymana została zasada rzetelności i dziennikarskiego obiektywizmu? Wpatrując się w końcowe napisy, dalej nie wiemy czy obraz ma pełnić tylko funkcję tuby propagandowej wymierzonej w administrację Busha, a może to raczej szokująca historia o powiązaniach biznesu z polityką, w których imię rozpętuje się wojnę. To co oglądamy to jednostronny, propagandowy przekaz, zupełnie nieuwzględniający racji drugiej strony. Jest jeszcze bardziej stronniczy niż ta recenzja. Wszystkie te zarzuty nakazują zaliczyć film do kategorii - paradokumentalne. Nawet jeśli Moore miał dobre intencje i nawet jeśli spora część fabuły ma odzwierciedlenie w rzeczywistości, to napastliwość, tendencyjność i nieustanna nagonka na rodzinę Bushów, nie pozwalają odbierać tego przekazu najzupełniej poważnie. Mimo wszystko warto obejrzeć, po pierwsze, by wyrobić sobie własne zdanie, po drugie, by zobaczyć jak robi się czystą propagandę. -
- Monstrualna erudycja. Magia iluzji
- (towar niedostępny)
Adam Świętek 2007-09-08
Wycieczka do muzeum iluzji (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
"Magia Iluzji" to jedna z nielicznych pozycji na polskim rynku wydawniczym traktująca o tej jakże pięknej i trochę zapomnianej sztuce. Czytając książkę, miałem wrażenie bycia małym chłopcem, którego ojciec zabrał do muzeum, by pokazać mu mnóstwo pięknych eksponatów. Zaczyna od najbardziej pierwotnych przedmiotów, a kończy na wyrafinowanych cudach współczesnej techniki. Wie dobrze, że ze względu na wiek, nie zrozumiem złożonych mechanizmów, dlatego skupia się na ogólnych opisach. Z tego też powodu, nie zaprząta mi głowy detalami, nazwiskami konstruktorów czy innymi technicznymi niuansami. Raczej luźno umiejscawia je w czasie i koncentruje się na opisie ich praktycznej użyteczności. Chce, bym tę ekspozycję zapamiętał, a przy okazji przeżył przygodę. Wydaje mi się, że przytoczona alegoria dosyć dobrze oddaje ducha książki. W rolę małego chłopca wciela się czytelnik, zaś funkcję ojca pełni autor, z pasją opowiadający o eksponatach w muzeum iluzji. Podróż rozpoczynamy w starożytności, będącej praźródłem sztuk iluzjonistycznych, przechodząc przez kolejne epoki, aż do czasów współczesnych. Dzięki tej historycznej wędrówce, zauważymy niezwykłą wręcz ewolucję magicznej profesji, ze szczególnym uwzględnieniem XX wieku, w którym ewolucja ta przeżyła zwielokrotnione turbodoładowanie. Przekonamy się też, że życie czarodzieja wiązało się w niektórych okresach ze śmiertelnym niebezpieczeństwem. Kolejne strony książki zawierają serię ciekawostek, anegdot, kulisów pracy magika. Zdradza też wielkie sekrety niektórych trików, co stanowić będzie nie lada gratkę dla zadających sobie odwieczne pytanie: "jak to się robi?" W ich zrozumieniu pomogą rozliczne obrazki, świetnie wyjaśniające skomplikowane niekiedy mechanizmy funkcjonowania poszczególnych trików. Autor podaje nam w pigułce dorobek największych indywidualności w sztuce dokonywania złudzeń. Wyobraźnią uwolnimy się z łańcuchów z mistrzem Houdinim, zamienimy tygrysa w kobietę, z duetem Siegfried i Roy, niczym David Copperfield dokonamy lewitacji Orient-Expressu, a na koniec zamrozimy się w bryle lodu a'la David Blaine. Wgłębienie się w "Magię Iluzji" to niczym otwarcie sejfu, w którym ukryte zostały wielkie tajemnice wielkich iluzjonistów. Z przyjemnością więc, opróżnimy jego zawartość. -
- Trudne czasy Tudorów
- Terry Deary
- (towar niedostępny)
Adam Świętek 2007-09-01
Okrutna historia z przymrużeniem oka (5 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)
Terry Deary i Neil Tonge dokopali się chyba do wszystkich mrocznych dokumentów opisujących Anglię XVI wieku. Ponad 120 stron książki zawiera historie posklejane z niebanalnej liczby ciekawostek, najczęściej spotykanych w literaturze pod nazwą "czy wiesz, że...". Wartością tej pozycji nie są jednak setki stron obfitujące w kolejne setki dat, nazwisk i wydarzeń, lecz potraktowanie tematu z perspektywy niezwykle ciekawskiego badacza tamtego okresu. Takiego, który analizuje ówczesne zwyczaje, zerka zarówno w jadłospis przeciętnego obywatela, jak i do sypialni króla. Główny nacisk został położony na opisy mrocznej strony życia Tudorów. Spiski, egzekucje, bezwzględnie stosowane prawo - to wszystko jest nam serwowane w pokaźnych dawkach. Gdyby autorzy nie przemycili między wierszami tak ogromnej ilości żartów, ironii i dystansu do opisywanych zdarzeń, to czytając te wszystkie straszne historie, poczulibyśmy się jak w upiornym miasteczku, gdzie statystycznym mieszkańcem jest bezlitosny kat, a ulubioną rozrywką gawiedzi oglądanie głów toczących się z szafotów. Na szczęście całość pływa sobie w prześmiewczym sosie, którego szczypta wypływa niemalże z każdej stronicy. Książka nie tylko dostarcza wiele interesujących wiadomości, ale obala też mity i błędne wyobrażenia na temat Anglii sprzed wieków. W czasie lektury nie unikniemy porównań między współczesnością a czasami Tudorów. I chyba pogratulujemy samym sobie "rozsądnej" daty i miejsca naszego urodzenia. Któż z nas bowiem chciałby żyć w czasach, w których sankcją za włóczęgostwo było wychłostanie i wypalenie dziury w prawym uchu? Komuż smakowałoby słodzone mięso? A może ktoś ma ochotę uczęszczać do szkoły, w której wakacje ograniczały się do Bożego Narodzenia? W dobrze pojętym interesie każdego z nas byłoby też nie chorować - błahy ból w stopach łagodzono świńskim szpikiem w oleju z rudego psa. O lekarstwach na inne dolegliwości - z powodów estetycznych - już nie wspominam. Nawet kobiety z tamtego okresu nie byłyby dla nas szczególnie atrakcyjne; jak bowiem interesujący może być ktoś, kto 3-krotną kąpiel w roku uważa za nadużycie! Doprawdy, nic pociągającego w czasach Tudorów nie było! Ale warto poznać te niezwykłe, często dziwaczne i przerażające dla nas fakty na temat XVI-wiecznej Anglii, do czego gorąco zachęcam. -
- NBA Live 07 (PS2)
- (towar niedostępny)
Adam Świętek 2007-08-25
Nic nowego, nic wielkiego, nic nadmiernie udanego (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Na poletku gier traktujących o koszykówce nigdy nie narzekaliśmy na nadmiar urodzaju, tak więc gra, bohater tej recenzji, z przyczyn oczywistych zasiada na tronie. Jednak po dłuższych oględzinach pacjenta okazuje się, że król jest prawie nagi i z roku na rok coraz bardziej chory. Na wstępie "NBA 07" raczy nas hip-hopowymi piosenkami w wykonaniu Rhymefesta czy Feezy 350. Brzmi to miodnie, stylowo i na pewno nie przeszkadza. Oprawa audio to jeden z nielicznych pozytywów. Szperając w opcjach, trudno znaleźć nowy tryb gry lub cokolwiek, czego we wcześniejszych wersjach nie dane nam było uświadczyć. Nie pozostaje więc nic innego, jak przejść do samej rozgrywki. Na pierwszy rzut oka: zawodnicy włożyli jedynie świeże koszulki, przetarto parkiet (na mokro), a pod koszem jakby gęściej od fotoreporterów. Gorzej, że kolejne rzuty oka wiele nowego nie wnoszą, zmiany to po prostu kosmetyka, polegająca na zdmuchnięciu kurzu nagromadzonego przez niespełna rok. Publiczność to w dalszym ciągu quasi-bitmapa, kilkanaście tysięcy niby-ludzi, z których 90% identycznie ułożyła ręce na kolanach. Autorzy chełpią się elementem zwanym "freestyle", dającym graczowi pełną kontrolę nad ruchami koszykarzy. Prawda jest, niestety, bolesna. Tylko najprostsze, łopatologiczne wręcz metody prowadzą do wygranej. Umiejętne sterowanie jednym zawodnikiem wystarcza, by rozklepać defensywę przeciwnika. Dryblingi, schematy taktyczne czy dodatkowe umiejętności gwiazd absolutnie niczemu nie służą. Przyciski rzutu, podania i przyśpieszenia wystarczą, aby wygrać każdy mecz. Reszta "buttonów" jest tylko zwiędłym kwiatkiem do kożucha. Czasami miałem wrażenie, jakbym grał w symulator piłkarski, najskuteczniejsze są tu akcje skrzydłem, w których rywal nigdy nie potrafi się połapać. Nasze poczynania skomentuje duet Steve Kerr-Marv Albert, a o transmisję telewizyjną zadba kanał ESPN. Kolejne zażalenia artykułuję w formie retorycznych pytań. Dlaczego kamera nie potrafi nadążyć za akcją (kamery to porażka na całej linii)? Kiedy zostanie wprowadzony tryb "dwóch na dwóch"? Kiedy przeciwnik nauczy się grać lepiej niż przeciętnie? Echo podpowiada: nigdy. Poza tym kolejny raz pojawiają się elementy, przez które autorzy sami narażają się na kompromitację. Należy sobie bowiem uświadomić, że wirtualne odwzorowanie niektórych elementów koszykówki to zadanie tak karkołomne, jak wspinaczka w klapkach na Himalaje. Mam tu na myśli konkurs wsadów, w którym to kombinacje przycisków przyprawiają o zawrót palców. Po raz kolejny przeżyłem déjà vu zjawiska déjà vu - "NBA live 2007" jest wierną kopią poprzedniczki z roku ubiegłego i tej sprzed dwóch lat. Gdyby to była wersja beta, powiedziałbym: OK, wiele jest jeszcze do zrobienia. Niestety, finalny produkt aż razi niedopracowaniem i błędami, torpedującymi słupki grywalności. W tym przypadku, magia słowa NBA oraz kilku jej największych gwiazd nie wystarczą, by poczuć się oczarowanym. -
- Sudoku Mix. 111 Sudoku o różnym stopniu trudności
- Hiro Tao
- (towar niedostępny)
Adam Świętek 2007-08-12
Przebojowe łamigłówki liczbowe (0 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Potomek szachów, wnuczek "Chińczyka", całkiem podobne do "kółka i krzyżyka". Choć młode jest bardzo, historię ma skromną, to popularność zdobywa ogromną. Miliony fanów na całym świecie. Co to takiego? - zaraz powiecie. Śpieszę tłumaczyć - toż to Sudoku, znane już w Limie, Oslo, Bangkoku. I żeby nabrać teoretycznej wprawy, to dla zasady przypomnę zasady. Sudoku to diagram, w diagramie kwadraty, dokładnie dziewięć jest takich samych. A w tych dziewięciu kolejne dziewięć, łącznie więc mamy osiemdziesiąt jeden. Każda kolumna i każdy wers, musi zawierać liczby 1,2,3,4,5,7,8,9 i 6. I teraz sztuka cała, polega na tym, by wpisywać w kratki liczby w sposób wymagany. W obrębie kwadratów liczby, muszą pasować też, nie mogąc się powtarzać, ale o tym już chyba wiesz. Dla zwykłych ludzi i dla elity, na styku logiki i matematyki. Przesadnie trudne, banalnie łatwe, wybór jest duży, każdy swe znajdzie. Potem cierpliwie rachuje, liczy, myśli, dodaje, czasu nie liczy. Gdy się zapełni już cały diagram, to satysfakcja gwarantowana. Więc rozwiązuję je na każdym kroku, bo ja po prostu kocham Sudoku! -
- Scooby Doo - Samochody akcji, Wóz strażacki
- cena: 28 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Adam Świętek 2007-08-05
Strzeżcie się stwory - Scooby się was nie boi! (0 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
Scooby i Shaggy to duet, dla którego adrenalina jest tym, czym tlen dla zwykłego człowieka - niezbędna do przeżycia. Zdarza im się spędzić noc w upiornym muzeum, zakosztować strachu w zamku Camelot, czy zajrzeć w wygłodniałą paszczę aligatora-ludojada. I choć każde takie spotkanie wypełnia ich nieopisanym przerażeniem, rozwiązują coraz to nowe tajemnice. Dlaczego więc to robią? Sekret tkwi w "Scooby Chrupkach". Te pseudochipsy to przekąska, na myśl o której Scooby'emu mocniej zaczynają pracować ślinianki. Widzimy więc dzielnego psa, który wozem strażackim spieszy zdemaskować kolejnego potwora. Nie daruje żadnemu, odwiedzi każdy podejrzany zakamarek, by w razie potrzeby ugasić niebezpieczeństwo. Na wyposażeniu znajduje się drabina, hełm ochronny oraz wąż z wodą, który stanowić będzie przeciwwagę dla miotacza strachu, używanego przez oponentów. Tak zaopatrzona jednostka dostarczy wiele godzin zabawy, przemykając przez wszystkie zakątki zamku strachów, za który posłuży nam mieszkanie. Bo skąd wiemy, czy przy oknie nie czai się jakiś kosmaty stwór? Czy z półki nie wygląda coś w kształcie małpoluda lub czy w rogu nie zadomowił się groźny pająk? Wóz strażacki Scooby-Doo gotów na każde wyzwanie! A gdy zabłądzi, nieopatrznie wjeżdżając w tunel pod łóżkiem lub ślepą uliczkę w okolicach biurka, głośno i retorycznie zawołamy: "Scooby-Doo, where are you?!". -
- Barwy zdrady
- Virginia Blackburn
- (towar niedostępny)
Adam Świętek 2007-07-21
Być idolem - wielka i bolesna rzecz
Życie Davida Beckhama to niekończące się reality show - nieustannie ktoś go filmuje, ktoś podgląda, permanentnie znajduje się pod ostrzałem prasy kolorowej. Jak to znosi, co myśli i jaka naprawdę jest historia jego życia - to wszystko odnajdziemy na kartach książki "Barwy zdrady" Virginii Blackburn. Autorka wykonała olbrzymią pracę, gromadząc setki wypowiedzi, ciekawostek i anegdot, związanych z życiem piłkarza. Stara się założyć mu maskę zwykłego człowieka, który też przeżywa chwile słabości, załamania, jak i radość z błahostek; chwil, które złączone w całość tworzą małe cuda, górujące nad prozą dnia codziennego. Czy jest to zabieg udany? Częściowo tak, poznajemy Beckhama "od kuchni", jego stosunki z rodziną, z przyjaciółmi, ciężką pracę, niezbędną, by wdrapać się na szczyty. Problem w tym, że David Beckham zwykłym człowiekiem nie jest. Bo czy za takiego można uznać kogoś, kto na swoim treningu gromadzi więcej fanów, niż tych, którzy przychodzą na niejeden mecz? Ile znamy osób, których każda wizyta w szpitalu jest transmitowana przez największe stacje telewizyjne (na dodatek, w pasmie "live")? To cena za bycie ikoną popkultury, która z pewnością nie pozwala o nim mówić "zwykły". Poznajemy go jako piłkarza, modela, biznesmena, a także, albo przede wszystkim, jako męża i ojca. Niemało dowiemy się także o słynnej żonie Davida - Victorii (byłej członkini grypy Spice Girls). Sportowi fani zaznajomią się z kulisami kolejnych transferów Beckhama oraz wielu lat spędzonych na reprezentowaniu barw Manchesteru United i Realu Madryt. Ważnym elementem w całej opowieści są komentarze rodziców Davida, szczerze wyrażających swoje poglądy na temat poszczególnych etapów życia i zachowań syna. Liczne anegdoty bardzo wzbogacają książkę merytorycznie i nie dają czytelnikowi szansy na nudę. Czytając, spróbujemy wczuć się w rolę człowieka otrzymującego pogróżki, jeżdżącego bezcelowo autostradą w momentach zwątpienia, zakochanego i tęskniącego męża, idola, na którego widok mdleją fanki, piłkarza - opuszczającego stadion w tumulcie gwizdów i wyzwisk, a innym razem oklaskiwanego w glorii chwały przez cały świat. Pełna kontrastów jest ta książka, tak jak z kontrastów składa się żywot każdego z nas. Całość okraszona została unikalnymi zdjęciami, nierzadko wygrzebanymi z prywatnych archiwów bohatera. Barwna, niezwykła, momentami szokująca jest historia człowieka, będącego naczelną pożywką tabloidów. I tym razem przekonamy się, że życie bożyszcza tłumów nie jest usłane wyłącznie różami. -
- Thief: Deadly Shadows
- (towar niedostępny)
Adam Świętek 2007-07-14
Poznaj warsztat średniowiecznego złodziejaszka! (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Przemknąć, czmychnąć, pozostać niezauważonym. Zrabować, porwać, „poturbować” kogo trzeba. W każdym razie, niech cel uświęca środki, jak mawiał Machiavelli. Powyższe wyliczanki to credo, według którego postępuje Garrett, kierowany przez nas bohater, tytułowy „Thief”. Zostajemy z nim wrzuceni w średniowieczną rzeczywistość, gdzie w monumentalnych zamkach, katedrach czy innych gospodarczych budynkach, przyjdzie nam wykonywać trudne i niebezpieczne misje. „Deadly shadows” to trzecia już część kultowej serii, utrzymująca mroczny, ale i fascynujący klimat poprzednich. Siłą gry jest możliwość wykazania się przebiegłością przez gracza, polegającą na przejściu gry niemal bezkrwawo, wykorzystując słabo oświetlone miejsca czy nieuwagę strażników – broń zaś, używając jedynie w momentach absolutnie niezbędnych. Poruszając się bezszelestnie (Garrett nie lubi rozgłosu), wykonujemy kolejne cele, podążając z wiernymi przyjaciółmi, którymi będą cień i mrok. Oczywiście, gracze o mentalności Rambo rozegrają wszystko na własną modłę, w imię której trup ściele się gęsto i nic co żywe, nie jest obojętne dla naszego miecza. W każdym razie gracz ma wybór, jaką ścieżką podążyć. W arsenale uzbrojenia znajdują się m.in. różne rodzaje strzał (w tym wodne), które raz po raz opuszczają cięciwę łuku w celu eliminacji przeciwników, nóż, pałka oraz klasyczny oręż średniowiecznego wojownika, czyli miecz. Wykorzystując je oraz przyrodzony spryt i zdolności fizyczne bohatera, zdobywamy kolejne artefakty i inne cenne przedmioty. Bardzo ważnym, a zarazem doskonale prezentującym się ogniwem gry, są elementy dźwiękowe. Czułe ucho bohatera pozwoli ustalić skąd dochodzą dźwięki sugerujące kroki strażników, rozmowy, skrzypiące drzwi czy plusk przelewającej się wody. Wszystkie te elementy mają niebagatelny wpływ na decyzje odnośnie naszych poczynań w kolejnych etapach misji. W stosunku do poprzednich części, poprawie uległa oprawa graficzna; obiekty i postaci są teraz jeszcze bardziej dopieszczone i wyposażone w szczegóły. Kierowany przez nas bohater, został zaś wyposażony w jeszcze większą paletę ruchów, czynności i umiejętności (np. otwieranie zamków w drzwiach). Mroczny klimat średniowiecznych budowli, wszechogarniająca aura mistycyzmu oraz wiele zagadek i niebezpiecznych misji, jakie na nas czekają – to wszystko zapewni wiele godzin doskonałej rozrywki. Wyśmienity produkt – kto nie zna, niech pozna.






Merlin in English






![Myśliwiecka [Digipack] - Artur Andrus](/Mysliwiecka_Artur-Andrus,images_small,4,MYSTCD188.jpg)













