stały recenzent  Sławek Widor

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 6

  • Born And Raised

    Sławek Widor 2012-05-22

    John Mayer już nic nie musi udowadniać - w tym problem   (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    John Mayer udowodnił już, że potrafi tworzyć świetne popowe i bluesowe kompozycje, często mieszając oba gatunki. Ci którzy znają go z „Where The Light Is: Live in Los Angeles” i John Mayer Trio, znają także jego niesamowite umiejętności gry na gitarze elektrycznej. Czy John Mayer musi coś jeszcze udowadniać? Raczej nie. I to jest, niestety, największy problem jego piątego studyjnego albumu, pt. „Born And Raised”. Krążek zaczyna się utworem „Queen of California”, przyjemnie wprowadzającym słuchacza w folkowe klimaty. Kawałek został okraszony zgrabną solówką – jedną z niewielu na tej płycie. Następne „The Age of Worry”, rozpoczynające się chóralnymi śpiewami, można właściwie pominąć. Najsłabszy utwór na płycie. Pierwszy singiel „Shadow Days”, jest niewątpliwie mocnym punktem albumu. Zrealizowany do niego teledysk naprowadza słuchających, iż „Born And Raised” najlepiej słuchać…w drodze. „Speak For Me” to bardzo minimalistyczna ballada, prowadzona w średnim tempie. W „Something Like Olivia” motyw przewodni grany jest na gitarze elektrycznej, wykorzystanie tego instrumentu jest rzadkością na tym krążku. Tytułowy „Born And Raised” z ciekawymi melodiami w refrenie, melancholijnym tekstem, partią harmonijki, może się podobać. „If I Ever Get Around To Living” to bardziej tło, niż spójny utwór. “Love Is a Verb” I “Walt Grace’s Submarine Test” również niczym nie zachwycają. “Whiskey, Whiskey, Whiskey” to utwór, który bardzo intrygująco się rozwija, zaciekawia także tekstem pełnym refleksji, prawdopodobnie z życia autora. Przedostatni „A Face To Call Home” to jeden z lepszych kawałków na „Born And Raised”, oferujący bardzo przyjemną melodię w refrenie i pełne pasji zakończenie. Ostatni utwór, pt. „Born And Raised (Reprise)”, to już bardzo czytelny ukłon w kierunku muzyki country. Płyta niewiele by straciła, gdyby ostatecznie się na niej nie znalazł… Jak traktować „Born And Raised”? Jako jednorazowy „wyskok” w kierunku muzyki akustyczno-folkowej? Wyraźnie słychać, iż Mayerowi zależało na wyciśnięcie maksimum z możliwości połączenia gitary akustycznej, harmonijki i techniki slide, jako środków wyrazu. Chciał uzyskać atmosferę błogości, relaksu, refleksji, intymności wręcz. W kilku kawałkach mu się to zdecydowanie udało, jak choćby w tytułowym „Born And Raised”, czy „A Face To Call Home”. Niestety, trafiło się także kilka utworów bez jakiegokolwiek wyrazu. Nie jest to jego najlepszy album dotychczas. Moim zdaniem jest odrobinę lepszy od drugiego, tj. „Heavier Things”. Osoby, które znają Johna Mayera, jako kompozytora zgrabnych popowych melodii, powinny być umiarkowanie usatysfakcjonowane. Fani, którzy znają jego możliwości gry na instrumencie, będą srodze zawiedzeni. Skoro zdarzył się „wyskok” w rejony country, może następny krążek powinien być bardziej rockowy?
  • Black Rock
    • Black Rock
    • Joe Bonamassa
    • cena: 57,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu 24 godz.)

    Sławek Widor 2010-04-20

    Prawdziwy blues mocno zabarwiony męskim rockiem   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Gitarzysta, który w wieku 7 lat grał utwory młodszego Vaughana i Hendrixa, a w wieku 12 lat otworzył koncert B.B. Kinga, musi żyć z wielkimi wymaganiami i presją. Nie inaczej było teraz, rok po wydaniu "Ballads of John Henry". "Black Rock" to twór dojrzały, prawdziwie męski, jednocześnie nietuzinkowy. Joe Bonamassa, bo o nim mowa, zaprezentował na w.w. płycie kawał ciekawego, nowoczesnego bluesa o posmaku rocka. Płytę otwierają trzy pełne wigoru kawałki, odpowiednio bujające słuchacza. Prezentujące bardziej rockowe wydanie Bonamassy, pokazując równocześnie klimat płyty. Jednakże dopiero przy czwartej piosence, tj. "Quarryman’s Lament" możemy wprost usłyszeć gdzie płyta była nagrywana. Ten najlepszy kawałek na płycie jest pełen greckiego folku, bo właśnie tam zarejestrowano "Black Rock". Bonamassa jednak nie przesadził z folkiem, okraszając utwór bardzo dobrą solówką. Przemyślane solo słyszymy także w rockowym "Spanish Boots". Grecję czuć także w "Bird On a Wire", coverze piosenki Leonarda Coehna. O ile pierwowzór był fatalny, o tyle w ujęciu Bonamassy jest to bardzo klimatyczny kawałek. "Three Times a Fool" świetnie nadaje się na singiel, ze swoim pulsującym bluesowym klimatem. Szkoda, że trwa tylko 2 minuty! W końcu dochodzimy do wspaniałego duetu z B.B. Kingiem. W "Night Life" King niestety prezentuje się w słabej formie wokalne, nie jest to ta potęga co kiedyś. Warto zauważyć jeszcze "Blue and Evil", który słuchany powinien być jedynie głośno. Dopiero wtedy będzie można odkryć siłę ciekawego riffu, który towarzyszy przez cały utwór. Ostatnia piosenka jest utrzymana w nieco żartobliwym tonie, bardzo oszczędna w aranżacji, wycisza słuchacza po wyprawie jaką sprezentował Bonamassa. "Black Rock" ma dwie twarze. Jedną z nich jest męski, konkretny rock. Druga to spokojne ballady, pełne smaczków aranżacyjnych, folkowych. Spoiwami tych dwóch twarzy są właśnie elementy pełne folkloru Grecji oraz wszechobecny blues. Panie i Panowie, za sprawą 32-letniego obecnie Bonamassy blues ma się dobrze, nie jest skostniały. Album polecić można zarówno osobom ceniącym wysoki kunszt gitarzysty, jak i wielbicielom zwartych, łatwo wpadających w ucho piosenek. W kategorii "blues" może być bardzo ciężka do przebicia w tym roku, a kto wie, może nawet w całej dekadzie?
  • Black Rock
    • Black Rock
    • Joe Bonamassa
    • cena: 57,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu 24 godz.)

    Sławek Widor 2010-04-20

    Prawdziwy blues mocno zabarwiony męskim rockiem   (7 z 7 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Gitarzysta, który w wieku 7 lat grał utwory młodszego Vaughana i Hendrixa, a w wieku 12 lat otworzył koncert B.B. Kinga, musi żyć z wielkimi wymaganiami i presją. Nie inaczej było teraz, rok po wydaniu "Ballads of John Henry". "Black Rock" to twór dojrzały, prawdziwie męski, jednocześnie nietuzinkowy. Joe Bonamassa, bo o nim mowa, zaprezentował na w.w. płycie kawał ciekawego, nowoczesnego bluesa o posmaku rocka. Płytę otwierają trzy pełne wigoru kawałki, odpowiednio bujające słuchacza. Prezentujące bardziej rockowe wydanie Bonamassy, pokazując równocześnie klimat płyty. Jednakże dopiero przy czwartej piosence, tj. "Quarryman’s Lament" możemy wprost usłyszeć gdzie płyta była nagrywana. Ten najlepszy kawałek na płycie jest pełen greckiego folku, bo właśnie tam zarejestrowano "Black Rock". Bonamassa jednak nie przesadził z folkiem, okraszając utwór bardzo dobrą solówką. Przemyślane solo słyszymy także w rockowym "Spanish Boots". Grecję czuć także w "Bird On a Wire", coverze piosenki Leonarda Coehna. O ile pierwowzór był fatalny, o tyle w ujęciu Bonamassy jest to bardzo klimatyczny kawałek. "Three Times a Fool" świetnie nadaje się na singiel, ze swoim pulsującym bluesowym klimatem. Szkoda, że trwa tylko 2 minuty! W końcu dochodzimy do wspaniałego duetu z B.B. Kingiem. W "Night Life" King niestety prezentuje się w słabej formie wokalne, nie jest to ta potęga co kiedyś. Warto zauważyć jeszcze "Blue and Evil", który słuchany powinien być jedynie głośno. Dopiero wtedy będzie można odkryć siłę ciekawego riffu, który towarzyszy przez cały utwór. Ostatnia piosenka jest utrzymana w nieco żartobliwym tonie, bardzo oszczędna w aranżacji, wycisza słuchacza po wyprawie jaką sprezentował Bonamassa. "Black Rock" ma dwie twarze. Jedną z nich jest męski, konkretny rock. Druga to spokojne ballady, pełne smaczków aranżacyjnych, folkowych. Spoiwami tych dwóch twarzy są właśnie elementy pełne folkloru Grecji oraz wszechobecny blues. Panie i Panowie, za sprawą 32-letniego obecnie Bonamassy blues ma się dobrze, nie jest skostniały. Album polecić można zarówno osobom ceniącym wysoki kunszt gitarzysty, jak i wielbicielom zwartych, łatwo wpadających w ucho piosenek. W kategorii "blues" może być bardzo ciężka do przebicia w tym roku, a kto wie, może nawet w całej dekadzie?
  • Full Circle
    • Full Circle
    • Creed
    • cena: 40,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 7 dni)

    Sławek Widor 2009-11-15

    Za mało Creeda w Creedzie.   (5 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Miał być nowy solowy projekt Scotta Stappa, miał być nowy krążek Alter Bridge, wyszło nowe wydawnictwo Panów Stappa, Tremontiego, Philipsa i Marshalla – czyli Creed. Co otrzymali fani post-grunge’owych dźwięków po ośmiu latach oczekiwania? Ciekawą mieszankę… Naiwni byli ci, którzy myśleli że nie będzie skokowej różnicy między „Full Circle” a „Weathered” z 2001 roku. Muzycy, owszem, ci sami – lecz nowe (jakże bogate) doświadczenia – sprawiły iż mamy do czynienia z kapelą, która nie ma tak wiele wspólnego ze starym Creedem. Przede wszystkim zniknął gdzieś ten swoisty patos z piosenek Stappa i spółki. Nie ma również ociężałych brzmień gitary Tremontiego. Zastąpione to zostało szybszym i agresywniejszym wcieleniem muzyków. Przykład? Pierwszy singiel, pt. „Overcome”. Szybki, o popowej konstrukcji, łatwo wpada i łatwo wypada z głowy. „Bread of Shame” – po przesłuchaniu tegoż utworu nikt nie powinien mieć nadziei, że instrumentaliści uciekną od projektu, pt. Alter Bridge – riffy i dynamika łudząco podobna do tych z np. „Blackbird”. Podobnie z „Suddenly” czy „Fear”. Prawdziwy charakter Creeda, ten znany od dawna, odnajdujemy w wolniejszych utworach, takich jak np. „Rain” (jeden z najlepszych utworów na płycie), „Away In Silence” czy najdobitniej w „On My Sleeve”. Ten ostatni kawałek jest najmocniejszym punktem całego krążka. Wspaniale atmosferę buduje sekcja instrumentalna i przede wszystkim wokal Stappa. Udana kompozycja, dzięki budowie opartej na lirycznych zwrotkach i ciężkim refrenie. Warto jeszcze zwrócić uwagę na „Time”, gdzie ciekawy motyw wymyślił Tremonti, kawałek utrzymany w delikatnej konwencji country (z zachowaniem umiaru). Podsumowując, płyta może się podobać. Jest to wciąż kawał ciężkiego i melodyjnego grania. Głos Stappa, po upływie kilku lat, nabrał „szlachetności”, jest bardziej agresywny, ciemny. Martwi brak godnych uwagi solówek Tremontiego, gitarzysta ten mimo ogromnych możliwości, nie skomponował na „Full Circle” żadnej wartej zapamiętania solówki. Marshall i Philips tworzą solidne tło dla popisów wyżej wymienionego duetu. Tekstowo „Full Circle” niestety zawodzi. Niestety, ze względu na to, że „za mało Creeda w Creedzie” i odczuwa się aż nazbyt wiele naleciałości Alter Bridge, chyba jednak lepiej się stanie, jeżeli projekt z Myles’em Kennedy’m będzie rozwijany, a Stapp będzie próbował sił solo. Razem, Panowie nagrali płytkę całkiem przyjemną w odbiorze, lecz szybko wylatującą z pamięci, stąd tylko trzy punkty w ocenie. A może to wynik zbyt wielkiego pośpiechu w wydawaniu nowego materiału? Kilka utworów wydaje się być odrzutami z sesji dla Alter Bridge…
  • Confessions

    Sławek Widor 2008-09-22

    Ill Nino - latino nu-metal?

    "Confession" - drugi album Ill Nino w karierze, wypada zdecydowanie lepiej niż szorstki i agresywny "Revolution/Revolucion", co nie oznacza, iż brak mu energii. Christian Machado napisał bardzo osobiste teksty, poruszające wiele ciężkich dla niego tematów - co "czuć" w każdej piosence. "Te Amo...I Hate You" atakuje nas od samego początku, zarówno muzycznie jak i w warstwie tekstowej. Jest intensywnie, konkretnie i z melodyjnie zaśpiewanym refrenem. Drugi utwór na płycie - "How Can I Live" jest singlem, całkiem słusznie zresztą. Piosenka ta znalazła się na soundtracku do "Freddy vs. Jason", dając Ill Nino spory rozgłos. Tutaj chłopaki pokazują więcej ze swojej latynoskiej duszy, oferując nam bardzo przyjemny podkład perkusyjny, jak i proste w sumie riffy. "Two (Vaya Con Dios)" to piosenka której nie warto poświęcać zbyt wiele uwagi. Za to koniecznie trzeba zatrzymać się przy "Unframed", które dokładnie oddaje styl chłopaków z New Jersey. Jest bujający rytm, są wyraźnie zaznaczone bębny, jest ciekawy wokal Machado, zagadkowy tekst i najlepsze na koniec - ostre wejście po refrenie, po czym płynne przejście do lirycznie zaśpiewanego refrenu - najlepszy utwór z płyty. "Cleansing" to spora dawka energii, z nieco niewyraźnym "krzykiem" na wejściu i melancholijnym refrenem. Bardzo dobrym trackiem jest "This Time's For Real" - idealna na radiowe potrzeby, łatwo wpada w ucho. W "Lifeless...Life" chłopaki świetnie zaczęli, by później nieco sknocić utwór. "Numb" jest najlżejszym kawałkiem z całego albumu. Mamy tutaj miłe dla ucha bębny (oprócz perkusisty, w Ill Nino występuje odrębny bębniarz), rozmarzony wokal Machado i szarmancką gitarę flamenco. "Have You Ever Felt" przemilczę, bo to bardzo słaba produkcja. "When It Cuts" wchodzi ciekawym, acz szybko nudzącym się riffem, piosenkę ratują ambitne wstawki na bębnach - gdyż wokal także kuleje. "Letting Go" ma wspaniały refren, w melodyjnym zawodzeniu Christiana można się zakochać. Na "All The Right Words" w końcu można usłyszeć lepiej wyeksponowane gitary flamenco, co cieszy fanów latynoskich klimatów. "Re-Birth" to frustracki utwór, który nie każdemu się spodoba. Reasumując, płyta jest dla każdego fana cięższego rocka, któremu podoba się eksperymentowanie z klimatami rodem z Ameryki Południowej. Ill Nino dostarcza nam ich w całkiem sporej dozie, choć niekoniecznie na tyle dużej, by mówić tu o wyodrębnieniu się nowego gatunku - latino nu-metalu. Płyta, mimo wszystko solidna.
  • The End Of Heartache

    Sławek Widor 2008-09-21

    Głośno, ciężko, melodycznie   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Czwarta płyta kapeli z Massachusets, a zarazem pierwsza z nowym wokalistą - Howardem Jonesem - zmieniła oblicze zespołu. "Alive Or Just Breathing" było bardziej "wykrzyczane", aniżeli ten album, w którym mamy okazję poznać pełnię wokalnego geniuszu Jonesa, co nie znaczy, iż KSE wyprodukował komercyjne hity dla nastolatek. Zaczyna się wpadającym w ucho riffem z "Bid Farewell", w którym na pewno może się podobać budowa utworu oraz melodyjny refren. W "Take This Oath" słyszymy Jessego w chórkach. "When Darkness Falls" jest zdecydowanie najcięższym kawałkiem zespołu i zarazem kwintesencją gatunku melodic metalcore - ciężkie zwrotki, szarpanie basu, piękne i genialnie zaśpiewane (nie wykrzyczane) refreny. "Rose of Sharyn" jest zaś prawdopodobnie najlepszym utworem z całej płyty. Atakuje nasze uszy porcją szybkich riffów Adama Dutkiewicza, ciężkim waleniem w talerze perkusji, dobrą porcją wokali Howarda. "The End of Heartache" jest jednym z singli z tegoż albumu - całkiem słusznie - bo szalenie łatwo wpada w ucho i nie jest tak ciężka, jak pozostała część piosenek. Można wręcz rzec, iż jest to swego rodzaju metalcore'owa ballada. "Declaration" mimo szybkiego tempa, nie zaskakuje niczym ciekawym - dość słaby utwór, jak na tę płytę. "Breath Life" ma optymistyczny tekst, dobrze rozwiązane partie gitarowe i naprawdę ciężki wokal - mocna rzecz. "World Ablaze" jest piosenką dobrą połowicznie - chłopaki niepotrzebnie zastosowali zmianę tempa w trakcie utworu, co akurat niezbyt pasuje - ale tradycyjnie, refren najwyższych lotów. "And Embers Rise" - tu właściwie została zastosowana wyżej opisywana zmiana tempa grania, wyszło to monumentalnie przy przejściach. W "Irreversal" mamy do czynienia po raz kolejny z duetem Jones-Leach, zdecydowanie lepiej to wypada niż w "Take This Oath". Słyszymy tu dwa niesamowite wokale, oba równie dobre, lecz diametralnie inne - bardzo ciężko porównać czy też dokonać wyboru, który lepszy. "Wasted Sacrifice" w ładny sposób kończy album, bądź co bądź, udany i wyznaczający nowy kierunek w muzyce Killswitch Engage. Gwoli podsumowania, uważam iż jest to na pewno kawałek dobrego i ciężkiego grania. Jeżeli kogoś nie odstraszają "ryki" Jonesa i lubi wiele melodii w muzyce i wokalach rockowych - nie zawiedzie się. Mamy tu ogromną amplitudę dynamiki - od dzikiego szarpania basu do stosunkowo subtelnych refrenów. Każdy fan ostrego grania znajdzie coś dla siebie.

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Promocje - kupuj i oszczędzaj!