nname
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 14
-
- Far
- Regina Spektor
- cena: 21,49 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
nname 2009-07-08
W stronę komercji. (2 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)
Urocza pani Regina uraczyła nas swoim nowym dziełem. Dziełem niestety nie do końca udanym. Nic nie zwiastowało tej muzycznej porażki. Doskonali producenci, kilka nieźle zapowiadających się wersji demo i singiel promujący, mimo że boleśnie popowy, miał w sobie to coś. Niezły tekst, ładna melodia, ciekawy teledysk, słowem, wymarzony numer na promocję albumu. I wszystko byłoby pięknie gdyby nie to, że panna Spektor postanowiła cały album wypchać takimi miałkimi, singlowymi numerami, które nieźle sprawadzać się będą chyba tylko w samolotach, albo w poczekalniach gabinetów dentystycznych. Gdzieś ulotniła się pomysłowość i magia cechująca poprzednie albumu tej pani. Nie ma śladu po drapieżnych balladach nasyconych rosyjskim folklorem, humor też gdzieś się schował. Po eksperymentowaniu ani śladu. Chyba bawią się w chowanego, szkoda tylko, że nikomu wcześniej nie powiedzieli. Cały album brzmi jak jedna piosenka rozciągnięta do 45 minutowych rozmiarów. I można by było to znieść, gdyby to chociaż była dobra piosenka... Jedynym godnym uwagi utworem na Far jest nasycony mroczną atmosferą Blue Lips, który przypomina wcześniejsze dokonania artystki. Mam nieprzyjemne wrażenie, że Regina postanowiła wyruszyć w pogoń za pieniądzem, bo nie wierzę, żeby ktoś, kto tworzył tak dobre album, jak 11:11, Songs, czy Soviet Kitch, a za swoje inspiracje podaje m.in. Toma Waitsa i Kate Bush nagle stracił całą swoją pomysłowość i wenę twórczą. Szkoda, wielka szkoda, że kolejna znakomicie zapowiadająca się artystka stawia sobie wyżej zarobki niż sztukę. Może następnym razem będzie lepiej. Oby. -
- A Woman A Man Walked By [Digipack]
- P.J. Harvey
- cena: 72,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
nname 2009-05-08
Brak mi zdania.
Na początku był singiel- Black Hearted Love, który, pewnie znowu tylko mnie- rozczarował. Proste brzmienie, zupełnie nie w stylu Polly. Kiedy nadszedł wyczekiwany dzień premiery płyta szybko wylądowała w odtwarzaczu, i co ? I takie dziwne uczucie pustki. Z jednej strony naprawdę ciekawe pomysły (Sixteen, Fifteen, Fourteen, A Woman a Man Walked By, Pig Will Not, April), i zaskakujące słuchacza "zwroty akcji", gdzie w jednej piosence słyszymy jak Polly niemal recytuje kolejne wersy utworu przy nikłym akompaniamencie instrumentów (Leaving California), by zaraz zaatakowała nas istna kakofonia dźwieków (Chair). Z drugiej jednak strony, aż by się chciało chociaż jedną piosenkę, którą dałoby się zanucić. Wiem, że to żaden zarzut, bo nie recenzuję najnowszej płyty Roxette, do tego paradoksalnie brzmiący w zestawieniu ze wspomnianym niedosytem po Black Hearted Love, ale cuż począć, naprawdę brakuje mi w tym dziele melodyjności. Niektóre utwory na płycie brzmią niemal jak b-side'y po White Chalk (April, The Soldiers), pewnie dlatego, że część albumu była nagrywana w prawie identycznym czasie co ostatni solowy album PJ Harvey. Największą, przynajmniej dla mnie zaletą tej płyty, jest sposób, w jaki Polly wykorzystuje swój głos. To jest bez dwóch zdań kobieta, która jest posiadaczką najbardziej plastycznego głosu, jaki kiedykolwiek słyszałem. Potrafi z nim zrobić absolutnie wszystko: szczekać, śpiewać jak staruszka, drzeć się w niebogłosy, śpiewać altem, sopranem, itd, itd. Za tak pefekcyjne opanowanie swojego głosu, należą jej się niskie pokłony, bo mało kto potrafi tak pięknie zilustrować muzykę głosem. W tak przedziwny stan mnie ta płyta wprawiła, że nie potrafię sklecić o niej porządnego zdania. Jeśli celem Johna i Polly było wprowadzić słuchacza w stan permamentnego osłupienia, to udało im sie bez dwóch zdań. Trudno mi jednoznacznie określić, czy dzieło duetu Parish/Harvey pretenduje do miana artystycznej porażki, czy jednej z płyt roku. Może i to, i to? Cholera, może w grudniu się dowiem. A macie tę 5 zakały! -
- A Woman A Man Walked By
- John Parish, PJ Harvey
- cena: 35,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
nname 2009-05-08
Brak mi słów. (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Na początku był singiel- Black Hearted Love, który, pewnie znowu tylko mnie- rozczarował. Proste brzmienie, zupełnie nie w stylu Polly. Kiedy nadszedł wyczekiwany dzień premiery płyta szybko wylądowała w odtwarzaczu, i co ? I takie dziwne uczucie pustki. Z jednej strony naprawdę ciekawe pomysły (Sixteen, Fifteen, Fourteen, A Woman a Man Walked By, Pig Will Not, April), i zaskakujące słuchacza "zwroty akcji", gdzie w jednej piosence słyszymy jak Polly niemal recytuje kolejne wersy utworu przy nikłym akompaniamencie instrumentów (Leaving California), by zaraz zaatakowała nas istna kakofonia dźwieków (Chair). Z drugiej jednak strony, aż by się chciało chociaż jedną piosenkę, którą dałoby się zanucić. Wiem, że to żaden zarzut, bo nie recenzuję najnowszej płyty Roxette, do tego paradoksalnie brzmiący w zestawieniu ze wspomnianym niedosytem po Black Hearted Love, ale cuż począć, naprawdę brakuje mi w tym dziele melodyjności. Niektóre utwory na płycie brzmią niemal jak b-side'y po White Chalk (April, The Soldiers), pewnie dlatego, że część albumu była nagrywana w prawie identycznym czasie co ostatni solowy album PJ Harvey. Największą, przynajmniej dla mnie zaletą tej płyty, jest sposób, w jaki Polly wykorzystuje swój głos. To jest bez dwóch zdań kobieta, która jest posiadaczką najbardziej plastycznego głosu, jaki kiedykolwiek słyszałem. Potrafi z nim zrobić absolutnie wszystko: szczekać, śpiewać jak staruszka, drzeć się w niebogłosy, śpiewać altem, sopranem, itd, itd. Za tak pefekcyjne opanowanie swojego głosu, należą jej się niskie pokłony, bo mało kto potrafi tak pięknie zilustrować muzykę głosem. W tak przedziwny stan mnie ta płyta wprawiła, że nie potrafię sklecić o niej porządnego zdania. Jeśli celem Johna i Polly było wprowadzić słuchacza w stan permamentnego osłupienia, to udało im sie bez dwóch zdań. Trudno mi jednoznacznie określić, czy dzieło duetu Parish/Harvey pretenduje do miana artystycznej porażki, czy jednej z płyt roku. Może i to, i to? Cholera, może w grudniu się dowiem. A macie tę 5 zakały! -
- Hat, Rabbit [Digipack]
- Gaba Kulka
- cena: 36,49 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
nname 2009-05-05
Powielanie schematów (9 z 28 uznało tę recenzję za pomocną.)
Nowa, stara twarz na polskim rynku muzycznym. Gaba Kulka to młoda artystka, córka skrzypka Konstantego Kulki, która do tej pory wydawała płyty własnym sumptem, ze swojego mieszkania czyniąc prymitywne studio. Hat, Rabbit to jej pierwsze wydawnictwo wyprodukowane pod szyldem dużej wytwórni płytowej Mistic Production- odpowiedzialnej m.in. za niedawny sukces Czesława Mozila. Ale czy nowe dzieło Panny Kulki jest niczym tytułowy, magiczny królik z kapelusza, jak sugeruje nam wydawca ? Śmiem wątpić. Po otwarciu płyta zachwyca nas naprawdę doskonałą oprawą graficzną. Ukłon w stronę grafika. Jednak zaraz po włożeniu jej do odtwarzacza czar pyska bezpowrotnie. Kulka nawet pod okiem świetnych producentów nie poskromiła swojej maniery wokalnej, bliźniaczo podobnej do wokalu Kate Bush, do której uwielbienia sama artystka przyznaje się bez bicia. Na tym inspiracje muzycznymi autorytetami się nie kończą. W niektórych piosenkach słychać kabaretowe melodie połączone z rockową energią, jednoznacznie nasuwające skojarzenia z muzyka The Dresden Dolls. W innych znowu fortepian pod dłońmi Gaby wydaje dźwięki spod znaku Tori Amos, czy Reginy Spektor. Nie można nikogo ganić za inspiracje, ale tutaj mamy raczej doczynienia z wiernym, odtwórczym wręcz kopiowaniem starych wzorów zza oceanu, niż z inspiracją będącą krokiem w kierunku wykreowania własnego stylu. Płycie nie pomogli nawet znakomici goście w postaci wsponianych już Czesława Mozila i Konstantego Kulki. Mystic Production liczyło na kolejny sukces na miarę Czesław Śpiewa. Nic z tego. Gabie brakuje zarówno oryginalności, jak i charyzmy tego pierwszego. Na polskim rynku muzycznym nieustannie wiejącym nudą, Gaba Kulka może wydawać się artystką barwną i oryginalną, ale prawda jest taka, że jeśli nie przestanie się wzorować na sprawdzonych już formułach, i nie odnajdzie ona indywidualnego stylu, to szybko przyjdzie zwijać jej żagle i wrócić do swojego mieszkania przerobionego na studio. -
- Funhouse
- Pink
- cena: 37,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
nname 2008-10-28
Pani Alecii zapachniały dolary... (5 z 19 uznało tę recenzję za pomocną.)
Pani Alecia Moore, po stosunkowo niedługim czasie od ostatniego wydawnictwa, pokusiła się o stworzenie nowego albumu, o jakże zacnym tytule "Funhouse". Po włączeniu płyty szybko się okazuje, że na albumie jest tyle "fun", co na noworocznym orędziu prezydenta Kaczyńskiego. W życiu bym się nie spodziewał, że pani Pink, która do tej pory dość wyraziście wyróżniała się na tle innych wykonawczyń gatunku pop rock, stworzy coś tak do bólu banalnego i przewidywalnego. Pink zawsze kojarzyła mi się z bystrymi, inteligentnymi tekstami, które zdecydowanie były jej mocną stroną. Tymczasem "Funhouse" serwuje nam stosik skrojonych wg jednego szablonu pioseneczek, a'la Avril Lavigne, czy Kelly Clarkson, o tym, że jej serce jest złamane, i on jej nie kocha. Zero zaskoczenia, oryginalności, zero charakteru. Do tego jeszcze świetny wokal Alecii, na tej płycie został spłycony do granic możliwości, i nie wykorzystany nawet w 20%. Wśród masy takich samych piosenek, znalazły się dwa utwory dwa utwory, które ratują album przed całkowitą porażką: tytułowe "Funhouse", i "Mean", nasuwające mi skojarzenia ze starymi balladami Bon Jovi, bądź Aerosmith. Reszta to jedno, wielka komercja, skrojona na sukces, co niewątpliwie Pink się uda. Płyta może spodobać się 12 letnim fankom Tokio Hotel i Avril Lavigne, reszcie polecam trzymać się z daleka. -
- Maria Awaria
- Maria Peszek
- cena: 31,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
nname 2008-10-28
Mania Grafomania (3 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
Krótko i na temat. Po przesłuchaniu najnowszej płyty Marii Peszek, mam dość mieszane uczucia co do jej zawartości. O ile oprawa muzyczna płyty jest niezła - robota Smolika, o tyle teksty pani Peszek chwilami do mnie w ogóle nie trafiają. Wokalistka napisała teksty cechujące się tak wybitnym grafomaństwem, i krakowskim rymem, że trzeba mieć naprawdę dużą wyobraźnię, żeby to nazwać sztuką. Mnie widocznie jej brakuje. Jednak wśród tych paru wątpliwych artystycznie numerów, jest też parę całkiem niezłych utworów, jak "Miłość w systemie Dolby Sorround", czy "Miś" chociażby. Generalnie uważam, że zabawa słowem Marii wychodzi średnio, i chyba za bardzo skupiła się na tym żeby za wszelką cenę sprowokować, a za mało na tym, żeby jeszcze z tej prowokacji wyszło coś z sensem i gustem. Efekt mieszany. Debiutu ten album z całą pewnością nie przebija. Daję szkolną tróję, za Boga nie więcej. -
- Little Voice
- Sara Bareilles
- cena: 29,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
nname 2008-06-30
Rewelacyjny debiut (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Płytą pani Bareilles zainteresowałem się po usłyszeniu bardzo popularnego ostatnimi czasy singla "Love Song", który szybko zapadł mi w pamięci i kazał się nucić pod nosem niemal do obłędu. Po włożeniu płyty do odtwarzacza szybko się okazało, że "Love Song" to nie wyjątek od reguły. Cała płyta jest przepełniona potencjalnymi hitami, które mogłyby szturmować listy przebojów. Lekko bluesowy "Vegas", soulowy "Many the Miles", funkujący "Morningside", to chyba najlepsze kawałki, choć cała płyta jest bardzo równa i słucha się jej z niekłamaną przyjemnością. Sara ma talent do tworzenia chwytliwych melodii, czyli dokładnie tego, czego potrzebuje dobra popowa piosenka. Jeśli dodamy do tego inteligentne, zabawne, czasem ironiczne teksty, to otrzymujemy mieszankę wybuchową. Na "Little Voice" radość kipi z każdego utworu, gwarantuję, że po przesłuchaniu płyty każdemu poprawi się humor. Muzyka Sary to lekko jazzujący pop z domieszką funku i soul. Nie słuszne są wg mnie porównania Sary do Fiony Apple, czy Norah Jones. Jedyne co łączy te panie, to fakt, że wszystkie trzy grają na fortepianie, jednak każdej z nich bardzo daleko do siebie muzycznie. Sara wniosła do muzyki pop powiew świeżości, pozostawiając daleko w tyle popisy nieudolnych wokalnie cizi z blond włosami, od których aż roi się na popowym rynku muzycznym, i które niestety stały się synonimem takiej muzyki. Wróżę Sarze wielką karierę, bo taki talent na pewno nie może przejść bez echa. Moim skromnym zdaniem najlepsza płyta pop w 2008 roku. Serdecznie polecam i bez wyrzutów sumienia daję okrągłą 5. -
- One Cell In The Sea [East European Version]
- A Fine Frenzy
- (towar niedostępny)
nname 2008-06-30
Niewykorzystany potencjał (4 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)
Pewnego dnia zobaczyłem w telewizji ładny teledysk do równie ładnej piosenki "Almost Lover", śpiewany, żeby było do kompletu, przez bardzo ładną wokalistkę. Zaciekawiony postanowiłem sprawdzić, co też za dzieło stworzyła ta oto młoda rudowłosa piękność. Zainwestowałem więc w "One Cell In The Sea", i niestety inwestycja mi się nie zwróciła. Płyta A Fine Frenzy okazała sie być po prostu... nudna. Młoda wokalistka chyba chciała nagrać sentymentalny folk rockowy album, szkoda tylko, że nie bardzo jej to wyszło. Owszem na płycie nie brakuje ładnych melodii, jak choćby wspomniane już "Almost Lover", "Ashes & Wine" czy "Liar, Liar", ale to tylko drobne wyjątki. Słuchając płyty nie da się nie oprzeć wrażeniu, ze w kółko słucha się jednego utworu. Wszystkie piosenki zagrane są na jedno kopyto, zupełnie bez polotu, czy jakiegokolwiek pomysłu. Z drzemki budzę się tylko na chwilę przy "Liar, Liar", gdzie z fortepianem ładnie komponuje się akordeon. Piosenki A Fine Frenzy są do bólu przewidywalne, przez co ogromnie nużące. Nie da się powiedzieć, że są to piosenki brzydkie, wokalistka ma bardzo ciepły, przyjemny głos, ładnie gra na fortepianie, szkoda tylko, że tego właściwie nie wykorzystała. Tekstowo płyta też nie specjalnie się czymkolwiek wyróżnia, ot takie sobie śpiewanie o tym, że "Ja Cię kocham". Utwory z "One Cell In The Sea", nie są do końca złe, ale na Boga, toż to same ballady, w dodatku niczym się od siebie nie różniące i wymagające sporego dopracowania. Przy następnej płycie, powinna chyba zatrudnić innego producenta, bo ten stanowczo się obijał. W wokalistce tkwi potencjał, to słychać, potrzebuje tylko kogoś, kto dobrze by nią pokierował. Polecam płytę wszystkim, którzy mają problemy ze snem, po włączeniu tej płyty zasną bez problemu. Ode mnie trójka za ładny głos i potencjał, a jak ktoś chce posłuchać dobrej płyty z gatunku folk rock to polecam Rachael Yamagata, albo Damiena Rice, bo "One Cell In The See" się do tego nie nadaje stanowczo. -
- Boys For Pele
- Tori Amos
- cena: 45,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
nname 2008-06-16
Zbuntowana pianistka (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Nie mogę się zgodzić z negatywnymi recenzjami tej płyty. Tori, Album "Boys for Pele", porzucający konwencję pop, to moim skromnym zdaniem najwybitniejsze, jak do tej pory dzieło pani Amos. Jest to zdecydowanie najbardziej drapieżna ze wszystkich płyt Tori, co nie oznacza, że przepełniona jest ona gitarowymi riffami. Całość opiera się właściwie, jak to zwykle u tej artystki bywa, na fortepianie. Ale, to, co ta pani wyprawia z tym instrumentem, to czyste szaleństwo. Wystarczy posłuchać chociażby "Professional Widow", który rozpoczyna się drapieżną zwrotką, by gdzieś mniej więcej w połowie zaskoczyć nas delikatnym refrenem w stylu pieśni gospel, bądź "in the Sprintime of His Voodoo" by się o tym przekonać. W utworach tych panuje pewien chaos, ale są to utwory po prostu genialne, ukazujące wielki talent tej artystki. Mocną stroną są tu też ballady, "Blood Roses", z rewelacyjnie brzmiącym klawesynem, nasuwająca skojarzenia z muzyką Nicka Cave'a, czy "Hey Jupiter" z samplami z niezapomnianego "Purple Rain" Prince'a, to tylko niektóre warte uwagi. Warstwa tekstowa jest jak zwykle doskonała. Swoją drogą, jeśli wierzyć plotkom, to spora część tekstów na "Boys for Pele" dotyczy Trenta Reznora z Nine Inch Nail, i jego rzekomego związku z Tori Amos. I choć płyta trwa ponad 80 minut, nie można się przy niej nudzić ani przez chwilę. Już pierwszy utwór hipnotyzuje swoim pięknej, i tak trwa się w tej hipnozie już do końca, przemierzając wraz z Tori, często mroczne, i nie do końca zrozumiałe zakamarki jej umysłu, by, kiedy płyta się skończy spojrzeć na świat zupełnie inaczej. Warto też wspomnieć o doskonałej oprawie graficznej całego krążka, bo choć widziałem wiele dobrze wydanych albumów, ten wciąż zaliczam do jednego z najlepiej. Zdjęcia, utrzymane w lekko mrocznej, surrealistycznej stylistyce, doskonale współgrają z treścią krążka. Więc z czystym sumieniem daje tej płycie 5, bo zasługuje na to bez wątpienia. Szkoda, że Tori nigdy więcej nie stworzyła już tak wybitnego dzieła, no ale cóż, tak jak pewne utwory można skomponować tylko raz w życiu (niezapomniane Cornflake Girl), tak i tak wybitny album można wydać tylko raz... Polecam wszystkim serdecznie, nie tylko fanom pani Amos, bo jest to jedna z tych płyt, których wstyd nie znać. -
- As I Am
- Alicia Keys
- cena: 37,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
nname 2007-11-18
Alicia klasycznie... (1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
W rozlicznych zapowiedziach tej płyty, które miałem przyjemność przeczytać, można było znaleźć wzmianki o tym, jakoby Alicia miała stać się nową Arethą Franklin albo Janis Joplin. Na szczęście, panów redaktorów jak zwykle poniosła fantazja. Miała być Aretha Franklin i Janis Joplin, jest Alicia. Alicia, ale zupełnie inna, bardziej klasyczna, bardziej soulowa, bardziej melancholijna... Po tej płycie spodziewałem się raczej "Songs In A Minor" 3, czyli dobrze już sprawdzoną mieszankę soulowych ballad, z dość nowoczesnym, dalekim od klasyki R&B. Tymczasem Pani Alicia postanowiła mile zaskoczyć swoich fanów. Zamiast sprawdzonych sposobów, artystka postanowiła nagrać najspokojniejszą, najbardziej spójną i najmniej nowoczesną płytę w swoim dorobku. Świetna robota, co chwila czekają nas nowe smaczki, choć za pierwszym razem wydawać by sie mogło, że wszystkie piosenki są do siebie podobne. Alicia otworzyła się na współpracę z nowymi, cenionymi producentami (Linda Perry, Timbaland...) i to zaowocowało. Pani Keys stworzyła bodaj najlepsza swoją płytę, zagraną żywymi instrumentami, tylko chwilami przyprawioną bitami spod znaku Timbalanda, jak zwykle na najwyższym poziomie wokalnym. Godny uwagi jest praktycznie każdy utwór, więc właściwie wyróżnienie jakiegoś jako tego najlepszego, chyba nie miałoby sensu. Wszystkie kawałki to solidna, dopracowana pod każdym względem, muzyczna robota. Pewnie spora w tym zasługa Lindy Pery, czarodziejki wśród producentów, która już niejednej gwieździe pomogła stworzyć wielkie i hitowe projekty. Album ten może zachęcić nawet tych, którzy do tej pory sceptycznie nastawieni byli do tej artystki. Utwory na płycie nawiązują do klasyki soulu, ale dalekie są od naśladownictwa. To stara, dobra Alicia w klasycznej interpretacji. Serdecznie polecam...
- 1
- 2






Merlin in English














![To co dobre [Digipack] - Andrzej Piaseczny](/To-co-dobre_Andrzej-Piaseczny,images_small,11,88697994862.jpg)





