stały recenzent  Tomasz Butrym 1

Rekomendacje:

  1. My Beautiful Dark Twisted Fantasy
  2. Be
  3. Man On The Moon: The End Of Day [Polska cena]
  4. Bad [Special Edition]

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 51

  • Take Care
    • Take Care
    • Drake
    • cena: 48,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 14 dni )

    Tomasz Butrym 2012-01-07

    To nie muzyka, to już sztuka! Doskonały.   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Drake stał się w bardzo krótkim czasie ulubionym ”raperem” amerykanów, bo ja inaczej wytłumaczyć sprzedaż blisko 700 tys. Kopii albumów w pierwszym tygodniu? Jest to wynik porównywalny do Eminema, a wyższy nawet od duetu The Throne. „Take Care” to drugi solowy krążek artysty z Kanady. Podobnie jak w „Thank Me Later” „Take Care” rozpoczyna się tą samą linia melodyczną. „Fireworks” i „Over My Dead Body” to utwory niemalże identyczne! Potem wcale nie jest inaczej; kilka typowych dla albumu „808s & Heartbreak” nut, następnie hit „Headlines”, tak jak rok temu „Over”. Ale nie mam tu nic negatywnego na myśli! Jednym słowem można było by każdy utwór z „Take Care” wrzucić do „Thank Me Later”- ale nie odwrotnie. Dlaczego? Bo „Take Care” jest dużo lepszy, dojrzalszy, spójniejszy i niesamowicie melancholijny- po prostu idealny. Od pierwszego utwory zachwyca; poprzez „Crew Love”, w którym pojawia się inny artysta z Kanady The Weeknd- obok Franka Ocean to właśnie jego album jest najbardziej oczekiwany w 2012roku. Śpiewa nawet o swoich fanach i przyjaciołach z Polski, więc kolejny plus. Kolejna piosenka już tytułowa, nagrana w duecie z Rihanna jest najlepszą na całym krążku. Drake swoim śpiewem pieści uszy, naprawdę i tak przez cały album łącząc charakterystyczny rap przeplątany z nieumiejętnym śpiewem, w utworze „Take Care” osiąga swoje apogeum. Rihanna wreszcie mnie zachwyciła, odżyła w tym utworze, znów jest świeża i słodka. Jeden z najwspanialszych utworów minionego roku. Drake pokazał, że stworzył swój niepowtarzalny i charakterystyczny styl prezentując kolejne nagrania z albumu. „Marvin’s Room” jest niepowtarzalny; w tym utworze z kolei Drake prezentuje swój najlepszy flow. A następna piosenka „Buried Alive” z Kendrickiem Lamar (kolejny wyczekiwany raper 2012) to kwintesencja wpływu Lil Wayne, na twórczość Drake. Właśnie i Lil Wayne nie zabrakło na albumie bo pojawia się w trzech utworach, z których „HYFR” podoba mi się najbardziej! W stworzeniu tego wspaniałego albumu pomogli inni zaprzyjaźnieni artyści, z którymi współpracował już Dreezy; mianowicie Nicki Minaj i Rick Ross. Pojawia się też ciekawa kolaboracja z Stevie Wonderem, obok której nie można przejść obojętnie. To niesamowite, jak doskonale potrafił połączyć to wszystko Drake i producenci albumu; szczególnie 40. Zabawa słowami, rymami i tonacją głosu jest fantastyczna, można tego doświadczyć np. w kawałku „Underground Kings”. Każdy bit, każda nuta na albumie jest perfekcyjna. Czasem brak słów na określenie tego co się czuję. Atmosfera, niesamowita. Chyba od czasu „My Beautiful Dark Twisted Fantasy” nie spotkałem się z tak świetnym albumem. Obok „Watch The Throne” i „F.A.M.E.” to najwspanialsze dzieło 2011 roku. Moje ulubione utwory: „Crew Love” „Take Care” „Marvin’s Room/Buried Alive” „HYFR”.
  • Talk That Talk [Polska cena]

    Tomasz Butrym 2011-12-31

    "Jak w polskim filmie - nudy; patrzę w prawo, potem w lewo - nudy"   (1 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Recenzuję już trzeci album Rihanny. Nie wiem co jeszcze o niej napisać na wstępie, może prócz tego, że singiel promujący „Talk That Talk” czyli „We Found Love” jest jej jedenastym utworem na szczycie HOT 100. Skończyły mi się pomysły na recenzowanie jej albumów, tak jak Riri skończyły się pomysły na nowy kolor włosów, ubranie, aferę, ale najważniejsze, że nie ma pomysłów na muzykę. To wszystko co usłyszałem na „TTT” już kiedyś słyszałem, co gorsza u tej samej piosenkarki. Powrót do „Rated R” i „Loud” jest przewidywalny. Rihanna wciąż wracająca do sprawy z Chrisem Brownem, bo nikt nie powie mi, że facet w teledysk do utworu z Calvinem Harrisem go nie przypomina też się znudziła… Próba odtworzenia hitu „Umberella” w tytułowym kawałku z Jayem-Z, jest też mało trafiona. Pewnie i tak single zostaną hitami i radia będą w kółko grały te same utwory czy to Rihanny czy Lady Gagi, to nie ma znaczenia bo o tym nikt nie będzie pamiętać za dwadzieścia lat. Nie żebym nie darzył Rihanny sympatią, po prostu znudziła mnie już jej muzyka; być może to jej styl, ale być może to po prostu monotonia i brak pomysłów na siebie. Mało ambitny (a potrafiła robić też takie albumy „Rated R”), sztuczny, bez polotu, przewidywalny i nudy. Polecam utwór „Cockiness I Love It” i ewentualnie „Talk That Talk”.
  • Tha Carter IV
    • Tha Carter IV
    • Lil Wayne
    • cena: 48,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu 24 godz.)

    Tomasz Butrym 2011-11-30

    Ambiwalentne podejście do Wayna i "CARTER4".

    Wayne to dziś pewnie najpopularniejszy i najbardziej lubiany raper w USA. Dlaczego? Niech każdy spróbuje odpowiedzieć sobie na to pytanie sam. Ani nie jest przystojny, ani nie jest ikoną stylu, sam nie produkuje muzyki chociażby dla siebie, a jego dykcji wiele zostawiam do życzenia. Na jego sławę wpływa więc masa producentów, PRowców i gości na track liście kolejnych mixtapów, albumów. Po doskonałym „Tha CarterIII” przyszedł ‘rockowy’ „Rebirth”, a potem no właśnie sam nie wiedziałem, że „I Am Not A Human Being” jest oficjalnym albumem. I wreszcie po trzech latach przerwy przyszedł czas na kolejną odsłonę sequela „Tha Carter”. „IV” faktycznie jest dużo ciekawsza, lepiej brzmiąca i bogatsza tekstowo niż dwa poprzednie albumy. Oczywiście zanim pojawiła się na rynku poprzedzały ją kilka mixtapów. Singiel promujący „6Foot7Foot” w teledysku był inspirowany wówczas popularnym filmem „Incepcja” co pomogło w promocji krążka, choć nie było to potrzebne bo ja już teraz wiadomo w pierwszy tydzień był platynowy. Ale utwory w stylu „A Milli” czyli „Blunt Blowin” i „Megaman” nie sprawiają już, że pojawiają się ciarki na ciele. Pojawiają się utwory dobre; mój ulubiony „John” z Rick Rossem jest doskonały, ale może dlatego, że przyzwyczaiłem się do oryginalnej (lepszej) wersji Rick Rossa „I’m Not A Star” z albumu „Teflon Don”. „Nightmares Of The Bottom” „She Will” z Drakem, w którym nie da się rozpoznać, który z tych panów to Weezy, a który Dreezy. W kolaboracji z Jadakissem i Drakiem „It’s Good” Lil Wayne ma atakować Jay-Z, który rzekomo obraża jego guru Birdmana w kawałku „HAM” promującym album „Watch The Throne”. Na albumie pojawiają się spokojne kawałki, ze świetnymi tekstami charakterystyczne dla „The Carter”; „How To Love” „President Carter”. Niestety ani nie przebił „III”, ani nie jest nowatorski, ani specjalnie popkulturowy, czy chwytający w ucho. Jest dostatecznie+ wykonany; na pewno jest bardzo ważnym krążkiem w hip hopie 2011 roku. Obok „Watch The Trone”, debiutu J.Cole i Big Seana czy „Hell: The Sequel” „Tha Carter IV” to najważniejsze wydarzenie hip hopowe w 2011 roku. Ale ze względu na małą sympatie do osoby Weezyego, album mnie nie zachwyca. Ulubione utwory: „Blunt Blowin” „John” „President Carter” „So Special”.
  • F.A.M.E.
    • F.A.M.E.
    • Chris Brown
    • cena: 59,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 7 dni)

    Tomasz Butrym 2011-11-29

    Look At Him Now   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    „F.A.M.E.” to pierwsza płyta w 2011 roku, która mnie zachwyciła. Chris Brown po dość słabym ostatnim albumie „Graffiti”, miał ostatnią szansę aby przypomnieć o swojej nietuzinkowości i wrócić na szczyt lub po prostu zostać zapomnianym. Zadanie trudne, ale wykonał je najlepiej jak mógł. Prócz swoich hitów pokroju „Yeah x3” czy „Deuces” nagrał kilka chwytliwych kawałków z debiutującymi gwiazdami. „My Last” Big Seana, „Champion” Chipmunka lub „One Night Stand” Keri Hilson. Na bezapelacyjny sukces krążka „Fame” ogromny wpływ miał mixtape „Fan of a Fan” z raperem Tyga, z którego pochodzi utwór „Deuces”, który otworzył po raz kolejny Brownowi drzwi do list przebojów. Potem, jak już wspomniałem był same hity: „Yeah x3” „Beautiful People” „She Ain’t You” i przede wszystkim „Look At Me Now” z Lil Waynem i niesamowitym Busta Rhymesem. Album od początku do końca delikatnie i udanie miesza gatunki muzyki pop z elektro, r&b z hip hopem. Osobiście znajduję w nim wszystko czego wymagam od pieśniarzy pokroju Chrisa Browna. Kwintesencja r&b w „Up 2U” czy „She Ain’t You” z samplem „Human Nature” Jacksona. Znalazłem też dużą dawkę świetnego hip hopu w „Look At Me Now” i „Wet The Bed” z Ludacrisem. Nawet „Next 2 You” z Justinem Bieberem wpada w ucho. Na albumie pojawia się przyjemna potocznie nazwana techniawka w stylu „Oh My Love” czy „Say It With Me”. Na liście producentów nie znaleźli się osoby znane przez wszystkich, jak Danja czy Bangladesh. Możemy znaleźć jednak klasycznego Benny Benassiego, Afrojacka czy The Bizness. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Świetnie zaprojektowany album, doskonały pomysł i genialne wykonanie. Jak dotąd najlepszy krążek wydane przez Breezyego, i jeden z najlepszych krążków tego roku. Najlepsze dla mnie nagrania to „Up 2U”, „Look At Me Now”, „Should’ve Kissed You” i „Beautiful People”.
  • Watch The Throne [Deluxe]

    Tomasz Butrym 2011-11-29

    bestsellerowa okładka, zawartość i rzemieślnicy

    Kanye West to najsmaczniejsza i najprawdziwsza postać współczesnej muzyki pop, Jay-Z z kolei jest legendą i wciąż najbardziej wpływowym muzykiem w show biznesie. Te dwie osobowości nie raz pracowały już razem. Bez Kanye Westa nie byłoby legendy „The Blueprint” czy hitów na miarę „Izzo Hova” czy „Run This Town”, zaś bez Jay-Z w ogóle nie było by Kanye Westa. Mimo konfliktów jakie istniały między nimi, wreszcie nagrali długo oczekiwany „Watch The Throne” zresztą jako duet The Throne. Od początku było wiadomo, że będzie to dzieło monumentalne, lub denne po prostu. Na szczęście album jest świetny. Od momentu wydania utworu i teledysku do „Otis”, w którym zresztą ‘udoskonalają’ Maybacha za milion dolarów, wiadomo było, że będzie to krążek łączący klasykę z nową wizją muzyki, którą preferuje Yeezy. Mistycznie zaczynający się album genialnie słucha się do „That’s My B*tch”, potem wydaję mi się, że nieco zepsuł Swizz Beatz; nie ujmuję jego geniuszowi, ani piosence „Welcome To The Jungle”, ale mam dziwne wrażenie, że naciągnął początkową konwencję płyty. Prócz tego nie ma nic co mógłbym zarzucić „Watch The Throne”. Drugi oficjalny singiel „Ni**as In Paris” od początku przez większość uważany za przełomowy i najlepszy utwór całego albumu. Wyprodukowany przez Hit-Boya pokazuję wystawne życie duetu i nieograniczone znajomości i władzę muzyków. Ogólnie na całym albumie Kanye porusza bardziej prywatne i życiowe tematy. Nie wiem czy jest to możliwe, ale dużo bardziej podoba mi się flow młodszego rapera; manipuluje swoich głosem i przypomina raz Commona („New Day”), raz Slick Ricka („That’s My Bitch”), a raz nawet Jay-Z („Murderer In Excellence”). Choć trzeba przyznać, że Jay-Z, w kilku kawałkach brzmi lepiej („Why I Love You”, „Lift Off”), ale może dlatego, że zostały stworzone stricte pod jego styl. Mimo to Brooklyn i Chicago stało się jednością, czyli Jay-Z i Kanye genialnie połączyli swoje atuty i razem stworzyli genialny album pełen potencjalnych hitów stworzonych przy pomocy licznych sampli i producentów: Pharrella, Mike Deana czy Hit-Boya. Piosenki „Why I Love You” „Gotta Have It” „Who Gon Stop Me” mają ogromny potencjał aby zrobić dobrą reklamę albumu w radiu. Jeden z najważniejszych i najlepszych albumów br., postawił wysoko poprzeczkę duetom Common&Nas, Drake&Lil Wayne czy T.I.&B.o.B., którzy także planują nagrać wspólny projekt. Faworyzowane przeze mnie utwory „Ni**as In Paris” „Gotta Have It” „HAM” „Illest Motherf**ker Alive”.
  • 4 [Eco Style]
    • 4 [Eco Style]
    • Beyonce
    • cena: 36,49 zł
    • (wysyłamy w ciągu 24 godz.)

    Tomasz Butrym 2011-11-29

    Królowa soulu bez kitu i bez hitu.   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    O Beyonce to królowa muzyki soul. Mógłbym opisać jej osobę w kilkunastu epitetach w najwyższym stopniu, ale chce krótko zrecenzować jej czwarty solowy album twórczo nazwany „4”. Co oznacza ta liczba? Czwarty krążek w dykografii, ulubiona liczba? Ciężko trafić. Więc skupmy się na muzyce: początek bardzo melancholijny i im bardziej w głąb idziemy czwórki jest weselej i zabawniej. Co nie oznacza, że „1+1” czy inne spokojne utwory są zepsute- są fantastyczne! Aż łezka się w oku czasem kręci. Pokołysać się da, nawet do późniejszych kawałków; „Rather Die Young” „Start Over” „I Was”. Genialnie wykorzystany sampel „La Di Da Di” przez Kanye Westa w utworze „Party” podkreśla atmosferę krążka, która jest utrzymana w rytmach lat 90. Gdy pierwszy raz słuchałem tej płyty od razu zrobiło mi się kolorowo przed oczami. „Love On Top” „Countdown” „Party” to bardzo klimatyczne piosenki. Andre 3000 jest jedynym gościem, ale swoją osobą ubarwia nagranie równie, jak trzynastu artystów w „All Of The Lights”. Na albumie Beyonce udało się połączyć niemal wszystko: sama pisała teksty, pomagał jej The-Dream; połączyła genialnych producentów Kanye Westa, Bhasker, S1; nagrała świetne video clipy „Run The World (Girls)” „Best Thing I Never Had”. Ale brakuje tu jednej bardzo ważnej pozycji, mianowicie hit na skalę światową. Przy nawale Lady Gagi, Katy Perry i Rihanny, Beyonce nie udało się przebić po dwuletniej przerwie. Nie ma „Single Ladies” „Sweet Dreams” ani „Halo”. Bardzo fajny album, pozytywny i miły dla ucha, i oka. Niestety Ci, którzy słuchają polskich stacji radiowych mogą w ogóle nie wiedzieć, że Queen B coś wydała; dlaczego? bo żadna z jej piosenek nie przypomina „Last Friday Night”.
  • Goblin [Deluxe]

    Tomasz Butrym 2011-11-29

    Debiut roku! Odwaga, szczerość, nowoczesność.

    Pierwszy raz usłyszałem o nim kiedy Kanye West wrzucił na swojego bloga link z teledyskiem do „Yonkers”, zresztą genialny, łamiący wszelkie bariery i nowatorski. Oczywiście wcześniej słyszałem o grupie OFWGKTA, ale bałem się ich słuchać. Tyler, The Creator to obok Franka Oceana najbardziej charakterystyczna i utalentowana postać, której udało się wybić na tory bardziej ‘komercyjne’. Chociaż Tyler nie poszedł na łatwiznę (tak samo zrobił Frank O) i nie zaprosił dwudziestu znanych już raperów, aby pomogli mu się wypromować. Tyler jest tak kreatywną, utalentowaną i wyrazistą postacią, że dzięki temu albumowi dostał bardzo znaczącą pozycję wśród kolegów z branży. Na albumie nie szczędzi sobie słów niczemu, co mu się nie podoba. Czasem zbyt dosłownie mówi o czym tylko żywnie mu się podoba. Choć z drugiej strony; na tym polega rap- prawda? Świetnie nagrane wszystkie utwory przedstawiają świat widziany przez jego osobę. „Boppin Bitch” „Fish” „Bitch Suck Dick” już po samych tytułach możemy wiele sobie dopowiedzieć, ale obawiam się że warto jednak przeanalizować je nie tylko dopowiadać. Cytaty, które tu przytoczę pokażą, że dzieciaki od Katy Perry nie powinny kupować tego albumu. „…kill people buy shit fuck school” „…i just wanted her to suck my dick” „…she’s little slatwhore” „… this the revenge of the dicks…”. Nie będę tłumaczył bo boję się, że nie opublikują mojej recenzji. Bez problemu też gardzi postaciami B.o.B., Bruno Marsa, Chrisa Browna… Bardzo odważny człowiek, który za plecami ma jedynie Pusha-T, podobno Eminema i Kanye Westa, których chce go w swojej wytwórni GOOD Music. Genialny album, naprawdę posiadający mroczną i być może nieprzyjemną atmosferę, ale wciągający i zostawiający ślad, po którym inaczej spojrzysz na teraźniejszy hip hop. Moimi faworytami są: „Yonkers” „Radicals” „Her” „Bitch Suck Dick”.
  • Passion, Pain & Pleasure

    Tomasz Butrym 2011-03-17

    Słowa przy takich wokalach i aranżacjach są zbędne

    Od czasów "Confessions" Ushera, nie pamiętam lepszego albumu R&B. I w zasadzie to wystarczyłoby, aby opisać majestatyczność tego krążka. Jest tu wszystko, czego oczekuje nawet najbardziej wymagający słuchacz mający pojęcie o przemyśle muzycznym w USA. Myślałem, że po "Ready" nie da się nagrać bardziej klasycznego i wykwintnego LP. Kawałki "You Just Need Me", "Cant' Be Friends", "Red Lipstick", "Unfortunate", "Blind", "Made To Be Together" czy "Love Faces" to jedne z wielu najlepszych, o ile nie najlepsze nagrania w dorobku Treya. Zresztą cały album składa się tylko z klasycznych i najwyższej jakości kawałków, z których każdy wydany na osobnym singlu uplasowałby się na samym szczycie billboard r&b/hip hop chart. Prócz tego pojawia się śmietanka producentów i gości. Album nie posiada słabych punktów jednym słowem rzecz biorąc. Bezapelacyjnie Trey Songz jest w tym momencie na samym szczycie góry zwanej Rhythm & Blues, i choć nadal lśni Usher, Ne-Yo czy Chris Brown Trey Songz połączył najlepsze ich cechy w jedną; dając niezapomniane i genialne wrażenie. "Passion, Pain & Pleasure" to obok "My Beautiful Dark Twisted Fantasy" Kanye Westa oraz "Thank Me Later" Drakea najlepszy krążek 2010 roku. Mimo, że album w Polsce ukazuje się z opóźnieniem jakiś 9/10 miesięcy nie może zabraknąć go na półce każdego, kto ceni najwyższą jakość wykonania, wokal i świetną produkcje artystów zza oceanu.
  • No Mercy
    • No Mercy
    • T.I.
    • cena: 48,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu 24 godz.)

    Tomasz Butrym 2011-02-01

    Wolalbym nie zaliczać tego albumu do fantastycznej dyskografii T.I.

    Clifford Joseph Harris, Jr na samym początku występujący pod pseudonimem T.I.P., potem zmieniając na T.I. (aby nie kojarzyć go z raperem i producentem Q-Tipem) był (ale czy wciąż jest?) jedna z najważniejszych postaci na scenie hip-hopowej w Stanach Zjednoczonych. Nieustannie od blisko dziesięciu lat oglądaliśmy go na szczycie list sprzedaży w USA. Apogeum swojego sukcesu nastąpiło w 2008 roku wraz z wydawnictwem "Paper Trail", z którego pochodzą największe przeboje rapera, jak "Whatever You Like", "Live Your Life" czy "Dead & Gone". Po wakacjach spędzonych we więzieniu T.I. stara się wrócić znów na szczyt. Zaczął od udzielaniu się gościnnie u rozchwytywanych artystów pokroju Ushera, Drake, Nelly czy u Diddiego-Dirty Money. Album "No Mercy" pojawił się bardzo szybko od czasu ogłoszenia jego nagrywania, lecz równie szybko zszedł z ust krytyków i fanów. Album bardzo chłodno został przyjęty, mimo iż na liście gości pojawiły się tylko najważniejsze sławy hip-hopu; zaczynając od Kanye Westa, poprzez Drakea i wielu innych, na Eminemie skończywszy. Muszę przyznać, że album został nagrany bez pomysłu, brakuje świeżości i nuty agresji. Nie znajdziemy na nim nawet żadnego hitu pokroju "Live Your Life" czy choćby "Swagga Like Us". Rozpoczyna się fantastycznie, bo na pewno "Welcome To The World" jest najmocniejszym kawałkiem całego albumu. Gościnnie pojawił się w tym czasie najlepszy Kanye i jego wychowanek Kid Cudi. Potem jest już znacznie gorzej. W "Get Back Up" T.I. wraz z Chrisem Brownem użala się nad swoim życiem i przypomina, że jest tylko człowiekiem. Ok, raz wystarczy. Dalej przewijamy się przez "That's All She Wrote" w featuringu z Eminemem, kompletnie nie zaskakującego flowem. Piosenka tytułowa "No Mercy" we wspołpracy z The-Dreamem też jednym uchem wpada drugim wylatuje. Dalej nic, nic, nic. Pojawia się jeszcze kilka dobrych uniesień Trey Songza, potem jest średnie i takie jakby oklepane "Lay You Down" i na koniec coś komercyjnego z udziałem przygasłej już dawno gwiazdy Christiny Aguilery. Być może na ocenę tego albumu wpływa fakt, iż w tym czasie na rynku świeżo pojawiły się fantastyczne "My Beautiful Dark Twisted Fantasy" czy "Pink Friday", a w 2010 roku mieliśmy jeszcze wiele doskonałych kawałków od Rick Rossa, Drakea czy B.o.B.? "No Mercy" potwierdziło status gwiazd, które wracają z więzienia; Lil Wayne także w 2010 roku zupełnie sobie nie poradził. Z wielkim szacunkiem i sympatią do T.I. muszę jednakże przyznać, że album jest nieciekawy, słaby i nudny. Czekam, więc dalej na album, który pozwoli najlepszym raperom jak T.I. czy Weezy powrócić do najlepszej formy z 2008 roku.
  • No Mercy
    • No Mercy
    • T.I.
    • cena: 48,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu 24 godz.)

    Tomasz Butrym 2011-01-27

    Wolalbym nie zaliczać tego albumu do fantastycznej dyskografii T.I.

    Clifford Joseph Harris, Jr na samym początku występujący pod pseudonimem T.I.P., potem zmieniając na T.I. (aby nie kojarzyć go z raperem i producentem Q-Tipem) był (ale czy wciąż jest?) jedna z najważniejszych postaci na scenie hip-hopowej w Stanach Zjednoczonych. Nieustannie od blisko dziesięciu lat oglądaliśmy go na szczycie list sprzedaży w USA. Apogeum swojego sukcesu nastąpiło w 2008 roku wraz z wydawnictwem "Paper Trail", z którego pochodzą największe przeboje rapera, jak "Whatever You Like", "Live Your Life" czy "Dead & Gone". Po wakacjacch spędzonych we więzieniu T.I. stara się wrócić znów na szczyt. Zaczął od udzielaniu się gościnnie u rozchwytywanych artystów pokroju Ushera, Drake, Nelly czy u Diddiego-Dirty Money. Album "No Mercy" pojawił się bardzo szybko od czasu ogłoszenia jego nagrywania, lecz równie szybko zszedł z ust krytyków i fanów. Album bardzo chłodno został przyjęty, mimo iż na liście gości pojawiły się tylko najważniejsze sławy hip-hopu; zaczynając od Kanye Westa, poprzez Drakea i wielu innych, na Eminemie skończywszy. Muszę przyznać, że album został nagrany bez pomysłu, brakuje świeżości i nuty agresji. Nie znajdziemy na nim nawet żadnego hitu pokroju "Live Your Life" czy choćby "Swagga Like Us". Rozpoczyna się fantastycznie, bo na pewno "Welcome To The World" jest najmocniejszym kawałkiem całego albumu. Gościnnie pojawił się w tym czasie najlepszy Kanye i jego wychowanek Kid Cudi. Potem jest już znacznie gorzej. W "Get Back Up" T.I. wraz z Chrisem Brownem użala się nad swoim życiem i przypomina, że jest tylko człowiekiem. Ok raz wystarczy. Dalej przewijamy się przez "That's All She Wrote" w featuringu z Eminemem, kompletnie nie zaskakującego flowem. Piosenka tytułowa "No Mercy" we wspołpracy z The-Dreamem też jednym uchem wpada drugim wylatuje. Dalej nic, nic, nic. Pojawia się jeszcze kilka dobrych uniesień Trey Songza, potem jest średnie i takie jakby oklepane "Lay You Down" i na koniec coś komercyjnego z udziałem przygasłej już dawno gwiazdy Christiny Aguilery. Być może na ocenę tego albumu wpływa fakt, iż w tym czasie na rynku świeżo pojawiły się fantastyczne "My Beautiful Dark Twisted Fantasy" czy "Pink Friday", a w 2010 roku mieliśmy jeszcze wiele doskonałych kawałków od Rick Rossa, Drakea czy B.o.B.? "No Mercy" potwierdziło status gwiazd, które wracają z więzienia; Lil Wayne także w 2010 roku zupełnie sobie nie poradził. Z wielkim szacunkiem i sympatią do T.I. muszę jednakże przyznać, że album jest nieciekawy, słaby i nudny. Czekam, więc dalej na album, który pozwoli najlepszym raperom jak T.I. czy Weezy powrócić do najlepszej formy z 2008 roku.

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Promocje - kupuj i oszczędzaj!