Mariusz Szczepaniak

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 3

  • Michnikowszczyzna. Zapis choroby

    Mariusz Szczepaniak 2007-03-21

    Szare plamy historii   (27 z 32 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Urodziłem się w 1971 roku. 10 lat później spotkałem się ze stanem wojennym. Działo się to w nocy w okolicach rządowego ośrodka usytuowanego w zaciszu jednego z łódzkich parków. Szedłem z ojcem do kotłowni osiedlowej, kiedy natknęliśmy się na wojskowy patrol. Nie pamiętam nic z tego spotkania poza widokiem dwóch przemarzniętych na wskroś żołnierzy (noc była koszmarne mroźna) i zamaskowanego w chaszczach pojazdu opancerzonego. Byłem porażony i - powiedzmy to sobie szczerze - zafascynowany. Niemalże mogłem go dotknąć. W czasie, kiedy "resorak" matchboxa i pudełko klocków lego miało dla zwykłego zjadacza chleba poziom osiągalności promu kosmicznego, pierwszy raz na własne oczy, z bliska, zobaczyłem wojskowy pojazd. Tyle dziesięciolatek rozumiał ze stanu wojennego. 10 lat później odbywają się pierwsze wolne wybory parlamentarne. 10 lat później "profesjonaliści" wyciągnięci zza sterów komunizmu ponownie przejęli władzę w kraju. SLD stał się partią rządzącą ośmieszając tym samym "chłopców ze stoczni". W międzyczasie Pokolenie’70 weszło w wiek produkcyjny, wychowuje kilkulatków, dokonuje powolnej wymiany kadr robotników, intelektualistów, autorytetów moralnych, bywalców salonów i klubów, ale dojrzewanie do spełnienia dziejowej funkcji odbywało się w warunkach szczególnych. Po pierwsze zostaliśmy - moi piękni trzydziestoletni - zmuszeni do kształtowania swojego pojęcia o komunizmie ze źródeł. Przyczyna tego stanu rzeczy jest prozaiczna - byliśmy zbyt mali, aby świadomie uczestniczyć w wydarzeniach i krytycznie je oceniać, natomiast całe ćwierćwiecze komunizmu od 1945 roku to dla nas historia. Po drugie dojrzewaliśmy wraz z III Rzeczpospolitą. A po trzecie, kształtowanie pojęć o rzeczywistości i historii współczesnej przypadało w okresie szerzącej się psychopatii intelektualnej napędzanej przez reaktor, którego rdzeń (z ang. core [czyt. KOR]) stanowili męczennicy za sprawę, czyniąc te pojęcia niemożliwymi do usystematyzowania. I tak: "profesjonaliści" rozkradali dobra gospodarcze, a proceder ten nazywano w owym czasie prywatyzacją; "chłopcy ze stoczni" hamowali reformy i postęp mające na celu odsunięcie komunistów od koryta, rzekomo nie chcąc doprowadzić do wojny domowej; media produkowały "Psy"; i "Psy II", celem wywołania nastrojów sprzyjających odpuszczeniu win bandytom niszczącym archiwa SB i współczucia dla losu szeregowych esbeków, którzy nie dopchali się do koryta; "Duży Format" forsował nie tak znowuż bandycki charakter działalności band UPA i mniemanie o czysto zbrodniczych założeniach akcji "Wisła", bo skierowanych tylko przeciwko bezbronnej ludności cywilnej; w świetle reflektorów Adam Michnik z honorami przyjmował zbrodniarzy, żądając dla nich abolicji. Znamienna w tym kontekście jest przeprowadzona przez Ziemkiewicza wyliczanka artykułów zamieszczanych przez Wyborczą w kolejne rocznice stanu wojennego (strony 178-180). Jednocześnie jest to jedyny, podany w sposób prosty i łatwy do zweryfikowania objaw "michnikowszczyzny". Każdy inny wymaga podjęcia pewnego intelektualnego wysiłku i przejrzenia źródeł, choćby tych, na które powołuje się autor. Zanim zdecydowałbym się stwierdzić, że "Michnikowszczyzna" to stek bezpodstawnych pomówień, bzdur i zdezaktualizowanych komunałów podjąłbym ten wysiłek. Dotykamy, bowiem kolejnego zdiagnozowanego przez R.A.Z. objawu histerii intelektualnej nazywanej "michnikowszczyzną" - operowania prawdami objawionymi, oczywistymi jak pojęcia pierwotne w matematyce (pojęcia pierwotne czyli niedefiniowalne, rozumiane same przez się, jak dla przykładu pojęcie punktu), niewymagającymi żadnej argumentacji i arbitralnie rozstrzygającymi, co jest właściwe, dobre, uzasadnione, a co nie. Retoryka michnikowska skupiała się na takiej prezentacji swoich wyroków, aby uniemożliwić jakąkolwiek polemikę. Dotyczyło to w szczególności arbitraży, którym przeczyły fakty i dokumenty. Pobawię się zatem odrobinę michnikowską retoryką. Zadaję sobie pytanie, czemu rzeczeni męczennicy za sprawę, więzieni, maltretowani, "cudownie" ocaleni przetrwali katownie komunistyczne i zasiedli z komunistami do obrad przy "o-Okrągłym s-Stole", podczas kiedy tyle, nieistotnych wydawałoby się, płotek opozycji zostało zmaltretowanych i doprowadzonych do stanu agonalnego bądź podstępnie uśmierconych, a o ich męczeńskiej śmierci możemy się dowiedzieć tylko ze zmilczanego raportu komisji sejmowej nr 1104 z 26.09.91? Odpowiedź wydaje się oczywista. Pięć gwiazdek, ale nie za nadzwyczajną przejrzystość myśli, zwartość treści czy walory literackie, lecz za poważny, krytyczny głos w dyskusji na temat historii III RP.
  • Prostowanie zwojów

    Mariusz Szczepaniak 2007-02-20

    Wszyscy jesteśmy alpinistami   (2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Rozdawnictwo nam się szerzy. Byli już tacy, którzy rozdawali równość, braterstwo i powszechne nieróbstwo, więcej snopowiązałek i wystarczającą ilość sznurka w czasie żniw, kolejni serwowali drugą Japonię, ktoś dawał obywatelom po sto tysięcy, teraz dają darmowe kredyty i każdemu jego Everest. O ile czas zdemaskował oszustów - zamiast Japonii mamy kartę stałego klienta do kolejnych Rzeczypospolitych, zamiast stu tysięcy denominację i obligacje, żyjemy na kredyt... zaufania do kolejnych rządów - o tyle w podświadomości nam się kołacze, że niezależnie od zakrętów historii i kondycji Rzeczypospolitej, zawsze znajdzie się miejsce na swój własny Everest. Mam złe wieści. Po pierwsze Everestu nie ma. Po drugie prawie jest to niemożliwe do wykazania w prostych wojskowych słowach, a obalanie tego kanonu w atmosferze społecznego braku zaufania do wszystkiego, jest porywaniem się z motyką na słońce. Szczęśliwie naszą codzienność i szeroko pojęty alpinizm łączy znaczeniowy dualizm trafnie zdefiniowany paralelą o codziennej wspinaczce. Wymowność pojęcia "codzienna wspinaczka" pozwala mi - bez porywania się z motyką na słońce - na przeprowadzenie dowodu nie wprost tj. analizę dziedziny sportu, aby na koniec (nie gwarantuję, że się uda) wystawić świadectwo człowieczej doli, nie tak znów szlachetnej, jaką chcieliby ją widzieć spekulujący Everestem dla każdego. "Prostowanie zwojów" w moim przekonaniu nadaje się do tego wybornie, dlatego, że przeczy istnieniu Everestu w całej rozciągłości. Rzecz, bowiem traktuje o bezmyślnych szczeniakach, próbujących zmontować uprząż z "pampersa", o młodych lwach wspinających się na grożące zawaleniem kominy i słupy celem wyrwania paru stówek na niedzielny wypad w góry, o ofermach z "worami pełnymi profesjonalizmu", którym brakuje wyobraźni, aby przypiąć się tasiemką do plecaka w eksponowanym terenie. Ponadto listę zapełniają indywidua oderwane od swych codziennych praktyk, wyssane z korporacyjnych fabryk, biur i urzędów. "No istny kicz", parada oszołomów, idiotów i amatorów przekonanych o wyższości wspinaczki nad żeglarstwem i zbieraniem znaczków. I że niby z takich rekrutują się ludzie gór. Cóż... właśnie z takich, zwyczajnych ludzi niepozbawionych czysto fizjologicznych reakcji w obliczu strachu i rozstroju żołądka, wypranych z patosu bluźnierców porozumiewających się inwektywami, bez balastu techno bełkotu, dosadnie, by zostać w mig zrozumianym. Czy wspinaczka z ludzką twarzą przeczy istnieniu ideału? Jeszcze nie, ale piedestał już się chwieje. Obalają go dopiero ludzie, którzy żyją rytmem kolejnych wypraw. Ci wszyscy górscy weterani, himalaiści przez duże "h, herosi alpinizmu itd. Większość z nich Everest ma już za sobą. "W tej sytuacj"i to już pozostało tylko przykryć się prześcieradłem i powoli pełznąć w kierunku cmentarza" jak mawia moja żona. Jeśli zaś Everest to mrzonka, cel doraźny, po którego osiągnięciu pozostaje próżnia o gorzkim smaku, staramy się ją jak najszybciej wypełnić treścią. I na to wskazuje. Oni bowiem nie przerywają ataku, podejmują kolejne wyzwania. I kółko się zamyka. Ktoś powie: "Fantastycznie. Kilka sztuczek retorycznych, aby dowieść, że kręcimy się w kółko, a Don Kichoci kultywujący miazmaty o postępie karmionym wiarą w Everest są idiotami. Teraz dopiero słowa pańskiej żony nabierają właściwego znaczenia". Co począć w tej sytuacji? W "Prostowaniu zwojów" jest odpowiedź. Gdyby jej nie było, należałoby Tomka Hreczucha umieścić w antologii science fiction, nie w cyklu literatury górskiej na świecie. Tylko nie możemy dać się ponieść lapidarności stylu, lekkości pióra, kpinie z domieszką samokrytycyzmu czy dowcipowi, czasem ocierającemu się o prostackie skatologiczne skojarzenia, bo odpowiedź tkwi w "wężykach" - charakterystycznych formach edycyjnych rozpoczynających każdy rozdział - zwanych przeze mnie epitafiami dla alpinizmu. "Znajoma tydzień temu opłynęła świat we własnoręcznie wyciosanej łodzi, kolega właśnie wszedł bez tlenu na Everest. Głosy ambiwalentne słyszę w sobie i zazdroszczę doświadczeń rozmachu i cieszę się, że potrafię już bez nich żyć". To jest odpowiedź a zarazem dowód, że autor-alpinista żyje świadomie. To znaczy jak? Świadomie dźwiga ciężar swoich wyborów. Czerpiąc siłę z tej wiedzy, idzie naprzód nie pozwalając się przygnieść. Rozumie swoje ograniczenia, "mierzy siły na zamiary", co w końcowym rozrachunku nie przeszkadza "atakowaniu celów na granicy swoich możliwości". Czy nie odnosicie Państwo wrażenia, że w jednakowym stopniu dotyczy to ojców i alpinistów, żon i himalaistów, polityków i filatelistów?
  • Przesunąć horyzont

    Mariusz Szczepaniak 2007-02-07

    Bardzo prawdopodobne   (7 z 14 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Nazwisko musi rezonować w medialnym zgiełku, nie wolno dać się zamilczeć, trzeba stale być na fali. Tak zawsze łatwiej trafić na niestałą jak pogoda w górach i publiczność toplistę popularności. A że publika również szybko się nudzi, zwłaszcza ciągłymi sukcesami, konieczne jest stosowanie płodozmianu nastrojów. Od szczytów euforii do głębokich stanów depresyjnych, od eksplozji propagandy sukcesu do ataków histerii nierzadko jest tylko miesiąc, bo tyle trwa przerwa między kolejnymi numerami periodyków podglądających życie gwiazd. Martyna Wojciechowska sunąca dotychczas po szczytach popularności na fali euforii zdała egzamin z prestidigitatorstwa nastrojów celująco. „Przesunięciem horyzontu”. Cóż niezwykłego zaprezentowała w swoistym „maturalnym” pamiętniku? Otóż...NIC. Zwyczajnie dlatego, że książka utrzymana w klimacie „veni, vidi, vici” nie mogła się udać. Nasz program biologiczny bowiem jest niekompatybilny ze środowiskiem wysokogórskim. Nie potrzeba być himalaistą, aby wyczuwać intuicyjnie, że tam - na górze - jest coś nie tak. Decydując się na spędzenie kilku tygodni powyżej 5000 metrów, skazani jesteśmy na sponiewieranie i limfatyczne wycieńczenie aż po najciemniejszy zakamarek jamy ciała. Martyna zresztą szczegółowo wykłada listę tortur w swoim słowniczku. Brakuje mi tylko ćmienia niedoleczonych zębów (to nie jest sarkazm). Dorzuciwszy do tego szczeliny lodowcowe i lawiny jest to już stąpanie po polu minowym bez wykrywacza. Jeśli przeżyjesz, nie możesz pozbyć się uczucia, że był w tym palec boży. Tym sposobem owo NIC i typowa dla alpinisty sponiewieranego tendencja do postrzegania we wszystkim śladów absolutu nadaje „przesuwaniu” znamion realizmu i przepełnionego szczerym wyznaniem wiary hołdu dla majestatu gór, przed którym Wojciechowska zdaje maturę z instynktu samozachowawczego, własnych słabości, bycia ze sobą szczerą, a w obliczu śmierci ludzi, z którymi się wspina, ze swojego człowieczeństwa. Rzecz zupełnie nieracjonalna dla człowieka sukcesu. Ale brzmi bardzo prawdopodobnie. Niemalże dałem się przekonać. Ocknąłem się na widok pompatycznego, a zarazem wyświechtanego ustami różnych „autorytetów” stwierdzenia: „Każdy ma swój Everest”, "Ciągle mam wrażenie, że mój czas się kończy. Z kolejnym dniem mam jeden dzień mniej do przeżycia. W związku z tym każdą chwilę chciałabym przeżyć jak najpełniej". Uderzenie w patetyczność zupełnie zbędne, które w połączeniu ze słowniczkiem terminów medycznych (a la „nauka wspinaczki na weekend”) i naiwnymi (zdobywanie Górki Szczęśliwickiej), a czasem belferskimi, opisami zdjęć pozostawia smak przydługiego artykułu do kolorowego żurnala. Byłbym jednak niesprawiedliwy, gdybym stwierdził, że wszystkie wynurzenia Martyny zawierają li tylko zimny rachunek. Pieczołowicie przygotowana wyprawa, serwis techniczny i obsługa merytoryczna, podporządkowanie ostremu reżimowi treningu kondycyjnego - wszystko wskazuje na to, że trzeci etap wyścigu o „Koronę Ziemi” musi zakończyć się sukcesem osobistym i, co istotniejsze, medialnym. Nie dało się tylko przewidzieć jednego. Czomolungma zmiażdżyła człowieka mentalnie wraz z jego cywilizacyjnymi problemami zastępczymi, mniemaniem o swojej nieomylności, dojrzałości, poukładanymi wzorowo pojęciami o życiu, przetrwaniu, roli społecznej i powołaniu. Himalaje pozostawiają w ten sposób nieusuwalny ślad w świadomości każdego wspinacza. Nie wiem, czy Krzysztof Wielicki miał właśnie to na myśli, kiedy stwierdzał, że Martyna - „człowiek z zewnątrz” nie waha się pisać o tym, o czym górscy weterani nie chcą mówić. Ale mam takie właśnie uczucie. Świat się zmienia. Everest został pozbawiony przez komercję cząstki swojego sacrum. Bardzo prawdopodobne, że niebawem na obcowanie z Sagarmatha będzie stać tylko i wyłącznie ludzi reklamujących jogurciki w godzinach szczytu oglądalności. I bardzo prawdopodobne, że pojęcie o górach wysokich będzie kształtowane przez książki w rodzaju „Przesunąć horyzont”. Natomiast hermetyczna klika jakichś oszołomów zamkniętych w Alpin Clubie będzie rozważać, czy komercja to czysta arytmetyka (czyli suma sprzedanych egzemplarzy), czy też raczej stan ducha. Bardzo prawdopodobne.

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Wszystkie zapowiedzi w Merlinie >>

Promocje - kupuj i oszczędzaj!