stały recenzent  Piotr Grabarczyk

Rekomendacje:

  1. The Confessions Tour
  2. Confessions On A Dance Floor

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 10

  • X
    • X
    • Kylie Minogue
    • cena: 60,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 14 dni )

    Piotr Grabarczyk 2007-11-17

    Solidny powrót księżniczki   (3 z 7 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Właśnie jestem po pierwszym przesłuchaniu "X" i muszę powiedzieć, że dosyć miło się rozczarowałem. Wbrew sobie trochę zapoznałem się z tymi wszystkimi previewami, które krążyły po sieci i mój entuzjazm nie był zbyt duży. Po raz kolejny jednak przekonałem się, że są one niezbyt miarodajne i nijak mają się do rzeczywistej wartości pełnych utworów. Rozpoczynające album "2 Hearts" od samego początku mnie nie przekonywało i w sumie to się nadal nie zmieniło, aczkolwiek jakoś już mniejszy uraz mam do tego utworu i tak mocno moich uszu nie krzywdzi. Na szczęście, kolejne piosenki to już kawał dobrej roboty. Specem od Kylie wprawdzie nie jestem, ale słyszę parę muzycznych nawiązań do jej poprzednich dokonań, ale in plus, bo takie "In My Arms" nieodwołalnie kojarzy mi się z "Love At First Sight". Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie doszukał się jakichś podobieństw do Madonny - znalazłem dwa. "No More Rain" bardzo przypomina mi produkcje Williama Orbita dla Madonny i jest to chyba najlepsza rekomendacja... Wprawdzie melodia nie porywa, ale tło muzyczne jest wyborne. Z kolei w trakcie "Wow" cały czas słyszę "Holiday" - nie jestem w stanie powiedzieć, który element piosenki dokładnie powoduje taką refleksję, ale od pierwszej sekundy wprost nie mogę wyzbyć się tego wrażenia. Wskazałbym teraz faworytów albumu, ale na chwilę obecną jest ich dość sporo, więc może wypunktuję tylko cudownie te, które do gustu mi nie przypadły póki co - wspomniane "2 Hearts", "Nu-di-ty" i trochę nazbyt amerykańskie momentami, zamykające płytę "Cosmic". Czyli tylko 3 utwory - aż sam się sobie dziwię, cóż, chyba aura dnia albo chwilowa niedyspozycja naczelnego nie-fana Kylie. Podsumowując, panna Minogue żadnej rewolucji muzycznej nam nie zafundowała, ale też nikt od niej tego nie oczekiwał, a i sama artystka takich ambicji chyba nigdy nie miała i dobrze, bo dostaliśmy ładną, zwiewną, słodką, ale nie do przesady, porcję dobrego dance/popu. W sam raz w czasie oczekiwania na kolejny longplay Madonny.
  • Blackout
    • Blackout
    • Britney Spears
    • cena: 29,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 7 dni)

    Piotr Grabarczyk 2007-10-23

    She gives us more....   (8 z 11 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Ostatnie kilkanaście miesięcy życia panny Britney Spears to pasmo samych niepowodzeń osobistych. Hollywood zmienia. Na szczęście zmienia tylko osobowość, bowiem kontraktów z producentami i wytwórnią Spears nie straciła, czego efektem jest jej najnowszy krążek - "Blackout". Tytuł jak najbardziej ironiczny, typowy "tongue in cheek" w najlepszym amerykańskim wydaniu. Zanim przejdę do konkretów to mogę śmiało powiedzieć, że oto otrzymaliśmy równie doskonałą, żeńską wersję "Future Sex" Justina Timberlake'a. A chyba o jakości albumu byłego narzeczonego amerykańskiej gwiazdki nie muszę przekonywać. Przejdźmy zatem do konkretów. "Blackout" otwiera pierwszy singiel, czyli doskonale już nam znane "Gimme More", jeden z większych hitów ostatnich miesięcy. Świetne połączenie elektro, popu i modnego ostatnimi czasy amerykańskiego brzmienia. Numer ten wylądował na miejscu trzecim Bilboard HOT100, a jedyną przeszkodą w drodze na sam szczyt okazały się radiostacje, które bojkotują tenże utwór z powodu niechlubnego zachowania Britney w ostatnich tygodniach, co z precyzją odnotowują tabloidy i zdjęcia paparazzich. I to właśnie o tych ostatnich traktuje druga piosenka na "Blackout" - "Piece Of Me". Piosenkarka rozlicza się tutaj z nagonką prasową na swoją osobę i stara się bronić muzyką przed ostrą krytyką. I trzeba przyznać, że udaje się jej to nieprzeciętnie! W tym bowiem utworze upatruję drugiego singla, gdyż ma spory potencjał, aby być hitem. Podobnie rzecz się ma z "Radar", trzecim w kolejce. Tutaj mamy do czynienia z nieco bardziej europejskim, dance'owym brzmieniem, które porywa wprost na parkiet. W swojej strukturze przypomina "Gimme More", ale ciężko go nazwać wtórnym. "Heaven on Earth" z kolei brzmi, jakby nagrała go Gwen Stefani, co absolutnie nie jest wadą. Słychać tu inspirację disco disco lat 70-tych, a prosty, jakże słodki tekst tylko dodaje uroku. Cukru brak natomiast w "Get Naked". Śmiało można powiedzieć, że dobitnie słychać tutaj rękę Danji, producenta, który współpracuje z Timbalandem. Utwór przypomina bardzo "Summer Love" Justina i "Miscommunication" wspomnianego Timbalanda, co może trochę przeszkadzać. Po nim następuje najsłabsza piosenka na albumie "Freakshow". Jako jedna z nielicznych nie przedostała się do Internetu na długo przed premierą i chyba nie mamy czego żałować, bo jest to zwykły "album filler", o którym ciężko coś powiedzieć konkretnego, przeciętność pod każdym względem. Inaczej sprawa ma się z "Toy Soldier", które również długo pozostawało w "ukryciu" - refren jest niezwykle chwytliwy i mimo że tytuł sugeruje związek z piosenką Eminema, spekulowano nawet, iż jest to ten sam utwór, to na tym absolutnie podobieństwa się kończą. Szkoda, że zwrotki pozostawiają trochę do życzenia, ale jak już pisałem, refren jest przedni. Z ostatnich czterech utworów można wyróżnić Perfect Lover, popowo-electro utwór, doskonale wpisujący się w obecne standardy. Podsumowując, "Blackout" to doskonała popowa płyta dla szerokiej publiczności. Polecam!
  • Good Girl Gone Bad [Polska cena]

    Piotr Grabarczyk 2007-06-03

    Good Girl Gone G-R-E-A-T   (29 z 33 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Wszyscy chyba doskonale pamiętamy debiut Rihanny z piosenką "Pon Da Replay" - utwór szybko wpadał w ucho, ale równie szybko się nudził i wszyscy przepowiadali tej wokalistce, że zostanie gwiazdą jednego przeboju. Tak się jednak nie stało - kolejne hity z "SOS" i "Unfaithful" na czele podbiły listy przebojów, w tym również w Polsce. Mojego serca jednak Rihanna nie zdobyła. Dlatego bez żadnych emocji przyjąłem wiadomość o tym, iż niedługo ma pojawić się w sklepach jej kolejny longplay. Wszystko zmieniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w momencie, gdy usłyszałem po raz pierwszy utwór "Umbrella" z udziałem Jay-Z. To było coś! Fakt - amerykańskie brzmienie nie należy do moich ulubionych, ale parasoleczka zdobyła moje serce od pierwszego przesłuchania! Bardziej drapieżne dźwięki, nowy, wyzywający image - to nowa Rihanna. Na szczęście na samym image'u młodej gwiazdy się nie skończyło. Album "Good Girl Gone Bad" to płyta wręcz doskonała, bez żadnej skazy. Owszem, mogą pojawić się zarzuty, iż momentami odnosi się wrażenie "ale to już było". Być może, nie mogę zanegować takich opinii, ale te oklepane brzmienia, które w zeszłym roku serwował nam m.in. Timbaland, który zresztą pojawia się na tej płycie w utworze "Sell Me Candy", zyskują całkiem nowy wymiar i są "opakowane" w mistrzowski sposób. "Umbrella", o której już wspominałem, to majstersztyk, który już opanował listy przebojów - numery #1 w Wielkiej Brytanii i USA mówią same za siebie. Utwór ten otwiera płytę, a dalej jest tylko lepiej! "Push On Me" to dyskotekowy utwór z pazurem, przypominający trochę hit zeszłych wakacji, czyli "Promiscious" Nelly Furtado. Ale jest to absolutnie zaleta! Nie jest to jednak mój osobisty faworyt, bowiem tym jest "Don't Stop The Music", numer trzy na płycie niegrzecznej dziewczyny. Pamiętacie "Music" Madonny z 2000 roku? Z pewnością, gdyż jest to już jeden z klasyków muzyki pop. Piosenka ta przyszła mi na myśl jako pierwsza po usłyszeniu "DSTM" - równie szybko wpada w ucho, jest energiczna i idealnie nadaje się na letnie imprezy, które zbliżają się wielkimi krokami. Bardzo mocny punkt płyty, Rihanna mogłaby pokusić się o wydanie go na singlu, gdyż jest to murowany przebój lata albo, w dalszej perspektywie, karnawału. "Breakin' Dishes" i "Shut Up and Drive" to również bardzo dobre utwory, aczkolwiek nie mają tego "czegoś", co sprawiłoby, że słuchacz zatrzymałby się przy nich na dłużej. Po dyskotekowych rytmach przychodzi czas na romantyczny duet z Ne-Yo. Dźwięki gitary, niskie głosy obojga "kochanków" i otrzymujemy ładną, słodką piosenkę o miłości. "Hate I Love You" być może nieco zbyt przypomina inne produkcje pana Ne-Yo, ale to jest do przełknięcia, gdyż utwór ten jest po prostu słodki - to chyba najodpowiedniejsze słowo. Albumowa "siódemka", czyli "Say It" to również utwór z serii "gdzieś już to słyszałem", pytanie tylko gdzie? Po dłuższym zastanowieniu ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie, ale ta wtórność brzmienia nie przeszkadza aż tak bardzo. Po dwóch, nieco odtwórczych piosenkach przychodzi czas na mały gwóźdź, gwoździk (?) albumu. "Sell Me Candy" to zasługa Timbalanda i Justina Timberlake'a. Obu panów nie słyszymy zbyt mocno i chyba trzeba to zapisać na plus, gdyż ich wokale w ostatnich miesiącach były chyba aż nadto eksploatowane przez różnorakie stacje radiowe. Cukierkowy utwór, chociaż zdecydowanie za krótki. Również materiał na hit, ale która piosenka z płyty na takie miano nie zasługuje? Ano jest taka. "Lemme Get That", bo to o nią chodzi, jest... hmm... bezpłciowa, nie zwraca na siebie zupełnie żadnej uwagi i pozostaje niezauważona. Jest "bezkolizyjnym" pomostem do ostatniej części płyty, zdecydowanie bardziej spokojnej i balladowej. "Rehab" to przejmujący utwór o nieszczęśliwej miłości, który chwyta za serce od pierwszego przesłuchania. Trochę przypomina "Unfaithful", dźwięki pianina są cudowne i wzruszające jednocześnie. W podobnym tonie utrzymane jest "Question Existing". Nieco psychodeliczne dźwięki, ciekawy tekst i przepuszczony przez filtr wokal Rihanny sprawia, że ciężko uwolnić się od tego utworu, tym bardziej jeśli mamy melancholijny nastrój. Płytę zamyka tytułowa piosenka "Good Girl Gone Bad" i jest ona świetnym podsumowaniem podróży, w którą zabrała nas młoda wokalistka. Mało który artysta decyduje się na zamknięcie krążka balladą, ale GGGB pokazuje, że czasami warto zaryzykować. Jeden z najlepszych utworów puentujący zarazem najnowsze dzieło Rihanny. Podsumowując, szczerze polcam wszystkim "Good Girl Gone Bad", gdyż jest to jedna z ciekawszych płyt ostatnich miesięcy i życzę jej, aby odniosła równie duży sukces, co ostatnie dokonania Nelly Furtado i Justina Timberlake'a!
  • David Beckham o sobie

    Piotr Grabarczyk 2007-04-29

    Niemożliwe nie istnieje!   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Wśród fanów futbolu od dawna toczą się spory o to, kto jest najlepszym piłkarzem globu. Wspomina się wielkie nazwiska z przeszłości z Pele i Maradoną na czele, a przecież nie mniej ważna jest chwila obecna i kunszt zawodników, których możemy regularnie oglądać. Tym najlepszym piłkarzem na pewno nie jest David Beckham, obecnie zawodnik Realu Madryt, a już niedługo Los Angeles Galaxy. Ale dzierży on palmę pierwszeństwa w innej, mniej sportowej kategorii, mianowicie - najbardziej popularny sportowiec na świecie. W połowie lat dziewięćdziesiątych dzieci szalały za najwybitniejszym koszykarzem NBA w historii, czyli Michaelem Jordanem, którego fenomen zarówno sportowy, jak i medialny, jest niepodważalny. Mniej więcej od 2001 roku obiekt największego zainteresowania się zmienił i stał się nim właśnie Beckham. Ten skromny chłopak, urodzony w Londynie, choć od dziecka marzący o grze w Manchesterze United, w mgnieniu oka stał się jednym z najpopularniejszych Brytyjczyków, a potem już ludzi na świecie! Najpierw wypromowały go wysokie umiejętności stricte piłkarskie, w tym słynne rzuty wolne, a potem...właśnie, a potem był szał na wszystko co z nim związane. Każdy chciał wyglądać tak jak on, każdy chciał się ubierać jak Beckham, słowem stał się ikoną sportu, mody i Bóg wie czego jeszcze. Teraz zarabia grube miliony i eksperci finansowi rokują, że jeszcze przed 2010 roku wraz ze swoją małżonką Victorią, dołączą do grona miliarderów na naszym globie. Jednak jego życie nie zawsze wyglądało tak różowo. I o tym właśnie pisze w swojej autobiografii. Ciężko wprawdzie powiedzieć, że miał trudne dzieciństwo, ale z pewnością nie była to sielanka, jaką serwują nam największe gwiazdy Hollywood. Książka jest bardzo osobista, David pisze w niej o wielu sprawach, o swoich kontaktach z Victorią, o swoich reakcjach na jej ciążę z kolejnymi synami, o ślubie. Zawsze sceptycznie podchodzę do tego typu wydawnictw, bowiem wiadomo, że niektóre fakty albo są podkoloryzowane albo całkiem zmyślone i to tylko po to, aby cała historia robiła większe wrażenie na czytelniku. Być może tak też jest i tym razem, jednak mimo wszystko polecam tę książkę wszystkim młodym ludziom, nie tylko adeptom futbolu i fanom Davida Beckhama. Powinien ją przeczytać każdy, kto ma jakieś marzenia. Bo bez marzeń nic nie znaczymy, nasze życie jest puste. A Beckham udowadnia, że marzenia można spełniać i to już od dziecka. Trzeba mieć w sobie tylko pasję, odwagę i wiarę we własne umiejętności, które potem mogą doprowadzić nas na sam szczyt. Brzmi to banalnie, ale patrząc dzisiaj na Davida i jego żonę, eks-Spice Girl, czy jest ktoś w stanie powiedzieć, że coś im się w życiu nie udało? Osobiście uważam, że tego typu autobiografia, z nakreślonym wyraźnie morałem, to dobre posunięcie ze strony angielskiego piłkarza, który zdaje sobie doskonale sprawę, ile młodych ludzi może nią zmotywować. Nie bez przyczyny jest bowiem główną postacią hasła Impossible is nothing, czyli Niemożliwe nie istnieje. Serdecznie polecam!
  • David Beckham o sobie

    Piotr Grabarczyk 2007-04-29

    Niemożliwe nie istnieje!   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Wśród fanów futbolu od dawna toczą się spory o to, kto jest najlepszym piłkarzem globu. Wspomina się wielkie nazwiska z przeszłości z Pele i Maradoną na czele, a przecież nie mniej ważna jest chwila obecna i kunszt zawodników, których możemy regularnie oglądać. Tym najlepszym piłkarzem na pewno nie jest David Beckham, obecnie zawodnik Realu Madryt, a już niedługo Los Angeles Galaxy. Ale dzierży on palmę pierwszeństwa w innej, mniej sportowej kategorii, mianowicie - najbardziej popularny sportowiec na świecie. W połowie lat dziewięćdziesiątych dzieci szalały za najwybitniejszym koszykarzem NBA w historii, czyli Michaelem Jordanem, którego fenomen zarówno sportowy, jak i medialny, jest niepodważalny. Mniej więcej od 2001 roku obiekt największego zainteresowania się zmienił i stał się nim właśnie Beckham. Ten skromny chłopak, urodzony w Londynie, choć od dziecka marzący o grze w Manchesterze United, w mgnieniu oka stał się jednym z najpopularniejszych Brytyjczyków, a potem już ludzi na świecie! Najpierw wypromowały go wysokie umiejętności stricte piłkarskie, w tym słynne rzuty wolne, a potem...właśnie, a potem był szał na wszystko co z nim związane. Każdy chciał wyglądać tak jak on, każdy chciał się ubierać jak Beckham, słowem stał się ikoną sportu, mody i Bóg wie czego jeszcze. Teraz zarabia grube miliony i eksperci finansowi rokują, że jeszcze przed 2010 roku wraz ze swoją małżonką Victorią, dołączą do grona miliarderów na naszym globie. Jednak jego życie nie zawsze wyglądało tak różowo. I o tym właśnie pisze w swojej autobiografii. Ciężko wprawdzie powiedzieć, że miał trudne dzieciństwo, ale z pewnością nie była to sielanka, jaką serwują nam największe gwiazdy Hollywood. Książka jest bardzo osobista, David pisze w niej o wielu sprawach, o swoich kontaktach z Victorią, o swoich reakcjach na jej ciążę z kolejnymi synami, o ślubie. Zawsze sceptycznie podchodzę do tego typu wydawnictw, bowiem wiadomo, że niektóre fakty albo są podkoloryzowane albo całkiem zmyślone i to tylko po to, aby cała historia robiła większe wrażenie na czytelniku. Być może tak też jest i tym razem, jednak mimo wszystko polecam tę książkę wszystkim młodym ludziom, nie tylko adeptom futbolu i fanom Davida Beckhama. Powinien ją przeczytać każdy, kto ma jakieś marzenia. Bo bez marzeń nic nie znaczymy, nasze życie jest puste. A Beckham udowadnia, że marzenia można spełniać i to już od dziecka. Trzeba mieć w sobie tylko pasję, odwagę i wiarę we własne umiejętności, które potem mogą doprowadzić nas na sam szczyt. Brzmi to banalnie, ale patrząc dzisiaj na Davida i jego żonę, eks-Spice Girl, czy jest ktoś w stanie powiedzieć, że coś im się w życiu nie udało? Osobiście uważam, że tego typu autobiografia, z nakreślonym wyraźnie morałem, to dobre posunięcie ze strony angielskiego piłkarza, który zdaje sobie doskonale sprawę, ile młodych ludzi może nią zmotywować. Nie bez przyczyny jest bowiem główną postacią hasła Impossible is nothing, czyli Niemożliwe nie istnieje. Serdecznie polecam!
  • Una Mattina
    • Una Mattina
    • Ludovico Einaudi
    • cena: 50,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu 24 godz.)

    Piotr Grabarczyk 2007-04-21

    Italians do it better!   (5 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Jaka muzyka jest obecnie najpopularniejsza? Wystarczy spojrzeć na listy przebojów - szybkie, taneczne rytmy, połączenia różnych gatunków muzycznych okraszone nowoczesnymi dźwiękami. W komercji nie ma jednak nic złego, wszystko przecież służy dobrej zabawie i relaksowi. Czy jednak aby na pewno? Relaks na parkiecie tak, ale taka muzyka w tle w trakcie pracy chyba nie jest najlepszym pomysłem. Wszyscy przecież w końcu szukamy spokoju, jakiejś odmiany. Dlatego nie dziwi mnie spektakularny sukces Norah Jones, której muzyka jest miła dla ucha i w czasach, kiedy wszyscy gdzieś pędzą, jest fantastyczną alternatywą dla ludzi, którzy wracają z pracy, chcą odpocząć, zrelaksować się. Jednak nie o pannie Jones miało być. Chciałbym bowiem polecić wszystkim płytę włoskiego pianisty, Ludovio Einaudi. Nosi ona tytuł "Una Mattina" czyli "Ranek". I rzeczywiście, jest ona doskonała propozycją dla tych, którzy rano, przed wyjściem z domu, pijąc kawę chcą posłuchać miłych dla ucha dźwięków. A konkretnie - dźwięków pianina, które moim zdaniem zostało już nieco zapomniane i zbyt rzadko możemy je usłyszeć, choćby w radiu. "Una Mattina" to fascynująca podróż - począwszy od tytułowej piosenki, kończąc na utworze "Ancora". Wszystko jest niesamowicie spójne i w zasadzie ciężko wymienić pojedyńcze utwory, ale jest jeden, który przewyższa wszystkie inne. Mam na myśli "Nuvole Bianche". Nieco smutne dźwięki, połączone z częstymi zmianami tempa powodują, że "NB" zapada na długo w pamięć. W moim osobistym rankingu jest to najlepszy utwór na płycie, choć to może być zbyt krzywdząca opinia dla pozostałych, które są równie kapitalne i każdy ma w sobie coś magicznego. Jeszcze raz serdecznie polecam, bo zdecydowanie jest to swoisty rodzynek na rynku!
  • Hung Up [2 Tracks]

    Piotr Grabarczyk 2007-02-02

    Dancing Queen   (4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    W 2003 roku Madonna wydała dość eksperymentaly album pt. "American Life". Album poniósł komercyjną klapę i wszyscy zastanawiali się, jaki będzie następny krok amerykańskiej piosenkarki. Teraz znamy już odpowiedź - "Hung Up". Przed premierą tego singla w Internecie przewijało się mnóstwo mniej lub bardziej wiarygodnych informacji, między innymi o tym, że w piosence wykorzystano sampl z piosenki "Gimme, Gimme, Gimme" zespołu Abba. Rzeczniczka prasowa gwiazdy wielokrotnie dementowała te doniesienia, ale ostatecznie okazały się one prawdą! W tym miejscu ktoś mógłby zarzucić Madonnie, że aby wrócić na szczyty list przebojów wsparła się sprawdzonymi pomysłami i wcale nie będzie to przesadą. Jednakże trzeba mieć na uwadze fakt, iż piosenka ta jest znakomita i nawet bez tego charakterystycznego sampla w tle brzmi znakomicie, można się o tym przekonać, gdyż również i taka wersja krąży od kilkunastu miesięcy w Internecie. Szybka, dance'owa produkcja zawojowała listy przebojów i przez ponad czterdzieści tygodni nie schodziła z czołowych miejsc, bijąc przy tym kolejne rekordy! Piosenkę można było usłyszeć dosłownie wszędzie i mimo upływu ponad roku od jej premiery, wciąż jest świeża i pobudzająca, mimo że niektórym mogła się już, kolokwialnie mówiąc, "przejeść". Utwór został zilustrowany znakomitym klipem, inspirowanym m.in. "Gorączką sobotniej nocy" z Johnem Travoltą i z pewnością jest jednym z lepszych w karierze Madonny. Również oprawa graficzna singla stoi na wysokim poziomie - projektem okładki zajął się brazylijski designer, Giovanni Bianco, autor m.in. fantastycznego tourbooka Madonny do Re-Invention Tour. Jeśli jest jeszcze możliwe, że ktoś nie nabył tego singla, gorąco polecam!
  • Jump [3 Tracks]

    Piotr Grabarczyk 2007-02-01

    Are you ready to jump?   (3 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Wydaną w 2005 roku płytą "Confessions On A Dance Floor" Madonna wróciła na szczyty list przebojów. Nie trzeba chyba mówić, jakim sukcesem okazały się pierwsze dwa single z tej płyty czyli "Hung Up" i "Sorry", które okupowały najwyższe miejsca na prestiżowych zestawieniach przez wiele tygodni. Potem przyszedł czas na "Get Together", ale mimo tego, że jest to świetny danceowy utwór, sukcesu nie było. Być może zawiniła słabsza promocja, brak klipu (Madonna rozpoczynała wtedy światowe tournée), a może po prostu nie była to piosenka odpowiednia na wakacyjny okres, kiedy mimo wszystko wygrywa komercja i lekkość, przykład "Stars Are Blind" Paris Hilton. Kiedy trasa dobiegła końca przyszedł czas na kolejny, ostatni już singiel z "COADF", a mianowicie "Jump". To świetny energetyczny utwór, który pobudzi do tańca każdego! Klip promujący singiel został nakręcony w Japonii i mimo że był niskobudżetowy, robi niezłe wrażenie. Singiel "Jump" to pozycja godna polecenia, mimo że remiksy do tego utworu nie są najlepsze, a okładka pozostawia wiele do życzenia. Jednak jak w przypadku wszystkich produktów sygnowanych imieniem Madonna, tak i w tym jest to produkt obowiązkowy dla fanów amerykańskiej wokalistki i nie tylko.
  • Ciao Italia - Live From Italy

    Piotr Grabarczyk 2007-02-01

    Who's that girl? She is Madonna!   (6 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Pierwszą trasą koncertową Madonny było "Virgin Tour" z 1985 roku, ale trasa ta objęła tylko obszar Stanów Zjednoczonych. Dopiero "Who's That Girl Tour" zawitało do Europy i Japonii, dzięki czemu fani z innych krajów mogli na własne oczy przekonać się o fenomenie amerykańskiej piosenkarki! Trasa odbyła się w 1987 roku i okazała się wielkim sukcesem. Promowała nie tylko najnowszą płytę artystki pt. "True Blue" (płyta ta to jedna z najlepiej sprzedających się płyt Madonny w historii i płyta, która wypuściła na listy najwięcej hitów numer 1!), ale także film pod tytułem "Who's That Girl", którym została zainspirowana nazwy trasy. Na DVD "Ciao Italia!" zarejestrowano występ Madonny we Włoszech - wspaniały występ, podczas którego pani Ciccione wykonała swoje największe wówczas hity. Nie zabrakło więc "Open Your Heart", "Causing A Commotion", "Lucky Star", "Like A Virgin" i oczywiście "La Isla Bonita" i "Who's That Girl". Koncert, jak na Madonnę przystało, był niezwykle kolorowy, efektowny i... kiczowaty, ale kicz w tym przypadku to tylko cecha pozytywna. Artystka, nieskalana może jeszcze międzynarodową sławą tak bardzo jak kilka lat później, była żywiołowa i naturalna w kontakcie z włoską publicznością, co w połączeniu ze świetnym spektaklem, jaki oferowała, daje wybuchowe połączenie. Obowiązkowa pozycja dla wszystkich, którzy chcą być świadkami ewolucji Madonny z piosenkarki w wielką artystkę!
  • Dick Tracy
    • Dick Tracy
    • Warren Beatty
    • (towar niedostępny)

    Piotr Grabarczyk 2007-02-01

    Dick - that's an interesting name   (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Madonna była wielka od początku, jednak jest pewien okres w jej karierze, kiedy miała u swoich stóp cały świat i wszystko, czego dotknęła zamieniało się w złoto, mianowicie lata 1989-90. W tym czasie wydała znakomitą płytę "Like A Prayer" i wyruszyła w najbardziej skandaliczne tournée w historii - "Blond Ambition". Warto jednak też wspomnieć o filmie, w którym zagrała wspólnie z Warrenem Beattym - "Dick Tracy". Jest to jedna z niewielu ról Madonny, która naprawdę zasługuje na pochwałę i jeden z niewielu filmów z jej udziałem, który okazał się przebojem. Ekranizacja komiksu Chestera Goulda to świetna propozycja nie tylko dla jego fanów, ale też osób, które lubują się w barwnych, świetnych pod względem muzycznym produkcjach. Madonna wypadła w roli femme fatale o imieniu Breathless bardzo dobrze, a jej wokal był ozdobą filmu, choć artystka po premierze narzekała na sposób, w jaki reżyser "pociął" jej rozbudowane partie wokalne. Piosenka "Sooner or Later", pochodząca z filmu "Dick Tracy" otrzymała Oscara, a Madonna śpiewając ten utwór uświetniła galę rozdania tych nagród swoim rewelacyjnym występem. Abstrahując nieco już od osoby samej Madonny, należy powiedzieć, że mimo upływu lat film ten wciąż jest w stanie zaciekawić widzów i nawet kiedy postawimy go w rzędzie z najnowszymi superprodukcjami typu "Spiderman" czy "Batman", wcale nie wypada tak źle, jakby się wydawało. Ekranizacja ma swój klimat, a grający główne role wspomniani Warren Beatty i Madonna tylko przyciągają kolejnych fanów. Jako ciekawostkę podam tylko, iż z filmu wycięto sceny, w której Madonna jest ubrana w bardzo seksowną kreację, która więcej odsłania niż zasłania. Piosenkarka głośno żaliła się z tego powodu, ale... może to i lepiej, że nie odwrócono w ten sposób uwagi od filmu, który jest, krótko mówiąc, świetny!

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Wszystkie zapowiedzi w Merlinie >>

Promocje - kupuj i oszczędzaj!