Infomuzyka

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 30

  • La
    • La
    • Lilu
    • (towar niedostępny)

    Jakub Szaforski 2009-02-18

    Lilu - La: kobiecy pazur na rapowej tacy

    Lilu w końcu wydała swój pierwszy legalny krążek. Tym samym z uznaniem na rodzimej hiphopowej scenie artystka wkracza na muzyczne salony. Debiut to udany, choć świeżo upieczonym słuchaczom może pozostać niesmak. Krążkiem "La" łódzka raperka i piosenkarka wieńczy długie, niemal dziesięcioletnie starania mające na celu wyważenie drzwi do kariery. Nie pozbawione problemów m.in. ze znalezieniem wydawcy. Co dziwi, bo Lilu to przecież kawał talentu. Do tego kobieta z krwi i kości. "La" w pełni pokazuje jej pazur i zmienną naturę. Wamp, przewrotna, definiująca kobiecość (przebojowo zaaranżowany, najlepszy na płycie "Kobiety") i artystyczne credo, na całego zabawowa (wiercący dziurę w głowie, szalony "Tikatukatam"), ale i pełna obaw (piękny w swej melancholii "Na brzegu świata") - taka Lilu nam się jawi. W tekstach, w kontekście jej byłych związków, dominuje nutka goryczy. Prowokacyjnie śpiewa, "że nie potrzeba jej facetów do szczęścia". Finalnie wygrywa optymizm, twardo stąpającej po ziemi artystki. Niektórzy mogą być zdegustowani tematyką tekstów, że tak dużo tu "Lilu o Lilu i innych". Ona jednak spłaciła swój dług przez lata w podziemiu. Jedynym kawałkiem, który można było pominąć, jest szyderczy i wybitnie kobiecy "Jeansy". Nie można nie wspomnieć o muzyce, bo ta, podążając za najświeższymi trendami zza oceanu, stoi niemal w całości na światowym poziomie. Mamy więc głównie hip hop, r&b i dancehall. Duża w tym zasługa Reno - owianego w podziemiu legendą rapera i producenta. Jego talent objawił się na dobre i wypada jedynie czekać, aż i on zadebiutuje w oficjalnym obiegu. Ciekawie prezentuje się też lista gości - uznane postacie podziemnej sceny (błyszczy Finker) plus niezawodzący Łony czy Marika. "La" zapewne podbije serca hiphopowców, ale z dotarciem do większego grona odbiorców będzie trudniej niż debiutującej na rynku niemal równolegle Marice. Krążka nie wypełniają potencjalne przeboje, a materiał, choć stojący na najwyższym poziomie, jest zbyt hermetyczny.
  • Godspeed On The Devil's Thunders [Limited Edition]

    Paweł Ziółkowski 2008-12-18

    Życie i zbrodnie Gillesa De Raisa

    Oczekiwania wobec nowej płyty popularnych Kredek były na pewno duże, a zainteresowanie tym większe, że zespół budzi kontrowersje nie tylko wśród "konserwatystów" poglądowych, ale również w światku metalowym. Jedno jest pewne - ten album jest naprawdę niezły. Cała płyta kręci się wokół Gillesa De Raisa, towarzysza broni Joanny D'Arc, który po jej śmierci zaczął zagłębiać się w satanizm, perwersje, masowe mordy dzieci, a pod koniec życia wyznał swoje grzechy i pojednał się z Bogiem. "Godspeed on the Devil's Thunder" rozpoczyna się klasycznie symfonicznym intrem a potem... nic. "Shat Out of Hell" i "The Death of Love" są zdecydowanie najsłabszymi utworami z całej płyty. O ile ten pierwszy może sobie lecieć w tle i najwyżej się go nie zauważy, to drugi po prostu przewijam jak najszybciej. Schematyczne brzmienie jak w wielu metalowych utworach i do tego bardzo kiepski damski wokal. Może zostałem nazbyt rozpieszczony "Nymphetamine" z Liv Kristine, ale Sarah Jezebel Deva zupełnie tam nie pasuje. Natomiast od czwartej piosenki, "The 13th Caesar", jest tak, jak powinno być od samego początku. Mocno, szybko, nastrojowo, z chórkami w tle. Z każdym kolejnym utworem mam wrażenie, jakby płyta się rozkręcała, wracała do korzeni. Na pewno nie jest to ta sama stylistyka co na początku kariery Cradle of Filth, ale mamy do czynienia ze świetnie zagranym i przemyślanym albumem. Dani Filth nie skrzeczy też tak jak kiedyś, ani nie schodzi bardzo nisko ze swoją tonacją, ale cały czas słychać, że ma możliwości i nie bez powodu jest uznawany za jednego z najlepszych metalowych wokalistów. Cała płyta, może poza dwoma - trzema utworami komponuje się jako doskonała całość z dewianckim klimatem. Dopełnia jej narrator Doug Bradley (czyli Pinhead z "Hellraiser"), który umiejętnie wprowadza do kolejnych opowieści. Pierwotnie tę rolę miał pełnić znany aktor Tony Todd, ale kwestie nie przypadły mu do gustu. Ostatnim smaczkiem jest dziecięcy głos w "Darkness Incarnate", który należy do córki wokalisty. Cradle of Filth trzyma się pewnych, charakterystycznych dla siebie cech i to powoduje, że ci, którzy sobie nie cenili tej grupy dalej pozostaną przy swoim zdaniu. Fanom płyta na pewno przypadnie do gustu, a być może przekona też tych, którzy do tej pory nie mieli do czynienia z Brytyjczykami.
  • Doll Domination [Polska cena]

    Andrzej Cała 2008-12-18

    Nic dwa razy...   (5 z 7 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Gdy włączam taki album jak "Doll Domination" nie oczekuję wybitnych tekstów, niezwykle wirtuozerskich kompozycji i zapierającej dech w piersiach oryginalności. Chcę jedynie (tak jak było przy debiutanckim albumie dziewczyn "PCD") kilku z miejsca wpadających w ucho hitów, przyjemnego brzmienia i udanego jako całokształt produktu. Niestety - nawet tak niewielkie oczekiwania, czasem okazują się za wysokie. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ten album został nagrany tylko dlatego, że nie ukazała się (po niewypale pierwszych czterech singli) solówka Nicole. "Doll Domination" miało pewnie na nowo przywrócić audytorium pannie Scherzinger i na nowo dać jej szansę na autorskie dzieło. W efekcie pozostała czwórka jest tu nie tyle zdominowana, co pozostaje w bardzo, bardzo dalekim tle. Czy to źle? Zasadniczo bez różnicy, bo solowe kawałki dziewczyn, które można znaleźć na dwupłytowej wersji albumu, ukazują, że ich talent jest dość - jakby to dyplomatycznie określić - ograniczony. Co konkretnie zawiodło na "Doll Domination"? W zasadzie wszystko po trochu. Okazało się, że nawet najbardziej topowi producenci, a tych mamy na płycie bez liku (4 produkcje Timbalanda, poza tym m.in. Sean Garrett, Pollow da Don, Ron Fair, Ne-Yo, Rodney Jerkins), nie gwarantują wcale przebojowości. To, co sprawdziło się na "PCD", tym razem nie wypaliło zupełnie. Odgrzewany kotlet może być strawny, ale tylko wtedy, gdy w przygotowanie go włoży się chociaż trochę serca i inwencji. Tutaj ich nie szukajcie. Podobnie jak tekstów, w których znajdzie się cokolwiek odkrywczego. Wszystko brzmi zupełnie bezpłciowo, bezosobowo, tak jakby do wyśpiewania wersów zatrudniono roboty, mające tylko wypełnić swoją misję. Przy okazji - śpiewać można lepiej lub gorzej, ale w przypadku takiego przedsięwzięcia jak płyta pop, w którą włożono grube miliony, warto by było chociaż śpiewać czysto. Dla najbardziej zagorzałych fanów Pussycat pozostaje książeczka, ale po pierwsze - zdjęć za wiele nie ma, a po drugie - obcowanie z nawet całkiem urodziwymi (kwestia gustu i pewnego poczucia estetyki) dziewczętami, które poddano najnowszym dokonaniom Photoshopa to rodzaj masochizmu, z którym nie bardzo mi po drodze. W zalewie opartych na podobnym patencie płyt popowych "Doll Domination" nie wyróżnia się absolutnie niczym, męczy niczym tanie, ciepłe piwo z puszki. A to może smakować chyba tylko gimnazjalistom, których pierwszy raz puszczono na wycieczkę bez rodziców.
  • Nie Pytaj O Nią

    Andrzej Cała 2008-12-17

    Bez misji, ale z przesłaniem   (7 z 7 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Jeśli ktoś oczekiwał od Eldoki, że na piątej solówce nagle zmieni się w hedonistycznego, zimnego skurwiela i porzuci swój klasycznie hiphopowy sznyt, może odpuścić sobie czytanie dalszej części recenzji. "Nie pytaj o Nią" to album, na którym znalazło się miejsce na eksperymenty, ale zarazem album, jakiego po Eldo można się było w pełni spodziewać. I to wcale nie jest zarzut! W stu procentach warszawski, w stu procentach polski, w pełni autentyczny i bezkompromisowy, a ponadto całkowicie oddany hip hopowi - taki jest Eldo na "Nie pytaj o Nią". Z dozą dystansu, pasją w głosie i bez mentorstwa. Pewny siebie i wyzwanych racji, co za tym idzie wiarygodny i autentyczny, bo w nowych kawałkach słyszymy tak naprawdę to wszystko, do czego Leszek nas już przyzwyczaił. Są odniesienia do historii Warszawy i tutejszych bohaterów ("to ulice, po których chodziły legendy, od Wiecha, Tyrmanda, Brychczego do Deyny"), w wielu numerach Eldoka przypomina klasyków hip hopu (symboliczne są przede wszystkim piękne "Gdyby nie Ty" oraz "Ty i Ty..."), w ziemię wbija utwór dedykowany Polsce "Nie pytaj o nią" z wersami, które na długo zapamiętamy: "Nasz wspólny obowiązek i troska, jej dzieci to ja i Ty, ale i ćpuny na dworcach, mówią o niej bzdury, nas nic przekona, a póki my żyjemy żyje ona". Wyskakującym z lodówki gwiazdkom tabloidów i seriali przydałoby się kilka seansów z "Miasto gwiazd", chociaż czy zrozumieliby przekaz zawarty w tym kawałku mam pewne wątpliwości. Podsumowując jednym zdaniem warstwę tekstową, można ograniczyć się w zasadzie do jednego słowa - szacunek! I nie trzeba wcale być urodzonym warszawiakiem ani fanem hip hopu z początków lat 90., by w pełni docenić słowa rapera. Potrzeba jest trochę wyobraźni, wrażliwości i otwarcia na trudne, bolesne, podane często w ironiczny sposób zdania. Mały niedosyt pozostawia warstwa muzyczna, ale tylko na drugiej połowie albumu. Pierwszą zdominowały fantastyczne, lekko eksperymentalne, połamane produkcje Zjawina oraz klasyczne brzmienie wciąż rozwijającego swój warsztat Szczura. Dalej dostajemy niestety trochę przynudzające i przypominające najgorsze momenty z ostatniego Grammatika bity Donde, który odstaje tu od reszty. Na szczęście nie wpływa to znacząco na poziom ogólny materiału, bo to właśnie na jednej z jego produkcji ("Twarze") świetne gościnne zwrotki dają Diox i Hades - de facto jedyni goście na tym krążku. Muzyka to co prawda nie szkoła, ale za swój nowy krążek Eldo w pełni zasłużył na świadectwo z czerwonym paskiem. Mając zapewne świadomość, że krytyków już nigdy nie przekona do swojej twórczości, nagrał płytę, która niby nie odkrywa nic nowego, ale może być w pełni jego raperską wizytówką. Inteligentny, dojrzały hip hop, w którym jest miejsce na refleksje, wspomnienia, gorycz, ale też dużo dumy, cwaniactwa i nadziei.
  • Circus
    • Circus
    • Britney Spears
    • cena: 49,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu 24 godz.)

    Andrzej Cała 2008-12-17

    Oczekiwania spełnione   (4 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Już rok temu albumem "Blackout" Britney udowodniła, że pomimo wielu życiowych problemów, wciąż jest w stanie skutecznie rywalizować z młodszymi konkurentkami w wyścigu o fotel królowej popu. Tamten krążek był jednak tylko sygnałem. Płytą "Circus" amerykańska gwiazda przypuściła już frontalny atak i wiele wskazuje na to, że na czas bliżej nieokreślony Spears znów znalazła się na samym szczycie! Najnowszy album jest z jednej strony powrotem do jej najlepszych dokonań jeszcze sprzed życiowego załamania, a z drugiej kontynuacją muzycznej drogi, którą rozpoczął "Blackout". Zbitka to nader udana. Nie ma już prawie (dlaczego prawie? o tym w kolejnych akapitach) miejsca na licealny pop i miałkie produkcje skierowane w zasadzie tylko ku nastolatkom. Na szczęście znalazło się ono w przypadku "Circus" dla kilku bardziej spokojnych, balladowych kawałków, które w zderzeniu z agresywnymi, idealnie przyciętymi na potrzeby radia, klubów i telewizji potencjalnymi hiciorami, złożyły się na bardzo udaną całość. Docenić należy przede wszystkim dobranie przez Spears świetnej muzyki. W przeciwieństwie do setek innych wokalistek popowych nie odeszła ona w stronę miałkiego R&B, nie sięgnęła po produkcje kogoś z magicznej piątki (Timbaland, Pharrell Williams i The Neptunes, Kanye West, Scott Storch, Pollow da Don), kontynuując jedynie współpracę ze znanym już z poprzedniej płyty Danja. Ten zaserwował Britney dwie świetne kompozycje - elektroniczne, oparte o hipnotyczne brzmienie automatu perkusyjnego "Kill the Lights" (nawiązujące swoją drogą brzmieniem do "Piece of Me") i przedziwne, maksymalnie wykręcone "Blur". Doskonałe wrażenie pozostawiają po sobie singlowe "Womanizer" i kapitalne "Shattered Glass". Warto też zwrócić uwagę na "Out from Under" - balladowe, refleksyjne nagranie, w którym Spears odnalazła się świetnie. Gdyby do czegoś się przyczepiać to przede wszystkim będą to pojedyncze wersy, w których Britney (o tym wspomniałem we wstępie) "zaskakuje" mądrościami w stylu jaka to sława jest męcząca, jak to trudno się czasem odnaleźć w ciężkich życiowych sytuacjach i jak to dziwnie spadać na samo dno i się odbijać. Na poziomie kawałków typu "Lucky" takie błyskotliwe odkrycia miały rację bytu, ale w sytuacji, gdy na "Circus" kontrastuje to chociażby z wyrażającym pewność siebie, odrobinę bezczelnym "Kill the Lights", brzmi co najwyżej naiwnie i aż prosi się o wniosek - dorośnij w końcu w pełni Britney! Poza tymi drobnostkami reszta gra niczym perfekcyjnie nastrojona gitara. Nowoczesne, wbijające w podłogę ziemię brzmienie, Britney w bardzo dobrej formie, a ponad wszystko przebojowość o potężnej sile rażenia. Nie jest "Circus" albumem, który obróci o 180 stopni sytuację na scenie popowej, jest za to dziełem, którego od takiej wyjadaczki tej sceny należało oczekiwać. Świetnie zbilansowanym, do cna dopracowanym i trzymającym w napięciu od początku do końca. Oczywiście o ile pop i samą Britney się lubi, ale to już zupełnie inna para kaloszy...
  • Black Symphony
    • Black Symphony
    • Within Temptation
    • cena: 96,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 7 dni)

    Paweł Ziółkowski 2008-12-17

    Radość grania   (16 z 16 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Po długim oczekiwaniu udało się Holendrom z Within Temptation zrealizować jedno z największych marzeń - koncert przy współudziale orkiestry w postaci 60 osobowej Metropole Orchestry oraz 20 osobowego Pa'Dam Choir. DVD zostało nagrane w Rotterdamie w Ahoy Arena. Całość to niesamowity show, dopieszczony w każdym elemencie. Sharon den Adel występuje w 4 różnych sukniach. Nad orkiestrą wisi ogromny telebim, na którym wyświetlają się wizualizacje. Na scenie pojawiają się ognie, jest mnóstwo zabawy światłem, a to wszystko nagrywane za pomocą kilkunastu kamer HD. Od strony technicznej widać, że zrobiono wszystko, aby ten koncert wypadł jak najlepiej. Od strony muzycznej jest jeszcze lepiej. Sharon jak zwykle powala swoim głosem, choć odnoszę wrażenie, że lepiej jej wychodzą partie stricte operowe niż te, gdzie próbuje śpiewać "z zębem". Jak w przypadku specjalnych wydawnictw, nie mogło się obyć bez gości. Ponieważ większość utworów pochodzi z ostatniej płyty, nie zabrakło Keitha Caputo, choć zarzucić można mu jedną rzecz. Cała otoczka koncertu ma charakter symfoniczno-gotycki, a Caputo wyszedł na scenę w obcisłych, kolorowych ubraniach, przez co pasował jak pięść do oka i trochę psuł efekt rewelacyjnie wykonanej piosenki. Oprócz niego można na scenie było zobaczyć również Anneke van Giersbergen (ex-The Gathering) i George Oosthoek z Orphanage. Ten ostatni duet wypadł świetnie w piosence "The Other Half Of Me", gdzie śpiewający wyglądali jakby toczyli bitwę pomiędzy czystym, operowym wokalem a growlingiem. Sharon fantastycznie się bawi z publiką, co jakiś czas nawet dostaje od niej jakieś pluszaki. Na zakończenie występu Holendrzy serwują jeden ze swoich największych przebojów "Ice Queen" podczas, którego cała scena i fani zostają zasypani konfetti, które wygląda jak śnieg. Oglądając "Black Symphony" widać, że nie jest to przedsięwzięcie czysto komercyjne. Każdemu sprawia radość to, że tam jest - fajnym smaczkiem są zbliżenia na członków chóru, którzy kiedy nie mają swoich ról do wykonania, to podśpiewują pod nosem teksty piosenek. Koncert jest godny polecenia dla każdego. Nawet jeśli kogoś nie interesuje taki rodzaj muzyki, to przynajmniej zobaczy pełny profesjonalizm realizacji koncertów.
  • I Am...Sasha Fierce

    Andrzej Cała 2008-12-17

    Zawód roku?   (9 z 19 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Po dwóch całkiem udanych (choć w żadnym wypadku wybitnych) solówkach Beyonce postanowiła wydać dzieło niezwykłe. Zaprezentowała przed nami w pełni swoje alter ego i wypuściła album w postaci dwóch oddzielnych kompaktów. W efekcie mamy co najwyżej kwadrans wartościowej muzyki i potężny zawód. Na wstępie zaznaczam, że recenzję opieram o zwykłe wydanie albumu, na którym znalazło się ogólnie jedenaście piosenek. Tak tak - na dwóch płytach jest w sumie jedenaście kawałków i nic więcej. Ogółem niewiele ponad czterdzieści minut muzyki. Całość oparta jest na takiej zasadzie, że krążek pierwszy to w zamyśle klasyczna Beyonce, a płytka numer dwa jej szalone, zwariowane alter ego, czyli Sasha Fierce. Zasadniczo wszystkie te historie i bajeczki można włożyć między bajki. Gdyby piosenki z obu płyt wrzucić na jedną płytę i wymieszać, wyszłaby naturalna kontynuacja "Dangerously In Love" i "B'Day", a żaden z fanów nawet by nie pomyślał, że gwiazda ma dwa wcielenia. Jak to jednak często bywa, jak się nie ma za dużo dobrej muzyki i fajnego pomysłu na nią, robi się głośną otoczkę i zabiegi mające na celu odciągnięcie uwagi od kwestii zasadniczej. Beyonce udała się rzecz niezwykła, choć nie wiem do końca, czy takie było jej zamierzenie. Mianowicie - na pierwszej, refleksyjnej, spokojnej, utrzymanej w klimacie pościelowego pop-R&B umieściła sześć nagrań, w sumie dających niespełna 25 minut. Normalnie taki czas w przypadku dobrej płyty mija błyskawicznie, niemal niezauważenie. U Beyonce dłuży się niemiłosiernie i po czwartym kawałku ma się dosyć. Może gdyby puścić ten album ludziom z wieczną depresją, ewentualnie naiwnym romantykom całe życie bujającym w chmurach, spodobałoby im się (gwarancji na to jednak żadnej nie dam). Cała reszta wynudzi się setnie, ewentualnie wykorzysta ten materiał jako idealny podkład pod drzemkę. Jeden, góra dwa numery typu "Halo" (piękna, zapadająca w pamięć piosenka) wzbogaciłyby każdy album mieszający czarne brzmienia z popem. Gdy takich numerów jest kilka obok siebie nużą i męczą niemiłosiernie. Sytuację mogłaby uratować druga płyta, mająca ukazać alter ego Beyonce, czyli Sashę Fierce. Mogłaby, ale nie uratowała. Tych pięć kawałków to porcja (a może bardziej porcyjka?) bujających, przebojowych, ale w żadnym wypadku wyjątkowych numerów w klimacie R&B z Południa USA. Każde z nagrań ma potencjał, żeby stać się przebojem, ale na pewno nie hiciorem pokroju niezapomnianych "Baby Boy", "Crazy In Love", nie wspominając już nawet czasów Destiny's Child. Nie jestem w stanie jakkolwiek racjonalnie wytłumaczyć samemu sobie, dlaczego kobieta o takim potencjale, możliwościach (tyczy się to zarówno kwestii wokalnych, jak i budżetowych, bo to przecież w tych czasach nierzadko decyduje o powodzeniu materiału) zdecydowała się wydać materiał tak przeciętny, nijaki jak "I Am... Sasha Fierce". Nawet jeśli, w co ani trochę nie wątpię, znajdzie się liczne grono słuchaczy, którzy ten album kupią, ja tej nowej Beyonce nie kupuję ani trochę. Pocieszać można się tylko tym, że jej życiowy partner - Jay-Z - zawsze po płycie niespełniającej oczekiwań, zbierał się za nowy materiał ze zdwojoną siłą i nagrywał dzieła zacierające złe wrażenia po poprzedniczce. Oby Beyonce poszła właśnie tą drogą i powróciła wydawnictwem, które ukaże w pełni jej talent. O to, że ją na to stać, jestem akurat dziwnie spokojny.
  • 4:13 Dream
    • 4:13 Dream
    • The Cure
    • cena: 35,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 7 dni)

    Kamil Downarowicz 2008-12-17

    Czegoś tu brakuje   (1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Jest kilka zespołów, które odcisnęły trwałe piętno na całej historii muzyki rockowej. Jednym z nich jest z pewnością The Cure. Ponad trzydzieści lat na scenie, trzynaście albumów długogrających na koncie oraz całe hordy oddanych słuchaczy, w przedziale wiekowym od lat 12 wzwyż. Robert Smith wydaje się nieśmiertelny, a jego twórczość ponadczasowa. I obojętnie czy nagrywa pełne pasji i uniesienia dzieła, jak np. "Disintegration" czy przebojowe i nastawione na komercyjny sukces krążki w stylu "The Head Of The Door", prawie zawsze można się po nim spodziewać samych dobrych rzeczy. Jak jest tym razem? Wydaje się, że umalowany lider czwórki Anglików, chciał zadowolić wszystkich słuchaczy i postawił przede wszystkim na różnorodność. I tak album otwiera przestrzenny i naładowany emocjami kawałek "Underneath The Stars", przywołujący zdecydowanie ducha "Bloodflowers". Melancholijna gitara, hipnotyczna perkusja, w oddali pobrzmiewają delikatne dzwoneczki. Brzmi znajomo prawda? Jest to zdecydowanie najmocniejszy punkt albumu. Tym bardziej może dziwić nieco fakt, że zaraz po tak rozbudowanej i pięknej kompozycji, pojawia się banalny wręcz w swojej formie "The Only One". Przyznam szczerze, że jak chyba większość z nas, jestem wielbicielem mroczniejszej strony zespołu i takie proste, fajne melodyjki, choć warte uwagi, nie robią na mnie większego wrażenia. Zwłaszcza kiedy na pamięć zna się takie numery "Just Like Heaven" czy "High". Po prostu wiem, że zespół idzie na łatwiznę. I to właśnie wrażenie nie opuszcza mnie już do końca albumu. Niby jest to stare, dobre The Cure, ale czegoś tu jednak brakuje. Może świeżości, większej odwagi, eksperymentu? Może formuła z czasem się wyczerpała? Sam nie wiem. Czuje się zupełnie tak, jakbym spotkał na ulicy starego kumpla, i nie miał z nim zupełnie o czy mówić. Z jednej strony radość z zobaczenia znanej, zapomnianej nieco twarzy, z drugiej dziwne zażenowanie i jak najszybsza chęć pożegnania się. Nie chcę powiedzieć, że "4:13 Dream" jest płytą złą. Zawiera kilka ciekawych kawałków jak np. marzycielski "Sirensong", szarpany "Switch" czy rozpędzony "Sleep When I'm Death". Dużej ilości osób pewnie krążek się spodoba. Mnie jednak nie jest w stanie głębiej poruszyć, a na to chyba po cichu liczyłem. Nawet przeraźliwy krzyk Roberta w "Scream" nie przyprawia o ciarki na plecach, a przecież powinien. The Cure to The Cure, obojętnie co nagrają i tak zawsze będziemy ich kochać. Choć XXI wiek nie za bardzo kapeli służy, na listach przebojów z pewnością pojawią się jeszcze nie raz. Ale czy o to chodzi? Więcej odwagi i szukania nowych ścieżek a mniej opierania się na wypróbowanych i bezpiecznych patentach - chciałoby się powiedzieć. Wtedy będzie naprawdę bardzo dobrze. Teraz jest jedynie dobrze.
  • Heavi Metal [Digipack]

    Andrzej Cała 2008-12-17

    Waglewskich pocztówka z lat młodości

    W ponad osiem lat od debiutanckiej płyty "Polepione dźwięki" bracia Waglewscy wciąż potrafią zaskakiwać i nagrywać rzeczy wyjątkowe. Rozpoczynali od hip hopu w klimacie Native Tongues. Później odbili w stronę czasem trudnej do zrozumienia bohemiarskiej zajawki, którą wszyscy się niby zachwycali, choć mało kto chyba rozumiał. Teraz kontynuują bardzo udaną drogę, na jaką wkroczyli krążkiem "Piątek 13". Nie ma już co wracać do bardzo eklektycznych i niekoniecznie przystępnych dla zwykłego słuchacza czasów Tworzywa Sztucznego na etapie ciężkich słoni. Do końca świata będą trwać akademickie dyskusje, czy Fisz wtedy miał naprawdę coś konkretnego do powiedzenia, czy tylko zagmatwaną formą przekazu usiłował zamaskować pewne braki. Zapewne ilu słuchaczy, tyle opinii. W sumie to też ważne - w przypadku sztuki, jaką jest twórczość braci Waglewskich, fakt, że nigdy nie przechodziła bez echa i pobudzała do dyskusji, wymiany poglądów, jest dla artystów dużym wyróżnieniem. W dobie bezpłciowych, opartych na tym samym szablonie płyt, im nigdy tego nie można było zarzucić. Nudy i braku charakteru nie można też nawet w najmniejszym stopniu zarzucić "Heavi Metal". Blisko pięćdziesiąt minut z płytą mija błyskawicznie, a album trzyma od pierwszej do ostatniej sekundy równie wysoki poziom. Emade wyprodukował materiał z jednej strony bardzo przebojowy, melodyjny, a zarazem odważny, eklektyczny i czerpiący garściami z wielu gatunków. Zgodnie z tytułem płyty czasem ucieka do mocnych brzmień, nie zapomina jednak o korzeniach hip hopu, a sięga też do jego przyszłości, czyli syntetycznej elektroniki. Warto podkreślić kapitalną pracę nowego członka Tworzywa Sztucznego - klawiszowca Mariusza Obijalskiego. Jego solówka w drugiej połowie kawałka "Najpiękniejsza kobieta w mieście" na długo zostaje w pamięci, fantastycznie kontrastując z ostrym, gitarowym bitem. Cieszy również fakt, że Emade pomimo komplementowania go ze wszystkich stron, wciąż konsekwentnie rozwija swój warsztat i nie powtarza brzmieniowych patentów. Nie dokonuje może rewolucji, ale z każdą płytą krok po kroku ewoluuje. Fisz też z pewnością może się podobać. Rapuje charakternie, przywołując wspomnienia (część to opowieści autobiograficzne, część zasłyszane historie) z lat młodości. Są w związku z tym wersy o kobietach, o muzyce, która wpływała na Waglewskich, o pierwszych wypalonych papierosach, zawodach miłosnych, imprezach. Przed oczyma ukazuje się nam obraz Polski lat przełomu - niby tak różnej od tej, jaką mamy dziś, ale przecież tak bliskiej ogromnej większości słuchaczy sięgających po płyty Fisza i Emade. "Heavi Metal" to porcja inteligentnej (ale ani trochę przeintelektualizowanej), bogatej muzyki, którą można na spokojnie podpiąć zarówno pod dział hip hop, alternatywa, jak i ambitny pop. Zero pozy, sztuczności i nadymania, maksimum grania na poziomie, do którego rodzima konkurencja w ogromnej większości jeszcze chyba nie dojrzała. Skoro więc Waglewscy cofnęli się do lat szkolnych, to na chwilę zabieram im dzienniczek ucznia i wpisuję w pełni zasłużoną piątkę.
  • Of All The Things

    Andrzej Cała 2008-12-08

    Jazzanova - Of All The Things: murowany kandydat do płyty roku   (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Jazzanova dokonała na swoim nowym, dopiero drugim klasycznym producenckim materiale, rzeczy niesamowitej. Wszyscy oczekiwali od nich wytyczenia nowych dróg w muzyce nu-jazz, broken beat i co za tym idzie kilku parkietowych wymiataczy pomieszanych z eklektyczną elektroniką i domieszką czarnych brzmień. Niemiecki kolektyw tymczasem zamiast zabrać nas do przyszłości, z wielką klasą cofnął się do lat 70.! Niby inspiracje i muzyczne fascynacje muzyków Jazzanovy są od lat doskonale znane ich fanom i słuchaczom, chociażby za sprawą wielu świetnych kompilacji nagranych dla Motown czy macierzystego Sonar Kollektiv. Składanki czy nawet pojedyncze remiksy to jedno, pełna płyta to zupełnie inna bajka. Na zdrowy chłopski rozum - spodziewalibyście się, że twórcy takich połamanych hymnów współczesnej muzyki klubowej (tudzież nu-jazzu, broken beatu - co kto woli) jak "Mwela, Mwela (Here I Am)", "The One-Tet", "Another Day" czy "Soon", nagle nagrają dzieło, które na spokojnie mogłoby ukazać się w latach siedemdziesiątych w Motown? Tymczasem "Of All The Things" właśnie tak brzmi! Już od pierwszego numeru, fantastycznego "Look What You're Doin' To Me" z rapującym i śpiewającym (sic!) - w dodatku całkiem udanie - Phonte Colemanym, znanym dotąd głównie z projektów Little Brother i The Foreign Exchange, przenosimy się do klimatów retro. Raz jest bardziej funkowo, później bardziej soulowo, a czasem muzycy Jazzanovy sięgają nawet do bossa novy (cudownie ciepłe "Gafiera", przy której poczujemy się jak na wakacjach w Rio). Wyjątkiem od bardzo skocznych numerów, przy których bezwiednie zaczynamy ruszać głową i innymi partiami ciała, są jazzowe "Little Bird" z zapierającym dech w piersiach Jose Jamesem oraz bliskie nu-jazzowej estetyce a la Nu-Spirit Helsinki "Morning Scapes", gdzie Niemców wspomogła swoim wspaniałym głosem znana fanom klubowych brzmień z Wysp Brytyjskich wokalistka Bembe Segue. Warto też zwrócić uwagę na fenomenalny cover piosenki Leona Ware'a "Rockin' You Eternally". Pojawia się w nim sam Ware oraz jeden z najbardziej utalentowanych twórców nowej fali muzyki soul - Dwele. Muzyka Jazzanovy jest oczywiście pod każdym względem perfekcyjnie wyprodukowana, co żadnej osoby kojarzącej ich nagrania z pewnością nie zdziwi. Szczególne brawa należą się Stefanowi Leiseringowi, który jest odpowiedzialny za genialne brzmienie instrumentów smyczkowych, obecnych w aż siedmiu z dwunastu piosenek. Właśnie - piosenek. Z pewnością wielu odbiorców kojarzyło dotąd Jazzanovę bardziej z misternych, elektronicznych kompozycji, tutaj niemieccy muzycy całkowicie odwrócili proporcje i oddali w nasze ręce (a raczej uszy) płytę w pełni piosenkową, z której każdy kawałek może spokojnie funkcjonować jako singiel. Wpadające w ucho refreny, świetne melodie i retro groove - oto najważniejsze składniki tej fantastycznej płyty. "Of All The Things" jest w stanie błyskawicznie podbić serca każdego słuchacza lubiącego klasyczne czarne brzmienia. To taka muzyka, którą zachwycano by się 30 lat temu, która budzi ogromny szacunek dziś i która również za kolejnych 30 lat znajdzie swoich odbiorców. Gwarantuję to całym sobą i z miejsca dodaję Jazzanovę do listy najlepszych płyt 2008 roku. W dodatku na jednej z czołowych pozycji.
(Stron: 3)

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Promocje - kupuj i oszczędzaj!